Wszyscy mieliśmy to samo

Paweł, prowadzący portal, na którym moje artykuły również są publikowane, zapytał mnie na WhatsApp, czy zechciałbym napisać artykuł o tym, jak wyglądała Polska przed rokiem 1980. On, młodszy ode mnie o pokolenie, napisał mi, że pamięta czasy od 1990 r., czyli czasy transformacji, bezrobocia, hiperinflacji i deficytu na wiele towarów (kartki). Czyli taki obraz, który obecnie przedstawiany jest jako obraz całej Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (PRL). A jednocześnie zwrócił uwagę na fakt dychotomii: z jednej strony ludzie mają w głowach taką, całkowicie rozpadającą się postać PRL – kraju na gospodarczym dnie, a z drugiej oglądają stare, właśnie PRL-owskie jeszcze polskie filmy, gdzie jest normalne życie, a w sklepach w zasadzie wszystko, dodajmy: wszystko niezbędne, co do życia potrzebne. Gdyż na pewno nie w takim wyborze, jak teraz. To na pewno warto już tu, z góry, dodać do opisu tych czasów – nie było w tych sklepach wszystkiego – w rozumieniu bogactwa oferty sklepów na zachodzie Europy. Ale, tym niemniej, krążą dziś po „internetach” obrazkowe kompilacje – wspomnienia, w których ten okres nie jest przedstawiany źle. Wręcz dobrze. 

Zachęcony takimi ciekawymi uwagami, napisałem na ten temat niniejszy tekst. Nie jest to żadna poważna analiza. Raczej zbiór moich impresji, związanych z, często osobistymi, wspomnieniami z tamtych czasów. Przy czym te uwagi o przeszłości PRL odnoszę w kilku punktach do sytuacji dzisiejszej naszego kraju. A czasem cofam się jeszcze do okresu III RP, a więc naszego państwa w okresie od uzyskania niepodległości (1918 r.) do jej utraty (1939 r.).

Wszystko się bowiem wiąże ze sobą. Wydarzenia z przeszłości mają swoje implikacje dziś.

Czy zatem Polacy, żyjący w czasach PRL, byli ze swojego bytu zadowoleni? Trudno powiedzieć. PRL istniało jako państwo przez prawie pół wieku: od 1944 r. do 1989 r. (formalnie, pod tą nazwą, od 1952 r.). I różne były w nim okresy, dla zwykłych ludzi – lepsze i gorsze.

Nie tylko Pawła denerwuje ta obecna narracja. Pisze:

„(…) moja mama pracowała w ZUS na polskim komputerze, moi wujkowie jeździli polskimi autami, kaset słuchało się z polskich magnetofonów, rysowałem polskimi kredkami, chodziłem w polskich butach, każdy powiat miał mleczarnie i ubojnie, więc wszystko było świeże i nie oszukane. Mieliśmy huty, cementownie, stocznie, fabryki aut, samolotów, elektroniki, przemysł włókienniczy, precyzyjny, meblarski – chyba każdy poza kosmicznym.”.

A moja znajoma, zapytana o jej ocenę PRL-u, dodała: „Wiem, były kolonie, studia za friko, szkoła wymagała i uczyła, nosiło się fartuszki, były pekaesy do najmniejszej dziury…”

Te poprzednie zdania wymagają paru wyjaśnień. Dla młodej generacji – gdyby przypadkiem to czytała.

Kolonie: tak się nazywały zorganizowane formy wakacyjnego, czyli letniego, wypoczynku dla dzieci i młodzieży szkolnej. Zimą młodzież jeździła na obozy (narciarskie, ogólnie sportowe, itp). Cała Polska pokryta była nie tylko siecią połączeń kolejowych PKP (Polskie Koleje Państwowe), Mieliśmy też sieć połączeń autobusowych – to te wspomniane „pekaesy” czyli autobusy państwowego przedsiębiorstwa PKS. To był skrót od nazwy: Państwowa Komunikacja Samochodowa.

Paweł, po tym krótkim wspomnieniu, że za tzw. „komuny” Polska się jednak rozwijała gospodarczo, kończy z goryczą: „A teraz jesteśmy kolonią!”

I chodzi mu tutaj nie o tę sympatyczną kolonię – nazwę wakacyjnej formy wypoczynku. To określenie naszego Państwa – tej III RP, która podobno, po tym słynnym roku 1989, miała się stać bytem samodzielnym i niezależnym, a tymczasem: jest kolonią dla korporacji mających swoje zwieńczenie na Wall Street w Nowym Yorku. Czyli w USA rządzącym Polską. Częściowo za pośrednictwem Unii Europejskiej.

Jesteśmy krajem bezwzględnie eksploatowanym przez międzynarodową finansjerę.

Ta obecna nasza zależność jest mniej więcej taka, jak kiedyś relacja podległości między Imperium Brytyjskim a jego ówczesnymi koloniami. Wtedy, bywało, że kolonia też miała swoje władze. Nawet wicekróla, jak XIX-wieczne Indie, czy Meksyk (zwany wtedy Nową Hiszpanią). De facto tak można by dziś określić funkcję prezydenta RP.

Mniej więcej taki status (kolonialny) mają obecnie nasze władze – wobec władz Unii Europejskiej, oraz wobec Prezydenta USA. Ale to Polakom najwidoczniej nie przeszkadza. Większość tego nie zauważa i wydaje się im, że wybierają rządzących. Podczas gdy wybierają aparat wykonawczy dla UE i USA.

W czasach XIX/XX-wiecznej świetności, gdy nad angielskim królestwem „nie zachodziło słońce”, bo obejmowało ono tereny na całym świecie, większość z krajów opanowanych przez Brytyjczyków miało status kolonii. Na olbrzymich połaciach Afryki i Azji, tworzono marionetkowe państwa kolonialne, a inne kraje, które nie zdążyły wcześniej (np. Włochy) ochoczo chciały dołączyć do mocarstw dysponujących koloniami. 

Nawet w Polsce międzywojennej, zadufani rządzący, w swoich śmiesznych snach o potędze, powołali w 1930 roku organizację pod nazwą Liga Morska i Kolonialna i szykowali się do ekspansji w kierunku Brazylii, Liberii, Mozambiku. O aspiracjach zwykłych Polaków może świadczyć to, że ta organizacja cieszyła się ogromną popularnością i w 1939 roku należało do niej milion osób, a najpoważniejszym planem była kolonizacja Madagaskaru. I świadczy to także o sile propagandy: to nasze słabe, przedwrześniowe Państwo, ten domek z kart, który się wtedy rozsypał, potrafiło wmówić milionom, że zdobędziemy świat. A na koniec, że „nie oddamy nawet guzika”. Dziś propaganda, zwana ładnie teraz – media, wmawia nam znowu, że coś na arenie międzynarodowej znaczymy.

Ale wróćmy z dalekich kolonii w nasze środkowoeuropejskie strony.

Przez cały okres po II. wojnie światowej mówiło się, że to my jesteśmy teraz kolonią – ale w ramach Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, czyli ZSRR. I wszyscy Polacy podobno wtedy marzyli o swobodzie i pełnej suwerenności dla Polski. I o wyprowadzeniu się „Ruskich” z baz wojskowych w Legnicy, Bornym Sulinowie i innych miejscach, gdzie w sposób eksterytorialny stacjonowała Armia ZSRR. Co też można między bajki włożyć, bo większości Polakom wcale to nie przeszkadzało. A być może nawet czuli się bezpieczniej. Pewnie nikt tego nie zbada, bo ci ludzie już odeszli. Ale można postawić pytanie, czy aby na pewno czuli się bezpiecznie nowi polscy mieszkańcy Ziem Zachodnich i Północnych, czyli Ziem Odzyskanych – jak wtedy, z nadużyciem prawdy historycznej, nazywano tereny, do których opuszczenia zmuszono Niemców. Po II. wojnie światowej nowe granice długo były niepewne i wcale nie wydawały się trwałe. Nadal można mieć co do tego obawy.

Nota bene: teraz nie zauważamy (również eksterytorialnych) baz amerykańskich, które tym razem z radością przyjęliśmy na polskie ziemie.

Zwykłym ludziom, to uzależnienie naszego kraju od tych państw większych, mocniejszych, nie przeszkadza. Zwykli ludzie nie żyją na co dzień ideałami demokracji, suwerenności. Chcą mieć dobra powszechnego użytku, pracę, w weekend grilla, a urlop z „all inclusive”.

Moja znajoma, choć młodsza ode mnie (ja: ur. 1958 r.), ale jednak z tej samej generacji, po tych wymienionych przez Pawła (i przez nią samą) pozytywach PRL-u, jednym tchem zadała jednak fundamentalne pytanie: „Dlaczego komuna padła?”. W domyśle: skoro było tak dobrze… 

I na to pytanie ja nie odpowiem. Niejedną książkę można by na ten temat napisać. Wplatać w odpowiedź wątki społeczne, polityczne, nawet religijne. Bardzo podkreślano przecież rolę jaką spełniło to „Kazanie na górze” Jana Pawła II, gdy w Warszawie w 1979 roku mówił przed wielotysięcznym tłumem wiernych Polaków: „Niech zstąpi Duch Twój. I odnowi oblicze ziemi.Tej ziemi!”

Z pewnością Polacy AD 1980 r. widzieli te wszystkie niesprawiedliwości, które doskonale się miały w PRL – wbrew głoszonym tam ideom wolności/równości/niepodległości.

Na co dzień mieli dość tych wszystkich uciążliwości, których socjalizm im nie szczędził: kolejki w sklepach, „zdobywanie” towarów, zamiast ich zwyczajnego kupowania. A z drugiej strony: skoro teraz jest tak dobrze, to skąd się biorą te internetowo przesyłane kompilacje zdjęć z okresu PRL z komentarzami, że wtedy właśnie nie było tak źle? 

Dobrze, zdrowo, wesoło było! Najczęściej porównuje się tam – w tych zestawieniach ukazujących jak było kiedyś – a jak jest teraz, ówczesne i dzisiejsze społeczeństwo. Czasy PRL jawią się jako okres prostej szczęśliwości – w przeciwieństwie do czasów dzisiejszych, w których nie mamy czasu dla siebie, w którym kontakty ograniczają się do telefonów, sms i na whatsappie. Dzieci dawniej bawiły się na podwórku, znały się nawzajem i potrafiły nawiązywać prawdziwe koleżeńskie, przyjacielskie relacje. Potrafiły ze sobą rozmawiać twarzą w twarz – a nie za pomocą smartfona. To dotyczy także dorosłych. Grało się w piłkę czy cokolwiek w realu – a nie na platformie do gier. Urlop to był prawdziwy wypoczynek, bardzo często wykorzystywany w całości. Spędzany u rodziny, pod namiotem albo i w zakładowym ośrodku wypoczynkowym, ale dający jednak odprężenie od pracy, stresu. Miesiąc lub prawie miesiąc prawdziwego odpoczynku. A nie tak jak dziś – rwany na kawałki, przedłużany sztucznie długimi weekendami pseudo-wypoczynek, w którym musimy błysnąć tygodniem np. na Majorce i zaraz wracać do roboty, bo na dłużej jej nie można zostawić. Bo wypadnie się z wyścigu szczurów.

Czy ta idealizacja życia w PRL-u to tylko tęsknota za młodością? Tym czasem szczęścia?

W Kowarach, na Dolnym Śląsku jest Muzeum Socjalizmu. Tak, albo podobnie się ono nazywa. Może „Muzeum PRL”? W budynku biurowca, który kiedyś był częścią Fabryki Dywanów (zlikwidowana). To jedno z wielu „miejsc pamięci PRL”. O ile wiem, jest (albo było – nie sprawdzam) takie muzeum również w krakowskiej Nowej Hucie. Gdzieś czytałem też o mini muzeum, które jest po prostu mieszkaniem w bloku, umeblowanym tak jak to moje roczniki (60+ pamiętają). A więc meblościanka w dużym pokoju, pralka „Frania” w łazience, telewizor czarno-biały, a jeśli kolor, to „Rubin” lub jakiś z ZSRR – wielkości skrzyni posagowej. Telewizor zresztą mógł być w tamtych czasach prezentem ślubnym lub właśnie „posagowym” dobytkiem! Dobro luksusowe i jakże trudno dostępne. Chciałem napisać „nieśmiertelna meblościanka”. Ale przecież to wszystko jednak wymarło. I tylko my pamiętamy – „Póki my żyjemy…”. A młodych Polaków wozi się do takich muzeów jak do Disneylandu – żeby sobie obejrzeli. Zwiedzanie można połączyć z objazdem powojennej dzielnicy mieszkaniowej, czyli bloków zbudowanych z tzw. „wielkiej płyty”. Turyści przewożeni są autobusem Jelcz (ten słynny „ogórek”) albo (mniejsze grupy) mini busem produkcji krajowej czyli popularną wtedy „Nyską” (Fabryka Samochodów w Nysie na Dolnym Śląsku – cześć jej pamięci!).

Czytałem o takich Muzeach kiedyś. Nie byłem w nich. Nie sprawdzam, czy tak tam jest, jak to opisują TV lub gazety. To nie jest reklama! To nie jest oferta w rozumieniu art. 66 Kodeksu cywilnego! I bez żadnej gwarancji. Te ostatnie zdania moich zastrzeżeń, przyznajcie, są już nader współczesne. Zauważyliście, jak dziś trzeba się wszędzie zabezpieczać? Cokolwiek sprzedając, albo robiąc, podpisując umowę – mamy najpierw trzy albo i więcej stron zapewnień, wykluczeń, wyjaśnień, podpisów, że „zapoznałem/am się”, że RODO, itd…

To była taka dygresja o nowych czasach, ale i ona wiąże się z tym, co chcę napisać o tych dawnych czasach PRL-u – dziś umieszczonych już w muzeach, odesłanych już dawno „do lamusa”. Kiedyś nie było tych problemów, np. tych z danymi osobowymi. I moje pokolenie to pamięta. Żyliśmy na co dzień jakby swobodniej. Mimo, że zamknięci w „socjalistycznym obozie”. A z drugiej strony… Nie do wiary dla młodych obecnie Polaków, ale wtedy paszporty i wizy do innego świata były tylko dla zaufanych i wybranych. Po powrocie z wyjazdu za granicę paszport się oddawało z powrotem do urzędu paszportowego. A Urząd czy też Służba Bezpieczeństwa (SB) sprawdzała, co tam też ten obywatel za granicą naprawdę robił.

Organizatorzy tego przedsięwzięcia w Kowarach, mają poszczególne pomieszczenia wypełnione rzeczami „z epoki”.

Ta epoka, to najczęściej tzw. „Późny Gierek” – bo wtedy doszło do prawdziwego rozpasania się socjalistycznej konsumpcji w Polsce. W sklepach było naprawdę dość dużo – w porównaniu do czasów Gomułki (1956-1969), gdy często nie było nic. Jego czasy określano jako „siermiężny socjalizm”. Młodszemu pokoleniu wyjaśniam: nazwiska, które tu padły, to ówcześni I. Sekretarze Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR). Czyli praktycznie niekoronowani jedynowładcy PRL-u.

W czasach Gierka (1970-1980) sklepy się wypełniły. Był sprzęt AGD, był elektryczny. Można było jechać na zagraniczne wczasy. Wprawdzie raczej tylko do KDL-ów (skrót od: Kraje Demokracji Ludowej), ale czyż np. Złote Piaski w Bułgarii nie były piękną miejscówką? 

Na polskie drogi wyjechały produkowane na włoskiej licencji duże i małe Fiaty (125p oraz 126p). Autobusy na licencji francuskiej firmy Berliet unowocześniły widok miejskich ulic w PRL. Zaczęliśmy jeździć prywatnymi samochodami jak reszta Europy. Tzn.: niektórzy zaczęli. Bo większość tych dóbr była jednak na „przedpłaty”, zapisy, także „po znajomości” oraz dla uprzywilejowanych. W szczególności dla członków PZPR.

I to zwykłych ludzi bolało: że nie mogą sobie kupić nowego samochodu, że mięsa najczęściej w sklepie nie ma, że o paszport, aby wyjechać do rodziny w USA trzeba „się prosić”. A nie braki w demokracji. Zaopatrzeni na Zachód, w którym to wszystko już było, porównując się z tamtymi społeczeństwami, trochę zapominali chyba Polacy w PRL-u, że startowali w wiek XX po I. wojnie światowej, po ponad stu latach zaborów. A po II. wojnie światowej wojnie przez pierwsze dwie, a może i trzy dekady musieli wciąż najpierw odbudowywać to, co nam zniszczono – zanim można było budować nowe.

Za mało było w sklepach mięsa. Albo było, ale drogie. I właśnie o te ceny mięsa (podwyżki tych cen) wybuchały strajki. O te braki w zaopatrzeniu. Potem przyjeżdżali do robotników różni inteligenci, dysydenci, kontestatorzy, różne Komitety Obrony Robotników (KOR), które z robotnikami niewiele miały wspólnego. I dopisywali do tych postulatów, prostych żądań, aby było więcej mięsa, żądania, aby było więcej demokracji. 

Braku demokracji w czasach PRL-u prosty lud nie zauważał.

Ludzie raczej koncentrowali się na dostępie do dóbr materialnych. Źli byli, że tzw. aparatczycy mieli to, o czym inni tylko marzyli. Teraz ludzie nie zauważają tego braku demokracji w III RP. Różnica bowiem między tym brakiem demokracji kiedyś a teraz jest taka jak w opakowaniach towarów kiedyś i teraz. Kiedyś albo opakowania w ogóle nie było (klient wrzucał kupioną rzecz po prostu do „siatki”, jak to się wtedy mówiło), albo było jakieś, ale było to coś zupełnie nieefektownego. Włącznie z kuriozum, którym było tzw. „opakowanie zastępcze” (czyli np. tylko szary papier). Teraz opakowanie jest kolorowe, często dużo większe od produktu; jest zarazem jego reklamą. Obiecuje więcej, niż tak naprawdę jest w środku. 

I tak samo jest z naszą „zachodnią” demokracją: jest pięknie opakowana. Wygląda prześlicznie – w przeciwieństwie do smutnych facjat tzw. „aparatczyków”, czyli władców PRL. Te uśmiechy współczesnych polityczek i polityków, modnie, efektownie ubranych, zadbanych, wszechobecne w czasie wyborów na przydrożnych bannerach obiecują nam pogodę, radość, uczciwość oraz dobrą, bezpieczną i zasobną przyszłość. Mamy demokratyczne wybory, mamy długie kampanie wyborcze, które są jakąś emanacją showbiznesu. Kandydaci prezentują nam wszystko. Tylko nie to, co istotne. Zachowują się jak celebryci. Tańczą, czasem śpiewają. Błyszczą ostrymi komentarzami na Twitterze (X). Najczęściej na tematy nieistotne. Prezentują nam swoje hobby i pozwalają się fotografować w gronie rodziny. Najlepiej wraz z dziećmi i domowymi zwierzakami. To zawsze daje ciepły wizerunek.

Prawdziwe ich poglądy wyjdą na jaw dopiero, gdy politycy zostaną już wybrani i zasiądą na stołkach, o które się ubiegają. Podczas kampanii wyborczych, dziennikarze, którzy ponoć w naszym imieniu zadają im pytania, nie pytają o takie głupstwa, jak np.:

  • Czy chcesz nadal wszystko oddawać Ukrainie, nic nie uzyskując dla Polski? 
  • Czy chcesz namawiać do eskalacji wojny poprzez dalsze dostawy broni, prądu elektrycznego i ogólnie wspierając całościowo finansowo Ukrainę, a potępiając totalnie agresora, czyli Rosję – nie pozostawiając w ten sposób najmniejszego pola do wszczęcia dialogu między tymi krajami? 
  • Czy (odwrotnie do tego, co od lutego 2024 propagują wszyscy nasi politycy) chcesz jednak namawiać obie strony konfliktu zbrojnego do rozmów pokojowych? 

Okazuje się, że są sprawy ważniejsze dla naszej demokracji. Ważniejsze, niż uchronienie kraju przed wojną!

Np. te słynne tematy dyżurne, takie jak: aborcja, imigracja, równouprawnienie płci, LGBT, uprzedzenia rasowe. Bardziej emocjonujące, bardziej widowiskowe.

I w ten sposób żyjemy tak w III RP bez ładu i składu. Od 35 lat. Po wstąpieniu do NATO a potem do Unii Europejskiej zabrakło Polsce jakiegokolwiek namysłu, co dalej z tą wolnością. Z tą niby wolnością. Nie ma dyskusji. A teraz jest dyktat. Czyj? No właśnie? Ostatnie porozumienie z Ukrainą, podpisane przez Premiera Tuska, każe się nad tym zastanawiać. Ale czy nie jest już za późno? Czy nie pozostaje nam już tylko nadzieja wyrażona w słowach naszego hymnu państwowego, że „Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy”?

Od 35 lat jest tak, że rządzą wciąż i wciąż te same elity, które wjechały na barkach robotników do Sejmu, do Prezydenckiego Pałacu i do innych pałaców i pałacyków, które Państwo przez te lata im albo pooddawało (bo niesłusznie zabrane były przez PRL), albo za bezcen sprzedało. Powtarzają swoją martyrologię – jak to walczyli z komuną, często np. na stypendiach na Zachodzie. Są z nami w kampaniach wyborczych. A potem już nie są tak blisko. Często pozdrawiają nas ze swoich domów np. z Toskanii, o których dowiadujemy się (że je tam mają), gdy nie można się z nimi skontaktować w Polsce. 

Ale my tych polityków – bez kompetencji, honoru, odpowiedniej hierarchii wartości – wybieramy nadal i wciąż. Albo tak nam się wydaje, że wybieramy – po prostu realizujemy to, co media mainstreamu wdrukowały nam otwartym tekstem lub podprogowo (każdy sposób jest dobry).

I mamy nową klasę właścicieli RP. I to chyba jest jedyna prawda o polityce.

Ta teoria krążenia elit włoskiego socjologa i ekonomisty Vilfreda Pareto. Bardziej znany ze słynnej zasady 20/80 – mówiącej, że 20% nakładów generuje 80% zysków. Ale i o życiu politycznym społeczeństw powiedział ważną rzecz: stare elity się kończą, bo tracą energię, wypalają się. I wtedy przychodzą z impetem nowe. Ot i wszystko. Od siebie dodam, że cały ten podział na prawicę, lewicę, centrum to tylko nieczytelne, rozmazane i umowne pojęcia. Wszystko sprowadza się do tego cyklu krążenia elit. Dziś mamy nowe elity.

Nie odpowiem na pytanie, dlaczego wielu ludziom z mojego pokolenia, wydaje się, że żyło się w tamtych czasach (jak to wielu teraz dodaje: „słusznie minionych”) lepiej. Piszę tu przy tym o mojej generacji, gdyż sądzę, że to raczej te starsze już osoby wrzucają w internet te filmowe i obrazkowe pochwały dawnych czasów. Może robią to ci uprzywilejowani wtedy? Ówczesna „klasa rządząca”? Jeszcze żyją ówcześni sekretarze partyjni, dyrektorzy, działacze, pracownicy socjalistycznego aparatu państwowego, którzy przez tamte dziesięciolecia byli uprzywilejowani. Dla nich były te talony na nowe samochody, przydziały mieszkań w „nowym budownictwie”. A i ordery i dyplomy (zawsze to miło być docenionym). Wraz z nimi „profitowali” członkowie ich rodzin, więc spora to była grupa. To mogą być przyczyny subiektywne. Na zasadzie: mnie wtedy było lepiej.

Ale są pewnie i przyczyny obiektywne. 

Co mamy dzisiaj wokół: nieustanny pośpiech, stres, medialny zgiełk. Może ten szum informacyjny tak nas męczy? Może pogoń za wciąż lepszymi sprzętami? Może nadążanie za sąsiadami, którzy już byli na Santorini? I w Toskanii. Co chwilę nowy model samochodu, nowa generacja smartfonów. Kawa zaparzana w kubku już nie smakuje. Trzeba kupić automat do kawy. Pogoń. Wyścig. I jeszcze ta wojna obok. Tego w tych latach PRL nie było. I może dlatego ludziom wcale tak źle nie było, jak się to teraz próbuje wmawiać następnym pokoleniom. 

Podobno dziś nasi rządzący opierają się na klasie średniej. A klasa średnia uwierzyła, że to ona wybiera. Że to ona jest „We the People”. I że teraz ma lepiej. Lepiej niż za PRL. Robotnicy, albo inaczej – pracownicy niższego szczebla – też uwierzyli, że mają lepiej niż „za komuny”. Szczególnie w tej chwili, gdy przez kilka ostatnich lat bezrobocie przestało być w Polsce problemem. Może nie ma jakiś fajnych miejsc pracy, ale jak już nic innego nie ma, to w najbliższej „Biedronce” wciąż są ogłoszenia, że przyjmą pracownika na kasę. Taka ciekawostka przy okazji. Zabawne dla mnie jest powiedzonko ludzi z mojej generacji, tych prostych kiedyś robotników. Oni, wspominając swoją drogę zawodową, mówią często, że jak skończyli pracę w przedsiębiorstwie państwowym X to „przyjmowali się do pracy” gdzie indziej. Wtedy niemal wszystkie zakłady pracy były państwowe. Miejsc pracy w socjalizmie nie brakowało. Cytuję ten ich zwrot: „Przyjąłem się do pracy w zakładzie Y”. Przyjąłem się! Nie: przyjęto mnie do pracy. Tylko: ja sam siebie przyjąłem do pracy! 

To był ten komfort ówczesnych czasów. Nie było bezrobocia. Każdy niemal natychmiast znajdował następne zatrudnienie.

Tylko, że jak się to wtedy mówiło, nie całkiem żartem: „Wynagrodzenia były takie, że za mało dawali, aby żyć – a za dużo, żeby umrzeć”.

Wyjazdy za granicę były, ale nie takie jak ta fala wyjazdów z III RP, np. na początku naszych lat dwutysięcznych. Wymuszona kryzysem w Polsce i po prostu katastrofalnym bezrobociem, szczególnie wśród młodych ludzi. Wtedy „narodzili się” ci polscy „Londyńczycy”, ta nasza nowa emigracja w Irlandii, itp. 

Natomiast za „socjalizmu” wyjazdy miały raczej inny charakter. Też zarobkowy, ale chodziło o to, aby wyjechać na Zachód, popracować rok, dwa, trzy, czasem dłużej i wrócić. A za zarobione dobre niemieckie DM lub amerykańskie USD kupić wreszcie wymarzony samochód, albo „wybudować się”. Tu, w Polsce.

Dziś marzenia są podobne. Dom, mieszkanie… Samochód stał się oczywistością. Ale taki klasy premium, już niekoniecznie. Zatem? Kredyt! Współcześni 30-40 latkowie nie znają innego życia – tylko to, w którym dorastali. I nie ma dla nich innego świata, jak „życie w kredycie”. Wszystko na kredyt: mieszkanie, dom, samochód. Raty na 10 lat, na 20 lat, na 30 lat. Praktycznie dożywocie. Współczesna forma niewolnictwa. I ten żarcik współczesny: nic tak nie łączy małżonków, jak wspólny kredyt. Już pomału przebija się do powszechnej świadomości, że rozwieść się można, ale dla banku nadal oboje, już rozwiedzeni małżonkowie, pozostają solidarnymi dłużnikami udzielonego im kredytu. I sąd nie podzieli małżeńskiego kredytu na pół – bo sąd dzieli tylko aktywa majątku dorobkowego. A kredyt to pasywa.

W tych czasach PRL-u wszystko było jakby prostsze. Mało kto brał kredyt, a jeśli już, to może na meble lub tego typu sprawy. Były, coś pamiętam, takie drobne kredyty MM (dla młodych małżeństw). Nie brałem. Ale wtedy można było żyć bez kredytów. Dziś też, ale dużo, dużo trudniej. 

Może jest też jakimś tropem przy poszukiwaniu odpowiedzi, wyjaśniającym ten względny spokój ówczesnych lat i mniejszy kiedyś stres, trafne spostrzeżenie pomysłodawcy i organizatora Muzeum PRL w Kowarach pana Olszewskiego, który oprowadzając po nim w programie TVP! „Zakochaj się w Polsce”, powiedział: „wszyscy mieliśmy to samo”.

Bo tak było. Wszyscy mieliśmy to samo.

Uboga oferta towarów konsumpcyjnych powodowała, że podobno zdarzało się, że ludzie wchodzili nie do swoich mieszkań. Wszyscy mieliśmy to samo: te same meble, te meblościanki, telewizory takie same. Mieszkania wyglądały podobnie. Można się było pomylić. Opowiadano jakieś anegdoty o mężu, który po pracy został z kolegami i wracał trochę później do mieszkania w bloku. W stanie „wskazującym na spożycie” pomylił piętra, wszedł do mieszkania sąsiada z góry, czy z dołu i próbował tam wejść do łóżka – do żony sąsiada…

Samochody osobowe też były w niewielkim wyborze. Jeszcze dziś mogę wymienić te zaledwie kilka marek, jakie były w PRL do kupienia jako nowe. Oczywiście kupić je mogli tylko wybrańcy, których władza ludowa chciała nagrodzić przydziałem. O Polskich Fiatach już było, ale dodać trzeba jeszcze Warszawę, Syrenę i Poloneza! A poza krajowymi produktami, były jeszcze: radziecki Moskwicz (Wołgi były tylko dla urzędów), a potem Łada i Zaporożec, czeska Skoda, NRD-owski Wartburg i Trabant. U naszych zachodnich, wtedy jeszcze też socjalistycznych sąsiadów kursował taki dowcip: Dlaczego ten model Trabanta ma oznaczenie 601? Chodziło o już nowocześniejszy model, następcę Trabanta 600). Odpowiedź brzmiała: 601, bo 600 obywateli składa podanie o przydział, a jeden tylko może go kupić. 

A Polacy marzyli o „zachodnich samochodach”. Nawet zwykły VW Golf jawił się jak rydwan bogów. Nie mówiąc o Mercedesie, który był jak kareta z baśni, którą mama nam czytała w dzieciństwie. 

Z tym „wszyscy mieliśmy to samo” jeszcze jedno przychodzi mi na myśl. Być może wtedy ludzie czuli się lepiej, bo było coś w rodzaju równości. A czyż nie jest to jeden z postulatów nowej cywilizacji? Przecież Rewolucja Francuska to trzy słowa na sztandarach: wolność, równość, braterstwo (fr. liberté, égalité, fraternité). Zatem za komuny to „égalité” było naprawdę na wysokim poziomie. Nierówności społeczne komuna dość skutecznie usuwała. Najpierw zabierając bogatym majątki (nawet kułakom na wsi), potem płacąc wszystkim mniej więcej tak, jak już wyżej napisałem. I może to było takie w tym socjalizmie fajne? W przeciwieństwie do obecnych czasów, gdy nierówności majątkowe są takie właśnie jak między tzw. oligarchą a klientem pomocy społecznej. Każdy już w Polsce jak chce, to ma, jakiś tam używany lub nawet nowy (w kredycie, w kredycie…) samochód. Ale ciśnie się ta nieznośna myśl, że są w Polsce tacy, którzy do tej swojej posiadłości w Szwajcarii latają sobie własnym jetem! 

Dobrze się czuliśmy chyba za komuny, wiedząc, że sąsiad w sumie dużo więcej od nas nie ma. A jeśli nawet, to potem (w tych latach 70-tych ubiegłego wieku) już można było pojechać na rok, dwa czy trzy na Zachód, tam popracować i… I też mieć. Ale o tym już było, więc to trochę tak da capo al fine.

A Muzeum w Kowarach nie przypadkowo nazywa się Muzeum Sentymentów. Dopiero teraz sprawdziłem to sobie. I to jest dobra nazwa! Akurat na koniec tych moich wspomnień.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry