„Były ukraiński biznesmen ze snajperskim rekordem”. To tytuł informacji, jeszcze z grudnia 2023 r. I dalej: „Dziennikarze Wall Street Journal dotarli do ukraińskiego snajpera, który w połowie listopada pobił rekord świata likwidując rosyjskiego żołnierza z odległości prawie 4 kilometrów (3800 m) /../ Rekordowy strzał oddał 58-letni Wiaczesław Kowalski – były biznesmen, który obecnie służy w jednostce specjalnej Alfa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy /../. Swoim wyczynem były biznesmen pobił dotychczasowy rekord, który należał do niewymienionego z nazwiska strzelca wyborowego z kanadyjskiej jednostki specjalnej JTF-2 (Joint Task Force 2). Ów żołnierz w czasie wojny w Iraku trafił do celu odległego o 3540 m”.
Kowalski… polskie nazwisko. To może my, Polacy, powinniśmy być nawet dumni? Przecież jakby „nasz człowiek”. Z rekordem! No i znowu ta „wspaniała” Wall Street (czyli w przenośni: korporacyjne interesy USA), która najpierw pcha świat do wojen (jak do tej na Ukrainie) a potem podsyca zapał do walki. Jak nie ciągłym ogniem (bo podobno Ukraińcom już amunicji brakuje), to chociaż pojedynczym strzałem. Z karabinu snajperskiego (który zresztą w tej i innych wiadomościach jest szczegółowo opisywany). Cud techniki! Techniki zabijania.
I kolejne cytaty z licznych informacji o tym „historycznym” wyczynie:
„Rok temu anonimowy członek Gwardii Narodowej Ukrainy wyeliminował rosyjskiego żołnierza z odległości 2710 m. Dzięki temu funkcjonariusz Gwardii trafił na trzecią lokatę (dziś już czwartą) na liście udokumentowanych źródłami strzeleckich rekordów odległości.”.
„Rekord pobity o całe setki metrów. Ukraiński snajper pokazał klasę”.
Proszę, jest i ranking! I co za klasa! Eufemistyczne określenia: „zlikwidował, „wyeliminował”.
Nie! On zabił, proszę Państwa. Zabił bliźniego swego.
W końcu XIX wieku i na początku wieku XX powstały trzy idee, które bardzo kiedyś podziwiałem, doceniając, że chciały odmieniać świat. Dwie z nich są powszechnie znane. Mam tu na myśli wznowione w 1896 roku nowożytne olimpiady, dzieło Francuza barona Pierre Le Coubertin’a oraz ruch skautingu Brytyjczyka Roberta Baden-Powell’a, u nas znany jako harcerstwo, datowany na rok 1907. Obaj panowie, chcieli dać młodzieży świata coś innego niż walki na polach bitew, niż udział w wojnach. Szlachetna (w zamyśle, bo dziś już tak nie jest) rywalizacja sportowa miała zastąpić konflikty zbrojne, nawiązywała do antyku, gdy na czas olimpijskich zawodów przerywano wojny. A skauting, który nie tak dawno obchodził swoje 100-lecie istnienia, miał wychowywać pokolenia chłopców i dziewcząt, którzy będą mieli cele i marzenia inne niż fizyczne i ostateczne wyeliminowanie swoich rówieśników z innych krajów i którym służba społeczeństwu nie będzie się kojarzyła tylko ze służbą wojskową. Baden-Powellowi chodziło o wartości moralne, o wychowanie dobrych obywateli.
Dwaj marzyciele….
Interesowałem się, jak każdy niemal młody człowiek sportem i znałem na pamięć większość złotych medalistów olimpiad do lat 70-tych ubiegłego wieku. Przeszło mi to z wiekiem i kolejnym aferami dopingowymi. Sport współczesny zatracił wszystkie te cechy, które miały młodzież prowadzić ku pokojowemu współistnieniu. Fair play nie istnieje. Wystarczy popatrzeć na to co się dzieje w polu bramkowym, gdy ustawiany jest mur przed strzałem z rzutu wolnego spoza linii pola karnego. To jest walka wręcz!
A co do skautingu, to pamiętam, że poruszyło mnie, iż jego twórca pomimo iż był rozczarowany tym, że młodzież Europy znowu stanęła naprzeciw siebie w okopach pierwszej wojny światowej, z wielką energią rozwijał swój ruch nadal w latach 20-tych i 30-tych ubiegłego wieku. W 1939 roku ilość skautów we wszystkich krajach gdzie powstały te organizacje wynosiła 3,3 mln. Propagując swoje idee R. Baden-Powell jeździł po świecie. Był także w Polsce (spotkanie z harcerzami z całego naszego kraju w Gdyni w 1933 roku). Jednak, gdy wybuchła kolejna wojna światowa, podobno zrezygnowany – tak to ktoś kiedyś, jak pamiętam, napisał w artykule o nim – opuścił Europę. Zmarł w Kenii w 1941 r.
Twórca trzeciej idei, która mnie kiedyś zainteresowała, jest mniej znany. Chociaż jego dzieło właściwie znamy wszyscy: to Czerwony Krzyż. Ten kolejny wizjoner, twórca idei pomocy rannym uczestnikom konfliktów i twórca tej organizacji, to Szwajcar Henry Dunant. Był kupcem (bez szczęścia w interesach) i filantropem. A ta druga pasja zaczęła się u niego, gdy właśnie jako kupiec znalazł się w 1859 roku pod Solferino, następnego dnia po słynnej bitwie, która tam się rozegrała. 38 000 poległych i rannych leżało na pobojowisku. Zostawił w tym momencie swoją handlową misję i zaczął pomagać rannym. Potem napisał i opublikował wspomnienie o tym. Poruszyło to europejskie społeczeństwo. I w 1863 r. podpisano słynną Konwencję Genewską oraz został założony Czerwony Krzyż. Zawdzięczamy do właśnie Henry’emu Dunant. Miał też kolejne idee, jak np. utworzenie stref bezpieczeństwa dla cywilnych uchodźców, powołanie Światowej Organizacji Zdrowia czy Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości, ale nie znalazły one wtedy zrozumienia rządów państw europejskich. Wyprzedził epokę, prawda? Za swoje zasługi dostał w 1901 r. pierwszą pokojową nagrodę Nobla.
Czytając i pisząc tu o tych historiach odnoszę wrażenie, że jako ludzkość byliśmy kilka razy na dobrej drodze. Łagodziliśmy obyczaje. Dążyliśmy do człowieczeństwa w coraz pełniejszym tego słowa znaczeniu. Jednak dziś te idee, choć przecież w części urzeczywistnione, wydają się znowu utopiami.
Po tych dygresjach wracam do snajpera, od którego zacząłem.
A właściwie do innych snajperów. Jest co najmniej kilka filmów fabularnych pod takim tytułem: „Snajper”. Oglądałem chyba ze dwa. O jakichś amerykańskich bohaterach z wojny w Iraku, chyba. Tyle tych wojen USA prowadziło, że już się gubię. Na marginesie: czasem USA nazywa te wojny “interwencjami”. I to jest dobrze. Ale, gdy Rosja nazwała teraz tę wojnę “specjalną wojskową operacją” – to to jest źle.
Bardziej przejmujący był dla mnie inny film, już bez tytułu Snajper”, ale właśnie z taką historią. O strzelcach wyborowych, jak się ich kiedyś u nas nazywało. Film mojego ulubionego reżysera Jeanna Jacques’a Annaud’a pod tytułem „Wróg u bram” (ang. „Enemy at the Gates” ). Film wojenny z 2001 roku opowiadający o fikcyjnym pojedynku snajperskim Rosjanina Wasilija z niemieckim strzelcem wyborowym podczas oblężenia Stalingradu w 1942 roku. Każdy film tego reżysera to opisanie kawałka świata, historii, poruszenie tematu istotnego dla całej ludzkości. „Walka o ogień” to film o początkach człowieczeństwa poprzez ukazanie życia neandertalskich plemion. „Imię róży” (wg powieści Umberto Ecco) to obraz o wychodzeniu z mroków średniowiecza, wbrew tym przedstawicielom Kościoła, którzy próbowali ukryć zdobycze kultury antycznej zawarte w tajnie przechowywanych klasztornych księgozbiorach. „Bracia” są filmem o przygodach rozdzielonego rodzeństwa tygrysów bengalskich z przesłaniem ratowania ginących gatunków naszej planety. Te i inne filmy J.J Annaud’a są filmami o miłości, przyjaźni, wartościach. Te wątki są też obecne w opowieści o snajperze Wasiliju i dlatego ten film nie jest dla mnie prostą gloryfikacją czynu bojowego. Poza tym, jakoś z tą drugą wojną światową było inaczej. Wiemy, kto był dobry, a kto zły. Kto był agresorem, a kto się bronił. Niemcy napadli na resztę świata, więc snajper Wasilij nie miał wątpliwości. Walczył po właściwej stronie w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej (taka nazwa tej wojny funkcjonowała za czasów ZSRR i chyba nadal obowiązuje to określenie w Rosji).
Dziś większość w Polsce jest przekonana, że w zbrojnym konflikcie na Ukrainie agresorem jest Rosja, która na Ukrainę napadła w 2022 roku. Mniejszość (chyba znikoma), do której ja należę, ma wątpliwości, bo przecież ten konflikt trwa tam od 2014 roku. Od wtedy ludzie w Donbasie byli już ostrzeliwani przez Ukraińców. Nie pozwalano Rosjanom mieszkającym na Ukrainie posługiwać się ich własnym językiem ojczystym, czyli językiem rosyjskim. Nie, nie uważam, by ta wojna była nieunikniona. Nie uważam też, aby te wymienione powody i inne były wystarczające, aby tę wojnę rozpocząć.
Ale chciałbym tu zauważyć, że świat nic nie zrobił, aby wojny uniknąć.
Świat zachodni – wręcz przeciwnie. Można podawać wiele przykładów działań z tej strony, których suma była prowokacją. Te manewry wojskowe u granic Rosji. To szkolenie i dozbrajanie Ukrainy. Milczenie, gdy tam naruszane były prawa mniejszości, czy standardy demokracji. Bo czymże był np. ten kijowski „majdan”? Albo powszechne tam przyzwolenie na korupcję, na pielęgnowanie, jako ukraińskiego etosu, pamięci Bandery i UPA?
W długiej perspektywie czasowej to rządy poszczególnych krajów są odpowiedzialne (pomijając, że w demokracji to my te rządy de facto sobie wybieramy). W szczególności wtedy, gdy rządzący dopuszczają, poprzez ustawodawstwo czy też przez określone działania lub zaniechania, do negatywnych zachowań w ramach swoich społeczności.
Czasem są to zresztą wyjątkowo „miękkie” przyzwolenia. Jak to, na co tutaj chcę zwrócić właśnie naszą uwagę: jak można pisać o snajperze tak, jak się pisze o wybitnym sportowcu? Jak można zachwycać się takim „rekordem świata”? Nie jestem tu odkrywczy i mam nadzieję, że tylko dołączam do innych, którzy tak uważają. Mianowicie, że jest to dążenie do tego, aby nas, ludzi, „zdziczyć”. W szczególności nie raz prezentuje taką tezę pan Maciej Maciak w swoim programie „Musisz to wiedzieć” na YouTube. Ostatnio zwracał uwagę na to, co już chyba przestaje nas bulwersować. Na te krwawe zawody organizowane w sporcie (?) określanym angielskim skrótem MMA (Mixed Martial Arts, czyli Mieszane Sztuki Walki), które reklamowane są obecnie z użyciem słowa „Gala”. Tak się nas, ludzi, jak to redaktor M. Maciak trafnie zauważa, „odczłowiecza”. Idziemy na galę! Mniej więcej tak, jak od już chyba ponad 20 lat chodzimy do galerii (handlowych). Nic to nie ma wspólnego z wielkością (poza rozmiarami przychodów pieniężnych, które te biznesy przynoszą). Z wielkością rozumianą jako sztuka, która jeszcze właśnie przed dwiema dekadami kojarzyła się ze słowem galeria. Nic wspólnego w/w gala MMA nie ma z galą rozumianą jako „uroczystość z udziałem oficjalnych gości”, a także „uroczysty strój” lub „dekoracja statku lub okrętu banderami, proporcami i flagami w czasie uroczystości”. Tak to słowo (gala) wyjaśnia wciąż Słownik Języka Polskiego PWN.
A zatem była w tym słowie elegancja. Ale to już nieaktualne. Chyba, że dla kogoś elegancją jest skopanie w parterze zmasakrowanego wcześniej w stójce przeciwnika. W oktagonie, w którym, gdy ci dwaj wychodzili do walki, to wciąż widać było ślady krwi, jeszcze po poprzednim starciu. A starszym fanom sportu pewnie jeszcze przypomni się czas, gdy w amatorskim boksie zaczęły obowiązywać na ringu kaski. Chciano uchronić, na ile to możliwe, bokserów przed mini udarami mózgów. Ale już dawno zdjęto im te kaski. Zaczęto się zachwycać kopnięciami w głowę. Fani sportów walki wiedzą kto był w tym najlepszy: Mirko „Cro Cop”. Tak, też się tym interesowałem i doceniam, że zarówno Mirko Filipovic jak i inny wybitny zawodnik MMA Fiodor Jemielianienko, oprócz tego, że byli arcymistrzami w swoim fachu, to prezentowali także zawsze szacunek dla przeciwnika, czyli coś, co jest coraz rzadsze w sporcie i w życiu. Jednak wszyscy oni są współczesnymi gladiatorami.
Tyle, że gladiatorzy walczyli o życie, a oni walczą o kasę.
A walki stają się coraz bardziej brutalne. I tak krok po kroku postępuje brutalizacja naszego życia. Jakby chciano nas oswoić z wojną, krwią, konfliktem, zabijaniem. Może nie pójdziemy na wojnę. Oby. Ale i tak mamy wojnę. Taką domową. Na co dzień. Te imprezy MMA, te gale, ten pokaz agresji w Parlamentach (w tym w naszym Sejmie) przyczyniają się do tego. Mamy wojnę np. na naszych drogach, gdzie w ruchu drogowym próżno szukać życzliwości, uprzejmości, tolerancji, dystansu (wręcz dosłownie bo jeździ się “na zderzaku”). Jest agresja, jest złość, jest lekceważenie innych. Już się nie sygnalizuje zamiaru zmiany kierunku ruchu – kierunkowskazy można w polskich autach zlikwidować. Niedługo najważniejszy będzie klakson. Jest walka na każdym pasie ruchu i często chwyty poniżej pasa. Jest agresja w internecie, gdzie za skorzystanie z naszej wolności słowa, z prawa wypowiedzenia swojego poglądu, nawet gdy zachowamy kulturę wypowiedzi, szacunek dla odmiennego zdania, to i tak będziemy zhejtowani, zbanowani, zje… I w ogóle – do bani. Jest agresja w polskiej mowie potocznej, która już nic nie ma przeciwko wulgaryzmom. Takie jakby średniowiecze znowu mamy. Gawiedź zebrała się na rynku (czyli na jakimś tam forum na YT) i żąda krwi.
A snajperzy szukają ofiary, by po celnym trafieniu zebrać sprzęt i oklaski.
P.S. Odrobinka optymizmu na koniec: zawsze można coś zrobić, aby było lepiej. Ja przestałem oglądać MMA.

