Tym razem o ruchu drogowym. Ale w takim szczególnym kontekście. Nawet, ośmielę się napisać: w kontekście historycznym. Otóż wiemy, że jako Naród nie możemy o sobie powiedzieć, że jesteśmy tak niesamowicie poprawni, tak dokładnie przestrzegający prawa, jak na przykład nasi sąsiedzi. Ci z zachodu i ci z południa.
A gdybyśmy to prawo szanowali, przestrzegali, wszystkim nam żyło by się lepiej.
Pamiętam te, zawsze podobne, usprawiedliwienia tego stanu rzeczy – mianowicie, dlaczego Polakom tak trudno być w zgodzie z prawem. Otóż mówi się, nie sięgając już okresu poprzedzającego upadek I. Rzeczpospolitej, gdy prawo także było traktowane instrumentalnie (choćby te wszystkie skandale polityczne z liberum veto), że Polacy nie przestrzegają prawa, bo przez 123 lata, przez okres zaborów, nie mieliśmy własnego Państwa. Prawo było instrumentem, którym ciemiężyli nas zaborcy. Tak. Prawo obowiązujące w poszczególnych częściach naszego kraju, było prawem stanowionym przez zaborców czyli Rosję carską, Prusy i Austro-Węgry. Nie było to prawo przyjazne, często zakazywało wiele, szczególnie Polakom, np. aktywności gospodarczej czy zakupu ziemi. Albo budowania na niej domu. Ten słynny Michał Drzymała (1857-1937), który kupił wóz i w ten sposób ten zakaz budowy obchodził, przeszedł do historii Polski. Przykład „Wozu Drzymały” ukazuje nam, iż nieprzestrzeganie prawa było, pod zaborami, zachowaniem wręcz patriotycznym.
Potem krótki okres II. Rzeczpospolitej. W 20-leciu międzywojennym nie udało się stworzyć społeczeństwa, które pozbyłoby się naleciałości trwających przez pokolenia. I rozpoczęła się trwająca od 1939 do 1945 noc hitlerowskiej okupacji. Nieprzestrzeganie restrykcyjnego, zbrodniczego prawa okupanta było często warunkiem, aby przeżyć. Aby nie zginąć od kuli lub z głodu, gdy np. jedynym sposobem zaopatrzenia było szmuglowanie żywności ze wsi do miast. Z narażeniem życia.
I gdy już Polacy myśleli, że przyjdzie wolność, normalność, okazało się, że przyszła ona jako Polska Rzeczpospolita Ludowa.
I w tym ustroju znowu jakaś część społeczeństwa była skazana na bycie obywatelami drugiej kategorii. A część, formalnie równych obywateli, uzyskała przywileje tylko z tego tytułu, że byli członkami Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR). Chciałem napisać jedynej słusznej partii, ale to za mało jedynej – bo innych partii po prostu nie było. System, w którym oprócz PZPR istniało jeszcze tylko Stronnictwo Demokratyczne i Zjednoczone Stronnictwo Ludowe, był tylko imitacją pluralizmu politycznego. I znów naturalnym odruchem stało się obchodzenie obowiązującego prawa. W różnych sferach, np. w działalności twórczej – poprzez obchodzenie cenzury. W gospodarce, ograniczonej do socjalistycznego systemu państwowej własności, poprzez, często nielegalną, prywatną inicjatywę, gdzie przedsiębiorczy Polacy próbowali się nieco wzbogacić, zakładając legalne i nielegalne szklarnie czy wytwórnie grzebyków z plastiku. Ale, żeby wyjść na swoje, musieli unikać podatków, które wtedy często określano jako „domiar”. Taki domiar rujnował, bywało, tę „prywatną inicjatywę”, jak nazywano wtedy takie oazy drobnego kapitalizmu próbujące przetrwać na pustyni państwowego socjalizmu. Znowu dużo się działo niezgodnie z prawem. Zwykli obywatele, nie mając zaufania do polskiego złotego, który nie raz się dewaluował albo zżerała go inflacja, kupowali dolary, aby je „trzymać w skarpecie”. A nie wolno było mieć dolarów… Jeśli, to tzw. bony dolarowe – ekwiwalent dolarów, za który można było kupować zachodnie towary w specjalnych sklepach nazwanych „PEWEX”. Sama ta nazwa brzmiała ekskluzywnie, a w środku był raj kapitalistyczny, np. upragnione przez ówczesną młodzież „wranglery” (blue jeans marki Wrangler)…
Znów zatem żyli Polacy często contra legem. Taka historyczna klątwa.
Potem zdesperowani robotnicy i wspierająca ich inteligencja, niechętna ideom socjalizmu, kultywująca, często rodzinne, ziemiańskie tradycje i marząca o powrocie do „dawnych dobrych czasów”, gdy to oni, a nie „wierchuszka” PZPR byli establishmentem, utworzyła, oczywiście nielegalnie, Komitet Obrony Robotników. Uwierzyli robotnicy, że to dla ich dobra. Potem, w latach 90-tych ubiegłego wieku, gdy ich zakłady zostały zlikwidowane, sprzedane, a oni stali się bezrobotnymi, niektórzy zaczęli trochę inaczej na tych dobroczyńców patrzeć. Ale niewiele już mogli zobaczyć. Przywódcy strajkowi przesiedli się do rządowych Lanci z przyciemnionymi szybami i o narodzie przypominali sobie raz na cztery lata. Gdy znowu były wybory.
A wszystko to osiągnęli nasi obecni władcy Polski, rodem z Magdalenki (obrady tzw. Okrągłego Stołu), poprzez utworzenie, znowu najpierw nielegalnego, Związku Zawodowego „Solidarność”. Dali początek końca tej epoki PRL. W 1989 roku pewna aktorka (Joanna Szczepkowska, słynne jej wystąpienie w TVP) ogłosiła, że właśnie 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm. Żart, ale ta data to rzeczywiście cezura czasowa: pierwsze, częściowo wolne, wybory do Sejmu i Senatu, na zasadach uzgodnionych przy tym Okrągłym Stole między ówczesnymi władzami, z nadania jeszcze PZPR, a opozycją demokratyczną. Do niedawna nielegalną.
Tak w skrócie udało mi się chyba przedstawić te cztery okresy?
123 lata pod zaborami, 20-lecie międzywojenne, 5 lat okupacji, i prawie 50 lat PRL-u. W każdym z tych okresów nieprzestrzeganie prawa, spiskowanie przeciwko władzy, nielegalne interesy – wszystko to było raczej cnotą niż przywarą. A często bohaterstwem!
I jak tu nagle zacząć przestrzegać prawa?
Jak stać się nudnymi, prawymi obywatelami, jak, nieprzymierzając, Niemcy? (Choć nie idealizujmy…; u nich też się „kręci lody”.)
No, ale począwszy od 1989 roku właściwie tak powinno być! Powinniśmy my, Polacy, przestrzegać prawa. Sami je przecież sobie stanowimy. Poprzez wybieranych przez nas posłów i senatorów.
Tak więc ustaliliśmy, że w przeszłości to nasze polskie nieprzestrzeganie prawa było wynikiem zaborów i okupacji. Bo prawo stanowili najpierw zaborcy, a potem niemiecki okupant. I nieprzestrzeganie tego obcego prawa było przejawem polskiego patriotyzmu, walki z zaborcą czy okupantem. Czynnego czy chociaż biernego oporu. Walki o niepodległość czy odzyskanie wolności. I potem znowu, za PRL, to też była „walka z komuną” – złe przepisy, stanowione przez władze narzucone nam przez Moskwę należało, co najmniej, omijać, jeśli nie łamać. Taki mieliśmy „kodeks moralny”.
Ale dziś? Najjaśniejsza Rzeczpospolita, wolny (podobno) kraj, nasze demokratycznie wybierane władze… Wszystko jest już tak, jak powinno być… (tu ja zapytam: czyżby?…) Ale załóżmy, że prawo jest już wreszcie nasze.
Zatem dlaczego znowu jest tak, jak w tym starym żarciku, mianowicie, że „przepisy są po to, aby je łamać”?
Może dlatego, że to nowe już prawo, dość często skłania obywateli by się mu nie podporządkowywać. Czasem zawarty jest w tym prawie pewien element nie do przyjęcia. Nieżyciowy. Wykonalny wprawdzie, ale…. Lub też, zacznę od tego, prawo wprawdzie jest dobre, ale nie ma kontroli jego przestrzegania, nie ma sankcji. Zapłacił ktoś kiedyś mandat za przekroczenie prędkości w strefie zamieszkania?
I o takich przepisach i życiowych sytuacjach, demoralizujących Polaków, chcę dziś napisać. Na przykładzie przepisów ruchu drogowego. Ale nie tylko. Wspomnę także i o innych – z zupełnie innych dziedzin. Szkoda, że one obowiązują. Lub obowiązywały. Gdyż zamiast uczyć nas przestrzegania prawa, działają zupełnie odwrotnie. Anty-wychowawczo: uczą lekceważenia prawa.
Pierwszy przykład. Strefa zamieszkania.
Do tego przepisu nie mam żadnych pretensji. Jest potrzebny, mądry. I chciałbym by wszyscy go szanowali. Sam mam przed naszymi dwoma garażami taki odcinek ulicy, objęty tą strefą. I zależałoby mi, że gdy wyjeżdżam tyłem z garażu, to nie rąbnie we mnie jakiś rozpędzony samochód. Najważniejsze zasady ruchu w strefie zamieszkania są takie: prędkość ograniczona do 20 km/h, pieszy ma pierwszeństwo na całej szerokości jezdni. A jeździ się tam z jaką prędkością? Nie mam radaru, ale tak „na oko”? Często dużo szybciej niż 50 km/h (zastanówmy się: czyli 2,5 raza (albo i więcej) szybciej niż to dozwolone!
Taki mamy szacunek dla prawa. W strefie zamieszkania tzw. „spowalniacze”, progi itp. mogą być montowane bez ich oznakowywania (że są). I chyba tylko to może powstrzymać wariatów drogowych. To, że zza zaparkowanego wzdłuż jezdni (po przeciwnej stronie niż te nasze garaże) szeregu aut, może nagle wybiec dziecko, przekracza zakres wyobraźni większości polskich kierowców. Prawo o strefie zamieszkania też się w Polsce nie przyjęło. Jak to prawo budowlane na Podhalu. To słynny bon mot, teraz chyba senatora, a kiedyś starosty Powiatu Tatrzańskiego, pana Gut-Mostowego. Polacy zawsze byli dowcipni. Ale tu chodzi o coś innego: o Państwo prawa! A jego funkcjonariusze żarciki sobie stroją. No i mamy: Państwo z kartonu, z tektury. Jak zwał tak zwał.
Niemiec w strefie zamieszkania nie pojedzie szybciej niż można. Pomalutku się tam jeździ. Kto bywa tam – to wie. Społeczny ostracyzm – to raz. I natychmiastowy telefon na Policję, z tzw. „Anzeige”, czyli ze zgłoszeniem o wykroczeniu: że taki to a taki pojazd nie stosuje się do przepisów. Nawet sąsiada się tam „zapoda”. A u nas? Zasadniczo dominuje wciąż postrzeganie zawiadamiania o wykroczeniach jako donosicielstwo.
Tzw. „sygnaliści” zostali niedawno „wprowadzeni” do prawa pracy: Sygnalistą jest osoba fizyczna, która zgłasza lub ujawnia publicznie informację o naruszeniu prawa uzyskaną w kontekście związanym z pracą. (art. 4 ust. 1 ustawa z dnia 14 czerwca 2024 r. o ochronie sygnalistów – Dz. U. z 2024 r. poz. 928). To jest przeniesienie na polski grunt tego co w krajach anglosaskich funkcjonuje w tamtejszych systemach prawnych jako instytucja prawna pod nazwą Whistleblowing, czyli sygnalizowanie. Sygnalizowanie nieprawidłowości – jako proces, w którym pracownik lub osoba związana z organizacją zgłasza informacje o nielegalnych, nieetycznych, niebezpiecznych lub oszukańczych praktykach mających miejsce w tej organizacji. Osoba dokonująca takiego zgłoszenia nazywana jest sygnalistą (ang. Whistleblower). Celem whistleblowingu jest ujawnienie takich naruszeń w celu ich naprawienia i poprawy przejrzystości oraz odpowiedzialności w działaniu organizacji. Wikipedia wyjaśnia krótko etymologię tego angielskiego słowa: „Whistleblower, sygnalista (z ang. „gwizdkowy, dmuchający w gwizdek”) – ten, który bije na alarm lub zdradza konspirację„. To wielki przełom w podejściu do prawa: już nie tylko organy Państwa są z mocy ustawy powołane do ujawniania przestępstw i wykroczeń, ale także zwykli obywatele mają być włączeni w kontrolę przestrzegania prawa.
Wracając do ruchu drogowego… To uspołecznienie kontroli już tam się dzieje! Miliony kamerek w samochodach rejestrują wykroczenia drogowe. A w krajach gdzie one są dozwolone Policja wręcz namawia (np. w Polsce), aby zgłaszać te naruszenia, przesyłać pliki z filmikami. Nie wszędzie tak jest, gdyż np. w Austrii posiadanie w samochodzie wideorejestratorów jazdy jest zabronione i jako wykroczenie jest ścigane i karane mandatami przez tamtejszą Policję. Odmienne podejście wynika tam z tezy, iż pierwszeństwo powinna mieć ochrona danych osobowych – ochrona nieistniejąca, gdy wszyscy wszystkich „nagrywają”.
Natomiast w Niemczech obywatele zdenerwowani na współużytkowników dróg, za zajechanie drogi, nieprawidłowe wyprzedzanie itp., już od dawna ochoczo zgłaszali takie wykroczenia na Policję. Pamiętam, że pisano tam, w erze przed telefonami mobilnymi, że gdy na drodze doszło do konfliktowej sytuacji, scysji, to był następnie „wyścig” do telefonu. Kto pierwszy dotarł do domu lub budki telefonicznej i zadzwonił na „Polizei” ten miał większą szansę, że jego wersja wydarzeń zostanie uznana za prawdziwą. Jakby na zasadzie, że skoro pierwszy dzwoni, to raczej on jest poszkodowany…
Zatem mamy już wzajemne pilnowanie się obywateli jako uzupełnienie orwellowskiego „ideału” wszechobecnej kontroli państwowej nad naszym życiem. Podobno z sukcesem jest to realizowane w Chinach, gdzie obywatele cały czas „zbierają punkty” za swoje zachowania w przestrzeni publicznej. Nie tylko w ruchu drogowym. Ale to osobny temat. U nas wciąż jeszcze ten syndrom „donosiciela” chyba przeważa. Pozostał z tych czasów j.w., gdy władza była obca, więc ten, kto do niej szedł i opowiadał…
Teraz o tej tytułowej zielonej strzałce. Lubimy zieloną strzałkę.
Na skrzyżowaniach z sygnalizacją świetlną oznacza ona, że chociaż na wprost jest nadal światło czerwone i zakaz wjazdu, to w prawo możemy skręcić. Ustawa „Prawo o ruchu drogowym” mówi o skręcie „warunkowym”. Co to oznacza? Warunkowy skręt w prawo, sygnalizowany zieloną strzałką (sygnalizator S-2) przy czerwonym świetle, pozwala kierowcy na skręt w prawo po zatrzymaniu się przed sygnalizatorem i upewnieniu się, że nie utrudni to ruchu innym uczestnikom – pieszym i pojazdom nadjeżdżającym z poprzecznej drogi. Manewr ten jest dozwolony, ponieważ strzałka zezwala na ruch we wskazanym kierunku pod warunkiem, że nie koliduje on z innymi użytkownikami drogi.
Aby prawidłowo wykonać warunkowy skręt w prawo, zatrzymanie się przed sygnalizatorem jest jednak obowiązkowe. Tak jakby obowiązywał znak stop. Niezastosowanie się do zasad sygnalizatora S-2, czyli nie zatrzymanie się przed zieloną strzałką, wiąże się z karą grzywny i naliczeniem punktów karnych. Ile? Mandat w wysokości 500 zł oraz 15 punktów karnych. Dzieje się tak, ponieważ niezatrzymanie pojazdu przed zieloną strzałką jest traktowane jak przejechanie na czerwonym świetle, a to wykroczenie jest surowo karane. I kto tak robi? Kto tak jeździ? Kto zatrzymuje się, zanim skręci w prawo, gdy „pali się” zielona strzałka? Nikt! Jak Polska długa i szeroka – nikt! A jeśli się ktoś jednak zatrzyma, to ryzykuje, że tył jego samochodu zachoruje na „miażdżycę” – czyli ten pojazd, jadący za nim, wjedzie mu w kufer.
I czego nas ta zielona strzałka uczy: bezprawia! Dla państwa prawa, jakim chce być formalnie III Rzeczypospolita (art. 2 Konstytucji RP: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym /…/”), ta strzałka jest fatalna! Kolejne generacje młodych kierowców najpierw uczą się w Szkole Nauki Jazdy, że trzeba się przed tym warunkowym skrętem w prawo zatrzymać i upewnić, że wszystko jest ok. A potem, gdy egzamin już zdany, tak jak i wszyscy inni kierowcy, zapominają o tym przepisie.
A taki oto, inny przepis: zabronione jest przechodzenie przez jezdnię w miejscach, które znajdują się nie dalej niż 100 metrów od miejsca najbliższego wyznaczonego przejścia dla pieszych, lub gdy skrzyżowanie, z którego korzystamy, jest bliżej niż 100 metrów od wyznaczonego przejścia dla pieszych (popularnie zwanego „zebrą”).
Przechodząc poza przejściem, pieszy musi ustąpić pierwszeństwa pojazdom, iść najkrótszą, prostopadłą drogą do osi jezdni oraz nie może spowodować zagrożenia ani utrudnienia ruchu. I co? Czy Ty, jako pieszy, przestrzegasz tego przepisu? Cofniesz się o te choćby tylko 30 metrów, do przejścia dla pieszych, które tam akurat się znajduje, gdy zamierzasz wejść do sklepu po przeciwnej stronie ulicy – sklepu, który jest akurat na wprost ciebie? W sumie to tych dodatkowych metrów do wejścia do sklepu będziesz miał 60. Na co składa się odległość z tego miejsca, gdzie stoisz na krawędzi jezdni, do zebry, oraz (po przekroczeniu ulicy pasem wytyczonym jako przejście dla pieszych) odległość od zebry do wejścia do sklepu. Komu by się chciało? Jedyne, co może spowodować skorzystanie z przejścia (z zebry), to tak intensywny ruch pojazdów na tej „Twojej” drodze, że stwierdzisz sam/a, że bez „zebry” przejście na drugą stronę jezdni może oznaczać próbę samobójczą.
Zdrowy rozsądek może tu akurat doprowadzić Cię do zachowania się zgodnego z przepisami. Najczęściej jednak aż tak „gęsto” nie jest i przechodzisz szczęśliwie na drugą stronę. Do tego przykładowego sklepu czy gdzie indziej. Przy okazji naruszając przepisy.
Kolejny przepis, z tych, które uczą nas bezprawia. Jest podwójna ciągła, ty za kierownicą samochodu, a przed tobą, wszystko jedno co, ale coś powolnego, co chcesz wyprzedzić.
Może być to rower „zwyklak” (no, bo „elektryk”, to jeszcze ciebie mógłby tu wyprzedzić). Może być traktor lub jakaś maszyna budowlana, albo Góral na swej furce do wożenia turystów na wąskiej drodze w Zakopanem albo w Murzasichlu. Wszystkie te pojazdy skutecznie wyhamowały ruch na Twojej drodze. Bo ta droga ma w środku podwójną ciągłą linię, której przekraczać ci nie wolno. Ba, na którą nawet najeżdżać nie wolno – o czym się wielu boleśnie przekonało nie zdając z tego powodu egzaminu na prawo jazdy. Jednak teraz już to prawo jazdy mamy. I jeszcze wiemy, że nie wolno… Oraz, że ten rower to – tak, owszem, rower możemy wyprzedzić. Pod warunkiem, że nie naruszymy tej podwójne ciągłej i zachowamy 1 metr odstępu od jednośladu. Ale tu szerokość, a raczej wąskość, drogi nie pozwala nawet na zachowanie tego jednego mizernego metra odległości od rowerzysty.
I co, jedziemy tak za tym poprzedzającym nas pojazdem kilometr, może dwa? Czasem więcej?
Tak, jedziemy. Ale tylko wtedy, gdy akurat za nami (lub przed nami) zauważamy oznakowany samochód policyjny. A jeśli nie ma „radiowozu” to oczywiście, że nie jedziemy w tym tempie: Wyprzedzamy! Jeżeli tylko nadarzy się okazja (bo z przeciwka akurat nic nie jedzie), to wyprzedzamy. Zresztą ci z tyłu oczekują tego od nas. A jeśli nie zrobimy tego, to stworzą się jeszcze groźniejsze sytuacje, bo oni zaczną wyprzedzać „naraz” – nas i ten pojazd przed nami też!
To tylko trzy przykłady, gdy „majestat prawa” mamy, właściwie my wszyscy, gdzieś… Niby wiemy, że nie wolno tak, że przepisy… Ale z drugiej strony – przecież wszyscy tak robią! Usprawiedliwienia każdy jakieś ma. A to: „Jak ja się zatrzymam, to we mnie wjedzie ten za mną”. Albo: „Nie będę chodził naokoło, bo jakiś głupi przepis…”. Albo: „I co, będę tak jechał za tym rowerzystą przez 2 km – a jest pod górę i on jedzie 5 km/h”.
Każde usprawiedliwienie dobre. Tylko, że w ten sposób postępuje relatywizacja prawa.
Nigdy nie zbudujemy państwa prawa, jeżeli te tradycje jego nieprzestrzegania będą utrwalane. Najgorsze jest dla budowania praworządności tworzenie sytuacji, w których przestrzeganie prawa jest tak wysoce utrudnione, że trudno liczyć, iż zwykły człowiek, chcący po prostu wygody, będzie je rzeczywiście przestrzegał. Owszem, jeżeli jesteśmy w stanie „postawić policjanta” na każdym rogu ulicy i tacy policjanci będą wymuszać przestrzeganie powyższych przepisów – tak, wtedy to może mieć sens. Te przepisy są przecież tworzone dla naszego bezpieczeństwa. Ale na prawo trzeba patrzeć realnie: nie da rady wymusić przestrzegania takich przepisów jak te przedstawione powyżej.
Jakie wyjście z tej sytuacji? Ja jestem za uchyleniem przepisów, które nie są przestrzegane i nie są też możliwe do wyegzekwowania.
Lepiej z nich zrezygnować, aby ludzi nie demoralizować jeszcze bardziej (niż już są). Moim zdaniem, te nieskuteczne „zakazy” czy też „nakazy” należy czym prędzej zlikwidować. Wprowadzić jako dozwolone przejeżdżanie przez kierowców sygnalizatora S-2 bez zatrzymania pojazdu, przechodzenie pieszych przez jezdnię gdy obok jest przejście dla pieszych, wyprzedzanie z przekroczeniem linii podwójnej ciągłej bardzo wolno poruszających się pojazdów.
Te sytuacje drogowe powinny być od zaraz uznane za „dopuszczalne z zachowaniem szczególnych środków ostrożności”. Prosta, pojemna formuła, która nie jest obca Prawu o ruchu drogowym. Formuła „z zachowaniem szczególnej ostrożności” występuje w polskim Prawie o ruchu drogowym przede wszystkim w następujących sytuacjach: przy włączaniu się do ruchu (art. 17 ust. 1), przy zmianie kierunku jazdy lub pasa ruchu (art. 22 ust. 1), a także przy zbliżaniu się do przejścia dla pieszych (art. 26 ust. 1). Obowiązek ten oznacza konieczność przewidywania potencjalnych zagrożeń i bycia przygotowanym na odpowiednią reakcję w tych sytuacjach.
Naprawdę, lepiej nie zabraniać, jeżeli nie można tego potem wyegzekwować.
W ten sposób wychowujemy społeczeństwo do bezprawia, a lepiej chyba wychowywać społeczeństwo tak, aby nie przyzwyczajać ludzi to tego, że „przepisy sobie – a życie sobie…”?
W przeszłości, już tej po 1989 roku, mieliśmy kilka takich przepisów, które w ich realizacji skutecznie deprawowały Polaków. Krótko: uczyły kłamać. Już nie pamiętam w jakich to było latach, kiedy dokładnie, ale dobrze pamiętam ten szał darowizn. Przepis był jakiś taki: jeśli udokumentowałeś, iż wykonałeś darowiznę pieniężną, to ta kwota (darowizny) była zwolniona od podatku (odliczałeś ją od twojego przychodu do opodatkowania). I przez rok czy dwa było powszechne, wzajemne, obdarowywanie się: ja tobie – ty mnie. Wszyscy wiedzieli, że to nieprawda, że tej darowizny nie było, ale… Skoro można trochę oszczędzić lub zarobić, to czemu nie?
A chyba w pierwszej połowie lat 90-tych ubiegłego wieku, gdy Polacy troszkę już się odbili od dna załamania gospodarczego, po upadku socjalistycznych przedsiębiorstw i pomału wychodzili z katastrofalnego bezrobocia, zaczęli kupować sporo samochodów na tzw. Zachodzie. Jechało się po używane auta, najczęściej do Niemiec, ale też i dalej. W trosce o ekologię (podobno) wprowadzono wtedy przepis, który zabraniał sprowadzania do Polski samochodów osobowych starszych niż 10 lat. Tylko, że przeciętnego Kowalskiego nie stać było wtedy najczęściej na nowsze auta. Celowano właśnie w te ponad 10-letnie VW, AUDI itd., których cena była już wreszcie przystępna. Dla Polaka. No i udało się ten przepis omijać! „Polak potrafi”! Szybko wymyślił ktoś, że sprowadzane będą nie całe samochody, tylko części. Wystarczyło mieć dwie umowy kupna: jedną na nadwozie („uzbrojone” w amortyzatory, koła, inny osprzęt, podzespoły, itp., itd.) oraz drugą umowę – najczęściej na silnik. I trwała ta „zabawa w chowanego” ładnych parę lat. Poważni ludzie, uczciwi obywatele, nie mieli żadnych oporów, aby w taki to właśnie, pokrętny sposób, nabyć swój wymarzony samochód. Rejestrowano te pojazdy jako „składak” (taka była adnotacja w dowodzie rejestracyjnym). Trochę to obniżało wartość auta przy późniejszej odsprzedaży, ale niespecjalnie, bo przecież wszyscy w Polsce wiedzieli o co chodzi. To żaden składak tylko samochód sprowadzony na lawecie w dwóch segmentach: silnik osobno, nadwozie osobno. Czasami takie auta dojeżdżały nawet tuż do polskiej granicy na własnych kołach. I dopiero tam były demontowane j.w. na jakimś ustronnym parkingu, w lasku. Przy drodze. Oszczędzano na kosztach wynajmowania warsztatu gdzieś w Niemczech i laweta miała do pokonania tylko np. kilkanaście kilometrów – do granicy. Skąd to wiem? Z opowieści z „pierwszej ręki”. W tym czasie byłem Inspektorem d.s. Komunikacji w urzędzie gminnym. Kiedyś to one, a nie starostwa, były właściwe rzeczowo w sprawach rejestracji pojazdów, prawa jazdy, itp. Pamiętam jak jeden z takich prywatnych „importerów” żałował, prawie płakał: „Panie, AUDI 100, 15 lat, ale jak nówka! Nic nie puka, nic nie stuka! Jechałem nim przez całe Niemcy. Ale musiałem go rozłożyć przed polską granicą. I teraz wciąż mi tam coś skrzypi!…”
Ale zdarzało się też, że rozmontowywać auta wcale nie trzeba było. Życzliwy celnik przymykał oko. Tak, że był tu również, przy praktycznej realizacji omijania zakazu sprowadzania aut starszych niż 10 lat, spory wkład w rozwój korupcji w Polsce.
To już historia. Przepisy uchylono, zmieniono. Zresztą Polacy się dorobili i dziś często są już klientami salonów. Kupują nowe samochody. I dobrze! Oby ten dobrobyt trwał.
Chyba nie zdajemy sobie sprawy, jak blisko nam znowu do dramatycznego czasu wojny. I to rzeczywiście pełnoskalowej. Gdy będziemy walczyć o wszystko. I nie będzie też wszystkiego.
Nie tak jak na Ukrainie, gdzie na „dalekim wschodzie” walczą nieszczęśnicy zmuszeni do wojowania przez kijowski reżim, a jednocześnie na tereny zachodniej Ukrainy trwa wwożenie aut z prywatnego importu z Zachodu. Tak, widać na wojnie można się wzbogacić. Mieszkam przy drodze krajowej nr 8 (międzynarodowa E-67) i widzę jak na lawetach z ukraińskimi tablicami jadą na wschód nowe nabytki Ukraińców. To nie są pojazdy na front lecz piękne limuzyny, suwy. Nie terenówki dla wojska…
Ale wracam do naszej, polskiej, bylejakości.
Aktualnie, znowu w przeświadczeniu, iż chcemy zrobić lepiej niż jest, mają być wprowadzone kolejne nierealne przepisy. Nierealne w sensie braku możliwości ich skutecznego stosowania, a konkretnie wyegzekwowania.
Jest rządowy, projekt, aby młodociani, poruszający się na rowerach, a także na, niezwykle już popularnych, hulajnogach elektrycznych, mieli obowiązek noszenia kasków ochronnych. Nadto, jest pomysł, aby prawo jazdy kat. B mogły uzyskiwać już osoby 17-letnie.
Skorzystałem z omówienia tego projektu na stronie https://www.medonet.pl/zdrowie/wiadomosci,koniec-jazdy-bez-kasku–dzieci-do-16–roku-zycia-obejmie-nowy-obowiazek,artykul,85857409.html To dość aktualny materiał, z dnia 3. września 2025 r. pod tytułem „Koniec jazdy bez kasku. Dzieci do 16. roku życia obejmie nowy obowiązek”.
Wprowadzenie obowiązku noszenia kasków przez dzieci do 16. roku życia podczas jazdy rowerami, hulajnogami elektrycznymi i urządzeniami transportu osobistego (UTO) ma poprawić bezpieczeństwo najmłodszych uczestników ruchu drogowego. Takie zmiany przewiduje nowelizacja Prawa o ruchu drogowym, którą rząd przyjął we wtorek. Policja ocenia, że zaktualizowane przepisy to istotny krok w kierunku poprawy bezpieczeństwa. Kask wprawdzie nie gwarantuje uniknięcia obrażeń, ale w przypadku uderzenia głową o twardą nawierzchnię może uratować życie.
Sam pomysł jest dobry.
Nowelizacja przepisów ma w tle plagę wypadków w całej Polsce. Jedna z wypowiedzi odnotowana w jakimś artykule na ten temat: „Lekarz powiedział, że Marcin ma szczęście, zwykle nie ma co zbierać”. Według Policji statystyki wypadków z udziałem hulajnóg elektrycznych są alarmujące. W okresie od stycznia do września 2025 roku odnotowano 847 takich zdarzeń, w których życie straciło siedem osób, a 778 doznało obrażeń. Co więcej, około 70% ofiar to osoby do 17. roku życia, co szczególnie uwidacznia potrzebę ochrony tej grupy wiekowej. Rodzice i opiekunowie odgrywają kluczową rolę, zatem Policja apeluje do rodziców, aby podczas zakupu hulajnóg elektrycznych zwracali uwagę na ich specyfikację techniczną. Prędkość maksymalna takich pojazdów powinna wynosić 20 km/h, jednak na rynku dostępne są modele rozwijające nawet 50 km/h i więcej. Policja zaznacza, że odpowiedzialność za niestosowanie się do przepisów przez osoby poniżej 17. roku życia spoczywa na opiekunach. Jeśli dziecko nie będzie przestrzegać nowych regulacji, sprawa może trafić do sądu rodzinnego. Opiekunowie będą również ponosić materialną odpowiedzialność w razie spowodowania przez małoletnich szkód w mieniu lub wypadku. Nowelizacja przepisów Prawa o ruchu drogowym, w tym obowiązek noszenia kasków, ma być kluczowym elementem poprawy bezpieczeństwa na drogach oraz ograniczenia liczby wypadków z udziałem dzieci i młodzieży. Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego (KRBRD) podjęła jednogłośną decyzję, że dzieci i młodzież do 16. roku życia będą musiały jeździć w kaskach nie tylko na rowerze, ale także na hulajnodze elektrycznej czy urządzeniach transportu osobistego. O konieczności zmian od miesięcy mówią chirurdzy dziecięcy. W Świętokrzyskim Centrum Pediatrii w Kielcach tylko w pierwszym półroczu 2025 roku odnotowano ponad 50 przypadków dzieci trafiających na ostry dyżur po wypadkach na hulajnogach. Rok wcześniej było ich 70.
Cytaty: „Dziecko spada z hulajnogi, leci twarzą w asfalt. Mamy złamania żuchwy, urazy klatki piersiowej, jamy brzusznej. Często jeżdżą, patrząc w telefon, nie zwracając uwagi na cokolwiek innego. Mieliśmy pacjenta, który wjechał wprost pod tira.” — relacjonował dr hab. Przemysław Wolak, świętokrzyski konsultant ds. chirurgii dziecięcej na portalu tvn24.pl. — „Dostrzegamy zjawisko rosnącej popularności poruszania się hulajnogami elektrycznymi i to przez coraz młodsze osoby, Ministerstwo Infrastruktury nie pozostaje wobec tego obojętne. Staramy się podążać za rozwojem technologicznym, bo prawo powinno reagować na zmieniającą się rzeczywistość. Dlatego zdecydowaliśmy o obowiązku stosowania kasków ochronnych do 16 roku życia.” — zapowiedział minister infrastruktury Dariusz Klimczak.
Nowelizacja zakłada również zmiany w prawach jazdy kategorii B. Dzięki wprowadzonym przepisom osoby, które ukończyły 17 lat i posiadają pisemną zgodę rodziców lub opiekunów, będą mogły ubiegać się o prawo jazdy. Dla młodych kierowców wprowadzono jednak okres próbny i liczne ograniczenia, mające na celu zwiększenie bezpieczeństwa. W ramach tych zasad „młody kierowca” nie będzie mógł przekraczać 50 km/h na terenie zabudowanym, 80 km/h poza nim oraz 100 km/h na autostradach i drogach ekspresowych dwujezdniowych. Dodatkowo zabrania się taksówkarskiej działalności oraz przewozów okazjonalnych. W okresie próbnym młodzież będzie mogła przewozić osoby niepełnoletnie wyłącznie w obecności pełnoletniego pasażera. Wprowadzenie tego przepisu ma na celu zminimalizowanie ryzyka wypadków związanych z nieodpowiedzialnymi zachowaniami młodych kierowców, szczególnie podczas imprez czy podróży grupowych
I czytam w tym wyżej przytaczanym czy w innym artykule, który omawia te postulowane zmiany takie zdanie:
„Prawo musi nadążać za rzeczywistością”. Bardzo słuszne stwierdzenie. Tylko, czy to nie będzie kolejny przyczynek do wprowadzenia przepisów, które będą powszechnie nieprzestrzegane?
Ta jazda w kaskach wzorowana jest na podobnym obowiązku, który istnieje od lat w odniesieniu do jazdy na nartach zjazdowych osób młodocianych. Na stokach przyjęło się to, ale czym innym jest „wyprawa” na cały dzień na wyciąg/i, a czym innym użytkowanie hulajnóg przez młodzież. Oni wskakują po prostu na te hulajnogi na chwilkę, aby podjechać tu czy tam. Chcą być widoczni (z twarzy) dla kolegów, koleżanek. Nie wierzę, że będą wszędzie targać z sobą sporo jednak ważący kask. I jak to sprawdzi np. Policja (lub Straż Miejska, gdyby i ona uzyskała prawo do przeprowadzania takiej kontroli)? Noszą młodzi ludzie przy sobie jakiekolwiek identyfikatory? Dowody osobiste obowiązują dopiero od 18. roku życia.
Poza tym młodzi do 16. roku życia najczęściej jeżdżą na narty z rodzicami lub opiekunami. Z prostego powodu: to kosztuje i rodzice to finansują. Jeśli chodzi np. o ferie zimowe to sami na nie nie jeżdżą. Dlatego te osoby dorosłe gwarantują wypełnianie obowiązku prawnego zakładania kasków na nartach. Raczej jednak nie widuję rodziców śmigających ze swoimi dziećmi-nastolatkami na hulajnogach. I tego obowiązku rodzice nie skontrolują. Może i nawet nastolatek założy kask, gdy będzie wyjeżdżać z domu, a rodzic patrzy, ale potem? W narciarstwie na „przyjęcie się” jazdy w kaskach bardzo duży wpływ miała moda, wzory ze sportu wyczynowego. Najpierw wyczynowcy zaczęli stosować kaski ochronne. I to nie od razu wszyscy. I nie od razu we wszystkich konkurencjach. Zaczęło się od biegu zjazdowego – najbardziej niebezpiecznego, ze względu na osiągane tam prędkości. Potem i w gigancie. Ale długo jeszcze zawodnicy jeździli slalom specjalny w czapeczkach i ewentualnie w goglach tylko. Chyba nawet na początku kariery jeździł tak jeszcze słynny mistrz slalomów Alberto Tomba. Coś tak pamiętam. Tak! Wrzuciłem sobie z YT:: Olimpiada zimowa w Calgary, 1988 r. Alberto jedzie po złoto w slalomie specjalnym. Tańczy między tyczkami, na głowie nie ma kasku, nawet czapki, tylko gogle! Potem jednak i w slalomach wszyscy profesjonaliści zaczęli zakładać kaski. Dodatkowo z ochraniaczami na szczękę, bo zmieniła się technika jazdy i już nie „objeżdżało” się tyczek „na okrągło” lecz atakowało je na wprost, roztrącając je ciałem. I było ryzyko uderzenia zbyt mocno w głowę. A że każdy amator chciał wyglądać jak ci herosi z alpejskich stoków, więc kaski stały się, bez większych zachęt, obowiązkowym elementem ubioru każdego prawie narciarza. Nie widzę takiego rozwoju wydarzeń jeśli chodzi o hulajnogi. Tutaj wzorów z wielkiego sportu nie ma. Chyba, że zaczną się takie zawody jak MOTO GP (motocykle) na hulajnogach. Elektro GP?
Czyli, wracajmy do tematu, za każdym razem, gdy Policjant zobaczy takiego młodego na hulajnodze, bez kasku, to raczej powie sobie: on pewnie ma już 17 lat – nie będę go kontrolował. Albo w ogóle odwróci głowę w przeciwną stronę. Po co mu ta robota z ustalaniem danych osobowych.
A ustalić trzeba je nie tylko w odniesieniu do nastolatka, lecz w odniesieniu do jego rodziców lub opiekunów. Jeśli zatrzymany ma poniżej 17 lat. Gdyż młodocianemu poniżej 17 roku życia, który popełnił wykroczenie (nie jechał w kasku) nie można nałożyć mandatu karnego (zresztą: z czego zapłaci? Z „kieszonkowego”?). W takiej sytuacji pewnie stosowane będzie tylko pouczenie. Też dobrze – oddziaływanie wychowawcze, ale to może też rozzuchwalać i umacniać przekonanie o bezkarności. Wątpię, że Policja zechce ścigać jazdę bez kasku. Tylko wtedy, gdy będzie to dzień zmasowanej kontroli (wszystkich na hulajnogach) może się zdarzyć, że ci, co ten przepis ignorują, „wpadną”. Na co dzień nikt nie będzie zwracał uwagi na to („pewnie ma już 17 lat”…) albo po co Policjantowi pościg radiowozem za hulajnogą? Trochę to komiczne. A nie lubimy być bohaterami komedii. Poza tym, kto będzie gonić nastolatka na hulajnodze? Żeby potem, gdy uciekając, młody roztrzaska się, obwiniono go o jego, nie daj Boże, nawet śmierć?
Ale zapytam tu: czy życie 17 latków, i nawet starszej jeszcze młodzieży, studentów choćby, też jeszcze dzieci, też wciąż mieszkających często z rodzicami, jest dla nas mniej warte? Nie rozumiem, że przepis ten ma się ograniczać do osób do 16 roku życia. Motocykliści wszyscy mają mieć na głowach kaski w czasie jazdy – niezależnie czy mają 16 lat i prawo jazdy kategorii A1, czy 18 lat i kat. A2 czy pełną kategorię, czyli A (od 24 lat, lub 20 lat, jeśli ma się A2 od minimum 2 lat).
Czyli, podsumowując ten wątek: jeśli hulajnoga elektryczna, to jeździec tylko w kasku – niezależnie, czy ma lat 16 czy 66 (lub jeszcze więcej).
Wiele jeszcze innych argumentów można by tu przytoczyć, wskazując, że ten przepis dot kasków dla młodzieży na hulajnogach elektrycznych nie będzie egzekwowany. Będzie tylko kolejnym, który spowoduje, że „prawo sobie – a życie sobie”.
A już zupełnym kuriozum, jakimś życzeniowym myśleniem, jest to, że 17-latkowie, gdy już usiądą z tym swoim „warunkowym” prawem jazdy za kierownicą samochodu, to będą przestrzegać tych ograniczeń prędkości, które miałyby ich obowiązywać w okresie próbnym. Jak sprawdzić, że poza terenem zabudowanym taki pan młody lub pani młoda jedzie szybciej niż 80 km/h? Policja będzie ustawiać swoją „suszarkę” na taką prędkość i zatrzymywać każdego, kto ją przekracza? Absurd. Prawie każdy kierowca (kierowczyni), za wyjątkiem tych „młodocianych” warunkowych adeptów prowadzenia samochodu, ma prawo przecież jechać tam te ustawowe 90 km/h. Policjanci zatrzymywać będą zatem do kontroli tylko tych, którzy przekroczą 90 km/h, więc jeśli taki „warunkowy” adept będzie się trzymał tej prędkości, to nie będzie żadnych powodów do zatrzymywania właśnie jego. To samo dotyczy autostrad i ekspresówek. Naprawdę będą ci młodzi jechali tam tylko 100 km/h? Przecież fotoradary czy też odcinkowy pomiar prędkości są tam ustawione na ogólnie dozwolone prędkości maksymalne: 140 km/h na autostradzie i 120 km/h na drodze szybkiego ruchu. Młodzi, 17-letni kierowcy, będą zatem naruszali te „zindywidualizowane” dla nich przepisy. Najczęściej bezkarnie. A dodatkowa uwaga: taki samochód, jadący poza miastem tylko 80 km/h, tam gdzie bezpiecznie można jechać 90 km/h (i więcej..), narażony jest na chroniczne wyprzedzanie, bo każdemu za nim będzie się zdawało, że on jedzie za wolno… A to bezpieczne nie jest.
A jeśli chodzi o zakaz podróżowania z pasażerami wyłącznie niepełnoletnimi, to ktoś wierzy, że taki 17-latek oferując kolegom, koleżankom „podwózkę” będzie sprawdzał, czy któryś z tych pasażerów (przynajmniej jeden) jest pełnoletni? Albo ci niepełnoletni pasażerowie zechcą ustalać, czy ich kierowca/kierowczyni ma już 18 lat i mogą wsiąść i z nim/z nią jechać? Absurd!
I jak już sobie wsiądą – sami młodzi, under 18 – to wystarczy, że będą grzecznie jechać, odpowiednio: 50, 90, lub 100 km/h (zależy jaka droga) – to nie będzie żadnego powodu, aby ten właśnie pojazd zatrzymać. A prawo będzie naruszone…
Czyli zasadniczo przestrzeganie tych przepisów jest nie do skontrolowania…
I po co takie przepisy?
Niby intencje dobre: niech przez ten rok młodzi nie jeżdżą zbyt szybko, niech nabędą praktyki. Tylko, że dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane.
Efekt będzie taki, że wprowadzenie tych przepisów w życie, będzie utrzymywać w Polsce ten stan zwyczajowego nieprzestrzegania prawa.

