Filmy, część 1

To zbiór zapisków o filmach. Dość przypadkowy. Akurat na razie zebrało się ich 20. W tym wpisie zamieszczam 10. Kolejne 10 znajdziesz we wpisie „Filmy, część 2”:

Oglądam sporo. Rzadko w kinie. Najczęściej w programach TV, czasem na DVD. I zdarza się, że mam ochotę zapisać swoje wrażenia. A bywają i fascynacje.

Niektóre filmy zostają z nami, w nas.

Taśma filmowa w wersji czarno-białej

„Mój Nikifor”

Ze wspaniałą rolą nieżyjącej już aktorki Krystyny Feldman, która zagrała tytułowego Nikifora, a więc mężczyznę. Ale ten film był nie tylko o sławnym dziś malarzu-amatorze-samouku. Genialnym (pomimo umysłowych deficytów) malarzu-prymitywiście. Był także filmem o jego opiekunie, niejakim Piotrze (?) Włosińskim. Niesamowita historia: wykształcony artysta (po krakowskiej ASP) pozbawiony jednak chyba talentu, tej „iskry Bożej”, trafia po studiach na prowincję, do Krynicy-Zdrój. Jest niespełnionym artystą potrafi jednak dostrzec błysk geniuszu w nędzarzu, garbatym karle, półanalfabecie, nie potrafiącym nawet wyraźnie mówić, bełkoczącym jakieś niezrozumiałe słowa, a jednak malującym wspaniale. Tylko inaczej. Podejmuje się opieki nad Nikiforem, stwarza mu warunki bytowe, aby ten mógł malować. Poświęca się dla niego. Dla Nikifora przegrywa swoje własne życie rodzinne! I jest w tym filmie taka scena, gdy w warszawskiej „Zachęcie” Nikifor ma wernisaż zorganizowany przez tegoż Włosińskiego, który podchodzi w pewnym momencie do swojego dawnego profesora z ASP, wpatrującego się w jeden z obrazów Nikifora wiszących na ścianie i próbuje się mu przypomnieć, ale ten profesor nie kojarzy go, nie pamięta, że on był kiedyś jego studentem. Zbywa Włosińskiego jakąś grzecznościową formułką, a za chwilę go przeprasza – i kończy rozmowę, bo podszedł do niego ktoś ważny. I ten ktoś ważny pyta profesora ASP, patrząc za odchodzącym Włosińskim: „Kto to był?”. A profesor na to: „Nikt”…

Film dokumentalny o Vivian Maier

W dniu 07.02.2019 r. na TVP Kultura. O fotografiach Vivian Maier (1926-2009) → https://en.wikipedia.org/wiki/Vivian_Maier. Łączy mi się ten film jakby z tym „Nikiforem”. I ten nasz polski malarz i ta fotografka, w opinii innych, im współczesnych, były osobami nieznanymi, niedocenianymi… I wspólne dla takich postaci jest też to, że tzw. amatorzy okazują się jednak artystami. Niesamowita jest ta historia z tą Vivian! 150 tysięcy zdjęć wykonanych przez tę „fotografkę uliczną” w ciągu kilkudziesięciu lat jej życia. Fotografii „odkrytych” dopiero po jej śmierci. Wcześniej nikt jej nie znał, jako artystki. Była nianią do dzieci, pomocą domową u bogatych. Przy kolejnych rodzinach, które ją wynajmowały, spędzała po kilka miesięcy, albo i lat, wychowując ich dzieci. A w chwilach wolnych od pracy zawodowej, albo i w jej trakcie, fotografowała. Głównie na ulicach Chicago i Nowego Yorku. Wszystko, co wydało jej się godne uwiecznienia. I dziś zachwycają się jej pracami fachowcy z branży fotograficznej i laicy. Jej fotogramy wystawiają najsłynniejsze galerie w USA. A umarła w 2009 r. jako „Nikt”. I gdyby nie to, że znający się na sztuce kolekcjonerzy nabyli na wyprzedażach rzeczy, które po niej zostały i zaczęli tę „spuścicznę” popularyzować, nikt o niej i o jej fotografiach pewnie nigdy by się nie dowiedział. Po partii jej zdjęć zamieszczonych w internecie w parę miesięcy po jej śmierci, pojawiły się tysiące takich komentarzy: „I can only say 'Wow!'”. Zapisała sceny ze zwykłego życia Amerykanów. Zatrzymała w kadrze ulotność bytu. Miała jakąś potrzebę przyglądania się życiu wokół i utrwalania tego, co zobaczyła. Dziś jej zdjęcia są jakby świadectwem epoki – dużego fragmentu drugiej połowy XX wieku.

„Dawno temu w Ameryce”

Kolejny raz, może po raz 3-ci, a może po raz 4-ty to oglądam. Stary film, jeszcze z połowy lat 80-tych ubiegłego wieku. Jeszcze piękniejszy jest oryginalny tytuł tego filmu, bo bardziej „baśniowy”: „Once Upon a Time in America”. Po polsku musiałoby to być prawie tak jak jest, ale jednak inaczej: „Dawno, dawno temu, w Ameryce” – bo tak zaczynają się bajki po polsku. Choć to nie bajka. Zapis zdarzeń, które jak najbardziej mogły być. A może były? Może się zdarzyły?

Dwa plany czasowe. Przeszłość i teraźniejszość. A właściwie trzy, bo przeszłość podzielona została na dwie sekwencje: dzieciństwo i młodość. I wspaniałe role. Przede wszystkim Robert de Niro. Nowy York, początek XX wieku. Dokładniej: lata 20-te, potem chyba 30-te ubiegłego wieku. Włoska dzielnica. Mali ulicznicy uczą się życia. Czynszowe kamienice, jeszcze ze wspólnym wychodkiem na półpiętrze (ten element ówczesnego życia miał też swoją scenę w tym obrazie). Ulice nowojorskiej dzielnicy zamieszkałej przez żydowskich i włoskich emigrantów, pełne handlarzy, drobnych kupców, biedoty. Ale już tworzą się i większe biznesy. A największe powstają wraz z rozwojem przemysłu, wraz z prohibicją, która jest siła napędową dla mafijnej działalności włoskich emigrantów i początkiem niejednej fortuny. Lub klęski. Młodzi ludzie często wybierają przestępczość jako sposób na życie. Konfrontacje między Żydami, Włochami. Powstaje dopiero ten amerykański tygiel. Rośnie ten NY, to „Big Apple”. Miasto jest tłem tego filmu. A na tym tle: miłość i przyjaźń. Dwa najpiękniejsze, największe ludzkie uczucia, tutaj pokazane w sposób niemal epicki. Dwie przeplatające się historie: wielkiej miłości do dziewczyny, miłości na całe życie i wielkiej przyjaźni dla przyjaciela, też na całe życie. Choć różnie można to ocenić. Film nie daje jasnej odpowiedzi, czy te uczucia przetrwały czas, czy tylko trwają w nas jako wspomnienie młodości. Tego czasu szczęśliwego.

I cudowny Robert de Niro. Zarówno w roli młodego, dynamicznego gangstera, gdy miał ksywkę „Noodles” („Klucha”) i wraz z kumplami pławili się, we własnym lokalu, w szampanie, jak i w planie teraźniejszości, gdy mając już ponad 60 lat, podstarzały, wyciszony, doświadczony, z życiem, które potoczyło mu się zupełnie inaczej, niż miało się potoczyć, inaczej niż myślał i marzył (czyż nie jest to dola człowiecza? a przynajmniej większości ludzkości?), zjawia się po dekadach nieobecności, w tym samym miejscu, które pożegnał w młodości. Nostalgia. Rezygnacja. Dystans. Przemijanie. Takie spokojne. Czy aby na pewno? Żal. Bo jest! Pogodzenie się? Czy aby? Wszystko w tym filmie jest niejednoznaczne. Jeszcze do tego: mnóstwo humoru. Czasem wręcz rubasznego, gdy na Noodles’a, który wychodzi z więzienia, czeka kumpel z karawanem („Mamy też firmę pogrzebową” – informuje go o inwestycjach, jakie gang poczynił w czasie jego odsiadki). Pokazuje mu zwłoki młodej dziewczyny przykrytej całunem i  odchylając to prześcieradło mówi: „Popatrz! Jaka szkoda: cudowne ciało!”. Rzeczywiście! I my widzimy: piękny biust. I w tym momencie ciało ożywa, zarzucając Noodles’owi ręce na szyję. Wpompuj w nią trochę życia! – ostatnia rada od kumpla, który zostawia go z tyłu auta wraz z „prezentem powitalnym” i karawan odjeżdża, bulwersując jeszcze na koniec tej sceny jakiegoś przechodnia, który nie rozumie, skąd takie okrzyki z wnętrza tego pojazdu… A przez cały film cudowna muzyka Enni Moricone. Jak jakaś pozytywka z krainy dzieciństwa.

Jest jeszcze jeden humorystyczny fragment z tego filmu. Przypomniał mi się akurat wczoraj, w dniu 60. urodzin mojej żony. Późnym wieczorem, gdy już świętowanie (tego dnia – w gronie ściśle rodzinnym) było skończone, wciąż kusiło mnie ciacho. Pozostałe chyba z przedpołudniowej kawki (gdy mnie w domu nie było, bo byłem w pracy). Takie piękne ciastko z białym kremem. Słodkim, jak się okazało. Najpierw uszczknąłem z niego jeden kawałek, potem drugi… Zostało jeszcze całkiem dużo. Połowa? Ale w końcu nie powstrzymałem się. Pożarłem całe, przed północą. Tak jak ten najmniejszy z młodzieńczej „bandy” Noodles’a, który za zdobyte parę centów kupił takie ciacho, aby dać je starszej koleżance z sąsiedztwa. Ta młoda panieneczka, początkująca cichodajka, też jeszcze prawie dziecko, dawała i za ciastko. I młody wywołuje ją z mieszkania. Jej matka każe mu poczekać. To się przedłuża, a ten dzieciak nie może się oprzeć i rozpakowuje nieco to ciacho. Jest piękne, z kremem i wisienką na szczycie. Najpierw ta wisienka. Walczy ze sobą, bo przecież ona zaraz przyjdzie, no i chodzi o… Ale w tym małym mężczyźnie zwycięża jednak to dziecko. Zanim ta młoda się zjawi ciacha już nie ma i pozostaje mu jakaś ni w pięć ni w dziewięć wymówka, gdy ona pyta „Co chciałeś?”. I chłopaczek zbiega po schodach. $eks musi zaczekać… Wygrała inna przyjemność. Wczoraj też byłem takim dzieciakiem 🙂

„Bonneville”

Takie „road movie” – tak chyba po angielsku brzmi nazwa: kino drogi. Jedziemy przez USA, gdzieś ze środkowych stanów (muszę to jeszcze sobie raz odtworzyć na DVD i ustalić)? Cel: zachodnie wybrzeże (Santa Monica?). Po drodze cudowne krajobrazy: góry, ośnieżone szczyty, Słone Jezioro, kaniony, Las Vegas. Ameryka w pigułce. A wiezie nas stary Cadillac Bonneville, cabriolet. Oldtimer z lat 60-tych ubiegłego wieku. Kwintesencja „the american way of life” (and drive). I jedziemy z trzema paniami, z których mnie, jak zawsze, fascynuje urocza Jessica Lange, w roli głównej. Film ma też głębszą warstwę: wierność danemu słowu. Bohaterka tej historii obiecała zmarłemu towarzyszowi jej życia, że rozsypie jego prochy w miejscach, które dla niego, dla nich oboje, były ważne. I robi to wbrew córce partnera, która za dostarczenie urny na pogrzeb w Santa Monica obiecuje jej, że pomimo braku testamentu, uzna jej prawa do spadku po zmarłym i pozostawi jej jego dom (albo pozwoli jej przynajmniej w nim dalej mieszkać). Dom, w którym wspólnie mieszkali przez ostatnich 20 lat życia. Po drodze wiele się dzieje. Spotkania z dobrymi i złymi ludźmi. Coś się traci, coś zyskuje. Każda z trzech pań otrzymuje coś innego: jedna wielką wygraną w Las Vegas, gdzie „jednoręki bandyta” sypie groszem (150 000 $), druga dostaje miłość – poznaje wartościowego mężczyznę. A trzecia odkrywa siebie, prawdę o swoim życiu, o wierności swoim przekonaniom i o wolności, która jest w nas. I z żałoby wychodzi znowu na świat! Wszystkie trzy zaczynają zresztą nowe życie! W scenie finałowej filmu jadą razem dalej: do Meksyku! Podróż się nie kończy…

„Tammy”

Pewnego razu w Ameryce… Ale teraz. Tytułowa Tammy jest nieporadna, gruba tak, jak właśnie grubi potrafią być Amerykanie. Ci prawdziwi, wychowani, niestety, na hamburgerach, popcornie i chipsach. To nie ci z hollywoodzkich filmów: celebryci i gwiazdy o idealnych figurach.

Tammy traci pracę. Traci też męża. Po tym, jak szef wyrzucił ją, gdy się znowu spóźniła do roboty, z kelnerowania w barze, zastaje bowiem w domu męża z sąsiadką, w czułej scenie. Nie, nie w scenie łóżkowej: podczas wspólnego obiadku. Ale to bardziej chyba boli niż widok erotycznej sceny – ona nie miała z nim takich chwil… I Tammy zostawia to swoje dotychczasowe, nieudane życie i rusza w podróż. Typowe kino drogi z finałową sceną przy wodospadzie Niagara. Ale po drodze Tammy dojrzewa, odszukuje siebie, znajduje miłość. Raz pomaga, a raz przeszkadza jej w tym babcia, cudownie grana przez Sarah Sarandon.

„Autoportret z kochanką”

Katarzyna Figura w głównej roli. Już dojrzała, a jeszcze wciąż taka młoda. I piękna. Sexy. Wciąż Marylin. Młoda była nawet dla mnie, gdy oglądałem ten film, po raz pierwszy w latach 90-tych. A jakaż młoda jest (w tym filmie) dla tego starszego pana, fotografa, jej filmowego znajomego, któremu pozwalała się, na tle swoich fotogramów, na wystawie, chwilę potrzymać za biust. Taka jakby dobroczynność dla starego człowieka i przyjaciela, który robił jej kiedyś akty. Piękna rola dojrzałej już dziewczyny, będącej wtedy już na progu kobiecości. Żegnającą się w tym filmie ze zwariowaną młodością. Kochającą młodzieńca – chłopaka, który dopiero co skończył szkołę i zaraz dostanie powołanie do wojska. Muszą się rozstać, ale ona na niego będzie czekała. Chciała czekać. Ale tak się złożyło, że zmarła. Przy porodzie (chyba – tak to zapamiętałem). Dziecko przeżyło. I on, gdy wychodzi z tego wojska, to ma córeczkę. Ale nie ma jej, swojej dziewczyny, tej tytułowej Kochanki. Jest sam z dzieckiem. Taki fajny młody tato. Zabiera córeczkę na jakiś polski Woodstock (Jarocin?). I sam też, właśnie tam, żegna się ze swoją młodością. Może dlatego ten film tak pamiętam? Bo ja też wyszedłem z wojska i zostałem wtedy sam. Ale moja dziewczyna nie umarła. Po prostu nie poczekała na mnie. I ja też żegnałem się ze swoją młodością… „I ja żegnałem nieraz kogoś, za górą, za chmurą, za drogą…” napisała Osiecka. A śpiewał/a? Pamięć mnie już zawodzi… Jednak nie, przypomniałem sobie: śpiewała to Magda Umer.

„Wiek Adeline” (Age of Adeline)

Przedwczoraj (24.03.2020 r.) obejrzałem ten film po raz kolejny, chyba po raz czwarty, po chyba 4 latach? Gdy ukazał się w kinach byłem na nim w Kłodzku 3 razy. Z moją żoną, z moją mamą i raz sam. Historia z gatunku fantastyki: kobieta urodzona w 1908 roku dożywa naszych czasów. Jest rok 2015 a ona ma 107 lat. Ale to się zdarza – rekordziści takiego wieku dożywają. Natomiast cudem jest, że Adeline jest wciąż młoda: ma wciąż tak ok. 30 lat, co najwyżej – na wygląd. A można jej dać mniej, jak każdej pięknej kobiecie. I to chyba główna przyczyna, że tyle razy ten film oglądam. Adeline jest piękna, urocza, mądra, uważna, dobra, fascynująca. Taki (mój) ideał kobiecości… A sam film jest po prostu dobrze zrobiony. Z wplecionymi materiałami archiwalnymi, z pięknymi pejzażami, z urokliwymi retrospekcjami. Taka mała panorama XX wieku w tle. I miłość na pierwszym planie. Nieprawdopodobna historia o braku starzenia się, ubrana w naukową otoczkę, która niemal pozwala wierzyć, że coś takiego mogło się wydarzyć.

I przesłanie tego filmu: wspaniała prawda o tym, że my ludzie mamy swój czas dzieciństwa, młodości, czas zakładania rodziny, czas bycia rodzicami, dziadkami, czas wieku dojrzałego i czas schyłku, czas kroczenia w kierunku śmierci. I że tak jest dobrze! Adeline w ostatnich kadrach filmu, w pięknej sukni, podkreślającej jej cudowne ciało, spieszy się z mężem na przyjęcie. To jest już po tym, gdy na skutek ponownego wypadku, komórki jej ciała odzyskują zdolność starzenia się. I, spoglądając po raz ostatni w lustro przed wyjściem, spostrzega ten „pierwszy siwy włos” na swojej fryzurze. I cieszy się! Jej córka (urodzona w latach 30-tych ubiegłego wieku, a więc teraz już 80-letnia starsza pani) pyta ją, widząc jej zawahanie przed lustrem, czy wszystko w porządku? Adeline odpowiada: „W najlepszym porządku!” Pierwsza kobieta, którą ucieszyła jej nadchodząca siwizna. Jedyna taka!

„Co ty wiesz o twoim dziadku?” (USA 2016, reż. Dan Mazer)

To jest polski tytuł, jak zwykle „przeinaczony”, bo w wersji angielskiej jest po prostu „Dirty grandpa” („Nieprzyzwoity dziadek”? – tak przynajmniej próbowano tłumaczyć tytuł tego słynnego filmu „Dirty dancing” –  jako: „Nieprzyzwoity taniec”). No, dziadek w wersji Roberta de Niro (on we własnej osobie w jednej z dwóch ról głównych), jest (przynajmniej na początku filmu) nawet bardziej niż nieprzyzwoity: wręcz lubieżny! Lubieżny starzec, jak jeden z tych od biblijnej opowieści o Zuzannie w kąpieli. Takie klasyczne kino drogi (road movie). Dziadek, prosto z pogrzebu/stypy swojej żony, zabiera dorosłego już wnuka, z którym mało miał wcześniej kontaktu, w podróż. Chyba na Florydę – tego nie zapamiętałem. Zabawa, słońce, plaża, fun. Młodzi ludzie szaleją i Dziadek też chce poszaleć! A wnuk (grany przez Zaca Efrona) wręcz przeciwnie: omotany przez jego małostkową, prozaiczną narzeczoną, myśli tylko o przygotowaniach do ich ślubu, który już za 3 dni! Dziadek uzmysławia pomału wnukowi, że życie to nie tylko kariera, kompromis, konformizm. To także: iść za swoimi marzeniami i naprawdę cieszyć się życiem! W finale wnuk odnajduje swoją dawną pasję, którą jest fotografia (po drodze dziadek sprezentował mu super aparat). A przede wszystkim młody odnajduje dawną miłość – śliczną dziewczynę, taką na luzie, z marzeniami! Ze ślubu z „perfekcyjną narzeczoną”, córką jednego z partnerów biznesowych taty, nici. Ale: jest inna, chyba lepsza droga życiowa. Powrót do zdjęć, podróż w świat.

A za to dziadek się żeni! Z młodą, która zawsze gustowała w „profesorach”. Ale, jak już to małe kłamstewko dziadka, że jest on mianowicie profesorem na uczelni, wyszło na jaw (dziadek tak naprawdę jest emerytowanym wojskowym), to ta młoda i tak go chciała! I w finale filmu dziadek ma nawet dziecko z tą młódką! Trochę z tą historią „pojechali po bandzie”, scenarzysta i reżyser. Ale: zabawna! To przecież komedia! Mądra komedia. 

Oglądam ten film, a mój wnuk mający wtedy przydomek „Sznutek”, co chwilę tup, tup, tup i podbiega do mnie z sypialni, gdzie jego mamusia Ulusia (czyli nasza córka) i Babcia Mircia (czyli moja żona) próbują go ululać do snu. Gdzie tam! Malutki Sznutek (roczek i 1,5 m-ca) ma tyle energii, że dopiero co naładowany elektromobil ma mniej! Sznutek staje przede mną, patrzy mi w oczy i uśmiecha się tym swoim szelmowskim (już!) uśmieszkiem. A ja myślę: Co Ty wiesz o twoim dziadku? Czy uda nam się kiedyś pogadać, tak jak na tym filmie? Pojedziemy może kiedyś razem w taką podróż? 

Kamerdyner

Są dwa filmy fabularne o takim (polskim) tytule. Jeden polski, nowszy (2018 rok). Tam rzecz się dzieje na Kaszubach. Taka saga rodzinna z pogranicza polskości i niemieckości tej kaszubskiej ziemi. Ten „Kamerdyner”, to opowiedziana z wielkim rozmachem, a zarazem inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, historia splątanych losów Polaków, Kaszubów i Niemców mieszkających na ziemiach kaszubskich w pierwszej połowie XX. stulecia. Mam do tego filmu trochę osobisty stosunek, gdyż na Kaszubach urodził się mój ojciec, a mój dziadek był tam nauczycielem w wiejskiej szkółce, jeszcze przed II. wojną światową… Ale to inna historia.

„Butler”

A teraz o tym amerykańskim filmie „Kamerdyner” z 2013 r. Obejrzałem go wczoraj w TV po raz drugi. Ale chyba po raz pierwszy „ze zrozumieniem”.

Historia czarnoskórego kamerdynera z Białego Domu, który na przestrzeni trzech dekad służył ośmiu prezydentom. Ze świetnym aktorem w roli głównej: Forest Whitaker. Aktorów przewija się w tym „Kamerdynerze” cała plejada, a co jeden to lepszy. W roli jednego z prezydentów, chyba tego pierwszego pokazanego w tym filmie, czyli D. Eisenhowera, wystąpił np. Robin Williams! O, już mam (brawo wujek Google), tych innych, też wspaniałych: Cuba Gooding Jr., John Cusack, Mariah Carey, Jane Fonda, Vanessa Redgrave.

Ale film jest przede wszystkim o czarnoskórym mężczyźnie, który w tej tytułowej roli Kamerdynera pracuje w Białym Domu. Przez kilkadziesiąt lat drugiej połowy XX wieku jest kamerdynerem. Obsługuje Biały Dom i jego kolejnych gospodarzy i z tej perspektywy jest świadkiem społecznych przemian. Emancypacji czarnoskórych mieszkańców USA, ich walki o swoje prawa, o równouprawnienie. Wspaniale wplecione w akcję filmu są fragmenty dokumentów, kronik filmowych sprzed lat. Historia USA w soczewce ruchów o wyzwolenie i obserwacja dojrzewającego do zmian społeczeństwa. Ruchy społeczne typu „Black for Freedom”, „Black Panther”. Ku-Klux-Klan z drugiej strony. Główny bohater w młodości ucieka z amerykańskiego Południa, gdzie poznał jeszcze niewolniczą w istocie (choć formalnie czarnoskórzy są już wolnymi ludźmi) pracę na polach bawełny u białych plantatorów. On wyrywa się z tej biedy, ucząc się służyć białym. Jest im posłuszny. Jak uczy go jego mentor w zawodzie kelnera/kamerdynera: „Masz im patrzeć w  oczy i zgadywać, czego chcą, czego sobie życzą”. I on opanował to do perfekcji. Wszyscy prezydenci są z niego zadowoleni. Ale jeden z jego synów idzie już dalej. On, wyruszając z domu na uniwersytet (to też obserwacja społeczna: awans czarnoskórej społeczności), z białymi podejmuje już walkę. Najpierw w duchu Mahatmy Ghandi’ego, czyli bierny opór: zło dobrem zwyciężaj, miłością. Co najwyżej obywatelskie nieposłuszeństwo w duchu Konstytucji, która przecież i wtedy zapewniała już wszystkim Amerykanom wolność i równość. Potem już jest nauka samoobrony przed przemocą: „Nie pozwolimy się więcej bić…”

W tle filmowej opowieści postaci amerykańskich czarnych bohaterów z lat 60-tych: Malcolm X, Martin Luther King. I wielka nadzieja nie tylko białych: J.F Kennedy i zamordowane (wraz z nim) amerykańskie marzenia o zmianach społecznych. Pojawiają się już jednak czarnoskórzy, którzy robią karierę. Jak wspomniany w „Kamerdynerze” Sidney Poitier, przystojny czarny aktor. Ten zagrał w innym filmie, pt. „Zgadnij, kto dziś przyjdzie na obiad?” chłopaka białej dziewczyny. Jej konserwatywni, ach, co tam, normalni po prostu, dla lat 60-tych ubiegłego wieku rodzice, mają, na tym niedzielnym obiedzie właśnie, poznać narzeczonego swojej córeczki. Nie pomyśleli nawet, że nie będzie on biały. To pierwszy czarny aktor, który zdobył Oskara za główną rolę. Ale w Białym Domu czarnoskórzy są wciąż jedynie kamerdynerami, sprzątaczkami, kucharzami – cały ten posługujący tam personel jest czarny i obsługuje białych polityków, białych celebrytów. Ale lawina już ruszyła i film kończy się sceną, gdy Kamerdyner, już emeryt, zostaje przyjęty na osobistej audiencji przez Barracka Obamę – pierwszego czarnego prezydenta USA. Przejmująca to scena, gdy „Główny odźwierny Białego Domu” (widać jest tam taka funkcja, jak na dawnych dworach magnackich), mówi do niego w korytarzu tego budynku: „Pokażę panu drogę do gabinetu Prezydenta”. A były kamerdyner na to: „Znam drogę…”. Symboliczne to, bo cały film jest o drodze, jaką przeszedł on, wraz ze swoją rodziną. A wraz z nimi całe amerykańskie społeczeństwo. Nie wspomniałem o aktorce drugiego planu, która sama w sobie jest też historią USA: Oprah Winfrey zagrała żonę Kamerdynera. O niej już nie opowiadam sam, tylko wklejam wstęp z Wikipedii i zachęcam do przeczytania (jeszcze więcej o niej jest w ang. wersji Wikipedii!). A na marginesie: ten jej życiorys to gotowy scenariusz na wspaniały film o niej! I o USA.

Oprah Winfrey (ur. 29 stycznia 1954 w Kosciusko) – amerykańska prezenterka oraz producentka telewizyjna i aktorka, miliarderka. Autorka i prowadząca talk-show The Oprah Winfrey Show, zaliczanego do najbardziej znanych i liczących się audycji telewizyjnych w USA. Właścicielka firmy medialnej Harpo Productions (ang.) i marki żywieniowej O! That’s Good. Ze względu na zasięg programu i jej wpływ na widzów czasopismo gospodarcze „Forbes” uhonorowało ją tytułem najbardziej wpływowej i prominentnej kobiety w USA. W 2005 magazyn umieścił ją na 8. miejscu listy najbardziej wpływowych kobiet świata, a w 2006 – na 3. miejscu listy. W 2008 znalazła się na szczycie listy największych gwiazd świata magazynu „Forbes”. Czasopismo „Time” zapisało ją na listę „100 najbardziej wpływowych ludzi XX wieku”. Czasopismo „Life” uznało ją za najbardziej wpływową czarnoskórą kobietę z jej pokolenia. W 2003 plebiscyt sieci telewizyjnych uznał ją za najbardziej rozpoznawalną osobowość medialną po Supermanie i Elvisie Presleyu. Jako pierwsza Afroamerykanka wypracowała majątek przekraczający 1 mld dolarów. Na wniosek dzieci Międzynarodowa Kapituła Orderu Uśmiechu przyznała jej 28 marca 2008 Order Uśmiechu. W 2013 prezydent Barack Obama odznaczył ją Medalem Wolności. Urodziła się 29 stycznia 1954 w Kosciusko w Missisipi jako córka Vernity Lee i Vernona Winfreya, żyjących bez ślubu nastolatków, którzy rozstali się wkrótce po jej urodzeniu. Młodzi rodzice, członkowie protestanckiej wspólnoty baptystów nadali jej imię Orpah, zaczerpnięte z Księgi Rut ze Starego Testamentu. Na skutek przeoczonego błędu urzędnika stanu cywilnego, rejestrującego urodzenia, nastoletni rodzice stwierdzili, że ich córka ma na imię Oprah. Nikt później tego błędu już nie poprawiał. W pierwszych latach życia mieszkała z babcią Hattie May. W wieku trzech lat nauczyła się czytać, a ponieważ recytowała wersy z Biblii, nazywano ją małym kaznodzieją. W wieku sześciu lat zamieszkała z samą matką w Milwaukee (stan Wisconsin), która nie miała czasu na opiekę nad dziećmi z powodu dużej ilości czasu spędzanego w pracy (była pokojówką). W wieku 14 lat urodziła syna, który zmarł niedługo po porodzie. Gdy miała 15 lat, matka odesłała ją do ojca mieszkającego w Nashville (stan Tennessee). Ojciec zapewnił jej dobre wykształcenie, zmuszając do przyłożenia się do nauki. W następnych latach poprawiła oceny, zaczęła wygrywać konkursy i uzyskiwać stypendia. Studia ukończyła na Uniwersytecie Stanowym Tennessee, słynnej uczelni dla afroamerykańskich obywateli USA (powstałej w okresie segregacji rasowej). Jednym z jej pierwszych, publicznych sukcesów było zajęcie 1. miejsca w Wyborach Czarnej Miss Piękności Tennessee w 1972 roku. W wieku 17 lat wygrała konkurs Miss Fire Prevention i później jako miss odwiedziła stację radiową, w której przeczytała wiadomości. Jej głos na tyle spodobał się szefostwu, że otrzymała propozycję pracy, którą przyjęła. Po 50. latach życia Winfrey dowiedziała się, że ma przyrodnią siostrę, którą ich matka oddała do adopcji, tuż po urodzeniu.

Taka ciekawostka z jej życia (jedna z wielu):

W 2005, z okazji jubileuszowego programu Oprah, wszystkim 276 widzom uczestniczącym w nagraniu audycji podarowała samochody Pontiac G6 sedan, a tekst You get a car, you get a car, everybody gets a car (pol.: Ty dostajesz auto, Ty dostajesz auto, każdy dostaje auto) stał się kultowy. 

I jeszcze niektóre (te, które mnie się spodobały) z najlepszych cytatów z Oprah Winfrey (wiecej w Google: best-quotes-from-oprah-winfrey):

„Bądź wdzięcznym za to co posiadasz; będziesz miał więcej. Jeśli skoncentrujesz się na tym, czego nie masz, nigdy, nigdy nie będziesz miał dość. ” 

„Książki były moją przepustką do wolności osobistej. Nauczyłam się czytać w wieku trzech lat i wkrótce odkryłam, że istnieje cały świat do pokonania, który wykracza poza naszą farmę w Mississippi.” 

„Każdego dnia jesteś tak dobry, jak twój ostatni występ.” 

„Każde potknięcie nie jest upadkiem, a każdy upadek nie oznacza porażki.” 

„Podejmuj tylko decyzje, które wspierają Twój wizerunek i poczucie własnej wartości.” 

„Poczucie własnej wartości wynika z umiejętności definiowania świata na własnych warunkach i odmowy przestrzegania osądów innych.”

„Otaczaj się tylko ludźmi, którzy podniosą cię wyżej.”

„Im bardziej chwalisz i świętujesz swoje życie, tym więcej jest w życiu do świętowania.”

„Największą rzeczą, jaką możesz zrobić, aby zmienić swoje życie dzisiaj, to być wdzięcznym za to, co masz teraz.” 

„Prawdziwe przebaczenie jest wtedy, gdy możesz powiedzieć: dziękuję za to doświadczenie.”

„Wykorzystaj swoje życie, by służyć światu, a przekonasz się, że to także służy tobie.”

„Cokolwiek ci się przydarzyło w przeszłości, nie ma mocy w tej chwili obecnej, ponieważ życie jest teraz.”

Cytat Oprah Winfrey na tle zeszytu i stokrotki leżących na stole

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry