Niezła bryka, grill i chill, ot Polaka nowy styl.

„Koń, szabelka i butelka, ot Polaka miłość wielka” – to powiedzonko stało się już znanym i cytowanym aforyzmem. 

I punktem wyjścia dla tytułu mojego artykułu. Spróbowałem bowiem „przetransponować” je na dzisiejsze czasy i „ułożyło mi się” właśnie takie zdanko: Niezła bryka, grill i chill, ot Polaka nowy styl.

To pierwsze zdanie jest podsumowaniem naszej polskości, obyczajowości, charakteru narodowego, ujętym genialnie, poprzez przywołanie tych trzech rzeczy, przez stulecia towarzyszących Polakom. Zawdzięczamy ten aforyzm Andrzejowi Poniedzielskiemu. Wspaniały bard, poeta, uroczy konferansjer, osobowość literacka, kontynuująca dzieło najwybitniejszych twórców kabaretu i piosenki. Już tylko za ten jeden aforyzm powinien przejść do naszej historii. A dał nam dużo, dużo więcej takich zdań, tekstów, wierszy. 

A w swojej piosence, która zaczyna się od tych właśnie słów, zawarł jeszcze jedno życzenie Polaków: „Niech nam jeszcze Bozia zdrówko da i dzieweczkę, co do laseczka szła…”

Cała piosenka jest ironicznym spojrzeniem na polską bitewną historię.

A ta historia znów do nas przyszła. I znów niektórzy „prawdziwi Polacy” – bohaterowie pierwszych stron gazet oraz ekranów TVP, TVN i Polsat (dodać już teraz wypada także kolejne main-streamowe medium: TV Republika) – chcą wszystkich Polaków, bez względu na to, czy patriotów takich jak oni, czy nie, wsadzić na koń (czytaj do czołgów Abrahms) z szabelką (czytaj: wyrzutnie rakiet „Patriot” lub „Javelin”) i wysłać na Wschód. Na wojnę! Co do butelki – panuje milczenie. Ale wiadomo: na trzeźwo nic się nie da. I nie uda. 

Ruskich nie lubimy, ale rosyjski styl życia, w którym alkohol jest bardzo ważny – i owszem!

Oraz lubimy też adekwatne do tego „stylu” życia, rosyjskie powiedzonka, jak np. „biez poł litra nie rozbierjosz”, „po pierwom nie kuszaju”, i „Borys polewoj”. Starsi wciąż je pamiętają – te żartobliwe niemal fraszki, cytowane przy napełnianiu kieliszków.

To także trzyma się u nas wciąż dobrze. Ta fascynacja piciem. Tyle, że młodzi, idąc z duchem czasu – wolą piwo.

Spożycie alkoholu stale nam rośnie, dzięki politykom i polityczkom miłościwie wspierającym wyrób spirytusu i produkcję oraz sprzedaż piwa – gałęzie przemysłu i handlu niezwykle istotne dla Polski (innych już prawie nie mamy). I łatwiej potem, gdy już wszyscy się napiją, wmówić Polakom, że wszystko to dla ich dobra. Ostatnie wybory, prezydenckie, pokazały, że naród wierzy bezkrytycznie duopolowi PIS-PO (KO). A każdy, kto prezentował inny punkt widzenia, miał szansę na jedynie śladowe ilości głosów poparcia. Albo kończył jako oszołom i „ruska onuca”. 

Wieloletnia ofensywa kompanii piwowarskich trwa. I niczym wojna na Ukrainie – nie skończy się. Bo przecież tak jest najlepiej – największe zyski. Niech trwa zatem ta wojna i niech trwa spożycie! Niech rosną zyski. Ze sprzedaży piwa. Oraz broni.

Akurat mamy zaraz sierpień. Tradycyjnie ogłaszają księża we wszystkich kościołach w Polsce, że jest to miesiąc trzeźwości. Piszę to pod koniec lipca 2024 roku, jestem zatem na czasie.

Ja piszę artykuły na trzeźwo (w ogóle, żyję na trzeźwo już od 17 lat – jestem abstynentem), więc trzeźwo zakładam, że nie uda mi się w moim internetowym kąciku, który nazwałem „Anty-bohater” przekonać Polaków, że takim rządom, jakie mamy teraz, czyli prącym do wojny, jakby ona była dla nas dobra, wierzyć nie można. I że żyć z nimi niebezpiecznie, bo te rządy powinny ostrzegać na swoich stronach gov.pl wielkimi tablicami: „Uwaga! Rząd RP. Popieranie nas grozi śmiercią lub kalectwem”.

Jeszcze raz podkreślę: dotyczy to zarówno rządów PiS-u, jak i obecnego Namiestnika Brukseli w Warszawie, jak też samych lokatorów Pałacu Namiestnikowskiego. Zarówno tego jeszcze aktualnego, jak i tego, który go zaraz zmieni. Zmiana ta będzie, jak sądzę, niezauważalna, ani z bliska (przez nas), ani z daleka (przez zagranicę). 

Dlaczego piszę o tym alkoholu? O alkoholu na drogach i nie tylko?

Ano, wziąłem sobie kiedyś do serca, słowa naszego XX-wiecznego wieszcza, noblisty Czesława Miłosza, który w wydanym w 1947 roku „Traktacie moralnym”, pisał: 

Nacisk na sposób życia kładę.
Zwróciłeś pewnie już uwagę:
Masę masz zrobić na tym polu,
Pomówmy więc o alkoholu.
Pośród żarcików, anegdotek,
Szlachecki popijając miodek
Chyli się Polska w ciężkie czasy
Przed bóstwem wódki i kiełbasy.

Tak, profetyczne to były słowa… Bo co mamy? Mamy grilla! Jak Polska długa i szeroka.

Piwo, wódka i kiełbasa – nowa polityczna klasa.

Przepraszam wielkiego poetę i czytających to. Za ten rym (mój). Ale w skrócie – takie mamy teraz społeczeństwo. Bezideowe, nastawione na spożycie, w tym alkoholu. A ideały, o których Miłosz pisał wtedy, zanikły. Szczególnie przez ostatnie 35 lat konsumpcjonizmu – bo tak można by ten czas, nam współczesny, określić.

Polecam lekturę traktatu moralnego Miłosza. Może weźmiemy sobie do serca, na przykład, te słowa:

Zbyt wieleśmy widzieli zbrodni,
Byśmy się dobra wyrzec mogli
I mówiąc: krew jest dzisiaj tania –
Zasiąść spokojnie do śniadania,
Albo konieczność widząc bredni
Uznawać je za chleb powszedni.

Tak nas przestrzegał poeta. A jak jest z nami dzisiaj? Mamy brednie TVP, TVN, POLSAT & Comp., które uważamy za prawdę. Choćby takie jak: pełnoskalowa wojna, niczym nie sprowokowana agresja, nieuniknione (jakoby) zagrożenie wojną i inne nieprawdziwe tezy usprawiedliwiające irracjonalne zbrojenia. To są pierwsze z brzegu sformułowania-slogany, które „wdrukowano” polskiemu społeczeństwu.

Czy można się jakoś przed tym formatowaniem mózgów ratować? Tak! Można!

Po pierwsze przeczytać trzeba jeszcze te kolejne dwa wersy poematu Miłosza. I zapamiętać! Tylko te dwa wersy:

A więc pamiętaj – w trudną porę
Marzeń masz być ambasadorem.

Zacząłem zatem od polityki. Ale tym razem, właściwie, nie o tym chciałem. Te powiedzonka dotyczące charakteru narodowego Polaków chcę omówić w kontekście naszego zamiłowania do jazdy. Kiedyś konnej. Dzisiaj samochodem. Te koniki i szabelki zamieniliśmy na konie mechaniczne i to one są teraz naszą bronią. A polem bitwy są polskie drogi! Nie zmieniło się polskie zamiłowanie do butelki. Poniedzielski w swojej piosence pod takim właśnie tytułem („Koń szabelka…”) śpiewa, że jak Polak „spod sztandaru wroga grzał” to wtedy: „nie jak inne cudzoziemce, miał zajęte obie ręce; z lewej łyknie, z prawej grzmotnie, a jak mańkut – to odwrotnie”.

I ta tradycja w narodzie nie ginie! Statystyki podają różne dane – zależy trochę jak to zjawisko podliczać, ale wszystkie liczby są zatrważające. Według danych z Biura Ruchu Drogowego Komendy Głównej Policji w 2024 roku zatrzymano 92 324 nietrzeźwych kierowców. To średnio 252 osoby dziennie. I jest to spadek o 3,5% w porównaniu z rokiem 2023. Cieszyć się? Z tej poprawy niechlubnej statystyki o marne 3,5%? Czy wciąż płakać? Raczej to drugie, bo i tak minimalny spadek to nie jest coś trwałego – raczej po prostu „w granicach błędu”. A wynikać może z najróżniejszych przyczyn, np. z mniejszej liczby policyjnych kontroli albo większego szczęścia tych kierowców, którym się „udało”. I chociaż promile mieli, to akurat ich nie złapano. Niestety, sprawy nie idą ku dobremu. Znów cytat z policyjnych komunikatów: W pierwszym półroczu 2025 roku policjanci zatrzymali aż 46 261 nietrzeźwych kierowców. To o niemal 5 000 więcej niż w tym samym okresie rok wcześniej. Z ostatnich dni (gdy to piszę): 19.07.2025 (sobota…) – 470 kierujących po spożyciu alkoholu. 20.07.2025 (niedziela) – ano, już trzeba myśleć o poniedziałku, praca, codzienne obowiązki – więc tylko 311 kierowców, którzy o tym, że weekend się kończy, nie pomyślało. 

A właśnie! A jak było w poniedziałek (21.07.2025)? Jak to w poniedziałek… Tzw. „wczorajsi” pojechali: do pracy, z dziećmi do szkoły, do przedszkola… I właśnie w poniedziałek 470 załapało się na listę kierujących „po spożyciu alkoholu”. W kolejnych dniach tygodnia, trochę ta liczba spada. We wtorek w dniu 22.07.2025: tylko 259 kierowców. W środę (23.07.2025): 306 kierowców, a w czwartek (24.07.2025) – tylko 284. Tylko… Naród zbiera wtedy siły na piątek, piąteczek, piątunio… Tak czule nazywano ten pierwszy dzień weekendu – jak pierwszy dzień wolności – w jakiejś tam ogólnopolskiej radiowej rozgłośni. Tak czule ogłaszano tam ten koniec tygodnia pracy. Gdy jeszcze słuchałem radia to fascynowało mnie to nastrajanie słuchaczy, trwające już od rana w piątek, do tego weekendowego „szaleństwa”. Słowami kluczami, niejako jak hashtagi (#), były: grill oraz chill. Wielkie ogólnopolskie grillowanie. I ma być cały czas chill – ma być chillowanie. A ty masz być cool. Między tymi zapowiedziami weekendowych atrakcji, imprez, koncertów plenerowych, itp., trwał w tym radiu zmasowany atak reklam producentów piwa. Oni mają żniwa co weekend.

To fascynujące słowo chill-out, czyli wyluzować, odstresować się, zrelaksować, nawet mi się spodobało jako zachęta do zwolnienia tempa, odprężenia się lub po prostu cieszenia się chwilą. I tu już jesteśmy przy kolejnym modnym teraz angielskim słowie, które zrobiło w Polsce karierę: mindfulness, czyli uważność. 

Wyposażeni w te słowa klucze, w luz-blues i uważność, powinniśmy udawać się na weekend pełni już spokoju, dystansu do spraw tego świata, bez pośpiechu, łagodnie.

Lecz niestety. Gdy wyjeżdżamy na ten weekend, okazuje się, że nikt nie wyluzował – wręcz przeciwnie: jest agresywnie. Spróbuj w korku, stojąc na wyjazdówce z miasta, choć przez chwilę się zagapić i nie ruszyć, gdy ta/ten przed tobą już ruszył. Klakson! Nie ma litości!

I tu mi się przypomniał motoryzacyjny dziennikarz Jeremy Clarkson. Przypadkowa zbieżność jego nazwiska ze słowem klakson. Najbardziej znany jest ten pan z programu telewizji BBC „Top Gear”. W Polsce też ten program leciał. Poświęcony był samochodom i sportom motorowym… I zjawiła mi się smutna refleksja, że uwagi Clarksona na te tematy polscy kierowcy przyjęli bezkrytycznie. W szczególności pogląd na przepisy ruchu drogowego, które jego zdaniem ograniczają przyjemność z jazdy i swobodę kierowców. Clarkson zasłynął z różnych „numerów”. Zarówno na wizji, jak i w realnym życiu, gdzie liczne skandale i skandaliki z jego udziałem zwiększały oglądalność. Gin z tonikiem popijał też za kierownicą samochodu. Taka promocja…

Ale nie ma co epatować Clarksonem. My mamy jeszcze lepszych zwolenników free ride na drogach. Pamiętam, jak swego czasu niezrównany w propagowaniu absolutnej wolności Korwin-Mikke stwierdzał, że pogwałcono naszą wolność, społeczną wolność, z chwilą gdy kazano nam jeździć samochodami, co do zasady, prawą stroną drogi. Chętnie puściłbym pana Korwina w jakimś niewielkim autku na, nawet szeroką, drogę – naprzeciw stada TIRów, których kierowcom dano wolną rękę co do wyboru strony drogi, po której zechcą sobie jechać. 

To była taka dygresja na temat klaksonu i Clarksona oraz naszego proroka absolutnej wolności. Bardziej słuchano chyba jednak u nas Clarksona niż Korwina, bo „nikt nie jest prorokiem we własnym kraju”. Ale bycie „wyklaksonowanym” to jeszcze nie najgorsze, co nas na polskich drogach czeka. Użycie sygnału dźwiękowego, wbrew przepisom, czyli nie dla ostrzeżenia, lecz dla „zgromienia” innego uczestnika ruchu drogowego, zazwyczaj kończy zaistniałą na drodze sytuację i wraca spokój. Poza niepotrzebnym zdenerwowaniem, chęcią zemsty i podobnymi niskimi uczuciami, które czasem eskalują w kierunku wręcz kryminalnym (to zajeżdżanie drogi, ta agresja fizyczna – bójki przy samochodach).

Ale to są już ekstremalne zachowania. Pomówmy o codzienności, w której to, co nienormalne, stało się normą. I od razu powiem, o co mi chodzi: o to, żebyśmy odpuścili wreszcie! 

Przestali traktować jezdnie, czy to dróg osiedlowych, gminnych, innych, autostrad – jak tory wyścigowe. Zmieńmy nawyki. Spróbujmy być rzeczywiście na luzie, albo jak wolą młodzi: cool.

Zmieńmy te codzienne zachowania Polaków za kierownicą. Co najmniej te dwa: Jazda o 10-20 km/h za szybko w stosunku do prędkości obowiązującej oraz jazda „na zderzaku”.

Prędkość bezpieczna i bezpieczny odstęp. Zasadniczo te dwa tematy zostają kandydatom na kierowców w odpowiedni sposób przedstawiane na kursach na prawo jazdy. Jednak wtórny analfabetyzm kierowców jest faktem. Im bardziej oddaleni jesteśmy od tego egzaminu na prawo jazdy, w końcu zdanego – od tego czasu, gdy byliśmy tacy malutcy… tym bardziej rośniemy! Co tam Kubica! Każdy jest Michaelem Schumacherem! I gdyby tylko miał do dyspozycji Ferrari z Formuły Pierwszej, to…

Co do tego egzaminu, to AI chyba dobrze policzyła:

Zdawalność egzaminu praktycznego za pierwszym razem wynosi około 40%. Wielu kandydatów zdaje na prawo jazdy za drugim lub trzecim razem.

Nie jesteśmy zatem wcale tacy wspaniali, tacy zdolni jak to nam się wydaje, w miarę nawijanych potem kilometrów „za kółkiem”, gdy już ten egzamin w końcu pozytywnie zaliczymy.

Co tego Ferrari, to aż tak dobrze jeszcze w Polsce nie jest – Ferrari to wciąż marzenie realizowane tylko przez celebrytów. Ale na przykład BMW? To się już ma! I można go mieć w Pakiecie M. A nawet w M Performance. I wtedy „złamanie” granicy 300 km/h nie jest już problemem. Przy okazji łamie się wszystkie inne bariery: rozsądku, człowieczeństwa też. Bo jak nazwać te ekscesy, w których przez prędkości dwu- lub nawet trzykrotnie przekraczające prędkość dopuszczalną na danej drodze, giną na tej drodze niewinni – ci co jechali zgodnie z przepisami. 

Strefa zamieszkania, to m.in. obowiązek nie przekraczania prędkości 20 km/h. Jeździsz tam tak? No właśnie! Zerknij na prędkościomierz, ile masz? A pieszy ma tam bezwzględne pierwszeństwo. Na całej szerokości jezdni. Wiedziałeś?

Przez miejscowości… Czemu on (ona) się tak wlecze? 50 km/h! Ciota jakaś… A może to ten/ta jedyny/jedyna sprawiedliwy/sprawiedliwa? Co nie chce potem, gdyby, nie daj panie Boże, coś się stało, tłumaczyć się rodzicom, że nie – ja nie jechałem/jechałam za szybko. Popatrzysz w oczy rodzicom potrąconego dziecka i powiesz, że jechałeś/jechałaś tylko dozwolone tam 50 km/h? Oby to była prawda!

Polska norma w terenie zabudowanym? Minimum 60 km/h. Najczęściej 70 plus. A także więcej. Tylko trzeba się pilnować, bo przekroczenie 100 km/h, to utrata prawka. Kto jeździ te 50 km/h? Jeden, zresztą policjant, zażartował sobie przy mnie kiedyś, że on tak jeździ. Cytuję: „Jeżdżę 50 km/h, gdy wracam rowerem”. To dotyczyło miejscowej drogi, lekko z góry. I zwykłego roweru, dziś, chyba z lekką pogardą, nazywanego „zwyklak”. Aktualnie Polacy przesiadają się masowo na rowery elektryczne i teraz jeździ się 50 km/h (i szybciej) po ścieżkach rowerowych (po chodnikach też!) rowerami, które mają wagę niegdysiejszych motorowerów! Miej nas, Panie Boże, w opiece, gdy „coś pójdzie, takiemu pseudo rowerzyście, nie tak” i wpadnie na nas!

A regularnie się tak dzieje. O tym mówią w wywiadach lekarze chirurdzy: na każdym ostrym dyżurze w szpitalu przywożą im rowerzystów i tych co na hulajnogach.

Te hulajnogi to kolejne monstra, kwalifikowane w prawie o ruchu drogowym jako UTO (urządzenia transportu osobistego). Te już zasadniczo rozbijają pieszych na chodnikach. Może ustawowo czas już wprowadzić dla pieszych obowiązek noszenia kasków? I posiadania odzieży, typu, motocyklowe spodnie i kurtki z protektorami? Ironizuję – ale skoro nic się nie robi, aby spowolnić te wyczyny „hulajnogistów”, jeżdżących po chodnikach w myśl przysłowia „Hulaj dusza, piekła nie ma”, to może trzeba się zabrać za pieszych?

To może wyglądać na żart, ale jeśli w sieci młodzież publikuje filmiki pokazujące ryzykowne zachowania na hulajnogach elektrycznych i promuje hasło „Nie ma wrażeń bez obrażeń”, to mamy do czynienia z kolejną patologią. I kolejnymi patostreamerami. Na razie ujeżdżają hulajnogi, a potem przejdą do „poważniejszych” wyczynów. Wzorem słynnego dewianta, pseudonim „Frog”, którego kilkudziesięciokilometrowe rajdy po ulicach i okolicach Warszawy, w ekstremalnie podrasowanym BMW i z ekstremalnym pogwałceniem wszystkich przepisów, były hitem internetu. A Policja i wymiar sprawiedliwości okazały się wobec Froga bezradne (kolejne uniewinnienia!). Państwo z kartonu. To był gwałt zbiorowy (biorąc pod uwagę czasokres, natężenie i skalę wykroczeń) – a i tak właściwie nie pociągnięto tego pseudorajdowca do odpowiedzialności karnej za to, co wyprawiał. Prokuratorzy kwalifikowali jego jazdę jako sprowadzenie stanu zagrożenia katastrofą w ruchu lądowym, a później sądy, opierając się na „utrwalonej linii orzecznictwa”, stwierdzały, że o katastrofie można mówić, gdy osób zagrożonych jest co najmniej kilka, bodajże cztery i więcej. A Frog, zajeżdżając drogę, wymuszając pierwszeństwo, itd., itp., w każdym poszczególnym momencie swojego rajdu nie zagrażał więcej jak trzem osobom. Nie wiem, czy jego osobę w to wliczano – w sumie jego bezpieczeństwo powinno nam być obojętne. Eliminacja osobników o złych genach podobno służy temu, aby gatunek przetrwał. Jednak według sądów nie było wystarczającej liczby osób w tych autach blokowanych, spychanych na pobocze czy rozpaczliwie hamujących, próbujących uniknąć wypadku. I to wystarczyło, aby Froga uniewinnić z zarzutu popełnienia przestępstwa. I nie móc skazać np. na bezwzględną karę pozbawienia wolności, co byłoby na pewno adekwatne do społecznego poczucia sprawiedliwości. A wykroczenia, które się „ostały” z listy zarzutów, nawet „taśmowo” popełniane, to tacy jak Frog mają w … Są w stanie zapłacić nawet wysokie grzywny. A bez prawa jazdy, jak wszyscy wiemy, też można jeździć. To kolejny problem tzw. wymiaru sprawiedliwości w Polsce: egzekwowalność kar. Często żadna! Kolejne tragedie i kolejny raz podawana jest informacja, np.: „Sprawca miał już zatrzymane prawo jazdy, sprawca był już skazany przez sąd za jazdę po pijanemu i miał zakaz prowadzenia pojazdów na lat x..”.

Zdjęcie czoła motocykla z naklejką "Stop wariatom drogowym"

Na usprawiedliwienie sędziów trzeba przytoczyć starą zasadę prawa rzymskiego, przeniesioną do nowożytnych kodeksów karnych: „Nullum crimen sine lege” – nie ma przestępstwa bez ustawy. To ustawodawca ma tak określić znamiona przestępstwa, aby można było skazać sprawcę za jego popełnienie. Z tym mogą być problemy, o czym jeszcze w dalszej części napiszę.

Wracając do prędkości samochodów: na „ekspresówkach”, gdy ustawisz tempomat dokładnie na te ustawowo dopuszczalne 120 km/h, to, oprócz TIR-ów, ty jesteś najwolniejszym uczestnikiem ruchu drogowego.

Zasada 20 km/h plus obowiązuje! Także te ustawowe 140 km/h na autostradzie to też tylko dla „ortodoksów”. Wszyscy wiedzą, że fotoradary ustawiane są z taką właśnie tolerancją i uważają, że bezkarnie jechać można o te 10-15 km/h więcej. Nawet trzeba, bo inaczej, wciąż ci ktoś podjeżdża do tylnego „zderzaka”. I wtedy: światła! „Dostajesz długimi”. I klakson – dla „niereformowalnych”, tj. tych, którzy ciut za długo nie zjeżdżają na prawy pas. Gdy ten za tobą o 15 sekund za długo czeka. 

„Narasta agresja drogowa!” To jeden z tytułów w internecie. Mnóstwo podobnych: „Polacy agresywni na drogach”, „Jazda na zderzaku czy szalona prędkość”. I dziesiątki innych. I co? I nic? 

Także z tym bezpiecznym odstępem. Z tymi dwiema sekundami odstępu. Lub, wariantowo: połowa wskazania na prędkościomierzu – tyle metrów powinno dzielić cię od poprzedzającego cię pojazdu. Nic się nie poprawia. Iluś tam moich znajomych miało już wypadki „z najechania”. Byli za blisko i walnęli. Ich samochód „zachorował na „miażdżycę”, ale im nic się nie stało. Wstrząs odczuty przez tych kierowców był chyba za mały, bo większość nadal jeździ zbyt blisko poprzednika. Cóż, ci, u których wstrząs był rzeczywiście duży, zazwyczaj nic nam już nie opowiedzą…

Dużo by mówić o tej agresji, niejako wbudowanej w kierowców w Polsce. O tym, że często preferuje się jazdę ofensywną i agresywną.

Może taki tylko celny obrazek z publikacji „Skąd tyle agresji. Próbują pokazać władzę” na https://noizz.pl/moto. Cytuję, w skrócie:

Idąc po schodach za człowiekiem, który kuleje, nie przyjdzie nam do głowy, żeby go poganiać. Natomiast na drodze widzimy tylko samochód, który nie ma twarzy, nie wiemy, kto siedzi w środku.” – tłumaczy psycholog (…).

Coś w tym jest… Ta anonimowość. Poczucie bezkarności też… Choć już iluzoryczne w dobie powszechnych w użyciu kamerek samochodowych. Ten psycholog (p. Tomasz Witkowski) ma nie tylko kilka cennych obserwacji, wyjaśnień, ale też i kilka dobrych rad. Polecam jego artykuł, bo na pewno dla przeciwdziałania tej agresji potrzebna jest też edukacja. Uświadomienie sobie naszych atawizmów, które powodują, że na drodze chcemy dominować. Być kimś. Szczególnie, gdy już mamy to szybkie auto. Choćby to BMW M Serie, a akurat ta Dacia przed nami nie zjeżdża z pasa do wyprzedzania!

Leczymy na drodze swoje kompleksy?

Można żartować sobie z tego, że mężczyźni rekompensują sobie pewne niedobory szybkim sportowym samochodem. W tym temacie rozśmieszyło mnie zdjęcie imponującego Porsche 911 S Turbo z takim podpisem: „Marzy ci się „grube” auto sportowe? Nic nie sugerujemy…” Ale gdy już tę sportową brykę niektórzy mają i wtedy udowadniają na drodze swoją dominację, uzyskaną za pomocą tego swoistego przedłużenia męskiego ego, to staje się to już mało śmieszne. Raczej niebezpieczne.

Wchodzimy, a w zasadzie wjeżdżamy, uwzględniając tematykę, w kwestię odpowiedzi na pytanie, czy nasze przepisy są dostosowane do zmieniającej się rzeczywistości. 

Niezwykle bulwersującym tematem jest tzw. zabójstwo drogowe. W ostatnich latach doszło do wielu spektakularnych wypadków drogowych, gdzie sprawcy rozpędzili swoje samochody do prędkości, które trzykrotnie lub prawie trzykrotnie przekraczały limity obowiązujące na tych drogach, gdzie doszło do wypadku. Mówimy tu np. o prędkościach nawet powyżej 300 km/h. I to nie tylko na autostradach. A choćby te niemal np. 150 km/h w mieście, to też drastyczne złamanie przepisów. W wypadkach z takimi prędkościami prokuratorzy próbowali kwalifikować jazdę sprawców jako „zabójstwo drogowe”. Słynne stały się tragedie takie jak w Warszawie na ulicy Sokratesa, przy Moście Dębnickim w Krakowie, czy na autostradzie A1 w Sierosławiu. Kierowcy, którzy spowodowali tam wypadki, rozwijali irracjonalne prędkości. Np. na autostradzie A1 sprawca jechał chwilami, według opinii biegłych sądowych, nawet ponad 320 km/h! Polskie przepisy wprost nie uwzględniają, przy wymiarze kary, tak wysokich prędkości. We Włoszech prawnokarna regulacja uwzględnia, że jest to przekroczenie o nie mniej niż 70 km/h na terenie zabudowanym oraz o minimum 50 km/h na terenie niezabudowanym. Z kolei w Niemczech odpowiedzialność karna grozi za organizację i udział w nielegalnych wyścigach. Przy czym tak samo jak wyścig z udziałem co najmniej dwóch „zawodników” traktuje się sytuację, gdy kierowca jest tylko jeden, ale jego celem jest rozwijanie jak najwyższych prędkości.

Za tego rodzaju zachowanie – ściganie się na drodze publicznej z innym kierowcą i spowodowanie wypadku, w którym zginęło dwoje małych dzieci, a ich rodzice byli ciężko ranni, w Niemczech skazano Polkę, kierowcę, która doprowadziła do tego wypadku, na dożywocie! Na drodze obowiązywało ograniczenie prędkości do 70 km/h. W chwili, gdy ta Polka (mieszkająca w Niemczech) wjechała w to auto – w ten samochód rodziny z dziećmi – jej prędkość wynosiła ok. 170 km/h. Czyli o 100 km/h więcej. Sądy orzekające w tej sprawie ustaliły, że wcześniej ta kobieta już spowodowała podobny wypadek, a także że była znana w swoim środowisku z ryzykownej jazdy. I dlatego niemieckie sądy zakwalifikowały to, co zrobiła, jako zabójstwo drogowe.

To są już ekstremalne przypadki. Ale naszą codziennością są właśnie te „drobne” wykroczenia. Jazda „trochę” szybciej niż to dozwolone. Jazda tuż za drugim pojazdem.

Choć w każdej chwili grozi wtedy karambol, gdyż odstęp ten nie wystarcza nawet na to, aby czas reakcji pozwolił na naciśnięcie hamulca. A taki karambol, przy autostradowej prędkości, może być tragiczny w skutkach. 

Już nie mówię o takich drobiazgach jak ten, iż od kilku lat obserwuje się na polskich drogach nowy zwyczaj: kierunkowskazów już się nie używa. W każdym razie nie przy wyprzedzaniu. Nasi szybcy kierowcy uważają chyba, że są na torze wyścigowym, gdzie przecież samochody kierunkowskazów nie używają… Jak to się zgrabnie ujmuje: sygnalizowanie zamiaru zmiany kierunku ruchu pojazdu poprzez odpowiednio wcześniejsze użycie kierunkowskazu, w Polsce się nie przyjęło. Tak to jest u nas z prawem. Nie przyjmuje się. Pierwsze tego objawy – stanu rzeczy, w którym prawo nie działa – zauważono na Podhalu, gdzie chyba ówczesny Starosta Powiatu Tatrzańskiego stwierdził że „Prawo budowlane na Podhalu się nie przyjęło”. Tak – tam każdy buduje gdzie chce, co chce i jak chce. 

Państwo z kartonu, czyli nasza III. Rzeczpospolita, nie potrafi wyegzekwować przestrzegania prawa. A kierunkowskazy nie przyjęły się już nie tylko na Podhalu, ale w całej Polsce. Taki postęp!

Państwo polskie nawet nie potrafi tych przepisów prawa napisać tak, aby osiągnąć zamierzony cel. Przykład? W prawie o ruchu drogowym zawarto przepisy, które stanowią, że wyprzedzanie pojazdu z prawej strony jest, co do zasady, zakazane. Za wyjątkiem, gdy pojazd zbliżył się do lewej krawędzi jezdni i sygnalizuje zamiar skrętu w lewo na skrzyżowaniu, oraz na skrzyżowaniach z sygnalizacją świetlną, gdzie jest to dozwolone. A także na drogach jednokierunkowych oraz dwukierunkowych, jeśli są dwa pasy ruchu w terenie zabudowanym a trzy pasy poza tym terenem – do jazdy w tym samym kierunku. Czyli w praktyce: na autostradach „trzypasmowych”. I w pierwszym okresie powszechnie uważano, że skoro tak, to na polskich autostradach, gdzie standardem są tylko dwa pasy w jednym kierunku, wyprzedzanie z prawej strony jest zabronione. Tak się nam tylko wydawało. I nie było to złe: ja czułem się bezpieczny na lewym pasie, wiedząc, że nikt z prawej strony nagle mi drogi nie „zajedzie”.

Napisano to jednak w tzw. Kodeksie drogowym tak, że mądralom udało się potem jednak „wykoncypować”, iż na autostradzie lub drodze szybkiego ruchu, każdą z dwóch jezdni takich dróg (każdą prowadzącą w przeciwnym kierunku) można traktować jako drogę jednokierunkową. A ponieważ ma dwa pasy, to można wyprzedzać! I zaczęło się. Jeszcze nie wszyscy o tym wiedzą, wielu wciąż powtarza, że na autostradzie można wyprzedzać wtedy tylko, gdy są trzy pasy ruchu. Ale już coraz więcej kierowców ma tę „wiedzę tajemną”: można z prawej strony też!

I co mamy? Powstają sytuacje, w których chcesz już zjechać z lewego pasa na prawy pas, bo, wyprzedzając TIR-a, wjechałeś na lewy. I, na szczęście, w ostatniej chwili widzisz, że z prawej strony wyprzedza Cię BMW! I nie robisz, na swoje i innych szczęście, tego manewru, ratując być może życie swoje. I innych. To takie autostradowe urozmaicenie – z tym wyprzedzaniem z prawej strony. Żebyś nie zasypiał i był cały czas czujny. Żeby nie było tak, jak w Niemczech, gdzie wyprzedzanie z prawej strony jest całkowicie zakazane i jazda autostradą to nudaaaaaa. Całe szczęście, że przynajmniej nie ma tam ograniczeń prędkości. Co do zasady, bo w praktyce niewiele już zostało odcinków, gdzie panuje wolność. 

I co? I nic. Państwo o tym autostradowym zagrożeniu wie, że mam na myśli naszą RP. Wiedzą posłowie, wie rząd. Jakieś inicjatywy ustawodawcze? Aby zmienić przepisy… Wyeliminować to zagrożenie, którym jest wyprzedzanie z prawej strony. Żadnych inicjatyw! Tylko pustosłowie o bezpieczeństwie na drogach. 

A jak na „normalnej” drodze jedzie ciągnik rolniczy albo jakaś np. samojezdna maszyna budowlana i tworzy się za takim pojazdem kilometrowy korek sfrustrowanych kierowców – bo nie ma jak tego zawalidrogi wyprzedzić? I co rusz ktoś, z narażeniem życia, jednak próbuje. Co zrobiło „mądre” Państwo? Skasowało już x-lat temu przepis, który kierowcy takiego powolnego pojazdu w takiej sytuacji (utworzenia się zatoru) nakazywał przy najbliższej okazji zjechać z jezdni. Na pobocze, w zatoczkę – byle bezpiecznie. Aby przepuścić nagromadzone z tyłu szybsze pojazdy. Proste? I komu to przeszkadzało?

Ma się wrażenie, że Państwo zastawia na nas na drogach pułapki. Mówi wprawdzie: dbamy o wasze bezpieczeństwo. A w praktyce?

W praktyce „przymyka oko” na powszechny zwyczaj niezgodnego z prawem wyprzedzania pojazdów jednośladowych z przekroczeniem linii ciągłej na osi jezdni. Bo wyprzedzać rower, motocykl, itp. niby wolno (gdy nie ma znaku zakazu wyprzedzania). Ale nie wolno, gdy w środku jezdni jest ta nieprzekraczalna linia i manewr wyprzedzania spowodowałby najechanie na nią. Czyli, w praktyce, prawie nigdy nie wolno, bo zwykłe drogi nie są tak szerokie, aby zmieścił się na jednym jej pasie ruchu rowerzysta i wyprzedzający go samochód, zachowujący odstęp 1 metra od niego (taka jest ustawowa minimalna odległość od jadącego jednośladu). Pomimo to, praktyka jest taka, że wyprzedzamy w takich to sytuacjach, jak Polska długa i szeroka. Wszyscy. Inaczej nastałby nam powszechny paraliż ruchu drogowego. Jeździlibyśmy sobie bardzo często i bardzo długo w tempie rowerów, hulajnóg. 

To może, drogi ustawodawco, przestań udawać, że nie widzisz tego ciągłego najeżdżania na linię ciągłą i napisz „po ludzku”, że takie wyprzedzanie jest możliwe – jak to ty piszesz: „dopuszcza się”. I przy „zachowaniu szczególnej ostrożności”. Lepiej tak, niż udawać, że problemu nie ma. A jest! 

A co do tego odstępu 1 metra to można zauważyć, że przy drogach pojawiły sie bannery z napisem „Szacunek zaczyna się od 1,5 metra”. A na zdjęciu rowerzysta i wyprzedzający go samochód. Tak, to jest chyba kampania promująca zmianę istniejącego przepisu, który nakazuje kierowcom zachować odstęp, ale tylko 1 (słownie: jednego) metra. Kto jeździ na rowerze to wie, co to znaczy, gdy TIR z prędkością prawie 100 km/h przemknie obok Ciebie w tej odległości. Nie musisz oglądać w tv thrillerów. Horrorów też nie. Wystarczy, że to przeżyjesz. Live… I co nasze „mądre” Państwo, a w zasadzie „mądrzy” przedstawiciele, których wciąż i na nowo tych samych lub takich samych, ochoczo wybieramy? Ano, gdy w Sejmie zjawił się projekt nowelizacji, by ten odstęp od bezbronnych kierowców jednośladów zwiększyć do 1,5 (słownie: półtora) metra, to jakiś (już były) wiceminister resortu komunikacji wyjaśniał, że to niedobre, bo (cytuje mniej więcej z pamięci): „Mamy w Polsce wąskie drogi i gdyby ustawowy odstęp był 1,5 metra, to nigdy nie można by np. rowerzysty wyprzedzić (bo przecież nie wolno kierowcom samochodów najechać na tę linię ciągłą pojedynczą, czy podwójną w środku jezdni). Tak to pan minister „ściemniał” – że niby wszyscy przecież przestrzegają tego przepisu o linii ciągłej! Nikt (lub prawie nikt) nie przestrzega. I rowerzystów się wyprzedza i tyle! A gdyby był ten przepis o dystansie 1,5 metra (w Niemczech, np., jest od dawna!), to przynajmniej może ten przepis byłby przestrzegany.

Rozpisałem się. Można by kontynuować. I omówić kolejne absurdy, bzdury, bezsensy. Naprawdę: mnóstwo ich na naszych drogach. Na chodnikach też – ale to niemal byłby osobny temat-rzeka. 

Ale cóż tu pisać? Dla kogo? Nasze społeczeństwo jest ogólnie zadowolone. Żyje w uśpieniu.

W dobrobycie. Trochę pozornym, ale w porównaniu do tego, co było, jest super! Samozadowolenie za kierownicą BMW. Żadnych zagrożeń. Jakaś wojna? Przecież nie będzie (u nas) żadnej wojny. Chociaż historia aktualna przypomina te dwa lata przed II. wojną światową: ten rok 1938 i 1939, gdy wszystko w Europie się chwiało. Teraz też czuć wibracje. I to nie te pozytywne. A zagrożenia w ruchu drogowym? No, przestań! Mamy autostrady, mamy ekspresówki, mamy obwodnice! I w końcu mamy te BMW – zawsze mogę przyspieszyć i dam radę! Wyluzuj! Chill out, dude! Czym się przejmujesz? Niezła bryka, grill i chill, ot Polaka nowy styl!

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry