Cena Pokoju

Zobaczyć na świecie Pokój – bezcenne! Dość często takie zdanko słyszymy: że coś jest bezcenne. W odniesieniu do różnych sytuacji. Ja chciałbym je usłyszeć właśnie w tym kontekście: zobaczyć, że na tym naszym świecie właśnie Pokój jest w centrum dążeń, działań.

Niestety: Pokój jest tylko w sferze marzeń.

Przypomina mi się piosenka z dzieciństwa, wtedy znana często w oryginale, czyli po rosyjsku. Z refrenem: „Pust wsiegda budiet sonce” – „Niech zawsze będzie słońce” – Let There Always Be Sunshine. W wersji zarazem rosyjskiej, jak i w polskim tłumaczeniu, śpiewała ją Natasza Urbańska z chłopcem o nazwisku Patryk Purgiel. A prawykonanie tej piosenki odbyło się na Światowym Festiwalu Młodzieży i Studentów w Helsinkach w roku 1962. Potem usłyszeli ją obywatele „Demoludów” (tak nazywano wtedy kraje tzw. demokracji ludowej) na Międzynarodowym Festiwalu Piosenki w Sopocie w 1963 roku – w Dniu Międzynarodowym, gdzie ex equo, z inną piosenką, francuską, zdobyła główną nagrodę. To było nawet takie symboliczne, w duchu pokojowym: dzielimy się sukcesem z innymi narodami.

W czasach nam bliższych śpiewała tę piosenkę lubiana w Polsce radziecka, a teraz już rosyjska, piosenkarka Ałła Pugaczowa. I różni inni wykonawcy, w tym wspomniana Natasza Urbańska – w 2007 roku. Można ten występ zobaczyć na YouTube, wpisując tytuł piosenki i jej nazwisko. Wtedy jeszcze można było zaśpiewać rosyjską piosenkę w polskiej telewizji.

Słowa refrenu i całej piosenki są proste – to piosenka dla dzieci: 

Zawsze niech – będzie słońce
Zawsze niech – będzie niebo
Zawsze niech – będzie mama
Zawsze niech – będę ja 

Ale nie tylko dla dzieci! Czyż nam wszystkim nie o to właśnie chodzi? Odpowiadam sobie: tak, o to nam chodzi w tej idei Pokoju! On, Pokój, ma być na całym świecie – słońce i niebo dla wszystkich. A z innymi nacjami mamy współpracować, koegzystować, przyjaźnić się. 

A co mamy dziś? Nieustające konflikty, w tym zbrojne, w tym wojny. I zamiast słońca – czarna rozpacz.

I tworzenie przez wszystkie media tzw. main streamu – przynajmniej przez te ulokowane w Polsce – narracji prowojennej. Nie rozbrojenie, nie szukanie rozwiązań na drodze dyplomacji i rozmów pokojowych lecz wpajanie społeczeństwu, że jedynym słusznym rozwiązaniem jest posiadanie 300 000 armii zawodowej. I zadłużenie kraju na kolejne dziesięciolecia, aby tę armię uzbroić. Oczywiście w amerykański sprzęt. Nawet zresztą tego nie potrafią nasi politycy zapewnić. Mianowicie, że skoro już mamy kupować sprzęt do zabijania, zbroić się, to niech to zapewni przynajmniej miejsca pracy Polakom. Nie… Czołgi i samoloty zbudują dla nas Amerykanie i Koreańczycy. Z tymi czołgami Abrahms to właściwie jest tak, że już nie muszą ich budować od podstaw, bo tylko trochę odświeżą i unowocześnią skorupy, które stoją gdzieś tam w którymś z południowych stanów USA, w pustynnym magazynie (żeby nie rdzewiały). A wyprodukowane były podobno już kilkadziesiąt lat temu. Stały jakby w rezerwie i pewnie, koniec końców, trzeba by je było zezłomować, ale skoro usłużny rząd RP chce je odkupić za miliony dolarów… Wyposażą nam zatem Amerykanie te czołgowe zabytki w nowy osprzęt i skasują przy tym tak jak Bóg, przepraszam, jak Prezydent Trump, przykazał. O sojusznika trzeba dbać! 

„Materiał ludzki” na tę wojnę zapewnimy sami.

Według niektórych naszych polityków czeka nas wojna już w 2027 r. (niektórzy nie mogę się jej wprost doczekać…). Zatem trudno się w tym aspekcie – demografii – w tak krótkim czasie „dozbroić”. Demografia nam w Polsce padła. Ale, jeszcze nas trochę jest. Będzie w kogo trafiać. I kogo tracić…

O powszechnej służbie wojskowej się jeszcze nie mówi oficjalnie. Ale jakie jest inne rozwiązanie? Te 300 tysięcy zawodowych wojskowych wystarczy tylko na pierwsze tygodnie wojny. O ile w ogóle będą mogli coś zrobić. W sytuacji zastosowania, jak to się ładnie, eufemistycznie, określa, taktycznego uderzenia jądrowego, nie wystarczy nawet milionowa armia. Po Polsce, która we wszystkich scenariuszach konfliktu zbrojnego między Wschodem a Zachodem jest po prostu „teatrem działań wojennych”, zostanie tylko dziura w ziemi.

Nie wszystkim podobają się takie teksty piosenek: o radości życia.

Od radosnych melodii o Pokoju, wielu apologetów „silnego Państwa” woli hymny państwowe, marsze wojskowe i radosne piosenki o klęsce.

Czymże bowiem jest to narodowe śpiewanie w Warszawie, w każdą rocznicę największego dramatu w dziejach naszego kraju, czyli Powstania Warszawskiego? To jest wesołe opisywanie klęski, która pochłonęła życie 200 tysięcy mieszkańców Warszawy. W te dwa miesiące Powstania utraciliśmy elitę naszego Narodu, a nasza stolica stała się morzem gruzów. 

Naprawdę ci, którzy opiewają to Powstanie, są znowu gotowi umierać na barykadach? Wciąż próbuje się ukryć przed społeczeństwem fakty. A one są bezlitosne. Nieliczna grupa powstańców, prawie nie uzbrojonych, nie wyszkolonych, została już w pierwszych dniach sierpnia 1944 roku zdziesiątkowana przez oddziały regularnej niemieckiej armii. Nie udało się Powstańcom osiągnąć żadnych militarnych celów, które zakładano. Jak np. zdobycie mostów, czyli przepraw przez Wisłę, aby otworzyć drogę dla stojącej u bram Warszawy Armii Radzieckiej. Która zresztą najprawdopodobniej i tak nie ruszyłaby na ratunek Powstaniu. Ale to też były tylko jakieś karkołomne kalkulacje autorów Powstania – nadzieje wbrew twardym faktom. Po kilku dniach euforii, przez całe te dwa miesiące, dokładnie przez razem 63 dni, trwała już tylko beznadziejna walka. Dogorywała stolica i jej najlepsze córki i synowie. O co jeszcze wtedy walczono? O honor? Zapewne: chwała Bohaterom! To był kwiat polskiej młodzieży, ci „Kolumbowie rocznik dwudziesty”. Gotowi byli umierać. Przynajmniej na początku. Jak zawsze – w każdym patriotycznym zrywie. Potem jednak, także zawsze, jest zniechęcenie, otrzeźwienie, żal. Naszemu społeczeństwu przez lata nie pozwalano dotrzeć do wiedzy, którą odpowiedzialni historycy już od dawna mają. Mianowicie, że wywołanie Powstania Warszawskiego było błędem politycznym, strategicznym, taktycznym. Tak, jeszcze raz powtórzę: chwała Bohaterom. Ale z drugiej strony popatrzmy wreszcie trzeźwo na tych, którzy to powstanie wywołali. Tych siedzących sobie bezpiecznie w Londynie i tych tutaj – dowódców Armii Krajowej, którzy wbrew wszelkiej wiedzy wojskowej, dali sygnał do Powstania… Jako dyplomowani oficerowie, kształceni jeszcze w carskich czy austriackich akademiach wojskowych, jako piłsudczykowie, uczestnicy pierwszej wojny światowej i wojny rosyjsko-polskiej z 1920 roku, powinni wiedzieć, że to jest krok w przepaść. 

Wciąż odmawia się społeczeństwu wiedzy o tych wszystkich błędach. Nie tylko powstańcy ginęli, ale także, i to masowo, ludność cywilna, w niewyobrażalnych cierpieniach.

Nie chce się nam powiedzieć, że ludność Warszawy często wcale nie popierała tego powstania. Zwykli ludzie po prostu pragnęli żyć, przeżyć. Kto chce, dotrze jednak do tej wiedzy. Choćby czytając „Pamiętnik z Powstania Warszawskiego” Mirona Białoszewskiego, znanego poety, równolatka „pięknych dwudziestoletnich”, który opisał sierpniowe i wrześniowe dni Powstania z perspektywy cywila. Zrobił to już w latach 60-tych ubiegłego wieku. Ale nic to nie dało. 

Od dziesięcioleci, pomimo klęski Powstania, triumfuje i obowiązuje romantyczna i heroiczna wersja jego historii. A nie tak to wyglądało, jak w wesołych piosenkach powstańczych, którymi co roku raczą nas nasi decydenci. Dziś można już dowiedzieć się, z druzgocących faktów, o indolencji i wręcz głupocie tych, którzy Powstanie wywołali. Tę wiedzę można zaczerpnąć nie tylko z książek, ale przede wszystkim z Internetu. Ukazuje się właśnie książka „Obłęd ’44” historyka Piotra Zychowicza. A w skrócie, fakty i poglądy prezentowane w tej książce, przedstawia on sam w swoim internetowym materiale na YouTube, zatytułowanym „Dlaczego Powstanie było błędem?”. 

Autor podsumowuje swoje tezy tak: „Fałszywa historia jest matką fałszywej polityki.

Spróbujmy się opamiętać zatem! W czasach, gdy śpiewano tę przytaczaną przeze mnie na wstępie piosenkę o Pokoju, czyli kilkadziesiąt lat temu, powstał też taki, zapomniany dziś, termin-hasło „Wychowanie dla pokoju” (ang. Education for Peace). Można wpisać sobie te słowa do wyszukiwarki i wtedy AI poda nam definicję i najważniejsze elementy tego pojęcia. Oraz jak do tego postulowanego Pokoju dążyć. To wcale nie jest trudne zadanie – nawet bez sztucznej inteligencji sami wiemy, co trzeba robić. Dlaczego zatem nic nie robimy?

Mamy wielki moralny tytuł, aby stać się ośrodkiem, na miarę światową, który propagowałby ideę pokojowego współistnienia. A może mieliśmy, bo po tym, co nasze Państwo robi od trzech lat, ten kapitał stopniał. Może już do zera?

O czym mówię? 

Mówię o jawnym wspieraniu wojny. Co bowiem robi Polska: wspiera militarnie Ukrainę. I nie tylko militarnie.

Państwa zaprzestają prowadzenia wojny, gdy stają przed barierą finansową: gdy nie mają już pieniędzy na dalsze jej prowadzenie. I tu Polska ma olbrzymie „zasługi”: wzięła po prostu na utrzymanie drugie państwo – sąsiada, Ukrainę. Płacimy za „Starlinki” zapewniając Ukrainie Internet, utrzymujemy z zasiłków i „800 plus” ukraińskie matki i ukraińskie dzieci (żeby ojcowie mogli wojować?). A wojny kończyły się też i z tego powodu, że trzeba było zadbać o rodzinę. Ukraińscy żołnierze nie muszą się o to martwić – rodziny zostały „zaopiekowane” w Polsce.

I co? Mamy w związku z tym piękne dobrosąsiedzkie stosunku? Lubią nas Ukraińcy? Chcą się nam jakoś odwdzięczyć? Odpowiedz sobie sam/a droga Czytelniczko, Czytelniku. 

Ja wspomnę tylko hasłowo o tematach, jakie zjawiały się przez te trzy lata naszej pomocy sąsiadowi. Po kolei. Nie ma ekshumacji ofiar Wołynia. Nie ma penalizacji banderyzmu i faszyzmu (tak, tak, faszyzm też tam jest – bo czym są te „nawiązania” do tradycji dywizji SS w ukraińskiej armii?). Nie ma zrozumienia dla potrzeb polskiej gospodarki: nasze rolnictwo przeżywa kryzys, gdy ukraińskie produkty rolne zalewają nasz rynek i rynki UE. Podobnie jest w kwestii transportu drogowego. Nasze TIR-y podobno nie wytrzymują konkurencji z jeszcze tańszymi przewoźnikami z Ukrainy, dla których otwarto drogi Unii. Nasze firmy zaczynają bankrutować. I kto je kupuje? Ursus, Calfrost, Farmak, Intersport – to tylko kilka, z zapewne większej ilości, przejęć polskich firm przez nabywców z Ukrainy. Ukrainian Railways Cargo Poland weszła już na polski rynek kolejowych przewozów towarowych. Nasze PKP Cargo być może zniknie…

Tak że pomagamy Ukrainie nie tylko na froncie. Na wszystkich frontach!

Te wymienione powyżej sprawy to są koszty wymierne, realne, w złotych, w euro i w dolarach, które Państwo polskie wydało na prowadzenie tej wojny i utrzymanie tonącej Ukrainy na powierzchni. Ale jeszcze większe są straty moralne, które Polska poniosła w związku z taką, a nie inną polityką naszych elit. Mieliśmy wielką szansę być Państwem, które stanie się mediatorem dla obu stron konfliktu. Wiarygodnym zwolennikiem Pokoju. Mogliśmy przypomnieć Europie i światu, że to Polska poniosła największe (licząc proporcjonalnie do liczby ludności) straty w czasie II wojny światowej: straty w ludziach, straty terytorium, straty majątku narodowego, zarówno publicznego jak i prywatnego. Z tej wojny wyszliśmy bez milionów naszych obywateli, bez terenów, które utraciliśmy na wschodzie, a tradycyjnie były one ziemiami polskimi, z krajem zamienionym w ruiny fabryk i miast, ze zniszczoną infrastrukturą drogową, kolejową, z cofniętym o dziesięciolecia przemysłem, który był na dobrej drodze, rozwijając się od połowy lat trzydziestych XX. wieku. I mógł, gdyby nie ta wojna, umiejscowić nas pośród rozwiniętych krajów Europy. W Europie tylko nasza stolica ucierpiała tak bardzo w tej wojnie. Nie licząc Berlina. Ale zniszczenie stolicy Niemiec było sprawiedliwą karą za zbrodniczą napaść Niemców na pół Europy i konsekwencją, która dotknęła sprawców. 

My byliśmy ofiarą wojny. I po naszych tragicznych wojennych doświadczeniach, mieliśmy prawo powiedzieć wszystkim innym narodom, że właśnie w imię tego szczytnego hasła „Nigdy więcej wojny” nie będziemy przykładać ręki do podtrzymywania konfliktu na Ukrainie.

Zastanawiam się, czy ktokolwiek w Polsce dopuszcza w ogóle taką myśl: że mogliśmy Ukraińcom w ogóle nie pomagać militarnie, a jedynie humanitarnie?

Że mogliśmy przybyszów stamtąd przyjąć w sposób życzliwy ale i rozsądny, ewidencjonując ich i przyznając im czasowo prawny status uchodźców (do chwili wyjaśnienia warunków życia na Ukrainie). Dziś nie bylibyśmy wydrenowani finansowo astronomicznymi kosztami utrzymywania drugiego państwa, czyli Ukrainy. A uciekinierzy z Ukrainy mieliby jasną sytuacją prawną: nie jesteście tu emigrantami, tylko uchodźcami. Macie wrócić na Ukrainę, gdy nie będzie już tam zagrożenia życia. Lub zostać u nas, ale na naszych warunkach. Pod warunkiem, że chcecie się tu asymilować i identyfikować z nami i z Europą. Nie z Banderą. 

Statystycznie rzecz biorąc zagrożenie życia dla ludności cywilnej, poza obszarami stricte frontowymi, jest na Ukrainie takie samo, jak w każdym innym kraju, gdzie też zdarzają się wypadki, w tym lotnicze (bo jakiś samolot spadnie z nieba). I gdyby jeszcze Ukraińcy nie stosowali taktyki umiejscawiania swoich obiektów militarnych tuż przy cywilnych lub w ich środku (w środku miasta na przykład) oraz gdyby nie podjęli ataków na obiekty cywilne w Rosji, to w ogóle nie byłoby zagrożenia. Nasze media próbowały to przemilczeć, ale kto chciał się dowiedzieć to wie, że ukraińskie tzw. siły specjalne zaatakowały już np. pociąg osobowy na terenie Rosji. Takiej „akcji” ze strony rosyjskiej, o ile wiem, nie było! Nie przedostają się takie informacje do polskich mass mediów, ale podobno już jakiś kraj Unii nakazuje Ukraińcom powrót do siebie, uzasadniając to właśnie brakiem zagrożenia dla ich życia na Ukrainie. Przecież tam wszystko funkcjonuje jak w normalnym kraju: są nawet rozgrywki ligi piłkarskiej, są dyskoteki w Kijowie i Odessie. A przy granicy z Polską buduje jakiś oligarcha wielkie centrum turystyki i ośrodek narciarski z siecią wyciągów. Dla zainteresowanych rozwojem Ukrainy podaję gdzie można o tym poczytać: Rzeczpospolita turystyka.rp.pl oraz (np.) money.pl pod tytułami „Ukraińcy budują luksusowy kompleks przy granicy z Polską”. Tak, 50 km od granicy. Wieś Wołosianka w obwodzie lwowskim. Koszt: 1,5 mld dolarów. O ile wiem, polskich firm do realizacji tej inwestycji jeszcze nie zaproszono. Czy tak wygląda kraj w stanie wojny? 

Wracając do myśli o tym, aby Polska była mediatorem… A nie wręcz uczestnikiem tej wojny. Bo kim my, tak naprawdę, jesteśmy, dając czołgi, samoloty, ekspediując przez lotnisko w Jasionce cały wojskowy sprzęt dla Ukrainy? 

Jeszcze teraz nie byłoby za późno! Jeszcze teraz, przy innych władzach, przy innej polskiej klasie politycznej, moglibyśmy powiedzieć STOP! I zaprosić braci Słowian do okrągłego stołu. W Warszawie. W mieście, które powinno być symbolem Pokoju. 

Warto brać przykład z Japończyków. Oni w tych dniach obchodzili 80-tą rocznicę zrzucenia bomb atomowych na Hiroshimę i Nagasaki (było to 6 i 9 sierpnia 1945 r.). W uroczystościach w Nagasaki, w Parku Pokoju (warto i to podkreślić – takie nazwy stają się już nieobecne w tzw. przestrzeni publicznej; jest gdzieś w Polsce ulica Pokoju?), obok tysięcy Japończyków, brali udział przedstawiciele 94 krajów i regionów! To jest promocja miasta! A zarazem Japonii. Oraz idei Pokoju. 

I akcent na niszczycielskie skutki wojny, z wezwaniem do opamiętania się. Burmistrz tego miasta Shiro Suzuki ostrzegł przed narastającym zagrożeniem wojną nuklearną i wezwał światowych przywódców do wyciągnięcia wniosków z historii. Ostrzegł także przed, tu cytat: „błędnym kołem konfrontacji i fragmentacji”, jakie dotyka współczesny świat. 

A my, tu, w Polsce? Zamiast nieść światu przesłanie Pokoju, do czego mamy moralne prawo, jako poszkodowani wojną, z unicestwionymi milionami istnień ludzkich, organizujemy defiladę wojskową 15 sierpnia 2025 roku. Znów przez Warszawę przejadą czołgi i samochody pancerne, przelecą nad centrum F-16, łudząc naród polski militarną siłą polskiego oręża. I wielu w tę siłę uwierzy! Uwierzą, że należy się zbroić, zamiast dążyć stale do Pokoju. Środkami dyplomatycznymi i poprzez współpracę, a nie „iść” na konfrontację.

Dość dużo tu napisałem o tym właśnie dobrostanie społeczeństw, zwanym Pokojem, ale…

…jaka jest cena Pokoju?

Umknęła mi zupełnie ta myśl, z którą zaczynałem pisanie tego felietonu. W przeciwieństwie do większości Polaków wychowanych na słynnym cytacie z przemówienia Ministra Spraw Zagranicznych Józefa Becka, który 80 lat temu, w dniu 5 maja 1939 roku zasłynął bon motem wygłoszonym podczas jego przemowy w Sejmie „My w Polsce nie znamy pojęcia Pokoju za wszelką cenę”, uważam, że żadna cena nie jest dla osiągnięcia Pokoju za wysoka. Minister Beck dodał wtedy, że „Jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna, tą rzeczą jest honor.”. Tak… Przepiękne słowa. Szczególnie w zestawieniu z tym, że pan minister opuścił Warszawę już 5 września 1939 r. udając się do Brześcia nad Bugiem. Zresztą w ślad za Naczelnym Wodzem Śmigłym-Rydzem. W nocy z 17/18 września 1939 roku przekraczał już granicę rumuńską. Tak wspaniali byli rządzący II. Rzeczpospolitą. Na pytanie, czy ci, którzy rządzą teraz III. Rzeczpospolitą to „godni” ich kontynuatorzy, niech każdy odpowie sobie sam. Zakładam, że nowe Zaleszczyki, to będą Słubice nad Odrą. Prosta droga do Berlina (autostrada A2).

Ale – ad rem! Jaka jest cena Pokoju? Zależy ona, jak wszystko, od podaży i popytu. Popytu na Pokój, wśród klas rządzących Europą, w zasadzie nie ma. Mniej więcej wszyscy politycy „kolektywnego Zachodu” przychylają się do stanowiska, że wojna jest nieunikniona, a zatem Pokój to jakaś mrzonka, a nawet taka mglista sprawa. Wręcz podejrzani są przede wszystkim pacyfiści. Jak oni mogą przypominać ludziom, że na wojnie się ginie! I to w cierpieniach. Przecież wojna to pole chwały! Nie zajmują się zatem nasi politycy Pokojem, tylko wojną.

Oczywiście będą nam mówić, że „wychowanie dla Pokoju” jest ważne, a działania na rzecz wychowania dla Pokoju są doceniane i nagradzane. No to proszę: zagadka! Ile wynosi nagroda UNESCO przydzielana tym, który się na tym polu wyróżniają? Przypomnę tylko, że UNESCO jest to agenda ONZ, a więc organizacji ogólnoświatowej. Ich nagroda za Wychowanie dla Pokoju (UNESCO Prize for Peace Education) „za nadzwyczajne zasługi dla budzenia czujności opinii publicznej i mobilizowanie sumienia ludzkości na rzecz pokoju”, przyznawana jest od roku 1981. Do 2006 roku corocznie. Od 2006 roku już tylko raz na dwa lata.

Wynosi ta pokojowa nagroda UNESCO ok. 60 tys. dolarów. Nie lubię szafowania tym słowem, ale to jest DRAMAT! Tak sobie ludzkość wycenia Pokój! Na marne 60 tysięcy dolarów.

Czyli, w przeliczeniu na każdy rok, na tę nagrodę wydaje się 30 tys. dolarów. Ten smutny fakt, że tylko co dwa lata się już tę nagrodę przyznaje, też o czymś świadczy. Tak jakby Pokój nie był nam potrzebny co roku.

Tak, wiem, są też i inne nagrody pokojowe. O jednej pisałem już. W moim artykule na anty-bohater.pl zatytułowanym: „Anne Applebaum to nie Gałązka Pokoju” (link). Jest to Nagroda Pokojowa Niemieckiego Handlu Księgarskiego (Friedenspreis des Deutschen Buchchandels). Dostała ją w ubiegłym roku Anne Applebaum, żona Radka Sikorskiego. Osoba z przekonaniem propagująca zbrojenia! Wyjątkowo prowojenna zresztą jest ta para małżeńska. Jeden z ich synów służy w US Army. A pan Minister Spraw Zagranicznych RP, Radosław Sikorski, najchętniej już dziś by się bił z Rosją! Oczywiście, nie osobiście. Synowie raczej też z bezpiecznej odległości. Młodszy, Tadeusz Sikorski, jest oficerem w Cyber Corps. Będzie walczył w cyberprzestrzeni. Politycy raczej nie garną się na front.

Jest także, w szczególności, pokojowy Nobel. Ten wynosi już sporo – tak jak i inne nagrody Nobla – aktualnie w przeliczeniu ta nagroda wynosi ok. 4,2 mln złotych. Czyli około miliona Euro. To już coś. Ale ta pokojowa nagroda UNESCO to jakby kpina. Co dwa lata można się pośmiać. 

O tym jaką wagę przykłada zatem świat do idei Pokoju niech świadczy takie porównanie: Za wygranie finałowego tenisowego turnieju Roland Garros w Paryżu płacono w 2025 roku dla zwycięzców 2,5 miliona euro. A łącznie zwycięzca za cały turniej zarobił 5 583 000 euro. Za Wimbledon płacono około 4 000 000 euro. Tyle zarobiła m.in. Iga Świątek, tegoroczna triumfatorka. A klub piłki nożnej Paris Saint-Germaine za zwycięstwo w rozgrywkach Ligi Mistrzów łącznie zarobił w tym roku ponad 90 mln euro. Nie licząc dochodów z reklam i innych kontraktów.

Może dlatego nie wzbudza w nas Pokój żadnych emocji? Kasa za Pokój jest żadna. Za to na wojnie można fantastycznie zarobić.

Ale Ci, co na wojnie zarabiają, handlarze śmierci, mówią nam, że chodzi o patriotyzm, demokrację i wolność. I takie tam inne wartości. Broń Boże o pieniądze!

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry