Tak naprawdę

Cóż jest prawda?

Słynne pytanie Piłata zadane Jezusowi podczas jego procesu. Znamy je z Biblii (Ewangelia wg św. Jana 18:38). Jezus odpowiada mu, że przyszedł dać świadectwo prawdzie.

I tak się wszystko na tym świecie obraca wokół prawdy. A właściwie prawd. Wiele ich. Każdy ma inną.

Można o tym poważnie. A można i humorystycznie. Pozostając w kręgu religijnym: przypomina się w Polsce często zmarłego już katolickiego księdza Józefa Tischnera. Filozofa, publicystę, autora wielu książek, z pochodzenia Górala, który słynął z różnych powiedzonek. Między innymi tego o prawdzie, które miał kiedyś wygłosić podczas swych góralskich gawęd: „Są trzy prawdy: świento prawda, tyz prawda i gówno prawda”. Miało to być symboliczne, dowcipne i dosadne zarazem, rozróżnienie między prawdą obiektywną (tą świętą), prawdą subiektywną, często relatywną zatem (w zależności kto ją wyznaje) oraz kłamstwem. To ta trzecia „prawda” – fałsz. 

Żyjemy w świecie fake’ów. Każdy ma niemal nieskończona ilość źródeł, aby docierać do faktów, czyli prawdy. Lub zmyśleń, które tworzone w złej intencji nazwać już trzeba po imieniu, czyli kłamstwem.

I znów wojna, ta na Ukrainie, przypomniała sentencję spopularyzowaną już przed drugą wojną światową:

„Prawda jest pierwszą ofiarą wojny”
(ang. „Truth is the first casualty of war”)

Ale już zanim się ta wojna zaczęła, zjawiło się w naszym języku polskim, szczególnie w tym mówionym, powtarzane nieskończoną ilość razy powiedzenie „tak naprawdę”. 

Zjawiło się już przed rokiem 2022, gdy nastała ta faza tej wojny nazywana „Pełnoskalową”. Właśnie niezgodnie z prawdą tak nazywana. Także ja, w moich notkach na blogu anty-bohater.pl i wielu mnie podobnych, nie raz sobie to wyjaśnialiśmy – to nieprawda, że pełnoskalowa jest ta wojna. Dziś chcę przypomnieć o innej wojnie i ważnym jej wydarzeniu. 

Kolejna rocznica mija niezauważana. 18 stycznia 2026 roku to już 81. rocznica wyzwolenia Krakowa spod okupacji niemieckiej w czasie II. wojny światowej.

Przez media głównego nurtu, które mają kształtować naszą świadomość historyczną, takie rocznice są pomijane, przemilczane. A jeśli jednak coś się w tych mediach o tym pisze, to tylko w kontekście negatywnym. 

Data ta powinna być bardzo ważna dla nas Polaków – tego dnia bowiem zwrócono nam Kraków. Nasze dobro narodowe. Pamiątki naszej historii.

Te najważniejsze, które zna, a przynajmniej powinien znać, każdy Polak: Zamek Królewski na Wawelu, krakowski Rynek z Sukiennicami i Kościołem Mariackim. Droga Królewska z zabytkowymi domami, z bramą Floriańską, Barbakanem, kościołami, klasztorami. Kościół na Skałce, w którego krypcie znajdują się groby sławnych Polaków. Klasztor Franciszkanów z polichromiami i witrażami Wyspiańskiego. I nie tylko centrum Krakowa: także z nim związane pobliskie klasztory, np. Opactwo w Tyńcu. Polska historia. Od średniowiecza przez renesans, barok, klasycyzm, secesję do współczesności. 

Wszystko to mogło zniknąć! Ale dziś obowiązuje w Polsce teza, że Kraków wcale nie został ocalony w styczniu 1945 roku. Gdyż nic mu wtedy nie zagrażało. Co za absurd! 

Ale najpierw, niejako tytułem wprowadzenia do kłamstwa o Krakowie, które chciałbym tu przypomnieć, kilka uwag do tego, co się stało z naszym językiem polskim. Naszą mową codzienną. Tym razem nie o wulgaryzmach, które są już tak powszechne, że przestajemy je niemal zauważać.

Tym razem o tym niewinnym, zdawałoby się, powiedzonku, które brzmi: „tak naprawdę”.

O tym wtrąceniu (żeby nie powiedzieć nieładnie – wtręcie), które niektórzy z rodaków potrafią powtórzyć w trwającej tylko minutę wypowiedzi trzy, cztery i więcej nawet razy. Czasami, gdy ktoś zaczyna mówić i np. od razu, w odpowiedzi na jakieś pytanie, zaczyna od tego „tak naprawdę”, to ja zaczynam liczyć, ile razy to jeszcze powtórzy. Za chwilę jest kolejne „tak naprawdę” i następne, i następne… Zaśmiecona, zupełnie niepotrzebnie, wypowiedź. A przecież czasem wypowiedź jest sensowna, do rzeczy, interesująca. I, gdyby nie ta maniera, byłaby też ładna w warstwie językowej. Szkoda!

Co się stało z naszym językiem?

Profesor Jan Miodek, wciąż czynny językoznawca, kiedyś wręcz guru naszej współczesnej polszczyzny, jest tym zwrotem, łagodnie mówiąc, zniesmaczony. W swoim programie „Słownik polsko-polski” w TVP1 już niejednokrotnie dawał temu wyraz wskazując, iż jest to coś, co obecnie niemal najbardziej go irytuje w naszej mowie potocznej.

Niewinne wtrącenia – tak można ocenić to powszechne nadużywanie przytaczanych dwóch słów. Zastanawiając się nad tą plagą zauważam, że logicznie rzecz biorąc ten, kto używa, a jeszcze bardziej ten kto nadużywa tej retoryki, stawia siebie w pozycji kłamcy. Zaznaczając, bez logicznej potrzeby, że teraz powie coś „tak naprawdę”, przyznaje niejako, że wreszcie, a więc w tym momencie  dopiero, ma zamiar powiedzieć prawdę. Wniosek a contrario: do tej pory na tę prawdę w swojej wypowiedzi nie zważał. Oszczędnie prawdą gospodarował, itp.

Jedyną sytuacją, gdy użycie tego zwrotu jest uzasadnione jest zaprzeczenie.

Gdy podajemy wcześniej jakieś, naszym zdaniem, błędne, nieprawdziwe twierdzenie albo padło ono już w rozmowie, wypowiedziane przez inną osobę, a my, odnosząc się konkretnie do niego mówimy, że to tak nie jest. Że, tak naprawdę, jest inaczej.

Skąd się zatem bierze to, iż tylu ludzi wciąż bezrefleksyjnie powtarza „tak naprawdę”, czasem wypadając niemal w śmieszność, gdy używa tego zwrotu po kilka razy w krótkim tekście? Może to rezultat kłamstw panoszących się wokół?

Może podświadomie chcielibyśmy prawdy? Tej świętej prawdy. I tym powiedzonkiem zaklinamy niejako naszą rzeczywistość? 

Wspomniałem o tym innym sformułowaniu: „oszczędne gospodarowanie prawdą”. Kolejne powiedzonko, które zrobiło karierę, bo niewątpliwie jest to dowcipne ujęcie sprawy. I delikatne. Naszemu rozmówcy nie uda się potraktować takiego sformułowania jako obelgi, zniewagi. I np. pójść do sądu z takim oskarżeniem, przeciwko nam, jako adwersarzowi w dyskusji, iż został przez nas  obrażony. Są i inne eufemizmy, np. „Pan/i rozmija się z prawdą”. Wszystkie po to, aby nie powiedzieć: Pan/i kłamie. Choć już coraz częściej w dyskusjach publicznych to mocne oskarżenie jednak pada. 

W świecie medialnym, w którym fake jest niemal wszechobecny, w rzeczywistości naszej własnej codziennej, w której kłamstwo jest na porządku dziennym, tę prostą wskazówkę życiową z Kazania na Górze warto wciąż przypominać:

„Niech wasza mowa będzie prosta, niech tak znaczy tak, a nie znaczy nie.”
(Ewangelia św. Mateusza 5, 33:37).

Ale życie takie proste jednak nie jest i wokół niemal same kłamstwa. Teraz o jednym z nich, historycznym. O tym uratowaniu Krakowa przed zniszczeniem. A właściwie o tym, jak teraz się temu zaprzecza. Nic Krakowowi przecież nie groziło! 

I nikomu nic nie mamy do zawdzięczenia?

Pamiętałem, że w moich czasach szkolnych w podręcznikach była opowieść o tym, iż w trakcie zimowej ofensywy Armii Radzieckiej, w styczniu 1945 roku, Kraków nie został zniszczony dzięki decyzji generała Koniewa, który zamiast frontalnego ataku na to miasto od strony wschodniej wybrał manewr okrążający je od północy i zachodu. Wojska radzieckie weszły do miasta, dopiero gdy oddziały niemieckie się z niego wycofały, czyniąc to w obawie, że zostaną zamknięte w okrążeniu. Niemcy obawiali się zapewne, i słusznie, że znajdą się w rosyjskiej niewoli. A już mieli dobrą ocenę sytuacji, że z Syberii, z sowieckich łagrów, jeśli się nawet stamtąd wraca, to nie tak szybko jak z amerykańskich obozów dla jeńców wojennych, gdzie nawet coca-coli i gumy do żucia chyba nie brakowało. I taka była historyczna prawda: ostatni niemieccy jeńcy wojenni byli zwalniani z radzieckich łagrów dopiero w 1956 roku. Po tym, jak w 1955 roku Kanclerz Adenauer złożył wizytę w Moskwie.

Dlatego w 1945 roku Niemcy robili wszystko, by w ręce Rosjan nie wpaść. Możliwości były tylko takie: walka na linii frontu, do upadłego, dosłownie. Albo ucieczka na zachód – do tych stref, które według podziału wojennych łupów miały się stać zachodnie, najlepiej amerykańskie.

Co zatem się stało w styczniu 1945 roku w Krakowie?

Niemcy ogłosili Kraków twierdzą i zamierzali go bronić. Wybudowali na wschód od Krakowa wiele pozycji obronnych. W samym Krakowie były rowy przeciwczołgowe, stanowiska karabinów maszynowych i schrony. Podobno Wawel był także zaminowany. Dziś pisze się: „Nie było żadnego centralnego kabla przy użyciu którego Niemcy mogli wysadzić miasto. Dlatego też nie mogła im tego uniemożliwić Armia Czerwona, która wkroczyła do Krakowa”. Mniejsza o to skąd ten cytat. Słowa rzucone na wiatr. Nieudokumentowane niczym. I być może nawet prawdziwe. Tylko to jest dobry przykład na tę tischnerowską „g…prawdę”. Zdanie o tym, że centralnego kabla nie było nie wyklucza, iż poszczególne obiekty mogły być zaminowane. I nie wszystkie razem, ale pojedynczo mogły być jednak wysadzone w powietrze. Taka półprawda zatem. Dużo takich półprawd wokół.

Dziś, w internetowych artykułach, które na ten temat czytałem, przemądrzy ich autorzy, opierając się pewnie na opracowaniach Instytutu Pamięci Narodowej, który niezmiennie, także pod rządami Karola Nawrockiego, obecnie prezydenta RP, szerzył antyrosyjską interpretację naszej historii, zaprzecza się temu, że Niemcy chcieli Kraków zniszczyć. A Rosjanie ocalić.

Nie jestem historykiem. Nie będę się spierał na temat poszczególnych dokumentów źródłowych. Każda opcja znajduje swoje dowody na poparcie swojej tezy. Ale są jednak fakty, którym trudno zaprzeczyć. Proponuję logiczną analizę historii. Kochani historycy, czy zaprzeczycie, że hitlerowskie Niemcy zniszczyły Warszawę? Mieli oni jakiekolwiek opory moralne, aby oszczędzać zgromadzone w Warszawie dobra materialne kultury polskiej? Z pewnością nie.

I najważniejsze.

Według obowiązującej obecnie narracji historycznej, w 1945 roku zmienił się tylko okupant i Polska nie została wyzwolona, a jedynie zniewolona przez innego najeźdźcę. Po upadku hitlerowskich Niemiec wpadliśmy pod panowanie Związku Radzieckiego, czyli dzisiejszej Rosji. I Polacy, karmieni tą nową ideologią, zatracili już zdolność widzenia różnic. Zasadnicza różnicą okresu 1939-1945 (Polska pod panowaniem niemieckim) a okresu 1945-1989 (Polska wraz z innymi krajami socjalistycznymi w obszarze wpływów Związku Radzieckiego) jest taka, że okupacja niemiecka, w swoich założeniach miała doprowadzić do fizycznej eksterminacji całego narodu polskiego. I rozpoczęło się to już w 1939 roku planowym mordowaniem polskiej inteligencji. Wśród tych, którzy wtedy zginęli, był i mój dziadek, rozstrzelany przez hitlerowców w masowej egzekucji pod Toruniem. Za to tylko, że był polskim nauczycielem na Pomorzu. Natomiast, nie przecząc temu, że reżim stalinowski w latach 40-tych i 50-tych zamordował wielu Polaków – przeciwników nowego ustroju socjalistycznego, należy widzieć zasadniczą różnicę, mianowicie tę, że pod radzieckim protektoratem następował jednak stały gospodarczy i cywilizacyjny rozwój Polski. A istnienie narodu polskiego, jako całości, nie było zagrożone.

Czy mamy tkwić w zapiekłej wrogości przez pokolenia?

Ja musiałbym nadal nienawidzić Niemców. Skoro nie można wybaczyć. Zabili mojego dziadka, a moją babkę skazali na wojenną poniewierkę, z czwórką dzieci, w tym z moim ojcem. Jest inaczej – pamiętam o tym, ale cieszę się, że moja córka wyszła za mąż za Niemca, wspaniałego chłopaka. Przyjaciela Polski. Oboje skończyli studia medyczne w Köln i są tam lekarzami. Tak powinna wyglądać nowa Europa. Bez granic. Bez uprzedzeń.

Co oferuje nam nasza władza? Zapiekłą nienawiść do wszystkiego co rosyjskie. Włącznie z burzeniem pomników. Ubiera to w pięknie słowa o pamięci historycznej i dbaniu o naszą tożsamość narodową. Polecam wywiad z dr Karolem Nawrockim na stronie RadioOpolePl sprzed 2 lat, gdy jeszcze jako Prezes IPN, mówiąc o likwidacji pomników, przedstawia tam swój punkt widzenia. Bardziej jednostronnie skomplikowanej historii Polski widzieć nie można.

Problem z oceną roli Niemiec i Rosji jest zatem o wiele poważniejszy, gdy oceniamy go w kontekście istnienia narodu polskiego. Czyli w wymiarze ludzkim. Dosłownie.

Poniżej kilka uwag ograniczonych jedynie do dorobku materialnego i ocen związanych z jednym z epizodów kończącej się wtedy, w 1945 roku, drugiej wojny światowej.

Niemal każdy Polak widział chyba zachowane filmy z września 1939 roku, gdy płonie Zamek Królewski w Warszawie po bombardowaniu naszej stolicy przez niemiecką Luftwaffe. Potem było Powstanie Warszawskie i wtedy rozpoczęte już planowe wyburzanie warszawskich kamienic, całych dzielnic, całego miasta. Podkładanie ładunków wybuchowych i wywoływanie pożarów miotaczami ognia. Efekt: gdy Rosjanie wyzwolili Warszawę 17 stycznia 1945 roku to jej lewobrzeżna część była tylko morzem gruzów.

To samo co z Warszawą mogło się stać z Krakowem.

Także w Krakowie wszytko mogło odejść w nicość. Wraz z całą naszą materialną historią dawnej stolicy Polski, którą to miasto było przez wieki, oficjalnie od 1038 roku do 1597 roku. To było centrum naszego państwa od XI wieku, aż do momentu, gdy król Zygmunt III Waza przeniósł dwór do Warszawy, ponoć z powodu centralnego położenia Mazowsza. Chociaż może stamtąd bliżej mu było do Szwecji, skąd się dynastycznie wywodził? W czasach powozów konnych skrócenie podróży w rodzinne strony o kilka czy kilkanaście dni miało znaczenie.

Ale jeszcze do ostatniego, definitywnego rozbioru Polski, Kraków pełnił de iure (formalnie) funkcję stolicy dla Rzeczypospolitej Obojga Narodów. W okresie rozbiorowym stał się natomiast niewątpliwą stolicą kulturalną Polski, bo gdy czytamy o naszych sławnych pisarzach, malarzach, ludziach kultury, to na pierwszym miejscu ich działalności, twórczości jest Kraków. To tam na przełomie XIX i XX wieku żyła nasza bohema artystyczna, której zawdzięczamy to, iż w zakresie sztuki, nowych prądów artystycznych, nie ustępowaliśmy wtedy Europie.

Te wszystkie pamiątki, te zabytki, te dzieła sztuki, mogły zniknąć. Zamienić się w ruiny i zgliszcza w ciągu kilku dni styczniowych w 1945 r.

Walki o Kraków trwały od 18 do 21 stycznia i podobno nie były specjalnie ciężkie. Marszałek Iwan Koniew nacierając ze swoja armią  postanowił obejść miasto od północnego wschodu i północnego zachodu. Zaskoczeni Niemcy zrezygnowali z obrony i wycofali się w kierunku Śląska. Po okresie PRL, gdy marszałka Iwana Koniewa w Polsce chwalono, doceniano, nagradzano za ten manewr ocalający Kraków, nasi nowi historycy, ci co robią kariery po 1989 roku, stwierdzili że on wcale Krakowa oszczędzać nie zamierzał. Po prostu śpieszyło mu się na Śląsk i dlatego Kraków ominął. Tak, Górny Śląsk był niewątpliwie ważniejszy jako centrum niemieckiego oporu. Ze względu na przemysł miał większe znaczenie strategiczne. W ten sposób argumentując, współcześni historycy i publicyści zwalczają legendę, jaka według nich stworzona została za PRL-u: mit o cudownym ocaleniu Krakowa przez Rosjan.

To wszystko brzmi rozsądnie, ale ja proponuję także, tylko i wyłącznie logikę w ocenie tego, co się stało. A logika podpowiada mi, że niezależnie, jakie motywy kierowały Iwanem Koniewem, dowódcą I Frontu Ukraińskiego w czasie, gdy znalazł się przed Krakowem, to jednak mamy mu do zawdzięczenia ocalenie tego miasta. Wystarczy odpowiedzieć sobie na takie proste pytanie:

Kto rozliczałby w czasie wojny radzieckiego dowódcę, za to, że zdobywając Kraków szedłby ze swoją armią postępując według standardowych procedur?

Moja odpowiedź, której udzielam sobie i chciałbym, abyś i Ty się nad tym zastanowił/a brzmi: nikt! Nawet odwrotnie: za inny niż  standardowy manewr mógł on zapłacić co najmniej stanowiskiem. Jeśli nie głową – w tych stalinowskich czasach.

Bo gdyby ominął Kraków, a w nim pozostały silne oddziały niemieckie, ich umocnienia i wszystko co pozwalało bronić się w tej twierdzy jeszcze przez wiele tygodni, a nawet wyjść z niej na tyły armii radzieckiej z jakimś kontruderzeniem, to czy nie zarzucono by Koniewowi właśnie tego, że nie zastosował zwyczajnego toku działań – standardowej praktyki armii radzieckiej idącej na Berlin? 

A te standardowe procedury przy zdobywaniu terenu, także miast, były wtedy takie: najpierw artyleryjskie przygotowanie (ta słynna, po rosyjsku, „podgatowka” – zrozumiała w pełni i dla nas, mówiących polsku). Po takim ostrzale mogło już miasta po prostu, w sensie materialnym, nie być. A jeśli coś zostałoby jeszcze po takim masowym bombardowaniu, to reszta miasta zostałaby zniszczona, gdyby Rosjanie wjechali swoimi czołgami w ulice, bronione przez Niemców. Hitlerowska załoga twierdzy Kraków wysadzałaby poszczególne punkty oporu, tworząc z ruin bariery przeciwczołgowe i trwałaby walka o każdy metr. Jak przy zdobywaniu Berlina! Tak by to wyglądało. I nikt nie zarzuciłby Koniewowi, że zniszczono jakieś zabytki. Wojna wszystko usprawiedliwia! Cel był wtedy jeden: pokonać Hitlera. Wyzwolić Europę.

W styczniu 1991 roku pomnik Iwana Koniewa, który postawiono w Krakowie w 1987 roku, zdemontowano.

Pozbawiono też Koniewa, w 1992 roku, przyznanego mu w 1955 roku, tytułu Honorowego Obywatela Miasta Krakowa. Nie ma już też w Krakowie ulicy jego imienia.

Taka ciekawostka: wtedy odbyło się to, z tym pomnikiem, w miarę cywilizowany sposób. Jak już podałem wyżej, został zdemontowany (a nie zburzony), załadowany w elementach na lawetę i wywieziony. Docelowo do miasta Kirow na Ukrainie, skąd Iwan Koniew pochodził. Miasto Kraków podarowało ten pomnik i tam stoi on podobno do dziś.

W późniejszych latach, a szczególnie po roku 2022, pozostające jeszcze gdzieś w Polsce pomniki żołnierzy radzieckich były brutalnie rozwalane ciężkim sprzętem budowlanym, ku uciesze gawiedzi. I tak mroki średniowiecza, tych publicznych egzekucji, jakby zawisły znowu nad nami. W XXI wieku!

Przy okazji, jeszcze jedna fałszywa narracja, którą media głównego nurtu wielokrotnie powielają. 

Z przykrością słucham bezmyślnych opowiadań niektórych przewodników, historyków, także zwykłych mieszkańców, którzy wmówioną im „prawdę” już zinternalizowali i dalej przekazują, niejako już od siebie. Można się spotkać z tym przy oglądaniu filmów prezentujących polskie miasta na naszych ziemiach zachodnich i północnych. Obecnie polskie, a do 1945 roku niemieckie. Wiele z tych miast ma zniszczone w czasie II wojny światowej starówki. Mówi się w związku z tym, że  zniszczyła te miasta Armia Czerwona. Nie mówi się, że te zabytkowe stare miasta, te pierzeje rynków, czy poszczególne zabytki przestały istnieć w wyniku walk toczonych w końcowej fazie II wojny światowej gdy Rosjanie (wraz z Polakami) walczyli z hitlerowskim Wehrmachtem i SS. Mówi się tylko, że zniszczyła to wszystko Armia Czerwona. W podtekście: niedobre, prymitywne Ruskie. Ta narracja zostawia w świadomości słuchacza czy widza przekonanie, że Rosjanie zniszczyli nam te miasta. Nam!

Tak, wiem że opowiada się też, iż niektóre z tych zabytkowych rynków, budynków itd. zostały zburzone, zniszczone, czy uszkodzone, wskutek strzałów z dział lub czołgów, nie w trakcie walk, tylko później. Gdy dane miasto było już zdobyte, a żołnierze radzieccy strzelali po prostu, bo taką mieli ochotę. Najczęściej w związku z wypitym alkoholem. Mogło tak być. Tylko zapominamy, iż dotyczyło to w 1945 roku, gdy armia radziecka szła na Berlin, nie miast polskich, lecz miast będących częścią III Rzeszy. Jeszcze wtedy nas Polaków tam nie było. Byli natomiast, znienawidzeni wtedy przez Rosjan, Niemcy. Chociaż, najczęściej już nie w tych miejskich dzielnicach. Mieszkańcy uciekali wcześniej, właśnie już przed frontem, który ruszył w styczniu 1945 r. Propaganda niemiecka skutecznie zastraszała swych obywateli, skłaniając ich do ucieczki przed Armią Czerwoną, a hitlerowskie władze wręcz wymuszały ewakuację. W mroźną zimę 1945 roku, co samo w sobie spowodowało tysiące śmierci niemieckich cywilów.

Nie można jednak zaprzeczyć, że Niemcy tam, w tych miastach, wciąż byli. Niemcy, znienawidzeni wtedy przez Rosjan, a także przez nas, Polaków. Była olbrzymia nienawiść. Była chęć zemsty. Za wyrządzone krzywdy.

Polaków zginęło, według różnych szacunków od 5,6 do 6 milionów. Straty rosyjskie to ponad 27 milionów obywateli ZSRR.

Być może już niedługo, dowiemy się, ile ofiar pochłonęła wojna na Ukrainie. Tak naprawdę. Będziemy przerażeni.

Jeśli marszałek Koniew, swoim śmiałym manewrem uniknął szturmu na ufortyfikowany Kraków, to ocalił nie tylko zabytki, ale i wielu ludzi. I także za to należy mu się szacunek.

Wojna wyzwala w ludziach najgorsze instynkty. Strzelanie do kamienic w rynku miasta, to jeszcze nie największy objaw deprawacji człowieka. Opowiadanie nam o takich przypadkach, w tej fałszywej narracji – w kontekście zniszczeń miast na Dolnym Śląsku, czy na innych terenach, niemieckich do 1945 roku, wyrządzonych przez Armię Radziecką – to jeszcze jeden przyczynek, aby naszych sąsiadów ze wschodu znienawidzić. Tak chcą nas zaprogramować media głównego nurtu. I właściwie już się im to udało. Z głównym nurtem naszego społeczeństwa.

Jest jeszcze jeden ważny aspekt tej sprawy pomników. Mianowicie to, co robimy z naszą historią, w jaki sposób my, Polacy, postępujemy obecnie z tymi pomnikami wcale nie tworzy kultury, do której podobno aspirujemy. To niszczenie pomników jest zaprzeczeniem wartościom cywilizacyjnym. Pomijając już nawet postać czy sprawę upamiętnioną w danym monumencie, rzeźbie, tablicy pamiątkowej, powinniśmy uszanować przynajmniej artystę, rzeźbiarza, twórcę. Powinniśmy okazać szacunek sztuce. Inaczej nie jesteśmy godni zabytków kultury, którymi chcemy się szczycić. 

Inaczej, jeszcze krok i opanuje nas szaleństwo cesarza Nerona. I nie będzie nam żal, że płonie Rzym. Albo Kraków.

Kraków, który pozostał dla nas Polaków nietknięty, tak naprawdę, dzięki radzieckiemu marszałkowi Iwanowi Koniewowi.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry