Nie, to nie będzie artykuł o najsłynniejszej scenie operowej świata. Wykorzystałem tylko tę nazwę, aby tytuł brzmiał zachęcająco – lubimy nazwy, które kojarzą nam się z ekskluzywnością, wielkim światem, znanymi w mediach nazwiskami. Chociaż La Scala to przede wszystkim świątynia sztuki. Ale raczej niewiele osób na świecie interesuje się operą, jako gatunkiem muzyki. Jeszcze mniejsze grono – już ścisłych ekspertów – może docenić niuanse w śpiewie, w intonacji, kreacji scenicznej u poszczególnych wykonawców. Jest w stanie ocenić właśnie skalę ich wirtuozerii.
I tu dochodzę do innego znaczenia słowa skala: ta nazwa funkcjonuje także jako określenie wielkości, rozmiaru. Wielu mówi na przykład „pełnoskalowa wojna” (nie zastanawiając się, czy to prawda).
W swoim znaczeniu ogólnym słowo skala może oznaczać zakres, stopień, miarę lub zakres pomiarowy. Ma też zastosowania szczególne, np. w kontekście map (mapa w skali), gdzie odnosi się do stopnia pomniejszenia obrazu danej powierzchni Ziemi na mapie w stosunku do rzeczywistych rozmiarów tego terenu. W muzyce „skala” oznacza szereg dźwięków wznoszących się lub opadających. A skoro, na chwilę, jeszcze znów jestem przy muzyce, to przy okazji parę słów jeszcze o tym tym Teatro alla Scala w Mediolanie. Dla tej sceny tworzyli swoje opery tacy kompozytorzy jak Rossini, Puccini, Verdi. La scala – to po włosku schody. Schodów w tym wielkim budynku pewnie wiele, ale to nie o nie w tej nazwie chodzi, lecz o nazwisko księżnej Beatrycze Reginy della Scala, żony księcia Bernabo Viscontiego, fundatora kościoła, z XIV wieku, który niegdyś stał na placu obecnej opery. Też piękne nazwiska. I piękne imiona…
I gdybyż taki piękny był świat, w którym dramaty dzieją się tylko na operowej scenie… Niestety!
Władcy świata i także władcy naszego kraju, aczkolwiek budują nam filharmonie i różne narodowe centra muzyki, nowe muzea, to jednak jeszcze bardziej lubią wydawać nasze pieniądze na inny teatr: teatr wojenny.
Sumy, którymi wspiera się polską kulturę są niczym, w porównaniu do miliardów, którymi kolejne polskie rządy wspierają Ukrainę i jej wojnę. Efekt tej wojny jest jak na razie taki sam, jak każdej innej: setki tysięcy poległych. Przede wszystkim żołnierzy. W bardzo małym stopniu także cywili.
Są wyliczenia, są podawane liczby tych ofiar. Oczywiście opierające się na szacunkach, gdyż żadna ze stron nie chce zdradzić prawdziwych strat w ludziach. Moim zdaniem, nie mają się czego obawiać – i o tym zaraz napiszę. Społeczeństw te liczby właściwie nie interesują. I to jest właśnie ten efekt skali. Dla porządku jednak, gdyby ktoś to czytał, powtórzę jednak, bo to propagandowe kłamstwo już wtłoczono głęboko w umysł tak zwanego zwykłego człowieka (oglądacza telewizji TVP, TVN & Comp.) i należy tę niby rzeczywistość odkłamywać. Powtórzę ważną rzecz: ta wojna na Ukrainie nie jest wojną totalną, czy też „pełnoskalową”.
Może teraz dopiero będzie, co nie daj Boże, gdyż Rosjanie, po ukraińskich atakach na cywilne pociągi kolejowe w Rosji, na tzw. infrastrukturę krytyczną Rosji, a szczególnie po ataku dronami na nie biorące do tej pory udziału w wojnie bombowce strategiczne, zapewniające Rosji bezpieczeństwo przed atakiem nuklearnym, wyraźnie dążą do zakończenia wojny całkowicie „na swoich warunkach”. Jednak do tej pory tzw. „pełnoskalowa operacja” była tylko wymysłem zachodniej propagandy: Rosja nie atakowała celowo osiedli mieszkaniowych, nie uderzała w tzw. „hub’y”, gdzie przeładowywano dostarczaną z Zachodu broń, nie niszczyła obiektów inżynieryjnych w głębi Ukrainy. Elektrowni, mostów, wiaduktów, linii kolejowych, którymi szły i nadal idą transporty uzbrojenia. A mogła! I nadal może… Nikt nie wyjaśnił tego faktu. Powodów może być zresztą wiele.
Nic nie wiemy w ogóle pewnego o tej wojnie. Pierwsza zginęła na niej prawda. Jak na każdej wojnie. Cześć jej pamięci!
Jeśli chodzi o cywilne domy, to rzeczywiście: bywa, że znikają z powierzchni ziemi. Ale te na linii frontu, gdzie obie strony opanowują miasta i wsie, a potem wycofują się. I znowu wkraczają… Taka odmiana wojny pozycyjnej, po której rzeczywiście pozostaje tylko spalona ziemia. I są też trafienia rakiet w budynki mieszkalne. Ukraińcy przypisują je bezwzględnym Rosjanom, Rosjanie tłumaczą, że to nieudolna ukraińska obrona przeciwlotnicza powoduje, że ich pociski nie dolatują wprawdzie do celu, ale rażą niestety np. blok mieszkalny.
A może o to właśnie chodzi? Tym specom od nakręcania wojennej atmosfery, czyli „kolektywnemu Zachodowi”. Abyśmy zobaczyli w telewizorze te migawki: wypalone, zrujnowane mieszkania, płomienie, zrozpaczeni ludzie, szlochające kobiety, ratownicy medyczni, nosze, bandaże…
Już bardzo blisko jestem tematu, którym jest skala. Skala nieszczęścia, jakie spotyka kraje biorące bezpośredni udział w wojnie. Na tej skali mamy zabitych i rannych.
Mój ojciec, gdy w bardzo już dawnych czasach słuchał komunikatów z kolejnej wojny między Izraelem a światem arabskim, gdy wymieniano po kolei liczby zabitych i rannych, np. 5 zabitych, 10 rannych, dodawał jeszcze: „…i 10 wystraszonych”. Taki ponury żart. Ale obecnie, gdy wiemy już, co to jest PTSD (Post Traumatic Stress Disorder), to rzeczywiście, do tych liczb powinniśmy dodawać tych żołnierzy, którzy na skutek konkretnego szoku na polu walki, lub ogólnego stresu związanego z okropieństwami wojny, na trwale wypadną z naszych społeczeństw – niezdolni do wypełniania swych normalnych ról w rodzinie, w pracy. W społeczeństwie.
Jeśli chodzi o te straty ewidentne: liczby zabitych i rannych, to są, moim zdaniem, kompetentne wyliczenia, opierające się na statystykach z drugiej wojny światowej i na tych danych, które są dostępne teraz – które mówią, iż w tej obecnej wojnie ginie wyjątkowo mało ludności cywilnej. Ta wojna nie jest bowiem skierowana przeciwko narodowi ukraińskiemu. Nie chcę tu powtarzać narracji rosyjskiej, w Polsce traktowanej jako kłamstwo Putina, który wyjaśnia dlaczego rozpoczął specjalną operację wojskową. Ale fakty mówią same za siebie: cywile nie są atakowani.
Przypomnijmy sobie, jak było z II wojną światową: co ryczał Hitler w przemówieniach na wiecach, co mówił swoim generałom przed napaścią na Polskę w 1939 roku? Żadnej litości nie miało być dla napadniętych.
Polacy, a potem Rosjanie, jako narody miały zniknąć. Planowa eksterminacja zaczęła się już we wrześniu na zajętych polskich terenach. Najpierw jednak zaatakowała cywili jeszcze Luftwaffe, której piloci wręcz polowali na uciekinierów, na polskich drogach. Rodziny z dziećmi, ciągnące wózki, szukające schronienia w przydrożnych rowach. Zabite konie, roztrzaskane zaprzęgi. Znamy te obrazy z zachowanych filmów, dokumentujących bestialstwo najeźdźcy, zbrodnie Wehrmachtu. Tak, Wehrmachtu, bo mit o rycerskości tej formacji i przypisywanie ludobójstwa tylko formacji SS, można zaliczyć do germańskiej mitologii. II wojna światowa na terenie Polski to masowe rozstrzeliwania. Najpierw polskiej inteligencji. Potem wszystkich Polaków. Nie tylko tych, którzy będąc Polakami byli także Żydami. Wszystkich! Wszystkich kierowano na śmierć do obozów koncentracyjnych.
Nie ma porównania tamta, druga wojna światowa, z obecną wojną na Ukrainie. Tego, co zrobiono wtedy w Polsce, na Ukrainie nie ma.
Niestety to, co się dzieje w Strefie Gazy, to jest już wojna totalna. To jest już ludobójstwo. I teraz, od dosłownie kilku dni (gdy to piszę), także Iran został zaatakowany przez Izrael. A od kilku godzin (dziś jest 22.06.2025 r.) również USA są na wojnie z Iranem.
Świat zaczyna płonąć! A my? Zdajemy sobie sprawę z tego? Czy dociera do nas tragizm tej sytuacji?
Jest długi weekend po Bożym Ciele Anno 2025. Czas turystycznego exodusu Polaków z dużych miast. Niekończące się sznury samochodów osobowych i motocykli dążące do Tatr, Beskidów, Karkonoszy, nad Bałtyk. Przy domach, na działkach, zapach grilla. I radosne spożywanie piwa i mocniejszych trunków. Nawet w kamperze, w czasie jazdy. News z wczoraj: zatrzymano kierowcę kampera, który jechał zygzakiem. Miał ileś tam promili alkoholu we krwi, pozostali „załoganci” tudzież. Polska się bawi! Zamożniejsi ślą fotki z Lizbony, znad Morza Śródziemnego, z Egiptu i dalszych jeszcze „miejscówek”.
Czy popsuły komuś nastrój informacje o tym, że Rosjanie po uzgodnieniach ze stroną ukraińską, przywieźli na przyfrontowe miejsce 6000 zwłok żołnierzy ukraińskich. W TIRach-chłodniach. Zamrożone, przechowane. Po to, by, jak to się mówi, godnie ich pochować. Ja, czytając o tych tysiącach trupów, byłem zdołowany. Nie, nie odmawiam tej idei, idei godnego pochówku, znaczenia. Rozumiem, jakie to ważne dla rodzin. Ale we mnie jest taka myśl na pierwszym planie: o co tu chodzi? Co jest ważniejsze? Czy to, aby godnie żyć, czy godnie zginąć i godnie być pochowanym?
Godnie żyć – czyli: w pokoju, w przyjaźni. A co najmniej z szacunkiem dla innych. Gdzie jest to chrześcijańskie „miłuj bliźniego swego”. Umyka… Znika.
Na granicy Rosji i Ukrainy nieobecny jest ten „Pokój niech będzie z wami” od trzech lat. A na całym świecie? Przez dwa tysiące lat po Chrystusie, jesteśmy w tym samym miejscu nienawiści, wojen, cierpienia. Niepotrzebnego cierpienia.
Te rozmowy pokojowe Ukraina-Rosja, prowadzone w Teheranie, doprowadziły jedynie do uzgodnienia dwóch kwestii humanitarnych: wymiany jeńców, czyli żywych jeszcze żołnierzy oraz wymiany zwłok, czyli trupów poległych żołnierzy. Czy to nie potworne? Ciężarówki przywożą 6000 zwłok żołnierzy ukraińskich. Mieszkałem w takim miasteczku, które ma niecałe 6000 mieszkańców. To tak, jakby wszyscy zginęli. Czy takie porównanie już lepiej trafia do wyobraźni? Tak, wizualizacja to znany sposób na dotarcie do umysłów. Więc wyobraź sobie, droga Czytelniczko, drogi Czytelniku, to puste miasteczko, bez ludzi, a na jego obrzeżach cmentarz: 6000 świeżych mogił.
No tak… W tej wojnie na Ukrainie nie wygląda to aż tak tragicznie: toczy się ona na linii frontu, skąd najczęściej ludność cywilna została ewakuowana. Lub sama uciekła. I tam giną po obu stronach żołnierze. A w tych miasteczkach, na całej Ukrainie, nie giną wprawdzie ich rodziny, ale zostają. Pozostają żony, już wdowy, pozostają matki żołnierzy, ich dzieci. Bez ojców, bez perspektyw na dobre życie. To może nawet większy jeszcze dramat, niż gdy giną wszyscy.
Rząd ukraiński obiecał wypłacać za każdego zabitego na wojnie żołnierza odszkodowanie. Dużo hrywien, w przeliczeniu to nawet miało być kilkaset tysięcy dolarów. Ale nie ma. Ukraina ma pieniądze już tylko z Zachodu. I chyba na to akurat (jeszcze) Zachód nie dał. Nie ma więc finansowej rekompensaty. A teraz podobno ogłoszono tam, że te odszkodowania będą płatne dopiero po wojnie. Gdy już będzie można bezspornie ustalić kto zginął, a kto nie. Na teraz ukraińskie władze traktują, że jeśli nie ma ewidentnych dowodów, że ktoś zginął (zidentyfikowane ciało), to nie wiadomo… Czyli np. jeśli Rosjanie atakowali, zabili ukraińskich żołnierzy i zajęli dany teren, to dla strony ukraińskiej, ci ich polegli żołnierze, są tylko formalnie zaginionymi. Stąd problem, jak się okazało z odbiorem tych ciał dostarczonych przez Rosję – nie chciano ich zabierać. Materiał na ten temat jest na kanale „Wbrew Cenzurze” (polecam!). Tytuł jest taki: „Niechciane trupy Ukrainy”. I podtytuł „Ciężarówki ze zwłokami ukraińskich żołnierzy czekały kilka dni na odebranie przez Kijów. Potężna rysa na wizerunku Zeleńskiego nie doczekała się relacji w mediach.” Dodam: polskich mediach telewizyjnych. Takie mamy te media!
Dziś koniec długiego weekendu. Ktoś wspomniał jeszcze, pomyślał o tych 6000 żołnierzy?
W newsach informacje o kolejnym wypadku drogowym: „Zginął… Zostali ranni… Policja zabezpieczyła… Trwa ustalanie przyczyn…”. Jeżeli zginie ktoś znany, to będą następne informacje. Wywiady z bliskimi, znajomymi. Śmierć będzie przez chwilę nas zajmowała. Oddziaływała na nas. Czasem przez wiele dni. Czasem zdarzy się nawet żałoba narodowa (ostatnio w Austrii, gdy szaleniec wszedł do swojej byłej szkoły i zabijał; zginęło 10 osób). A czasem żałoba światowa (księżna Diana…).
Kilka dni temu runął na ziemię (na osiedle mieszkalne), zaraz po starcie samolot pasażerski Air India. Jakiś cud, jedna jedyna osoba ocalała. Zginęli pasażerowie, załoga oraz chyba ponad dwadzieścia osób w domach, w które trafił samolot. Razem ponad 270 osób. W mediach wzruszający materiał o stewardesie z tego samolotu. Jej bliscy, szlochający przed kamerą, opowiadają, że jej status pokazuje wciąż, że ona jest „on line”. Już nie jest…
Ale śmierć na wojnie nie wywołuje takich emocji. U osób postronnych. Czyli u nas. U polityków zresztą też nie, choć oni formalnie postronni nie są: jak najbardziej są zaangażowani w to, aby tę wojnę na Ukrainie nadal prowadzić. Aż do zwycięstwa! Na razie nikt się z tych butnych wypowiedzi nie wycofał. Piszę o naszych politykach. Deklarują oni tę wolę wspierania Ukrainy militarnie i we wszystkich innych aspektach wciąż na nowo, wszem i wobec. Zatem nie przypisuję im nic, czego by nie powiedzieli.
Domyślamy się, dlaczego te 6000 nieżywych żołnierzy nie porusza nas tak, jak te katastrofy lotnicze, o dużo przecież mniejszej skali ofiar, oraz pojedyncze przypadki śmierci, choćby w wypadkach na drogach? Tak – to jest ten efekt skali.
Od tej nazwy – skala – zacząłem. I chociaż sami możemy sobie to swoimi słowami wyjaśniać, zapytałem jednak sztuczną inteligencję, aby ujęła to metodycznie, usystematyzowała. I trafiła niejako „w punkt”.
A ona naprawdę jest dobra! Na moje pytanie sformułowane tak: „Dlaczego ludzie bardziej emocjonują się katastrofą samolotu pasażerskiego, w której ginie 100 osób, niż śmiercią 100 000 osób na wojnie?” Chat GPT najpierw powiedział mi komplement! Inteligentnie…
Bo nie wprost, ale ujął to tak:
„To bardzo ważne i głębokie pytanie, które dotyka mechanizmów psychologicznych i społecznych, przez które przetwarzamy tragedie. To zjawisko ma wiele warstw i można je wyjaśnić z różnych perspektyw – psychologicznej, społecznej, medialnej i poznawczej.”
Spokojnie Chat: nie jestem odkrywcą! Pamiętam, że na takie mniej więcej pytanie odpowiadał sobie i czytelnikom jakiś dziennikarz w poczytnym tygodniku, już przed laty, gdy jeszcze czytałem prasę papierową. Może dotarłaś do tego materiału? Ale, Droga AI, jesteś mądrością wziętą od nas wszystkich i jeszcze bardziej mądrą, niż my wszyscy, więc przytoczę tu główne wątki Twojej odpowiedzi. Oto one, w skrócie. Wyjaśnienia, dlaczego wypadek lotniczy (czy drogowy), ze stosunkowo niewielką ilością ofiar – w stosunku do wojny – bardziej nas porusza:
- Efekt psychologicznej bliskości (identyfikacji)
Odnosząc do wojny tę tezę: najczęściej wojna jest „odległa” (gdzieś tam daleko od nas). I trudno się identyfikować z ludźmi, których nie znamy. A katastrofa samolotu? Większość z nas leciała, lata (praca, wakacje), łatwiej sobie wyobrazić – siebie w tym samolocie… - Paradoks liczby (psychonumeracy)
„Jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka.” Podobno tak mawiał Stalin… Swoją drogą fachowiec w temacie uśmiercania. Im większa liczba ofiar, tym wzrasta znieczulenie psychiczne (psychic numbing). - Niespodziewane vs przewlekłe
Katastrofa samolotu jest nagła, wojna natomiast trwa i ludzie przyzwyczajają się do doniesień o ofiarach. - Siła przekazu medialnego
Media rządzą. Pokazują rodziny ofiar, relacje na żywo z miejsca katastrofy, ze szpitali. Ofiary wojny, jeżeli media się tym nie zajmą, nie mają „twarzy”, imion, historii. - Poczucie kontroli i zagrożenia
Katastrofa samolotu wydaje się zrządzeniem losu – nas też może spotkać (nawet jeśli statystycznie więcej osób ginie w wypadkach drogowych). A wojna wydaje się „czyjaś”. Dzieje się „tam, nie u nas”.
Tyle sztuczna inteligencja… Od siebie dodam, że dla mnie najbardziej dramatyczne w tej wojnie na Ukrainie jest to, że przekaz medialny polskich dziennikarzy, reporterów, filmowców jest taki, iż o dramacie wojny się z niego społeczeństwo nic nie dowie. W internecie (korzystam z YouTuba) również nic się nie zobaczy. Gdy wpisywałem hasła, np. „inwalidzi na wojnie na Ukrainie” albo szukałem innymi sposobami to jedyne, co znalazłem, to reportaż „Soldatos Rotos Ucrania #11”. Bardzo dobry. Wstrząsający. Z mądrym komentarzem. O centrum rehabilitacji dla inwalidów wojennych w Kijowie. „Tytanowe centrum” – nazwa ośrodka od materiału, z którego wykonane są protezy. Po hiszpańsku, ale w wywiadach ukraińscy, już byli, żołnierze mówią po rosyjsku. Są też napisy w języku angielskim. Polecam!
To tylko dawni pisarze, ci co przeżyli I. wojnę światową, jak mój ulubiony Erich Maria Remarque, tylko oni mieli odwagę rzucić, w swoich książkach, społeczeństwu w twarz te sceny, które oni sami musieli oglądać codziennie, przez lata ich wojennego koszmaru. Gdy jako młodzi mężczyźni zostali wysłani na front by walczyć za Ojczyznę.
Jak dziś Ukraińcy. I Rosjanie…
„Przesiąknięta krwią ziemia Zachodniego Frontu, strzępy mięsa poległych wiszące na drutach stalowych, głośne i stłumione krzyki ciężko rannych, dla których najlepszym z możliwych wariantów losu, było tylko to, aby resztę życia spędzić jako niedołężny kaleka. Bezsilność jednostki, gdy ktoś przybył tu kierując się żądzą sławy, a stał się bezwolny wobec wojny której prowadzenie stało się gałęzią przemysłu. Wszystko to przeżyć i opisać było gorzkim doświadczeniem, na pewno. Ale jeszcze bardziej gorzkie było to, że pomimo światowego sukcesu jego powieści, ludzie nic z tego się nie nauczyli”.
Ta powieść to „Na zachodzie bez zmian”, którą E. M. Remarque napisał w 10 lat po pierwszej wojnie światowej i wkrótce potem (1930 r.) została ona po raz pierwszy sfilmowana. A powyższy cytat pochodzi z książki o Remarque’u. Autorem jest Thomas Hüetlin, a tytuł brzmi „Man lebt sein Leben nur einmal”. Czyli: „Przeżywa się swoje życie tylko raz”. Idealnie pasuje ten tytuł, do tego, co chcę powiedzieć tutaj i w innych moich artykułach. Mamy tylko jedno życie. Nie siedem żyć, jak w komputerowych grach, gdzie wciąż możemy ożywiać naszego bohatera i wjeżdżać z nim na wyższy „level”. Nie! My żyjemy tu i teraz. Te ideały o Ojczyźnie, męstwie, zwycięstwie – te slogany głoszą najczęściej Ci, którzy na wojnę nigdy nie pójdą. Politycy.
Siła przekazu medialnego… Symptomatyczne: w 2023 roku, gdy wojna na Ukrainie, w związku z otwartą wojskową agresją Rosji na terytorium Ukrainy weszła (od 2022 roku) w fazę jawną, gdy już nie był to tylko ostrzał Donbasu przez Ukraińców trwający od 2014 r., na ekrany kin i Netflixa weszła akurat kolejna ekranizacja, na motywach książki „Na zachodzie bez zmian”. Pod tym samym tytułem. W reżyserii niemieckiego reżysera Edwarda Bergera. Film otrzymał aż cztery Oskary w kategoriach: najlepszy film nieanglojęzyczny, najlepsze zdjęcia, najlepsza muzyka filmową i najlepszy scenariusz adaptowany. Słyszał ktoś w Polsce o tym filmie? Przecież trafił idealnie w czas wojny! Powinien być pokazywany szeroko. Powinien być oglądany, omawiany, cytowany. Powinniśmy z niego wyciągać wnioski. Właśnie!
O to właśnie chodzi, abyśmy żadnych wniosków nie wyciągnęli. Proszę poczytać recenzje tego filmu: niby przyznają, że to osiągnięcie, że cztery Oskary, ale… Ale zaraz następuje krytyka, podważanie wartości tego filmu, opisywanie go w taki sposób, aby ewentualny widz raczej sobie „podarował” jego obejrzenie. Zarzuty, że „maluje nierealistyczny obraz wojny”, że ukazuje jakieś „szablonowe typy moralności”, że „duże zmiany w scenariuszu w stosunku do powieści”.
A tak: z tym ostatnim stwierdzeniem się nawet zgodzę! Ale dla mnie to zaleta tego filmu. Powieść opisuje bowiem życie oraz śmierć i kalectwo zwykłych, prostych żołnierzy: grupy licealistów, która wprost po maturze ruszyła do koszar i wymaszerowała stamtąd na tę krwawą I. wojnę światową. Film poszerza nasz ogląd: widzimy w nim, jak żyją w czasie wojny politycy, jak się ma generalicja. Mają się dobrze! Polecam scenę przy suto zastawionym stole w pociągu, w wagonie „salonce” – dla dygnitarzy. Albo podobne sceny we wnętrzach jakiegoś pałacu, na tyłach frontu. Dla żołnierzy w okopach natomiast jest brud, błoto, okopowe szczury. I strach. I śmierć. Codzienna. Nagła – wystarczy wystawić głowę, a snajper nie marnuje okazji. Lub śmierć na raty. Agonia w męczarniach na polu walki, gdzie nikt, pod ostrzałem artyleryjskim, nie zbiera rannych.
Siła przekazu medialnego takich filmów i powieści jak „Na zachodzie bez zmian” mogłaby być znaczna. Może nawet ogromna, gdyby media tak rozwinęły kampanie promocyjne, jak to potrafią, gdy ich władcy im każą. Gdy spuszczą je, jak swoje pieski z łańcucha i krzykną „bierz!”. Wtedy media potrafią „sprzedać” nam wszystko. Choćby to sensu nie miało. Tak jak nie mają sensu polskie zbrojenia. Co? Jak już kupimy na kredyt, który spłacać będzie jeszcze następne pokolenie, te setki Abrahmsów (w zamian za kilkaset czołgów T-72 podarowanych Ukrainie) to wtedy się obronimy? Na linii Wisły? O pięć dni dłużej? Popatrzmy realnie na nasze wątłe siły, na naszych niby przyjaciół, czy to bliskich, czy dalekich. Komu nasz polski los jest drogi? Nie łudźmy się.
Spróbujmy inaczej: nawiązywać trwałe dobre relacje, być partnerem, ze wszystkimi żyć w zgodzie, z sąsiadami Polski przede wszystkim. Zostawmy te szabelki.
„Koń, szabelka i butelka – ot Polaka miłość wielka”. Niestety, o wszystkim tym napisałem w tym artykule. O zamiłowaniu do butelki też. Bo trzeba pisać. Szczególnie, gdy inni milczą. A media głównego nurtu milczą.
Dlatego takie tytuły jak „Na Zachodzie bez zmian” zostały skazane na zapomnienie. A my na niewiedzę. Tak działają media, których właścicielem jest kapitał. Ta przecież nie baśniowa, a bardzo realna Wall Street, gdzie akcje koncernów zbrojeniowych idą w górę po każdym kolejnym nalocie. Czy to na Ukrainie, czy w Strefie Gazy, czy w Iranie. Wojna to biznes. Trump najpierw to powiedział, a teraz już udowadnia nam na przykładach. Jego samoloty właśnie bombardują Iran.
Jedynym naszym wnioskiem, gdyby media działały po prostu po ludzku i kształtowały w nas ludzkie uczucia i ludzkie pojmowanie sprawy życia, powinno być to proste, dziś zapomniane, a po drugiej wojnie światowej powszechnie znane i przytaczane stwierdzenie, apel, wezwanie: NIGDY WIĘCEJ WOJNY!
A co robią te nasze (a w każdym razie „polskojęzyczne”) media. Te TVP-y, TVN-y, POLSAT-y? Mówią nam, że wojna jest nieunikniona. A my do tej wojny mamy się przygotowywać. W sumie, o ironio, mówią nam prawdę. Gdyż cóż: całe życie przygotowujemy się przecież na śmierć! Tylko, że one chcą nam to nasze życie bardzo skrócić.

