Filmy, część 2

Poprzedni wpis znajdziesz tutaj:

„Polarny rok” (duński film)

Taki „niespektakularny”, ale pomimo to zapadający w pamięć. Szczególnie tymi widokami: „Eskimoska” wioska”, gdzieś nad brzegiem morza. W tle białe, lodowe góry. Osiedle domków, takich skandynawskich: drewniane, pomalowane na różne, żywe kolory. Ludzie sobie żyją nieśpiesznie. A świat, gdzieś tam daleko, pędzi.

Do wioski przybywa nauczyciel języka duńskiego. Taki „Wiking” z wyglądu. Duży, rudawy, brodaty. 29-latek, który ucieka od swojej przyszłości, zaprogramowanej mu przez rodziców w Danii. Miał tam objąć po nich gospodarstwo rolne. Ale on woli być nauczycielem (choć za bardzo „lotny” to on nie jest; ot, proste chłopisko. Przeżywa kryzys tego nauczycielskiego powołania, bo tu nikt nie chce się uczyć. Chłopcy chcieliby zostać myśliwymi i wolą z ojcem lub dziadkiem, Eskimosem, jeździć psim zaprzęgiem na ryby i foki. Dziewczynki raczej nie widzą nic poza tradycyjną rolą pracy w domu, przy rodzinie. I taki to wolno snujący się film, oczarowujący jednak tym spokojem grenlandzkiej przyrody, tymi widokami na bezkresną biel, skutą lodem zatokę (fiord?), na góry na horyzoncie. Konkretnością działań, nieuchronnością dopasowania się ludzi do rocznego rytmu przyrody. Polowanie, połów, oprawianie zdobyczy, wędzenie, suszenie, gromadzenie opału. Zima, oczekiwanie odwilży, krótka wiosna i lato. Proste radości życia, prosty rytm życia i śmierci, która tutaj przychodzi jak coś oczywistego. Nikt nie protestuje. Tak było, jest i będzie. Spokojnie żegnają tych, co odchodzą, a oni spokojnie się wcześniej rozstają z żywymi, przekazując im swoją wiedzę, doświadczenie, jak trwający międzypokoleniowy etos. I te cudowne widoczki z drona: te domki, jak kolorowe zabawki na tle pierwszego odcienia bieli. Nauczyciel powoli chyba zaczyna być częścią tej społeczności.

„Moby Dick”

Klasyka angielskiej literatury. Zawsze chciałem to obejrzeć i akurat w tę środę, 7 lipca 2022 roku, nadrobiłem zaległości z młodości. Ojciec mój miał taką „Biblioteczkę domową” (tak brzmiał napis na ex-librisie, o który zadbał i pieczętował nim książki swojego zbioru). Było tam trochę XIX-wiecznej literatury angielskiej: książki Dickens’a i właśnie także ta książka, autorstwa pisarza nazwiskiem Melville (myślałem, że to też Anglik). Chciałem ją przeczytać, ale jakoś tak zeszło… Potem gdzieś ten księgozbiór zniknął… 

Teraz właśnie sprawdzam, że był to pisarz amerykański. To streszczenie poniżej jest lepsze niż to, co ja bym, po obejrzeniu filmu, o „Moby Dicku” napisał, więc wklejam z https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4914559/moby-dick:

Powieść amerykańskiego pisarza Hermana Melville’a, uznawana jest za jedno z arcydzieł literatury światowej i klasykę literatury amerykańskiej. Została wydana w roku 1851 w Londynie i Nowym Jorku, ale na początku spotkała się z negatywnym przyjęciem czytelników i krytyki. Dopiero gdy w połowie XX wieku zaczęto na nowo poznawać twórczość Melville’a, powieść Moby Dick zdobyła uznanie i wysoką pozycję w kanonie literatury światowej.

Opowiada o losach Izmaela, który po kilku rejsach na statkach marynarki handlowej postanawia wyruszyć na wyprawę wielorybniczą. Razem z nowo poznanym przyjacielem, dzikim Queequegiem, zaciąga się na statek Pequod, dowodzony przez ponurego i tajemniczego kapitana Ahaba, który w walce z wielorybem stracił nogę. Wkrótce okazuje się, że dla owładniętego szaleństwem dowódcy jedynym celem tej wyprawy jest zemsta na wielorybie, który go okaleczył, legendarnym białym kaszalocie, Moby Dicku.

Szaleńcza pogoń za kaszalotem staje się okazją do pokazania wielorybniczego rzemiosła, a także do zgromadzenia i przedstawienia całej ówczesnej wiedzy na temat wielorybów – opisów poszczególnych gatunków, historii spotkań człowieka z Lewiatanem, ich zwyczajów i anatomii.

Moby Dick to powieść łącząca w sobie różne style i konwencje, mamy w niej np. powieść przygodową, literaturę naukową, dramat, czy rozważania filozoficzne.

W warstwie psychologicznej głównym tematem utworu jest walka między uczuciami a rozsądkiem i między wolą człowieka a przeznaczeniem, toczona głównie w umyśle kapitana Ahaba, ale także pozostałych członków załogi, zdających sobie sprawy z wielkiego niebezpieczeństwa, które im grozi.

W książce tej została ukryta bogata symbolika dotycząca Biblii, Boga, człowieka i jego przeznaczenia.

Ja obejrzałem tylko film. Książki już chyba nie przeczytam. I dobrze, że w końcu poznałem chociaż film, bo ten tytuł (Moby Dick) „chodził za mną” od dzieciństwa. Nie wezmę się jednak za książkę. To nie jest moja ulubiona literatura. Ciekawostka: Film jest z 1952 r. i Kapitana Ahaba zagrał Gregory Peck, filmowy amant tamtych czasów. Nie do poznania tutaj: jedna noga, plus szczudło/proteza, zamiast drugiej, a twarz zniekształcona bliznami. Szaleństwo w oczach. Dobry aktor zagra wszystko, nawet gdy ta rola tak bardzo odbiegała od jego hollywoodzkich kreacji.

„Porozmawiajmy o kobietach”

W dniu 23 sierpnia 2022 r. zrobiłem sobie przed telewizorem wieczór filmowy, który skończył się już po północy. Najpierw fim sprzed dokładnie 51 lat: „Porozmawiajmy o kobietach” – amerykański film z 1971 roku zaintrygował mnie tym tytułem, który nasunął mi te polskie „wprawki” na ten temat, np. „Baby są jakieś inne”. I faktycznie ten nasz (a właściwie znanego reż. M. Koterskiego) film, z roku 2011 (a więc nakręcony równo 40 lat później) to taka rozmowa dwóch facetów o kobietach: podróżują samochodem, rozprawiając o kobietach, które ich przytłaczają, niemal w każdej dziedzinie życia. Czytam recenzję w internecie:

„Reżyser Marek Koterski, twórca filmów „Dzień świra” i „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”, powraca do zapalnego tematu relacji damsko-męskich. „Baby są jakieś inne” to najnowsza rozprawa arcymistrza słownego humoru ze stereotypowymi opiniami na temat ról kobiet i mężczyzn oraz chwytliwym, acz coraz bardziej mylnym przekonaniem, kto z nas jest z Wenus, a kto wziął się z Marsa. „To temat, który fruwa w przyrodzie, wypływa w książkach, gazetach, parlamentach, na uniwersytetach i nagli, by go złapać, podjąć. Poza politycznymi i ekologią – najważniejszy obecnie cywilny temat na świecie”, tłumaczy reżyser. Scenariusz „Bab…” jest debiutem wschodzącej gwiazdy polskiego scenopisarstwa – Adama Miauczyńskiego, którego nazwisko nie powinno być obce licznym fanom twórczości Koterskiego. Najnowsza komedia autora „Dnia świra” powstała w Studiu Filmowym „Kadr” (producent „Rewersu” nagrodzonego Złotymi Lwami na Festiwalu w Gdyni w 2009 roku oraz „Sali samobójców”). Tak jak w przypadku poprzednich filmów Koterskiego, kinomani wybierający się na „Baby są jakieś inne” mogą spodziewać się dzieła pełnego pasji i namiętności, tyle że role zostaną tym razem odwrócone. Jak zaznacza Marek Koterski, bohaterowie jego komedii dokonują „obrony przez atak”.

„To odgryzanie się mężczyzn, wyraźnie słabszych i przegranych – zagonionych pod ścianę, w narożnik, do kąta. Gadają na baby krytycznie, sarkastycznie, agresywnie, oskarżająco, żarliwie”. Główne role w męskim sparingu z kobiecą dominacją grają zaprawiony w podobnych bojach gwiazdor teatralnego pierwowzoru „Testosteronu” oraz kinowych „Ślubów panieńskich” – Robert Więckiewicz oraz znany z występów w „Rewersie” i „Świętym interesie” Adam Woronowicz. 

Tak to chyba też odebrałem oglądając jakiś czas temu tę dość smutną komedię w TV. A ten hollywoodzki film sprzed pół wieku? Tu też motywem przewodnim filmu jest niekończąca się rozmowa dwóch facetów. Rozpoczęta w młodości, gdy byli na studiach, kontynuowana, gdy jeden z nich był już w związku małżeńskim, a drugi (ten bardziej „rozrywkowy”) nadal był wolnym strzelcem. I także potem, gdy ten żonaty się rozwiódł i znów obaj poznawali nowe panie i wciąż rozstawali się z kolejnymi kobietam. A kobiety (tam w USA) już wtedy były swobodne, pewne siebie, a nawet perwersyjne. Pierwsza bohaterka, studentka, do której wzdychają ci dwaj przyjaciele, też studenci w tym samym campusie, po pewnym czasie oswajania ich obu, zaczyna sypiać także z oboma. To jest już Ameryka po rewolucji seksualnej lat 60-tych ubiegłego wieku! Choć rzecz jest i o tym, że męscy bohaterowie tego filmu jeszcze nie całkiem mogą się wyzwolić z tych okowów tradycyjnej moralności, mentalności wyniesionej z ich tradycyjnych protestanckich domów amerykańskiej białej klasy średniej połowy XX wieku. Ale główną atrakcją tego filmu, po latach, dla mnie, to jeden z tych dwóch młodzieńców – w jego roli: Jack Nicholson! Świeżutki, młodziutki, z bujną jeszcze czupryną, niemal grzywą na czole. Ale już z tymi samymi „kurwikami” w oczach (jak to, za kiedyś znaną posłanką /Renata Berger/, powtarza mój przyjaciel Romek, gdy mu ten film opowiadałem). Ten sam, dziś wyłysiały, stary, ale wciąż czarujący, Jack Nicholson, szczególny amant, który swoim zepsuciem i humorem uwodzi wszystkie kobiety. 

„Deszczowa piosenka” (Gene Kelly i inni)

To był kolejny film, dokumentalny. O słynnym tancerzu, aktorze i reżyserze. Samo nazwisko może nie każdemu coś mówi, ale każdy zna piosenkę „I’m singing in the rain” i tę scenę z filmu pod tym samym tytułem (polski tytuł „Deszczowa piosenka”). To on tam tańczy i śpiewa w strugach deszczu, na ulicy. Podstawiając głowę pod wodę z rynien, to znów kręcąc taneczne figury i mając za partnerkę parasol. Cudowna scena, jedna z najsłynniejszych w dziejach kina. Jak to się dziś mówi: kultowa. A Gene Kelly to tej samej klasy gigant tańca filmowego co Fred Astaire. Piękne wspomnienie o nim,  a wspominają ludzie z epoki, ale przede wszystkim jego własne dzieci: córka z pierwszego małżeństwa i syn z drugiego. Oboje wspominają go nie tylko jako genialnego tancerza, aktora, choreografa ale także wspaniałego ojca. „Wciąż go jeszcze bardzo kocham” mówi jego syn po wielu latach od śmierci Kellego seniora (1989 r.). Ten film to zarazem historia „Fabryki snów” – Hollywood, lat 40-tych, 50-tych ubiegłego wieku, gdy Gene Kelly był u szczytu kariery.

Maudie”

Mój wieczór filmowy nie skończył się wraz z tym filmem, bo przed północą zacząłem oglądać fabularną opowieść o pewnej, do tej pory mi nie znanej, rzeczywistej postaci: o kanadyjskiej malarce Maud Lewis. Film chyba z 2016 roku. Życie tej kobiety przypadło na lata 1902-1970. Wyglądała trochę jak Nikifor i tak też malowała. Była niepełnosprawna fizycznie: utykająca, niezbyt urodziwa; taka trochę „powykręcana”. Ale zarazem na swój sposób mądra (Nikifor też miał „swój rozum”). Oglądając to skromne życie w chatce, gdzieś na kanadyjskiej prowincji (Nowa Anglia?), w spokojnych nadmorskich krajobrazach, miałem wrażenie spokoju ducha, jaki można osiągnąć nawet mając tak niewiele dóbr materialnych i innych. Wzruszająca jest dobroć tej Maudie (taki jest chyba tytuł tego filmu) skazanej na bycie najpierw służącą, a później żoną pewnego gbura, który przy niej, poprzez wspólnie spędzane lata, całe życie, zyskuje jednak stopniowo ludzkie cechy. Taka egzemplifikacja wręcz słynnego powiedzenia „Zło dobrem zwyciężaj”. Biedna Maudie była przez całe życie biedna, w sensie, uboga, żyjąca bardzo skromnie. Chociaż z drugiej strony szczęśliwa… Jeszcze za jej życia jej obrazki kupowało mnóstwo osób, wśród nich nawet prezydent USA (Nixon). Malarstwo prymitywne – tak się to określa. A przecież uczucia, wkładane w te obrazy, prymitywne nie są.

„Francuski pocałunek” („French Kiss”)

Tyle razy to już oglądałem. I zawsze z przyjemnością. Nie nudzi mi się ten film! Meg Ryan jest świetna, ale jeszcze lepszy jest jej partner Kevin Klein – grający Francuza.

„What is the movie French Kiss about? When Kate (Meg Ryan) learns that her fiance, Charlie (Timothy Hutton), has become smitten with a young Parisian woman, she boards a plane for France. She is seated next to Luc (Kevin Kline), a small-time crook who uses her to smuggle a stolen necklace, leading Luc to the hotel where she’s staying to confront Charlie. As Kate and Luc get to know each other, their sarcastic rapport grows warmer, and Kate must decide where her heart truly lies as Charlie tries to win her back.”

No to tłumaczymy sobie, z tego wspaniałego streszczenia powyżej, o czym jest ten film:

„Gdy Kate (Meg Ryan) dowiaduje się, że jej chłopak Charlie (Timothy Hutton) zakochał się w młodej Paryżance, leci samolotem do Francji. Siedzi obok Luc’a (Kevin Klein), drobnego oszusta, który wykorzystuje ją, aby przemycić skradziony naszyjnik, co sprowadza go do hotelu, gdzie Kate chce się zatrzymać, aby skonfrontować się z Charlie’im. Gdy Kate i Luc poznają się bliżej ich wzajemnie sarkastyczna relacja ociepla się i Kate musi zdecydować, kogo ma naprawdę w sercu, gdyż Charlie podejmuje próbę jej odzyskania.”

Kevin Kline to wspaniały aktor (dostał Oskara za drugoplanową rolę w filmie „Rybka zwana Wandą” – muszę to kiedyś obejrzeć). Nie znam języka francuskiego, więc może dlatego wydawało mi się, że w tym „Francuskim pocałunku” tę jego rolę (Luc) gra naprawdę jakiś Francuz! Gdy Kevin Klein mówi po angielsku, to ja słyszę w tej wymowie nieanglojęzycznego obcokrajowca – a przecież Kevin Klein to Amerykanin urodzony w 1947 roku w Saint Louis w Stanie Missouri! Może ta francuska nazwa i francuskie korzenie jego rodzinnego miasta dały mu ten francuski (jak dla mnie) urok? Bo moim zdaniem wspaniale gra Francuza, Paryżanina. Szarmancki lekkoduch, potrafiący się cieszyć życiem, smakiem, winem. Czy to będzie smak pocałunku, czy szampana, czy też francuskich win z jego rodzinnej winnicy. A nawet smak sera. A gatunków sera, jak wiem z tego filmu, jest we Francji tak ponad 250! Nie zapamiętałem dokładnie. Ale Kevin Klein, czyli Luke, podaje liczbę tych gatunków sera, opowiadając o swoim kraju – Francji – Kanadyjce Kate (która powodowana uczuciem do narzeczonego koniecznie chce zostać Amerykanką). Jest tam sporo takich ciekawych informacji, także o hodowli winorośli. Szczepkę winnego pędu Luke przemyca przez lotniskowe kontrole, aby z niej odtworzyć rodzinną winnicę. I te fajne szczegóły to jeszcze jeden powód, aby ten przeuroczy i szalenie dowcipny film z dobrą muzyką (piękne wersje różnych „evergreenów”) obejrzeć kolejny raz!

„Amerykanin” („The American”)

Był kiedyś musical, „Amerykanin w Paryżu”, a tu mamy Amerykanina we Włoszech. Konkretnie w Abruzji. Piękna, górzysta okolica, serpentynowe drogi i miasteczko, takie włoskie, „piętrowe”, gdzie na stoku domy piętrzą się, jeden na drugim po samo niebo. A między domami wąziutkie uliczki, zaułki, schody, małe placyki.

Tytułowy bohater jest grany przez Georg’a Clooney’a. Zresztą świetnie. Płatny zabójca, który chce wycofać się z tego biznesu. Ale zawsze jest jeszcze to ostatnie zlecenie, które musi wykonać. I zawsze jest w takich filmach tak, że ktoś chce i jego zabić. Schemat? Nie! Bo film ma, w przeciwieństwie do innych tego typu produkcji, stricte komercyjnych i banalnie uproszczonych do bijatyk, strzelanin i pościgów, jakiś taki swój, inny zupełnie, własny, powolny rytm. Klimat. Nutka nostalgii, spokoju, choć niepewnego, na granicy zagrożenia życia, ale jednak. To przewija się wciąż, na chwilę tylko przerywane bardziej wartką akcją. Jest jeden pościg samochodowo/skuterowy po wąskich uliczkach i tych krętych schodach. Jest i druga scena, prawie finałowa, pełna napięcia: pojedynek strzelców, z udziałem snajperki i dwóch „rewolwerowców”. Wszystko w tejże scenerii urokliwego Castelvecchio. Są (wcześniej) dyskusje o wierze z miejscowym księdzem, który też potrzebuje spowiedzi z całego życia i ciąży mu tajemnica, którą skrzętnie skrywa, ale którą poznaje Amerykanin. Ksiądz chyba chciał jednak, aby ktoś się o tym dowiedział.

Ale to bardziej w tle. Na pierwszym planie zjawia się miłość. Znów banał: on płatny morderca, ona prostytutka o złotym sercu. Jakaż ona (Violante Placido) jest piękna! Co za Włoszka! Spojrzenie, uśmiech, ciało. Wszystko! Niby po stokroć ograne już w filmach: upadła kobieta, która znajduje miłość i chce zacząć nowe życie. Ale jednak chce się wierzyć w to uczucie. Dobra robota filmowa. Good done, the American! Zasługa tu też tych krajobrazów Abruzji. I tej muzyki, równie przepięknej. Skomponował ją Herbert Grönemeyer (w Niemczech słynny, u nas nieznany). Ja mam nawet płytę z jego piosenkami – prezent od Koleżanki – Joli z Münchhausen. Przeczytałem obszerną i raczej ujemną recenzję tej muzyki (i samego filmu też) na film.musik.pl, ale mam całkowicie odmienne zdanie: super muza! Piękne motywy, idealnie wkomponowane w film, w obrazy. I film, w sumie o miłości niespełnionej i spełnionej zarazem – w tej już naprawdę finałowej scenie, gdy on… (sorry: nie ma spoilerowania! 😉 )

„Doktor z alpejskiej wioski”

To polski tytuł tego serialu. Niemiecki tytuł oryginału: „Bergdoktor”. Oglądałem namiętnie wznowienie tego serialu w TVP2, jakiś rok-dwa lata temu. Zawsze po południu. Starałem się zdążyć z pracy na godz. 16:00 – o tej porze chyba zaczynał się kolejny odcinek. Główny bohater, tytułowy lekarz, jeździł starym Mercedesem typ 124, autem już bardzo starym (jak na RFN) w czasie, gdy ten film kręcono. A były to chyba lata ok. 2010 roku. W kolorze seledynowym, zielonkawym takim. I właśnie co jakiś czas widuję takie auto przy jednym z domów, w Raszkowie, tuż nad rzeczką, w dół od mojej drogi do pracy w Ścinawce Średniej, którą najczęściej pokonuję rowerem. Zawsze mi się wtedy (teraz jest już 2022 roku) przypomina ta opowieść o tej małej wiejskiej społeczności. O miłości (tak, doktor dość kochliwy był; wciąż kawaler, mimo wieku raczej już średniego). O dobrych ludziach w alpejskiej dolinie. Czyli, cytując kultowe zdanko z polskiego filmu „Rejs”: „w przepięknych okolicznościach przyrody”. Taka sielanka. Jakże potrzebna!

„Tańczący z wilkami” („Dances with Wolves”)

Oglądam to akurat w chwili, gdy czytam po raz drugi w całości moje wspomnienia z jazd rowerem do pracy w Ścinawce. Początkowy odcinek tej trasy (a w drodze powrotnej końcowy) jadę poboczem wzdłuż drogi międzynarodowej E-67. A zarazem jest to „krajówka” – droga nr 8. I ten rozdzialik opisujący wrażenia z jazd tamtędy nazwałem sobie już dawno i nadałem mu tytuł „Tańczący z TIR-ami”.

Czyli „chodził” ten film jakoś za mną. Film jest z 1990 roku, gdy Costner był jeszcze młody. I ja byłem wtedy jeszcze młody. Zapomniałem już wszystkie szczegóły tego filmu, a i one są piękne. Teraz oglądam Kevina Costnera w tym słynnym filmie, w tej wspaniałej postaci, po raz drugi lub trzeci i smakuje mi niezwykle to oglądanie w niedzielne przedpołudnie. Biały człowiek, który wśród Czerwonoskórych odnalazł przyjaciół. Znów piękna miłość – do białej kobiety wychowanej od dziecka wśród Indian. Dobrze wychowanej. Na pięknego człowieka. I piękne przesłanie ekologiczne filmu: wilk może być twoim przyjacielem! Zabijanie zwierząt? Tylko, gdy to konieczne, gdy inaczej nie można! Przejmujące sceny indiańskiego pochodu za bizonami. I pobojowisko: pozabijane przez Białych bizony. Oskórowane zwłoki zwierząt. Indianie chcą zrobić zapasy mięsa na zimę, by przetrwać. Biali wybijają bizony dla skór. I chyba także dla tego czegoś, co byki mają w jądrach, a z czego się wtedy robiło jakiś afrodyzjak. Bez tych bizonów Indianie będą głodować. Nie wiem, czy dobrze to wszystko zapamiętałem. Ale widzę ten pochód Indian na koniec filmu. Opuszczających swoją prerię, którą już opanowują Biali. Uchodzących w góry. Szukających schronienia. Nieustający przez stulecia pochód migrantów.

„Witamy u Hartmanów” (Wilkommen bei den Hartmann’s”)

Oglądam to w nocnym kinie, czyli 14 października 2022 roku w TVP, o godz. 2:10. Dobra satyra na współczesność w Niemczech – rok produkcji 2016. Niezłe teksty! Na przykład taka rozmowa: mąż, podstarzały chirurg, ostrzykuje sobie swoje lico hialuronem czy innym botoksem, a wieczorem pyta żonę, gdzie moja kurtka skórzana, ta co ją kupiłem w LA? A żona odpowiada: chyba jest w ośrodku dla uchodźców. Ta kurtka… Żona udziela się bowiem, z potrzeby serca i chyba też z nudów, charytatywnie. I oddała kurtkę na potrzeby przybyszów, których bez niczego, tylko ze smartfonem w ręku, widujemy wciąż w tych relacjach o kolejnych falach emigracji do Europy. „Ale to była moja ulubiona kurtka!” – krzyczy mąż i jest zły. A żona na to: „Ale kupiłeś ją przecież jak miałeś 25 lat! Teraz wyglądałeś w niej jak kiszka w worku.” Czyli: pasztet, dodam od siebie. Nie wiem, czy te dialogi dobrze przetłumaczono. Film był z lektorem i języka niemieckiego nie było za bardzo słychać. 

Akcja filmu toczy się wokół tematów związanych z emigrantami. Hartmannowa chce wziąć do ich domu uchodźcę. I zaczyna się „jazda”! Jest i element komedii romantycznej: uchodźca, zaczynający dopiero mówić po niemiecku, mówi do młodej Hartmannowej (córki): „Chyba mam dla ciebie mąż”. I jest nim młody Niemiec, taki co już od urodzenia był chyba w Niemczech. I tu już  wykształcony. Chirurg, pracujący w szpitalu z tatą tej młodej. Ale rodzice tego młodego Niemca są chyba z Bliskiego Wschodu. Oni są jeszcze Arabami. Witamy we współczesnej Europie! Wszystko się tu miesza, nic nie jest już stabilne. Nic nie jest tak, jak było dotąd. I o tym jest ten film. Za chwilę minie 10 lat od daty produkcji tego filmu. Emigracja na Stary Kontynent przez ten cały czas wciąż wzrastała. Filmów o tym, jak  stykają się tu cywilizacje wszystkich stron świata, będzie z pewnością coraz więcej.

Taśma filmowa w widoku od przodu w wersji czarno-białej

Przeczytaj również:

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry