Dzień 15. sierpnia to w Polsce święto. W tym roku (15.08.2025r.) wypadł ten dzień w piątek. Wraz z tym piątkiem mieliśmy zatem tzw. długi weekend. A jednocześnie podwójne święto: państwowe i kościelne.
A to są moje, takie luźne zapiski, które powstawały akurat tego dnia. Sporo się działo na świecie. I u mnie też co nieco.
To pierwsze święto, państwowe, jest nowe.
Z tej nowej już epoki, która nastała nam w Europie po upadku socjalizmu. Czci Bitwę Warszawską, pokonanie „Ruskich” i geniusz Marszałka Piłsudskiego. I, jak co roku, w ten dzień 15 sierpnia – w Święto Wojska Polskiego – historia nam opowiadana jest heroiczna. Choć jest przecież tragiczna! I iluzoryczna. Prawie wszystkie bitwy przegrane, wciąż klęski militarne lub jakieś inne inne dopusty Boże. Lecz po tym dniu właśnie taka nieprawdziwa wersja historii Polski nam zostaje. Iluzja.
Po tym nieprawdziwym przekazie, którym się nas Polaków karmi, pozostaje w nas przekonanie, że wojny to konieczność, a Józef Piłsudski to genialny strateg. Nie! On nie był genialny! Manewr pod Warszawą to był mądry plan, ale kogoś innego. Generała Henryka Rozwadowskiego.
Pozostaje w nas powszechna wiara, że to bohater jest – ten nasz Piłsudski. A on w tych dniach sierpniowych 1920 roku bohaterem nie był: załamał się nerwowo i ukrył na kilka dni w jakimś mająteczku na prowincji. I wylazł z dziury dopiero gdy szala zwycięstwa przechyliła się na polską stronę. A generała Rozwadowskiego klika Piłsudczyków podobno otruła, jeszcze w tych latach 20-tych XX. wieku – żeby legendzie Piłsudskiego nic nie zagrażało.
Taka prowojenna narracja – aberracja tego dnia panuje, tego 15 sierpnia. Wraz z falą upałów uderzył w polski naród, i w tym roku, prowojenny entuzjazm tych, którzy wojnę widują tylko na defiladach.
A gdyby co, to oni popatrzą na nią z oddali. Choćby z Londynu. Jak kiedyś ci, podobno polscy ultrapatrioci, co wywołali Powstanie Warszawskie.
Była defilada w Warszawie. Nie patrzyłem, ale pewnie przeleciały F-16 i przejechały Abrahmsy. Niektórzy znów uwierzyli w siłę polskiego oręża. Dziarskim głosem krzyczano „prezentuj broń!”. I przeszły wypolerowane, śliczniutkie reprezentacyjne pododdziały. Przejechały wspaniałe wojskowe pojazdy. Potem, gdyby przyszło nam znów się bić, rozwalone, popalone, zakrwawione, inaczej będą te cuda techniki wyglądały… Ale teraz trwa defilada. Dowódcy salutują.
Nie moje to święto. Chociaż w wojsku byłem. Wojna i każda bitwa to dla mnie, pacyfisty, niepotrzebne cierpienia żołnierzy i cywili.
Żal, ból, dramat. Nie dla mnie łopocące sztandary – „złopotały” mi się one, użyję tu słówka wymyślonego chyba kiedyś przez humorystę Krzysztofa Daukszewicza.
Mój przyjaciel podobno z zadowoleniem oglądał w telewizji ten pokaz naszej armii na warszawskich ulicach. Wysłałem mu, podkolorowany na YouTube, filmik z defiladą zwycięstwa w Warszawie zorganizowaną przez Niemców w dniu 5 października 1939 r. Hitler, na trybunie, przyjmuje paradę Wehrmachtu. Tak się kończą polskie sny o potędze…
Drugie polskie święto w dniu 15 sierpnia nazywa się w tradycji polskiego katolicyzmu Świętem Matki Boskiej Zielnej. Jest piękne!
Wierni przynoszą do kościołów wiązanki ziół, polnych kwiatów. Te wszystkie polskie Matki Boskie! Np. ta „Cierpliwie słuchająca” (w sanktuarium w Rokitnie, obok Międzyrzecza) – jej wizerunek, jej piękna twarz. Ukazuje też odsłonięte ucho… Możesz Pielgrzymie wyznać jej to, co chcesz powiedzieć komuś, kto zrozumie, pomoże… A potem pójść polami, które otaczają Rokitno kalwarią. Albo pojechać, takim tylko utwardzonym traktem, prostym jak strzała, porośniętym drzewami owocowymi i nazbierać sobie, z „bezpańskich” przydrożnych drzew, mirabelek w dwóch kolorach. I śliwek, i jabłek. Ale trzeba, w drodze nad morze, zjechać z ekspresowej drogi S3. Zwolnić… Zacząć slow life, już w drodze na urlop…
Wracając z naszych urlopów, z Pobierowa czy z Sarbinowa Nadmorskiego, jechaliśmy też do sanktuarium diecezji kołobrzesko-koszalińskiej w Skrzatuszu. I za pierwszym razem (pewnie z 10 lat temu już to było?), na jakimś klasztornym murze zobaczyłem tam wieki napis: „Matka Boża Zdradzonej Miłości”. To było jak Eureka: jest i taka Matka Boska! Taka potrzebna! Tak wielu… Takiej nigdzie nie było, choć te miejsca kultu Matki Boskiej zjeździliśmy w Polsce – wzdłuż i wszerz… Dziś wpisuję słowa tej nazwy w wyszukiwarkę google i nie odpowiada… Jest tylko Skrzatusz miejscem jakich wiele: sanktuarium z Matką Bożą Bolesną. Stabat Mater Dolorosa. Ale w końcu coś znalazłem. Czyli dobrze zapamiętałem! Takie oto zdanie w opisie Skrzatusza i jego Matki Boskiej: „Biskup Koszalińsko-Kołobrzeski Edward Dajczak nazywa Ją Matką Miłości Zranionej i Naszej Nadziei.”
W połowie sierpnia, właśnie ze względu na ten przedłużony świętem weekend, brałem „urlop” i na tydzień jechaliśmy nad Bałtyk, „kamperując” w naszych kolejnych samochodach, wcale nie będących camperami – ot, po prostu: złożone tylne siedzenia, w kombi, minivanie czy SUV-ie. Na to rzucone materace i spanie jest!
Nad morzem się tego sierpniowego „przesilenia” w przyrodzie nie widziało. Pełnia sezonu.
Choć po 15. sierpnia zawsze już było nieco mniej tłoczno. Plaże, deptaki, kramy z wakacyjnym badziewiem. I jeszcze gęsto od ludzi. Ale gdy w drodze, nad morze lub znad morza, po raz kolejny „zaliczaliśmy” Rokitno lub Skrzatusz, to ta Matka Boska Zielna jakby szła z nami polami. I zjawiała się w ciszy, brzęczącej tylko pszczołami. Taki miód dla duszy. Przepych, bujność, pełnia lata. Te kwiaty polne, drzewa nabrzmiałe owocami, trawy wysokie, niekoszone, królestwo owadów. Skończone już żniwa, apogeum sierpniowe. Odtąd już wszystko zmierza ku jesieni.
Ten 15. sierpnia będzie mi się kojarzył tym kościołem w Sarbinowie właśnie. Jest on tuż przy plaży wzdłuż której prowadzi nadmorska promenada. Wejściem zwrócony ku Bałtykowi. I gdy pierwszy raz tam trafiliśmy, to ze schodków przed portalem kościoła można było patrzeć na morze! Jedyne chyba takie miejsce w Polsce! Potem zbudowano po drugiej stronie ulicy kolejne architektoniczne szkaradztwo i zasłonięty został ten widok. Nie mogłem odżałować. Ten polski bezład przestrzenny!
W kościele w Sarbinowie proboszczem był taki sympatyczny ksiądz, o głosie niemal identycznym jaki miał Zbigniew Zapasiewicz – aktor znany w czasach mojej młodości (np. film ” Barwy ochronne”). I ciepło tym głosem do nas mówił. Dobre kazania! Organizował co roku, 15. sierpnia, odpust parafialny – święto Sarbinowa. Kupowaliśmy świetne ciastka, jedliśmy obiad z grilla. I wciąż Mirka liczyła, że w loterii, której losy wszyscy kupowali, to my wygramy główną nagrodę: tydzień pobytu, dla dwóch osób, w wakacje, w pokoju, na parafii. Z posiłkami gotowanymi przez panią kucharkę księdza. W pakiecie pewnie były rozmowy z tym fajnym, pogodnym duszpasterzem… Nie wygraliśmy…
Tak… Piękne to Święto Matki Boskiej Zielnej. Święto łagodnej patronki naszej.
Tak ja ją sobie przynajmniej wyobrażam. Obchodzone w apogeum lata – w tej przepyszności kwiatów, zbóż i ziół. Ale, tak sobie pierwszy raz, tego dnia 15. sierpnia 2025 roku pomyślałem, czy to nie diabelski pomysł był? Aby w tym samym dniu, zamiast pozostać w Krainie Łagodności, Miłości, choć przez ten jeden dzień, wbić jednak tych, co defilują, w mundury, a tym, co na to patrzą, kazać myśleć o wojnie. Diabeł szeptem podpowiedział to władcom naszym? Aby zrobić tego samego dnia święto wojska, a więc czcić pamięć bitwy, stawiać na pierwszym planie wojenny oręż, idealizować walkę, zabijanie. I zwycięstwo nazwać „Cudem nad Wisłą”, co wprost nawiązuje do cudów czynionych przez Boga… I przypisywać zwycięstwo w tej bitwie Bogu i Maryi.
Cudem jest Pokój. Nie wojna!
A nasze religijne myślenie (o ile tu w ogóle o myśleniu można mówić) jest nadal starotestamentowe. W Biblii, co strona, to zgiełk bitewny, a Wschód Starożytny, od Babilonii po Egipt, ten „teatr wydarzeń biblijnych”, jest teatrem wojen i potyczek, gdzie wszystkie plemiona walczą zaciekle ze sobą. A my podobno mieliśmy realizować chrystusowe przesłanie Nowego Testamentu: miłuj bliźniego swego…
W to tegoroczne sierpniowe święto wszedłem w zupełnie innym nastroju niż wtedy, gdy cieszyliśmy się nadmorskim festynem.
Od kilku dni ból, spuchnięte dziąsło. Przepisany przez stomatologa antybiotyk jakby nie chciał zadziałać. Rano miałem lico tak opuchnięte, że ciężko mi było mówić. Ta gula na dziąśle przybrała jakiś niemal monstrualny wymiar. Ula, moja córka, sama lekarka, widziała to i uparła się, że trzeba szukać fachowej pomocy. Czyli dentysty. Najpierw dzwoniła do „jej” dentystów, ale z dwóch tylko jedna pani stomatolog odebrała (przepraszam poprawnych genderowo: stomatolożka). To ciekawe, jaki jest stan służby zdrowia w RP, więc Wam opowiem. Studium przypadku z dnia 15 sierpnia 2025 r. Matka Boska uśmiecha się w bukietach ziół i kwiatów, kompania reprezentacyjna Wojska Polskiego i inne pododdziały prężą się na defiladzie, a ja się prawie zwijam z bólu. Jeszcze nie ze strachu, choć córka i zięć (też lekarz) straszą mnie możliwymi powikłaniami. Najlepiej i najgorzej trafić do młodych lekarzy. W sumie oni są dopiero początkujący. Bo z młodymi lekarzami jest tak: jeszcze nie przytępiona wrażliwość – to plus. I naładowani są wiedzą „jak akumulator” (powiedzonko mojego znajomego). Ale są i minusy: znają zaraz wszystkie możliwe zagrożenia. Boże! Mnie postraszyli nawet sepsą! Wyobraziłem sobie siebie już w szpitalu, trochę „okrojonego”… Oboje stwierdzili, że tak nie może zostać: muszę do fachowca, czyli stomatologa. Ta stomatolożka, która odebrała telefon, wyjechała akurat gdzieś daleko (właśnie jest długi weekend). Ale chociaż przez telefon udzieliła paru dobrych rad i wyjaśnień. Okłady z lodu, płukanie, nie wychodzić na zewnątrz, bo przez te upalne temperatury bakterie się namnażają – ta ropa w dziąśle rośnie…
Córka (Ula) w Internecie wyszukała najpierw tutejszy SOR, czyli Szpitalny Oddział Ratunkowy. Mieszka i pracuje w Niemczech, więc sądziła, według tamtejszych standardów, że taki oddział musi mieć też dyżur stomatologiczny. Nawet się zaraz zgłosili, na tym SORze. Ząb, dziąsło? Nie, tym się nie zajmą! Proszę dzwonić na „Pogotowie stomatologiczne”. Tak, jest takie, na stronach www NFZ. W moich okolicach najbliżej dojechać do: Wałbrzych (mam ok. 75 km), Legnica (130 km). Ula dzwoni. Wałbrzych nie odbiera. W międzyczasie tel. do Wrocławia (ok. 100 km). Tam ktoś zgłasza się. Miła Ukrainka. Wie, że Wałbrzych „nigdy nie odbiera”. Trzeba dzwonić do Warszawy, na główną infolinię NFZ. Oni „umówią termin wizyty” w Wałbrzychu. Ula dzwoni. Infolinia mówi, że takiej procedury nie ma: oni nie mogą tego „Wałbrzycha” umówić. Proszę dzwonić bezpośrednio! Podają numer. Ale to ten sam, gdzie Ula już dzwoniła… Ja mówię, że nigdzie nie jadę. Nic mi się nie chce. Chcą mnie zawozić. Ale ja nie chcę im nic komplikować. Przyjechali do nas z Niemiec z dwójką małych dzieci: 5-latek i niemowlę – przyjechali tu na wypoczynek, a nie na takie „akcje”. Z kolei rozmowa z „moim” dentystą była najpierw, jeszcze przed tymi wszystkimi późniejszymi telefonami. Ale się urwała. Może jest gdzieś „w drodze”? (długi weekend).
Ula, młoda lekarka, proponuje mi zabieg.
Przekłucie tego bąbla. Tylko, że nie mamy tu w domu nic, poza dużą igłą do szycia i spirytusem. Tak… – spirytus jest dobry na wszystko! Jest zatem szpic i jest dezynfekcja! Igła najpierw w płomyk i Ula już działa. Dobra jest w tym od dzieciństwa. Lubiła wszystkim opatrywać rany i ranki. A teraz jest już po medycynie, 6 lat studiów i dwa lata pracy. Więc jestem w dobrych rękach. Nakłuła nawet w dwóch miejscach, ale poza krwią nic jakby nie wypłynęło.
Jednak coś to musiało dać, bo obrzęk się zaczął zmniejszać. Wieczorem „wróciłem do żywych”. A po pół godzinie, gdy oddzwonił „mój” dentysta, mogłem już mówić. Doświadczenie kontra młodość: on pyta, jak długo pan bierze ten antybiotyk? Od środy rano… (a jest piątek rano). No to, proszę pana, antybiotyk, który panu przepisałem (z amoxicillinum), mógł jeszcze nie zadziałać.
A wysokie temperatury (w tych dniach bywało i 36 stopni w cieniu) powodują… Proszę nie wychodzić z domu…, itd. Przyznałem się doktorowi, że dwa dni byłem nad wodą, na słońcu… Aaa, no tak! To wszystko jasne!
Nie wiem, co zadziałało wtedy, w ten piątek, 15. sierpnia, czy to nakłucie opuchlizny, czy to lekarstwo od mojego stomatologa – pewnie wszystko razem – ale już jest dobrze.
Opisuję to, te moje medyczne i paramedyczne perypetie, w kontekście tego szczególnego dnia. Święto i długi weekend zarazem.
W Warszawie defilada wojskowa: prezentacja (pseudo) potęgi naszego Państwa. Dzień zwycięstwa! A z drugiej strony: mizeria, żeby nie powiedzieć nędza.
Klęska tego samego Państwa! Naszej dumnej III RP, która nie jest w stanie zaopiekować się chorym obywatelem. Jak mówią Rosjanie: „I smieszno, i grustno” (i śmiesznie, i smutno). Klęska na całej linii. Na razie ta linia, to tylko system opieki zdrowotnej. Czy raczej systematyczny brak opieki zdrowotnej. Na szczęście nie jest to (jeszcze) klęska na linii frontu. Ale, gdyby co, to możecie być pewni. Tam będzie tak samo. To jedno, niestety, nam Polakom doskonale wychodzi: spektakularne klęski!
15 sierpnia 2025 r. minął. Tego dnia na Alasce spotkali się prezydenci mocarstw: Donald Trump i Wladimir Putin.
Polskim mediom głównego nurtu relacjonowanie tego spotkania przychodziło z tak wielkim trudem, iż wręcz czuło się, jak się męczą biedacy komentujący to spotkanie w telewizyjnych studiach i w internetowych rozmowach o tym wydarzeniu. Przez trzy lata krzyczeli, że ze zbrodniarzem Putinem się nie rozmawia, że tylko wojna! Aż do ostatecznego zwycięstwa! Moskwa już była prawie zdobyta. A Putin martwy. Zelenski był bohaterem na miarę całego świata. Ba! Galaktyki całej! A tu teraz Trump zaprasza Putina do swojej limuzyny, do „Cadillac One”. A z Zelenskim już właściwie nie chce mu się gadać.
Problemem jest nie Putin, któremu polska „klasa” polityczna, chora na rusofobię i ukrainofilię, przypisuje „Drang nach Westen”.(napór na Zachód). Przypisuje chyba, na znanej z psychologii zasadzie „projekcji” – gdyż sama prezentuje wciąż tę iluzje, że Polska i Ukraina stworzą razem jakąś unię, która zdominuje wschodnią Europę. To jest polski „Drang nach Osten” i sny o potędze.
O wskrzeszeniu Polski Jagiellonów. Mrzonki o UkroPolu. Nie wiadomo skąd sączone, nie wiadomo po co. A właściwie wiadomo, tylko aż strach pisać – że taka ta klasa polityczna jest. Jeszcze ona polska?
Trump zaśmiał się w twarz całemu kolektywnemu Zachodowi, wyjaśniając panom Macronowi, Merzowi oraz pani von der Leyen, że on teraz będzie tylko im sprzedawał broń. A oni niech sobie walczą. Jak chcą.
Ale to towarzystwo jest wciąż niebezpieczne. Szuka raz po raz pretekstu do wojny. Jakieś drony wynajdują. Jeśli nawet zagubiło się coś nad Polską, wystrzelone z Ukrainy (a choćby i z Rosji), to trzeba to zestrzelić. I kwita. A oni najwyraźniej szykują jakiś casus belli (pretekst do wojny). Że niby Rosja nas napadła. A można nawet podejrzewać, że te drony to wcale nie przyleciały, tylko ktoś je tutaj podrzucił. Cóż my bowiem wiemy?
Wydawałoby się, że jakieś geny (w szczególności ten który dba o zachowanie własnego życia) są u przywódców tego Kolektywnego Zachodu uszkodzone. Ale nie… To nie jest pęd do zagłady! Oni wiedzą, że trochę się z Rosją ponaparzają. Ale na wschód od Wisły. I zarobią na tej wojnie. Koncerny niemieckie, VW, Daimler, już ogłosiły, że „rukcuk” się przestawią na produkcję zbrojeniową.
A potem? Może ustali się nowe granice?
I wszyscy będą zadowoleni: Niemcy znów będą mieli Śląsk, Pomorze i Mazury. Tak, wydaje się nam to już nierealne. Ale to dopiero 80 lat, odkąd Europa ma te granice wytyczone w 1945 roku. Granice wciąż się zmieniają. Ukrainie, okrojonej na wschodzie (bo Donbas już w zasadzie przejęła Rosja), a może i na południu (Krym już jest rosyjski, a może jeszcze i Odessa będzie?), w ramach przyszłego traktatu pokojowego da się południową Małopolskę. Tradycyjne to ich ziemie przecież! Łemkowszczyzna… Brutalnie wysiedleni… „Akcja Wisła”, z punktu widzenia Ukrainy, to było wypędzenie.
A Ukraina, kto wie, może będzie walczyła wtedy po stronie Rosji? Z Rosją ramię w ramię. Niedawno minister spraw zagranicznych Ukrainy dał do zrozumienia Europie, że jak się ona bardziej nie postara (czyli nie da Ukrainie wszystkiego, co Ukraina chce), to oni zawsze mogą Rosji pozwolić przejść przez swoje tereny na Zachód. Taka luźna uwaga jakby…
Tylko, że jeżeli to mówi osoba na takim stanowisku, to nie jest to takie gadanie „sobie a muzom”.
To jest prezentacja różnych możliwych wersji najbliższej przyszłości. Świat i jego historia zna niejeden przypadek, gdy niedawni wrogowie, już za niemal chwilę, stawali się sojusznikami. Po krótkiej, lecz krwawej wojnie prusko-austriackiej w 1866 roku, już w 10 lat później, niedawni przeciwnicy wspólnie świętowali w przygranicznym Bad Reinerz (obecnie Duszniki-Zdrój) odsłonięcie pomnika dla poległych w tej wojnie, po obu stronach konfliktu. Już jako przyjaciele. Kto chce o tym poczytać, zapraszam do wcześniejszego artykułu, w którym wspominałem, że taka sama volta może się i teraz wydarzyć: Rosja i Ukraina, pomimo tego co zaszło, pomimo trwającej już ponad trzy lata wojny i hekatomby ofiar, za chwilę mogą być po jednej stronie! W tym wspomnianym artykule, który napisałem już chyba dwa lata temu, pt. „Wojna i pokój” (link), pisałem tak:
W 10 lat po tych krwawych walkach, przedstawiciele obu wtedy walczących ze sobą stron, czyli Prusacy i Austriacy, spotykają się w Reinerz w najlepszej komitywie.
Historia lubi się powtarzać…
W tej aktualnej, mojej, geopolitycznej, niby fantastycznej, wizji, Polakom się zostawi Księstwo Warszawsko-Krakowskie.
Taka „Kongresówka” nam zostanie. Trochę poszerzona, bo nie ma już Austro-Węgier, które by znów zabrały sobie Kraków. I starczy! A co, mieli Polacy dostęp do morza w czasach I. Rzeczpospolitej? Tylko przez hanzeatycki Danzig. To w czym problem? Czechy, Słowacja, Węgry i Austria też swojego morza nie mają.
Pozwoliłem sobie znów pójść „ad absurdum”? Proszę o wybaczenie. Kładę to na karb tego mojego stanu zdrowia w tym dniu 15. sierpnia 2025 roku. Zniechęcony byłem do wszystkiego i myśli raczej czarne mi towarzyszyły.
A może nie? Może to nie jest fantastyczna wizja? Może to jest właśnie polityczny realizm?
Polscy narodowcy, na przełomie XIX/XX wieku, też szukali szansy na odrodzenie się Polski w starciu się ówczesnych mocarstw ze sobą. Tak jak teraz: konflikt Wschód-Zachód pozwoli na nowo wytyczyć granice w naszej Europie Środkowej. Raczej jednak nie z korzyścią dla nas…
Geopolitical fiction? Niekoniecznie. My wszystkiego nie wiemy. Co tam się omawia w gabinetach i na dyplomatycznych „rautach” albo na Alasce.
A może tam są tacy jak ja? Tylko w ich przypadku to nie są dywagacje, tylko plany. Poparte siłą. I możliwościami, które są nieograniczone. Wywołać wojnę? Dla nich: no problem!
„Geopolitycznie” układają sobie już nowy ład przestrzenny. Oczywiście bez nas. Znów wielki lament się podniósł w polskim establishmencie, że nas nie zaproszono do Waszyngtonu na rozmowy dotyczące wojny na Ukrainie. A nawet małą Finlandię zaproszono! Ale tak to już jest, nasza droga klaso polityczna. Droga w sensie takim: ileż ty nas kosztujesz! Te wasze wydatki bezmyślne! W szczególności na zbrojenia. Te wszystkie miliardy przelane na konto Ukrainy. A w istocie rzeczy na najróżniejsze konta konkretnych ludzi, którzy się na tej wojnie bogacą. Głupota i naiwność polityczna. Tak nisko już upadliśmy w tej indolencji naszej, że nie zadbano nawet o podstawę prawną!
Dwie umowy z Ukrainą, zawarte w 2016 roku oraz w 2024 roku, nie są zgodne z prawem, gdyż powinny być, zgodnie z Konstytucją, ratyfikowane przez Sejm. Ale nie są!
Jestem prawnikiem i wiem, że gdzie dwóch prawników tam trzy opinie prawne. Ale jak poczytałem interpretacje, jakie szacowni konstytucjonaliści, z tytułami prof. i dr przed nazwiskami, tworzą na temat art. 89 Konstytucji RP, który mówi o tym, iż ratyfikacja umowy międzynarodowej wymaga uprzedniej zgody wyrażonej w ustawie, to stwierdziłem, iż Polska niestety nie jest państwem prawnym. Chociaż art. 2 tej Konstytucji tak właśnie naszą RP określa.
Polska podpisała z Ukrainą dwie umowy: z 2016 r. (rząd PIS) i z 2024 r. (rząd Koalicji Obywatelskiej, w praktyce: rząd PO). Zgodnie z art. 87 ust. 1 Konstytucji źródłem powszechnie obowiązującego prawa są: właśnie Konstytucja jako ustawa zasadnicza, ustawy zwykłe oraz „ratyfikowane umowy międzynarodowe”. A wspomniany art. 89 Konstytucji RP stanowi, jakie umowy wymagają zgody Sejmu. W szczególności te, które dotyczą „znacznego obciążenia państwa pod względem finansowym”. Jest to art. 89 ust. 1 pkt 4 Konstytucji. Chyba wszyscy się zgodzimy z tym, że Polska oddała Ukrainie miliardy. Zatem obciążono nasze Państwo znacznie.
Pojęcie „znaczny” jest oczywiście pojęciem nieostrym, ale nie ma chyba wątpliwości, że majątek wypompowany z Polski i dany bezwarunkowo i całkowicie za darmo Ukrainie jest ogromny – dla tego rozmiaru obciążeń słowo „znaczny” jest raczej nieadekwatne. To są olbrzymie, gigantyczne obciążenia!
Obciążenia finansowe Polski na rzecz Ukrainy nastąpiły w najróżniejszej formie.
Wymienię niektóre tylko. Uzbrojenie, amunicja i wszelka inna pomoc o charakterze wojskowym, w tym szkolenia, wsparcie logistyczne, koszty transportu sprzętu dla armii ukraińskiej. Pomoc finansowa dla Ukrainy, dzięki której Państwo to w ogóle jeszcze funkcjonuje, wypłaca urzędnikom pensje, płaci emerytury i renty. Na przykład także takim obciążeniem polskiego budżetu jest, prawdopodobnie również bezpłatnie, przekazywana na Ukrainę energia elektryczna. Żeby działało wszystko, w tym internet, kupowany im też przez Polskę (te Starlinki), wliczamy też wszystkie zasiłki i inne koszty utrzymania milionów imigrantów z Ukrainy, którzy przybyli i osiedlili się w Polsce.
Miliardy złotych! A „wpisani w system” prawnicy bredzą coś o tym, że nie, zgody Sejmu tu nie trzeba, bo to nie jest umowa międzynarodowa, tylko umowa międzyrządowa (źródło). Czyli umowa między rządami Polski i Ukrainy to nie jest umowa międzynarodowa!
Tworzy się nowa historia Polski. Tajna. Nikt Narodowi nic nie wyjaśnia. I mówi też jak najmniej. O dawnej historii też nie wiemy wiele. Gdyż nam się sprzedaje „narracje” a nie prawdę.
Choćby ta narracja z 15. sierpnia, o tej bitwie warszawskiej: złe Ruskie napadli w 1920 r. odrodzoną dopiero co Polskę! Warszawę chcieli nam zająć! Ale stał się cud nad Wisłą! Bóg dopomógł! A niewielu wie (bo się o tym nie wspomina za często), że najpierw to Polacy w 1920 r. zaczęli wojnę wyprawą na Kijów i zajęli to miasto (kwiecień/maj 1920). I w d… mieli np. Śląsk i Wojciecha Korfantego, który osamotniony działał na rzecz uzyskania Śląska dla Polski. Miał podobno wtedy powiedzieć, ten prześladowany potem przez Piłsudczyków polski patriota, w jakimś wywiadzie prasowym, że nie rozumie dlaczego Warszawa, zamiast zająć się sprawami Śląska, chcącego wrócić do Polski, zajmuje się Kresami i zapędza aż do Kijowa. Ale z perspektywy czasu można to zrozumieć: Wielka Unia Polsko-Ukraińska się Piłsudskiemu marzyła. Tak jak teraz byłemu już (na szczęście) Prezydentowi RP Andrzejowi Dudzie. Tylko Ukraińcy widzą tę unię inaczej: to oni rządzą!
Czasem i ja się zapędzam… Tak w ogóle polityka niespecjalnie mnie interesowała przez całe życie.
Dopiero gdy, w ostatnich 3 latach, tej dziwnej wojny, którą już teraz wiemy jak traktować (Trump nam wyjaśnił: wojna to biznes) zobaczyłem tę polską zbiorową głupotę polityczną, ten pęd ku samozagładzie, te kłamstwa o wojnie, te napuszone slogany o demokracji, wolności, patriotyzmie, ten idiotyczny militaryzm – dopiero wtedy zacząłem sobie pisać te artykuły. Aby gdzieś wyrzucić z siebie te złogi, te złe emocje, które wręcz zatruwają. Tak odczuwam te medialne kłamstwa.
Ale niewielu w Polsce tak to odczuwa. Rozmawiam ze znajomymi. Wszyscy zadowoleni. Jest dobrze! Polska rośnie w siłę. A ludziom się żyje dostatniej. Tak! To hasła z epoki „Późnego Gierka”. Ale jak się słucha mediów i ludzi to odnosi się wrażenie, że nadal aktualne. Kraj zapadł w jakiś letarg i w majakalnym śnie powtarza jakieś frazy z „Wesela” Wyspiańskiego. Jakieś cytaty z tego dramatu. Nasi politycy tańczą jakiś chocholi taniec, a lud wierzy, że „Ukraińcy trzymają się mocno”. Tak, to z Wyspiańskiego: „Cóż tam, panie, w polityce? Chińcyki trzymają się mocno!?”
Tylko, że najsmutniejszy cytat z Wesela, te słowa „Miałeś, chamie, złoty róg, miałeś, chamie, czapkę z piór; czapki wicher niesie, róg huka po lesie, ostał ci się ino sznur” staje się przerażająco aktualny…
Mieliśmy Polskę… Z dobrymi, spokojnymi granicami. Z etnicznie jednolitym społeczeństwem. To już przeszłość. Na naszych granicach dzieje się źle. A w naszych wielkich miastach już cały czas słyszy się język ukraiński czy rosyjski. Wkrótce dojdzie do tego język arabski, gdy Unia zrealizuje swoje plany reemigracji przybyszów z Azji i Afryki do Polski.
Już jakiś czas temu napotkałem w internecie na tytuł „Polska znajduje się w okresie przedrozbiorowym”. Tak, stan naszego Państwa, przypomina w wielu aspektach, w wielu sferach, gdzie upadek jest widoczny, sytuację, która pod koniec XVIII. wieku poprzedzała koniec Rzeczypospolitej.
Wtedy przynajmniej część Narodu obudziła się. Sejm 4-letni próbował zapoczątkować okres reform. Konstytucja 3. Maja z 1791 r. próbowała jeszcze Polskę ratować. Teraz żadnych reform nawet nikt nie proponuje. O Polsce polscy politycy niewiele mówią. Mówią o Ukrainie!
Tusk&Comp. powtarzają jak mantrę, że „Polska będzie Ukrainie pomagać bezwzględnie”. Nie chodzi mi tu już tylko o ten dramat polityczny – utożsamianie interesów Polski z Ukrainą. Także o ten cywilizacyjny.
Mamy bezwzględnie popierać wojnę? Cały XX. wiek, pełen wojen, w tym dwóch światowych, niczego nas nie nauczył?
I o ten aspekt moralny też jest pomijany: mamy nadal wspierać tę korupcję na Ukrainie? Przecież wszyscy, już nawet w mediach głównego nurtu, piszą, że ten kraj jest korupcją wręcz przeżarty.
Zamyśliłem się 15. sierpnia znów nad tym naszym biednym Państwem.
Przyjaciel, z którym o tym rozmawiam, a który wcześniej wiedział, że dopadł mnie, akurat 15. sierpnia, mój zdrowotny problem, pisze do mnie tak: „Widzę, że żyjesz i wracasz do żywych, bo wróciła skłonność do malkontenctwa.”
Odpisuję mu, że w sprawach zdrowotnych to wszystko przez to, że urodziłem się w miasteczku, gdzie był i szpital i ośrodek zdrowia z dentystą (któremu nie trzeba było prywatnie płacić!). Jeszcze pamiętam! Placówki służby zdrowia z lekarzami specjalistami. Gdy ci ówcześni lekarze „przepisywali” zabiegi fizjoterapii, to były one dostępne od razu. A nie za rok – jak to jest teraz u nas. Piszę mu, że on też zna to miasteczko. Razem tam mieszkaliśmy. Takie były kiedyś miasteczka. Taka była Polska. To wspomnienia z takiej zapomnianej bajki. Miała tytuł „Socjalizm”. Ale to okrutna wielce baśń. Dziś zabroniona. Wszyscy zresztą wolą współczesne „Reality show”. Wszyscy w nim gramy i jest cool! Nazywa się to demokracja, Unia, kapitalizm. Jak zwał tak zwał. Wszyscy zadowoleni! Młodsi nie znają już innego życia niż to im „dane”. A starsi pomału zapominają. A jak się coś im jednak z dawnych czasów przypomni, to ganią samych siebie. I innych. Za malkontenctwo.
I tak sobie (jeszcze) żyjemy. Jak króliki w tej „jedynie słusznej” klatce.
A hodowcy królików, którzy założyli 30 lat temu Stowarzyszenie Hodowców pod nazwą „PO-PIS”, właśnie chcą z klatek troszkę nas powyjmować. Wypuścić na zieloną trawkę. Ba, na całe zielone pola. Ukrainy. No to, po co nam jakieś zdrowie, jakaś służba zdrowia? Wystarczy sanitariusz z apteczką. Dobra! Niech tam! Szpital polowy też się królikom zbuduje.
Już na koniec tego dnia, 15. sierpnia 2025 roku, przesyła mi mój kuzyn filmik, krążący na TikToku. Z wyreżyserowanym, w zabawnej formie, spotkaniem Trump-Putin. Oni dwaj, jak postacie z komiksu, bawią się na zimowej Alasce. A z oddali, zamaskowani jakby, przypatrują się im przez lornetki, Prezydent UA – Zeĺenski i szefowa UE – Ursula von der Leyen. Trump wcina marchewkowy nos śniegowego bałwana. Obaj szaleją na saneczkach, zjeżdżając z jakiejś górki. Jak mali chłopcy! Można by się obruszyć! Przecież oni spotykają się tam w sprawie wojny. Tyle ofiar, a tu żarty? A może tak właśnie trzeba? Bo daliśmy się wszyscy zwariować – tym, którzy nam ostatnie trzy lata zamienili w wyścig zbrojeń.
Oglądając ten filmik prawie się popłakałem ze śmiechu. I z radości! Gdybyż tak było, tak jak na tej inscenizacji, stworzonej przez AI, gdzie Zeĺenski i Ursula von der Leyen, czyli dwie arcyprowojenne osoby są załamane (na koniec tego filmiku), bo dwaj, niby śmiertelni wrogowie, czyli prezydenci Putin i Trump, na Alasce (gdzie właśnie się spotykają) wspólnie się dobrze bawią! Jak przyjaciele!
Wysyłam filmik mojej innej znajomej, a ona odpisuje mi zniesmaczona, coś o tym, że wykorzystano w tym filmie w sposób niedopuszczalny zwierzęta, że wszystko można zmanipulować, że komu potrzebne takie kpiny? Zupełnie jej nie rozumiem. Tak, mamy zupełnie inne poczucie humoru. Jeśli krytykanctwo (w tym filmiku), to tylko wobec tych, którzy chcą wojny!
Zmanipulowano nas, całe społeczeństwa, wciągając nas do absurdalnej wojny na Ukrainie.
A ten filmik jest przejawem zdrowego rozsądku: zacznijmy się przyjaźnić, zacznijmy uśmiechać do siebie! Absolutnie propokojowe przesłanie tego filmiku!
I jeszcze w tym filmiku ten żart: Trump i Putin tańczą z niedźwiedziem, a ten przytula na koniec ich obu! Oczywiście „rosyjski niedźwiedź” jest biały – od dekad synonim złych mocy Moskwy. Przestał warczeć i zmienił się w przyjaznego misia. Skoro wierzymy w „Cud nad Wisłą”, to dlaczego nie chcemy uwierzyć w taki cud?


