Wszyscy znamy już to nazwisko: Epstein. Wymawiane z „amerykańska” brzmi chyba Ipstin. Przez chwilę tak to wymawiano. Teraz już ustaliły sobie polskie media, że to będzie wymawiane „Epstin”. Mnie się te „Akta Ipstina” skojarzyły z takim zapisem: Akta Peepsteina. Czytaj „pipstina”. I z tym zabawnym miejscem, zwanym kiedyś peep-show.
To były lata 80-te na Zachodzie, może wcześniej, gdy pojawiły się pokazy nazwane peep-show, polegające na tańcu typu „streaptease”.
Na małej, czasem obrotowej scenie, jakaś „panienka” prezentowała swe wdzięki. Widzowie znajdowali się w zaciemnionych kabinach. Niewidoczni dla tej pani (i dla innych widzów). Po wrzuceniu stosownej monety mogli sobie ją oglądać przez okienko, które się wtedy otwierało. I było otwarte przez minutę. Takie „podglądanie przez dziurkę od klucza”. Byłem wtedy w Niemczech, gdy znany tam wtedy zespół, grupa z Monachium o niebawarskiej, lecz bardzo amerykańskiej nazwie „Spider Murphy Gang”, wylansowała jeden ze swoich przebojów. Piosenkę „Patrzę na Ciebie” („Ich schau dich an”), która w podtytule miała właśnie to słowo: „peep show”. Grali, jak to określano, „rock po bawarsku”. Podobały mi się ich nagrania, także to, więc przetłumaczyłem sobie tę nazwę, aby zrozumieć o co w tej piosence chodzi. Rozczulająca w sumie historyjka o facecie, który się zakochał w damie z tego okienka i uzależnił się od spotkań z nią. W tym właśnie peep-show. I chętnie wrzuciłby następną monetę. Ale musi iść do pracy. Ot, zwykły Kowalski, który osładza sobie samotne, bez kobiety życie. Lub jeśli jest w związku z jakąś kobietą, to dopuszcza się zdrad, fundując sobie oglądanie innego kobiecego ciała. Małej zdrady. Jeśli zdradę można stopniować…
Na pewno nie jest to ten rodzaj sprawstwa, jakie można wyczytać w aktach Epsteina. Tam czyny są o wiele poważniejsze – czyny karalne.
Ale tak się to kiedyś zaczynało. Od rewolucji seksualnej lat 60-tych, od przyzwyczajania społeczeństwa do tego, co kiedyś było ekscesem, a stopniowo stawało się normalne. Takie były te niegdysiejsze promocje sek*u. Początki obecnego stanu rzeczy. Męskie igraszki w kabinach peep-show. A w ówczesnej Polsce rozpowszechniały się w tym samym czasie dancingi ze streap-teas’em. Wszystko to były elementy rewolucji obyczajowej. Czy też ewolucji. Zmiany następowały raczej stopniowo. Niezauważalnie.
Niewinne to wszystko było – te dancingi, te peep-show. W porównaniu z tym, o czym dziś czytamy.
Czyli w porównaniu do męskich (?) rozrywek, organizowanych przez tego pana Epsteina. Postawiłem znak zapytania w zdaniu poprzedzającym, gdyż trudno moim zdaniem mówić tu o jakiejkolwiek męskości, męskich wzorcach, czy czymś męskim w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. To, o czym tam, w tych aktach Epsteina można przeczytać, to zwyrodnialstwo. Według dotychczasowych standardów. W dotychczasowym tego słowa znaczeniu. Bo można przypuszczać, że po tej aferze granice tego, co dopuszczalne, znów zostaną przesunięte.
Skojarzeń mam zresztą dużo więcej niż to z peep-show. I o nich chcę tu napisać.
Kolejne to sam ten dźwięk „peep”- używany przy nagraniach, aby coś nie było słyszalne. A w aktach Epsteina nadal są strony częściowo zakryte. I możemy się tylko domyślać, co tam jest. Dlatego to „peep” pasuje do tej afery.
Z nadwątlonej światowej moralności, a być może już nie nadwątlonej, ale po tej aferze leżącej całkiem w gruzach, pozostało nam jeszcze tylko to dźwięczne „peep” – ostatni pozór przyzwoitości. Dźwięk włączany, gdy publikuje się nagrania z wulgaryzmami. Których dziś już zresztą używają wszyscy. Od robotnika w fabryce, czy na drodze, który klął zawsze jak przysłowiowy szewc, po parlamentarzystów i ministrów, którzy klną już tak, jak kiedyś klęli tylko ci zwykli robociarze. Ale jeszcze słyszymy wtedy „peep” – gdy w mediach prezentuje się nam nagrania, po kryjomu zrobione w jakimś lokalu, gdzie panowie czuli się swobodnie. Panie zresztą w tym bogactwie języka panom już nie ustępują. Najczęściej co parę sekund, jeżeli wypowiedź trwa dłużej, zjawiać się będzie to „peep”. Także przed wypowiedzianymi w przestrzeni publicznej nazwiskami tych, których tożsamości (na razie jeszcze) nie wolno światu podać. Taka resztka przyzwoitości, czy też bardziej przejaw political correctness. W aktach zgromadzonych w archiwum Jeffreya Epsteina wciąż brzmi jakieś „peep” – w postaci zablurowanych, niewidocznych stron czy fragmentów danych.
Zresztą gdy się mówi o zawartości akt Epsteina – to tylko ogólnie. Mówi się, co tam robiono, kto tam był, czy bywał. Ale kto i co konkretnie robił – nie wiadomo.
Podobno rzeczy straszne. Ci, co kolejną część tych akt opublikowali i znają je w całości twierdzą jednak, że zarzutów nikomu postawić nie można. Twardych dowodów brak. Tak jakby ci doświadczeni śledczy z FBI, CIA i innych amerykańskich instytucji nie potrafili postawić świadków w krzyżowym ogniu pytań, nie potrafili skonfrontować ich ze sobą. Jakby nie potrafili, jak to się teraz mówi, połączyć kropek. Potrafią! Tylko nie chcą. Możni tego świata nie chcą tego. Prowadzą między sobą jakąś grę. I my możemy snuć tylko domysły…
I co? Poczytamy i znowu zapomnimy? Wszyscy już czytali? A kto przeczytał? Chyba nikt. W całości (tej transzy, bo to podobno nie wszystko) chodzi tu o 3 miliony stron!
Tak podają media. Każdy, kto jest na bieżąco z doniesieniami o polityce, musiał słyszeć o tym, że ujawniono 3 miliony stron z zapisami rozmów bardzo, bardzo znanych ludzi. Ze zdjęciami, które tych ludzi pokazują w bardzo kompromitujących sytuacjach. A podobno jest tych materiałów dużo więcej. Jeszcze więcej! Dlaczego zatem się więc ich wszystkich nie ujawnia? Tego nie wie nikt, za wyjątkiem tych, co mają jakiś plan w tym systemie ratalnym, w jakim te akta są publikowane. Ani dlaczego odnośne władze, które powinny każdy sygnał o możliwości popełnienia przestępstwa sprawdzać, nie wszczynają postępowań karnych, śledztw.
Departament Sprawiedliwości USA zakomunikował, że nie zamierza wnosić żadnych aktów oskarżenia. W procesie Jeffreya Epsteina w 2008 zawarto ugodę, w której zapisano, iż poza nim inne osoby z jego otoczenia, jego „sztab organizacyjny” (w skład którego wchodziła m.in. modelka z Polski) nie będą stawiane w stan oskarżenia. Dziś mówi się też o tym, że trzeba uszanować prywatność ofiar. Ówczesne, sprzed kilkunastu lat dziewczyny, które wtedy trafiły na tę wyspę marzeń Epsteina, dziś są już żonami, matkami, ułożyły sobie życie i nie chcą wracać do przeszłości. I tak to często jest: ofiara woli milczeć niż wracać do swojej traumy. Do czasu, gdy była wykorzystywana sek*ualnie.
Opublikowane materiały bardzo źle świadczą o tych wymienionych w nich z imienia i nazwiska, powszechnie znanych ludziach.
Powiedzieć, że oni świntuszyli, to, jak to się mówi – nic nie powiedzieć. Gdyż z sytuacji, których opisy zawarte są w tych materiałach, wynika, że ci sławni ludzie dopuszczali się po prostu przestępstw. Mówi się nie tylko o pedofilii, ale o okaleczeniach, a nawet o jakichś rytualnych (?) zabójstwach. Także o kanibalizmie. A o kogo tu w ogóle chodzi? Poza główną postacią tego dramatu, czyli już podobno nieżyjącym Jeffreyem Epstein’em?
Podobno nieżyjącym, bo wielu komentujących pewności co do tego, że on rzeczywiście zmarł, nie ma. Ani co do urzędowego stwierdzenia, iż było to samobójstwo. Zbyt wiele wątpliwości jest związanych z jego zgonem w amerykańskim więzieniu w 2018 roku.
Poza Epsteinem na kartach akt występują przede wszystkim politycy. Od prezydentów, premierów, po mniejszy kaliber przedstawicieli władzy. Są tam np. wiceministrowie. Jeden, ze Słowacji, już się podał do dymisji. Zapewniając jednocześnie, że jest niewinny.
Cóż… Każdy mógł się kiedyś Epsteinowi przydać. Lub wiadomości, które posiadał. Są w aktach Epsteina celebryci, miliarderzy – tytani biznesu, także nauki, ludzie ze świata szeroko rozumianej kultury, sportu. Jest i arystokracja, o którą w USA trudniej, gdyż zdaje się, że na terenie Stanów Zjednoczonych nie wolno używać tytułów arystokratycznych. No ale przyjeżdżali znajomi z Europy. M.in. książę Andrzej (dwór brytyjski). Lista tych sławnych osób jest bardzo długa (i w mediach wciąż się poszerza). Ale wiele nazwisk ludzi z wyższych światowych sfer, odwiedzających wyspę lub korespondujących swego czasu z Epsteinem w zamiarze złożenia mu tam wizyty, jest już znanych. Wymieńmy tu tylko kilka nazwisk najbardziej znanych, które dają pojęcie o „najlepszej obsadzie” tego dramatu – dwóch prezydentów USA: Donald Trump i Bill Clinton. Elon Musk. Ten od Starlinków i innych kosmicznych i nieziemskich technologii high-tech. To on pytał Epsteina o „najbardziej dziką imprezę” (ale dziś mówi, że tylko pytał; nie był…)… Jest Bill Gates – to ten od Microsoft’u. Są gwiazdy show-biznesu. Ale dość, wyliczanka trwałaby i trwała.
Brakuje podobno „twardych dowodów” by tym znanym osobom coś zarzucić. Są tylko poszlaki. Tylko rozmowy. A może te dowody jednak są? Tylko ktoś na razie jeszcze, dopóki pewne osoby są posłuszne, nie ujawnia ich? Nie ujrzą tzw. światła dziennego.
Wszyscy Ci wspaniali ludzie znali Jeffrey’a Epsteina. Jako dobrego wujka, który zapraszał ich na swoją prywatną wyspę, gdzieś na Morzu Karaibskim. I nie tylko ich, bo jednocześnie jego gościnność skierowana była na setki (nawet ponoć tysiące) młodych dziewcząt, które na tej wyspie mogły tych sławnych ludzi poznać z bliska. Zachęcano je możliwością nawiązania kontaktów, otrzymania angaży do agencji modelek, zrealizowania marzeń o wielkiej karierze.
I poznawały tych sławnych ludzi. Z bardzo bliska, już bliżej się nie da. A dziewczyny były nie tylko młode, ale i często za młode. Według amerykańskiego i każdego innego prawa. Według prawa każdego cywilizowanego kraju. Ale czy nasze kraje zasługują jeszcze na to określenie?
Cywilizowany… Przecież powinno to oznaczać wysokie standardy moralne.
Epstein i jego znajomi preferowali mniej cywilizowane zwyczaje. Na przykład z tych części świata, gdzie według tradycji plemiennych do inicjacji seksualnej dochodzi jak najszybciej. Mówi się, że osobom zamieszanym w całą tę organizację rajskiej wyspy sek*u można postawić zarzut pedofilii. Czyli, że te dziewczyny zapraszane na wyspę i tam wykorzystywane seksualnie, były jeszcze dziećmi! Dziś te ówczesne dzieci, dziewczyny, czy też już panie, mają status ofiar. Ich nazwiska są w opublikowanych aktach utajnione. Całe strony akt dotyczą jednak kwestii importu tych dziewczyn. Na przykład z Rosji. Ale także i z Polski. Najczęściej poprzez różne agencje. Nie jest sprecyzowane czy były to agencje modelek, czy towarzyskie. Są też ślady polskie jeśli chodzi o ludzi z managementu tego przedsięwzięcia, określanego jako Epstein Club. Jakaś pani z Polski, czy z polskim nazwiskiem, była prawą ręką samego szefa. Podobno była nr 3. w hierarchii pomocników w tym procederze. Jest też Wojciech Fibak. Niegdysiejsza polska gwiazda tenisa na światowym poziomie, dobrze się znający z Epsteinem i zainteresowany nie tylko dziełami sztuki (znany kolekcjoner obrazów), ale i dziewczynami. Na YouTube są ich wspomnienia.
Ale co tam pan Fibak, którego dziś mało kto już na świecie pamięta. Świat natomiast interesuje się powtarzanym na każdym kroku nazwiskiem Epstein i dowiaduje się, że ten współczesny potwór ma polskie pochodzenie! Ten, który życie dziewczyn, często podobno wręcz jeszcze dzieci, zamienił z „American Dream” w „American Horror” podkreśla sam w tych opublikowanych aktach, że jego rodzice mieli korzenie w Polsce i że on bardzo z Polską sympatyzuje. Jego przodkowie to Polacy żydowskiego pochodzenia. Jego dziadek Julius urodził się w Białymstoku. Chluby nam to nie przynosi. Wszyscy wiemy, jak się Polskę i Polaków przedstawia w zachodnich mediach. A już szczególnie w USA. Skądś się te słynne „polish jokes” wzięły. I na domiar złego teraz ten Epstein, w którego aktach ludzie czytają, że on czuł się Polakiem! Choć urodzony był w 1953 roku w Nowym Yorku, na Brooklynie. Tam też zmarł w 2019 roku.
Takie zdjęcia naszego obrazu, wizerunku Polski, nie budują: W 2021 roku brytyjski „The Sun” opublikował zdjęcie Jana Pawła II z Jeffreyem Epsteinem i Ghistaine Maxwell, parą oskarżoną w 2008 roku o stręczycielstwo i pedofilię. Epstein trzymał to zdjęcie oprawione w ramkę w swojej rezydencji.
I trwa teraz zabawa w podejrzenia i zaprzeczenia. Dementi i oświadczenia. Wszyscy mniej więcej mówią to samo: nie pamiętam. Albo: tak, znałem go (Epsteina), jednak my tylko rozmawialiśmy.
Niektórzy komentatorzy skupiają się tylko na tym: kto, z kim, kiedy. Czyli na poziomie jakiejś brukowej sensacji. Już same tytuły kierują uwagę czytelników i słuchaczy na to, co jest jakby najbardziej widoczne. Kilka przykładów: „Zgniłe elity”, „Epstein i jego tajemnica”, „Inspiracja Lolitą? Nowe zdjęcia z akt Epsteina”, „Ofiara Epsteina ujawnia wstrząsające sekrety”, „Kolejne szokujące fakty”.
Ale ta sprawa to coś więcej, niż kolejne zdrady, rozwody poszczególnych celebrytów, które zawsze lądują na pierwszych stronach gazet czy internetowych nagłówków. Poprzez natężenie zła, które w niej zaistniało, poprzez olbrzymią ilość zamieszanych w nią ludzi, i to z całego świata, ludzi z elit społecznych, widzimy, że to jest coś dużo większego: to obraz współczesnego świata.
Kolejne moje skojarzenie: przypomniały mi się atlasy z czasów, gdy chodziłem do szkoły. Uzupełnieniem atlasu geograficznego, który pokazywał świat bez podziału na poszczególne kraje był atlas polityczny świata. Z zaznaczonymi państwami, przebiegiem ich granic. Pokazywał ten atlas różnorodność świata, jego kultur. Każdy, nawet nie mając możliwości tam pojechać, np. do Chin, wiedział, że inne są państwa Zachodu, inne Bliskiego, inne Dalekiego Wschodu. Mają odmienne zwyczaje. Mają też pewne tabu. Mają granice ludzkich zachowań. Akta Epsteina, gdzie są nazwiska ludzi ze światowych elit z całego świata, ale tak samo zdeprawowanych, ukazują ten polityczny, współczesny świat już jako twór jednolity: Identyczny wręcz. Ale niestety z taką samą wszędzie moralną zgnilizną.
Elity, czy to w tym, czy to w innym kraju, są tak samo zdeprawowane.
Nie ma też różnic wynikających z poglądów stricte politycznych. Czy dany polityk określa siebie jako liberała, lewicowego, prawicowego, konserwatystę – wszystko jedno! Na wyspie Epsteina byli ludzie wszystkich tych opcji. Każdy przyjmował zaproszenie. I wielu nie może też się tłumaczyć, że nie wiedzieli, co tam się dzieje. Epstein już w 2008 roku został skazany. Już wtedy sprawę jego Wyspy nagłośniono w mediach. Jednak ci politycy i inni celebryci relacje nadal z nim utrzymywali. Mimo tak poważnego skandalu.
Drugim poziomem analizy sprawy akt Epsteina jest wskazywanie najróżniejszych powiązań miedzy uczestnikami tych spotkań, a służbami wywiadowczymi poszczególnych państw.
To oczywiste przecież, że decydenci biorący udział w tym, co organizował na Wyspie Epstein, stawali się łatwym celem szantażu. Ta wyspa zapewne jest czy też była naszpikowana taką ilością kamer i mikrofonów, że wszystko mogło być nagrane. I później wykorzystane jako tzw. kompromaty. Na razie jeszcze jest tak, że ich opublikowanie może zakończyć polityczną czy biznesową karierę. Nawet zaprowadzić do więzienia, jeśli to co tam robili, dotyczyło osób nieletnich. Jeśli była tam tworzona (a pisze się, że była) pornografia dziecięca i inne czyny, które są przestępstwami.
W Polsce od razu ponownie „odżyła” sprawa tzw. Afery Podkarpackiej, o której od dawna co jakiś czas głośno. Chodzi w tej sprawie o domy publiczne, jeszcze bardziej eufemistycznie określane agencjami towarzyskimi, które działały na południu Polski i gościły polityków o znanych nazwiskach, m.in. Marszałka Sejmu. Podobno. Osoby powszechnie szanowane. Tak się je zwykło określać. Od dawna nic nie zostało w tej aferze wyjaśnione. Gdyż podobno nie wolno tego wyjaśnić. Zbyt dużo głów polityków „poleciałoby”. A komentatorzy tej afery wiążą ją wprost z uległością polskiej sceny politycznej wobec Ukrainy. Podobno właśnie tam, na Ukrainie, są taśmy nagrane w tych agencjach. I wszystko, jak to się mówi, „trzyma się kupy”, skoro ustalono, że organizatorami i właścicielami tych przybytków uciech byli obywatele Ukrainy. To można w mediach wyczytać. Ale już niewiele więcej…
I podobnie jest z tą aferą Epsteina. Jeszcze chwilę potrwa i znów raczej wszystko się wyciszy.
A teraz próbuje się tę aferę wykorzystać, a jakżeby inaczej, do skierowania uwagi na złą Rosję. W polskich kanałach YouTubowych od razu zaczęto sugerować, że w tle stoją oczywiście Rosjanie: to oni to wszystko zorganizowali. Chociaż w samym USA, które te materiały publikuje o wiele bardziej obecny jest wątek wywiadu izraelskiego – Mossadu.
Jednak choć sensacja goni sensację i za chwilę media zajmą się czymś innym, to problem moralnego piekła zorganizowanego przez Epsteina pozostanie. Nie, raczej nie jako problem dla tych, których nazwiska są teraz wymieniane. Im, jak zwykle, nic się złego nie stanie.
To my, zwykli ludzie zostaniemy z problemem, o którym chcę kilka zdań napisać poniżej.
Akta Epsteina to jest obraz współczesnego społeczeństwa. Społeczeństwa w fazie upadku. I to jest ten trzeci poziom analizy. Najgłębszy.
Odsłuchałem sporo minut z tych relacji na YouTube poświęconych Epsteinowi i uczestnikom jego przedsięwzięcia, videovlogów, wywiadów z Amerykanistami i Amerykanistkami. Jednak polecić chciałbym tylko jedną z tych publikacji. Ma tytuł „Skąd to zło” i jest właściwie wykładem profesora Marcina Matczaka na jego platformie „Prawem i rozumem”. Profesor Uniwersytetu Warszawskiego, zajmujący się kwestiami obyczajów, wartościowania postaw ludzkich. Czyli podejściem aksjologicznym, etycznym do tego co czynimy. I on mówi o upadku cywilizacji. W końcowej części swojego videofelietonu ma taki stały fragment, ładnie nazwany „Sanatorium chorych myśli”. I jako jedyny z tych komentatorów, których udało mi się wysłuchać, zanim już miałem dość Epsteina, celebrytów i całej tej afery, ma profesor Matczak jakieś remedium na to całe zło. Radzi nam, niezależnie od tego, czy jesteśmy wierzący, czy nie, wrócić do podstaw naszej kultury chrześcijańskiej. Zastanowić się nad sensem ośmiu błogosławieństw, które znajdziemy w Biblii, w Nowym Testamencie, w tzw. Kazaniu na Górze, zawierającym najistotniejsze przesłania Jezusa do nas, ludzi.
Ale cóż, to nie jest nic nowego. Kościół Katolicki i inne wyznania chrześcijańskie podają nam to na tacy (no, nie za darmo – w zamian za tzw. „tacę” lub podatek kościelny; Kirchensteuer jak w Niemczech) od 2 tysięcy lat. I jakoś się to nie przyjęło.
Najpierw zachwyciłem się przez chwilę profesorem. Krótką chwilę.
We współczesnym zlaicyzowanym świecie ma odwagę odwoływać się jeszcze do Biblii? Szacun, jak mówią młodzi. Ale po przesłuchaniu kilku innych rozmów z nim – jest obecny na różnych kanałach YouTuba – mój entuzjazm pomału wygasa. Także w zakresie tego, co on widzi pozytywnie – najwidoczniej będąc dumny ze swego syna który, pod ksywką Raper Mata, robi karierę na scenie muzycznej tego gatunku muzyki w Polsce. Ojciec profesor, więc liczyłem na jakieś novum: na rap bez wulgaryzmów, na przykład. Przecież można być po prostu dowcipnym, ironicznym, być dobrym obserwatorem i napisać bez wulgaryzmów piosenkę, gdzie jest śmiesznie i zarazem mądrze. Przykład: teksty Wojciecha Młynarskiego. Trafne, z wyjątkowym poczuciem humoru i aktualne do dziś, choć jego już nie ma i mijają kolejne dziesięciolecia. Nie, Raper Mata niczym się nie wyróżnia. Ten sam język. Jeden bluzg.
To na koniec mój, powiedzmy ten czwarty, segment analizy. Nie roszczę sobie żadnych pretensji do tego, że mam jakąś rację, że powiem tu coś odkrywczego. Po prostu, parę moich impresji.
O społeczeństwie.
Wiem, każda kobieta, nawet jeśli wejdzie do lokalu pełnego pijanych mężczyzn ubrana w mini spódniczkę i obcisłą bluzeczkę, składającą się przede wszystkim z dekoltu i następnie zacznie tam tańczyć na stole, coś w rodzaju Fusion Style Kizomba (można sobie ten styl tańca na YouTubie zobaczyć – zmysłowość pure), to jeśli jednak powie następnie NIE – to mężczyzna musi to uszanować. Kropka.
Kiedyś był amerykański film fabularny – dramat sądowy, którego akcja zaczynała się od takiej sceny. Kobieta została w lokalu zgwałcona, mimo że mówiła NIE. I sąd na szczęście odrzucił linię obrony sprawców tego gwałtu i ich adwokata. Mianowicie, że ona ten gwałt „sprowokowała”, że „sama chciała”.
Na wyspie Epsteina ta zasada, prawo wycofania się w każdym momencie, nie obowiązywała. Tam nie było dokąd uciec. Wokół morze. A samoloty, którymi tam dziewczyny przylatywały, były w dyspozycji władcy wyspy i jego zarządców.
Ale wszystko ma swoje dwie strony: Dziś mówi się, że gwałcone tam były dzieci. Nie podaje się ile miały lat. A mamy obecnie świat, w którym młodzi ludzie, nastolatki, słuchają podobno głównie rapu. Posłuchałem ostatnio tej „muzy”. Można być przerażonym, co ta muzyka, a przede wszystkim co te teksty robią z psychiką młodych ludzi. Niedawno przypadkiem wysłuchałem trzech utworów polskiego rapu. Jadąc autem słuchałem polskiego radia dla zagranicy (Radio Poland w formacie DAB+). Potem odszukałem te piosenki na YouTube i zapytałem moich znajomych, jak je odbierają. Oto, co usłyszałem w odpowiedzi: „Jakie to smutne, nędzne, odrażające. Nie byłam w stanie wysłuchać do samego końca. Może najgorsze jest to, że teksty np. Patointeligencja są widziane jako uzasadniona krytyka społeczna zaangażowanego młodego pokolenia. Albo ten inny tekst jako wyraz osamotnienia, też jak najbardziej `głęboki`! A to jest po prostu ściek niskich instynktów, zorientowany na skandalizację, którą jest coraz trudniej osiągnąć. Więc się licytują w potwornościach, wulgaryzmach, żeby osiągnąć jak najwięcej kliknięć. Oglądając to przyczyniamy się do ich sukcesu. Trzeba ignorować albo zwalczać. Tylko jak? Pociesza mnie myśl, że to tylko część tego pokolenia, chociaż bardzo głośna. Niestety media przyczyniają się do nagłośnienia, piętnując wszystko co piękne, delikatne, dobre, jako elitarne, wykluczające, dyskryminujące. I to jest główny problem”. Koniec cytatu.
Trafna diagnoza tej młodej „kultury”.
Odpisałem na to: „To niesamowite, że są ludzie którzy tego słuchają. Co z tego, że młodzi, głupi – tym gorzej dla ludzkości. Ale ten, który te `utwory` prezentował w Polskim Radiu, zapewne nastolatkiem nie był. Zero krytyki! Jakby to były osiągnięcia muzyczne i literackie. Patostream.”
Nasączeni wulgarnymi tekstami, obrazami przemocy, seksu. Czy to są jeszcze dzieci w rozumieniu dawnych epok? Wtedy były nieuświadomione, długo wierzące w bociana i inne cudowne poczęcia. Te dzisiejsze dzieci, młode dziewczyny, śledzą swoich bohaterów na Instagramie i chcą tego samego: popularności, milionów polubień, kasy, blichtru, czerwonych dywanów, po których one idą w tłumie reporterów, rzucając do mikrofonów zdanie, które zaraz obiegnie na tik-toku cały świat. Chcą być tacy jak celebryci i celebrytki – ich wzorce.
Wysłuchałem na YouTube opowiadań już dziś raczej bardziej pań niż dziewczyn, które kiedyś, mając wtedy mniej więcej tak ok. 18-19 lat (i ten wiek w tych relacjach się powtarza, natomiast media powtarzają wciąż, że tam były dzieci) miały do czynienia z Epsteinem i jego znajomymi. Ten sam schemat. Przyjazd do Nowego Yorku. Pragnienie zaistnienia w świecie modelingu. Próby szukania jakichś kontaktów, które by to umożliwiły. I wtedy zjawia się ktoś, kto mówi im, że ma takie kontakty. Czasem to jest inna dziewczyna, już modelka. Tym łatwiej jej zaufać. Wylot na wyspę. Ale nie wierzę, że te panie, których opowieści wysłuchałem, nie mogły być bardziej ostrożne, że nie mogły przypuszczać. Mogły! Dziś te niegdysiejsze dzieci mają w swoich smartfonach tyle wiedzy, że trudno uwierzyć, że są aż tak nieświadome tego, co może je spotkać, gdy poprosi się je wieczorem, aby zrobiły masaż gospodarzowi. Tak właśnie wyglądał kontekst sytuacyjny dwóch z takich inicjacji. Moje i wcześniejsze jeszcze pokolenia uzyskiwały jakąś wiedzę „w tych sprawach”, ale po kilku latach nauki i doświadczeń. Nawet książek na ten temat nie było i starsi pamiętają, jaką sensacją i szczęściem było kupić spod lady podręcznik Michaliny Wisłockiej, pierwszej polskiej seksuolożki, zatytułowany „Sztuka kochania”.
Te dziewczyny na wyspie Epsteina wiedziały dużo więcej niż poprzednie generacje dzieci i młodzieży. I świadomie ryzykowały. Nagroda była w ich skali wartości olbrzymia. Każdy ma swoją cenę. I na tym bazował Epstein i jego naganiacze, w tym również kobiety. Nie było w tych opowieściach, które wysłuchałem na YT, przemocy fizycznej. Dziewczyny były po prostu proszone o masaż. To przekazywał im wieczorem ktoś z obsługi. Przychodziły do pana Epsteina lub innego pana zawiniętego tylko w ręcznik kąpielowy. I zaczynały ten masaż. Potem były proszone o więcej. I nie uciekały. Tak, można powiedzieć, że to był przymus sytuacyjny. Że to było zagubienie niedoświadczonych dziewczyn (one same tak to wyjaśniają). Ale… Nie wszystko jest tak jednoznaczne jak te doniesienia o gwałceniu dzieci.
Opowiadam tylko o tym, co ja akurat wysłuchałem. Opowieści może być tysiące (biorąc pod uwagę skalę procederu Epsteina). I bardzo różne one będą zapewne. Choć schematy się powtarzają. Dziewczyny (ówczesne) opowiadają, że zanim doszło do tego masażu, to były na początku pobytu na wyspie czy w innych apartamentach, bardzo pozytywnie ujęte sposobem prowadzenia rozmów z nimi. Starsi panowie prowadzili uprzejme konwersacje. Wykazywali zainteresowanie. Pytali: Skąd przyjechałaś? Do jakiej chodziłaś szkoły? A kim są twoi rodzice? Wyglądało to tak, jakby znajomi Epsteina mieli opanowane techniki, które się w takich okolicznościach bardzo sprawdzają. Ofiara poznaje najpierw swojego przyszłego oprawcę jako wręcz sympatycznego pana: biznesmena, celebrytę, nawet księcia. Przypomina ta sytuacja słowa dawnej piosenki Zenona Laskowika znanej z refrenu „Starych nie ma chata wolna – będzie bal!”. Jest tam coś o tym, że trwa impreza, zwana kiedyś „prywatką” a dziś „domówką” i część dziewczyn jeszcze jakby się wstydzi: „pójść na całość”, jak śpiewał inny kabaret („Elita”). Kabareciarz Laskowik ujął to tak: „pozostałe są dopiero oswajane”.
W tym świętym oburzeniu na to co robił z tymi dziewczynami Epstein i jego sfera jest jednak tyle samo racji, co hipokryzji.
Niemal aż się prosi zacytować tu znów z „Rewizora” Gogola to słynne zdanie „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie”. Ta klasyczna kwestia, powtarzana tyle razy, każe nam popatrzeć w lustro, na siebie.
Tylko na wyspie Epsteina nie ma się z czego śmiać. Tam można tylko płakać.
Ale jeśli kilkadziesiąt lat temu zaakceptowaliśmy takie wynalazki, jak ten wspomniany na wstępie peep-show czy streap-tease, który był stosunkowo jeszcze łagodną formą epatowania sek*em, to nie dziwmy się temu, co mamy po kilkudziesięciu latach rozwoju tego trendu. Dziś wszystko w mediach, w kulturze, sztuce, ocieka sek*em, czego przykładem są clipy muzyczne. W teatrach nie ma spektakli bez nagości, a czasem i kopulacji na scenie. A kino już dawno te niegdysiejsze granice przyzwoitości przekroczyło. Czemu zatem społeczeństwo się potem tak dziwi, że jego wybrańcy robią te straszne rzeczy na wyspie Epsteina? Daliśmy już dawno nasze przyzwolenie. „Kariery” w przemyśle filmowym zaczyna się wcześnie. W USA mamusie wysyłają swoje dzieci, 5-latki, umalowane jak dziwki, na wybory miss. Z nadzieją, że jakiś Epstein czy Weinstein je zauważy. Do tego drugiego (Harvey Weinstein), największego producenta filmowego w Hollywood, dziewczyny stały w kolejce. To inna tego typu afera, znana swego czasu. Weinstein robił wspaniałe filmy, ale także wykorzystywał młode dziewczyny. Został osądzony za gwałty. Miał moc tworzenia karier i ponoć w ten sposób tych swoich możliwości nadużył. Jego sprawa karna była przyczyną i początkiem ruchu „Me Too” („Ja też”). On został jednak przynajmniej osądzony i przykładnie skazany na wieloletnie pozbawienie wolności (m.in. 23 lata w 2020 roku oraz kolejne wyroki za gwałty).
Właściwie od dawna już dzieje się źle, bardzo źle. I media o tym donoszą. Teraz tylko przekroczono kolejne granice. Ilości i natężenia zła. Oraz okazało się, że Piekło mogą tworzyć ci, którym społeczeństwa na co dzień ufają. Miliony wybierały przecież amerykańskich prezydentów, których nazwiska są na czele akt Epsteina. Podobnie jak miliony zapatrzone są w gwiazdy Hollywood, czy gwiazdy estrad na całym świecie, które też na wyspie Epsteina pokazały swoje prawdziwe, diabelskie oblicze.
Jakieś wnioski końcowe, poza stwierdzeniem, że jest to chyba koniec świata złudzeń, które dotychczas jeszcze niektórzy z nas mieli (mianowicie, że pewnych rzeczy nie wypada robić)? Jakieś zmiany?
Obawiam się, że żadne.
Syn profesora etyki jest autorem i wykonawcą raperskiego przeboju „Patointeligencja”, gdzie słowa na p, ch i k. stanowią podstawę treści tego utworu. Raz pojawia się tam wspomniane „peep”. Po słowach „Pierd… ojca, pierd… matkę”, wyrecytowanych oczywiście in extenso. Można zatem zadać sobie pytanie, co bardziej jeszcze obrzydliwego musiało być w tych „zagłuszonych” słowach. Na YouTube ten utwór w ciągu 6 lat ma 74 miliony wejść. Jest po polsku, więc tylko Polacy go słuchają. To tak, jakby statystycznie każdy Polak włączył sobie ten destrukcyjny utwór dwa razy.
Nowsze dzieło Rapera Mata, pt. „Mata feat”, zaczyna się od słów „Wypierd… z klatki, jak codziennie rano, na nogach adidasa klapki. Idę do Żabki. Obok robotnicy „małpki” już opierd…”
Takie są teraz hymny i protest-songi młodego pokolenia. Melorecytację i młodość uzupełnia w tym utworze 80-letnia Maryla Rodowicz, która w duchu patriotycznym, przebrana za Słowiankę z kwiatami we włosach, wspiera rapera dośpiewując mu refrenik o wiośnie, gdzie wiosna rymuje się ze słowem Polska.
Chociaż w komentarzu ktoś widzi to odwrotnie. Fantastyczny wpis: „Dobrze, że Mata wspiera tak młodych artystów jak Maryla Rodowicz”.
Ten „duet” Mata&Maryla jest 8 miesięcy na YouTube i ma 4,3 miliona odsłon. Też nieźle.
I najlepsze: pan profesor wspiera swego syna rapera także na koncertach. Mówi o tym, że czasem staje wraz z nim na scenie. Czyli język młodego pokolenia trzeba według pana profesora zaakceptować? W swoim mądrym wykładzie o potwornościach na wyspie Epsteina pan profesor odwołuje się do cytatów mistrzów, do łaciny także. Czyli do pięknej myśli klasycznej. Niech mi więc wolno będzie na koniec zadedykować mu te dwa znane cytaty, autorstwa Jana Zamoyskiego i Cycerona: „Takie będą Rzeczpospolite, jakie ich młodzieży chowanie”.
Pan profesor syna już wychował, ale wciąż udziela się na uniwersytetach i młodzieżowych koncertach.
Zatem dużo już zrobił i robi, abyśmy mogli podsumować:
O tempora, o mores!

