Czterej pancerni i śmierć

Na moim blogu, który aktualnie czytasz, anty-bohater.pl, mam coś w rodzaju podtytułu, taką zapowiedź: „Tutaj jest antywojennie”. I najczęściej w artykułach, które napisałem i które tutaj umieszczam, wybrzmiewa ta antywojenna nuta. Czasem mocniej, czasem słabiej. Piszę jako pacyfista, więc nawet, gdy te artykuły dotyczą szerzej rozumianych spraw społecznych, jak np. ten opisujący kondycję polskiej służby zdrowia (pod tytułem: „Wszyscy zdrowi?”), to zawieram tam mój żal, że zamiast zapewnić Polakom godziwe warunki leczenia i ochrony zdrowia, zwiększa się wydatki budżetowe na zbrojenia.

Tym razem jednak antywojennie będzie wprost. Brutalnie. Jak cios w nos.

Choć, co do zasady jestem przeciwko przemocy. Fizycznej, psychicznej, każdej. Ale może inaczej nie można? Jeśli się czegoś nie sformułuje drastycznie, to nie dociera? Może tylko „terapia szokowa’?

„Koszmar po bitwie” – ten internetowy materiał będzie dziś treścią, na której opieram moje pisanie. Pod tym tytułem można znaleźć na YouTube film, trwający niecałe 25 minut. Na „zachętę” jest jeszcze tam podtytuł: „Jak naprawdę wyglądało sprzątanie czołgów ze zwłok zabitych”. Rozszerza to autor, pisząc dalej: „Kto musiał oczyszczać pojazdy ze zwłok poległych? Dzisiaj przyjrzymy się kulisom bardzo trudnej pracy na tyłach jednostek pancernych w czasie II wojny światowej. Pracy, która dla większości pancerniaków była tematem tabu”. 

Niech będzie ten film ostrzeżeniem. 

Portal prowadzi pan Grzegorz Bobrek i zbiera zasłużone słowa uznania od oglądających. Także moim zdaniem jest ten film dobrze zrobiony i potrzebny. Ma 595 tysięcy wyświetleń. 22 tys. polubień. Stan na dzień 26 kwietnia 2025 r. – czyli licząc od 12 kwietnia 2025 r., gdy został opublikowany.

I ma już tysiąc komentarzy! A od wielu oglądających, jeszcze dodatkowo – ma odpowiedzi, odnoszące się do poszczególnych komentarzy. Czasem po kilka, a bywa ich nawet i 30… Czyli został ten film zauważony. Więcej: wzbudził ten film dyskusje! I bardzo dobrze!

Wzbudził przede wszystkim emocje. A to emocjami przeważnie się, my ludzie, kierujemy.

Chciałoby się stwierdzić, że kierujemy się przede wszystkim rozumem, ale… Czy, aby na pewno? Gdyby tak było, że kierujemy się rozumem, to czy wybuchałyby wojny? Przecież cała historia, przynajmniej ta ostatnia, XX. wieku, z najstraszniejszymi i największymi wojnami w historii ludzkości, pierwszą i drugą wojną światową, pokazuje, że te wszystkie wojny nie mają sensu. Po kilku latach wszystko wraca do punktu wyjścia. 

Ale my kierujemy się emocjami. Wojenną propagandą. Najlepszym przykładem niech będą te hasła, z jakimi władcy II Rzeczpospolitej, sanacyjni politycy, ukrywając kompletne nieprzygotowanie kraju do wojny, oddziaływali na ówczesne społeczeństwo: „Nie oddamy nawet guzika”, „My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor”. A potem pierwsi uciekli we wrześniu 1939 roku przez Zaleszczyki. Zdaje się, że w ten sposób praktycznie zweryfikowali to twierdzenie min. J. Becka. Tak, najważniejszą rzeczą w życiu ludzi jest Życie! A nie honor…

Te słowa o honorze wypowiedział w sejmie ówczesny Minister Spraw Zagranicznych Józef Beck. Przemówienie ministra wywołało w sejmie burzę oklasków, a obywateli ogarnął entuzjazm. 

Tak, kierujemy się emocjami – nie rozumem. 

Dzisiejsi nasi politycy wygadują jeszcze większe brednie. W tej chwili o wojnie rosyjsko-ukraińskiej. Też przyjmowane entuzjastycznie przez dużą część społeczeństwa. O zagrożeniu ze strony Rosji, o „ruskich onucach”, o „wdeptaniu Putina w ziemię” i steki, stosy innych jeszcze, łagodnie mówiąc, nonsensów. Wkradło się tu słowo: „stos”. Znów chcą władcy naszego Państwa, abyśmy tak chętnie, jak ta wspaniała młodzież drugiej Rzeczpospolitej, wychowana w duchu ultrapatriotyzmu, maszerując w mundurach i śpiewając legionowe pieśni, „rzucili na stos – nasz życia los”.

Gdy tak się wychowuje społeczeństwa – karmiąc je nieprawdziwymi treściami, lecz emocjami – to potem mamy wojnę. 

A wojna to krwawe zmagania. I po kilku latach, strony każdej wojny mają jej już dość. Zaczyna się wtedy mówić o rozmowach pokojowych. Tak jak i teraz, gdy Ukraina wyczerpana wojną, jest już rozbita i jedyne, co może ją uratować, to”wpuszczenie” do tej wojny nas. Gdyby, nie daj Boże tak się stało, to termin zakończenia wojny się przesunie. Ale koniec będzie podobny. Zawsze smutny. Mało powiedziane: tragiczny. Nas już może nie być.

A co z tymi granicami? Czasem trochę się przesuną. Czy to tak ważne? Te granice nie są jakąś świętością – a tak nam się wmawia. Zmieniały się przez stulecia i będą prawdopodobnie się zmieniały w przyszłości. Dla tych granic na mapie giną w tym wojennym czasie miliony ludzi, często w męczarniach. Potrzebna ta cała wojna? Bez niej też, poprzez referenda, poprzez ustalenia mądrej dyplomacji, biorącej pod uwagę dobro ludności, można te granice, pokojowo zmienić. Prawo międzynarodowe powinno wypracować, powszechnie przyjęte i uznawane tryby ich zmiany – oparte na racjonalnych i obiektywnych przesłankach. A takimi, moim zdaniem, są relacje narodowościowe na danym terenie, a także prawo do mówienia ojczystym językiem. 

Ten problem właśnie był jednym z zarzewi konfliktu na Ukrainie: wymuszanie, przez tamtejsze ultranacjonalistyczne władze, na ludności rosyjskojęzycznej mówienia po ukraińsku. 

Zresztą wiemy, nie o granice tylko chodzi. A czasem w ogóle nie o granice państw chodzi, tylko np. o zyski z produkcji zbrojeniowej. Albo o odcięcie dróg handlowych, tak, aby po zawyżonych cenach można było sprzedawać np. surowce energetyczne. Tak się teraz właśnie dzieje. Po zamknięciu rurociągów z Rosji, ropę i gaz mamy kupować na Zachodzie. Za zupełnie inne pieniądze.

Czy jedynym sposobem na załatwienie takich spraw jest tylko wojna? Mamy niszczyć egzystencję, niszczyć swoje i innych, jedyne nasze życie? Po zakończeniu wojny całe kraje i krainy leżą w gruzach. Znów dwa-trzy pokolenia będą musiały to wszystko odbudowywać. I dwa-trzy pokolenia będą żyły z traumą, jaką ten czas wojny wywołał. Ludzie po przeżytej wojnie, szczególnie na froncie, nie będą całkiem normalni. Wielu będzie się budzić w nocy. Z krzykiem. Albo co najmniej ze strachem. Wielu będzie rano zakładać protezy. Albo czekać na opiekuna, który pomoże im wyjechać wózkiem inwalidzkim z domu.

Ale na razie jedziemy czołgiem.

Skoro o tytułach oraz o kierowaniu się emocjami była mowa, to nieprzypadkowo odwołałem się do tytułu najbardziej znanego polskiego serialu o drugiej wojnie światowej: „Czterej pancerni i pies”. 

Ten film to przykład wzbudzenia w nas, ludziach, pozytywnych emocji: wojna została w nim ukazana jako sprawiedliwa walka, gdzie Dobro (Polacy i Rosjanie napadnięci przez Niemców) wygrywa ze Złem (hitlerowskie Niemcy). Przegrywają Niemcy, wciąż, wszystkie bitwy, aż do końca, gdy dzielni czterej pancerni docierają do Berlina. Nawet to, choć ogólnie prawdziwe, bo zwycięstwo należało do koalicji antyhitlerowskiej, nie jest całą prawdą. Jak zwykle, gdy historię wojny pisze jedna strona. Wielokrotnie bowiem straty zadawane przez niemieckiego przeciwnika stawiały pod znakiem zapytania kwestię, kto wygrał dane starcie.

Można przeczytać, jakie straty ponosiła na swoim szlaku bojowym 1. Brygada Pancerna, do której należeli w filmie „Czterej pancerni” nasi czterej bohaterowie. Cytuję: „W bitwie pod Studziankami utraciła 18 maszyn. Po ciężkich walkach o przełamanie Wału Pomorskiego zdolnych do działania było zaledwie 10 czołgów. W walkach o Gdańsk i Oksywie zniszczone zostały 64 czołgi, a uszkodzone 54”.

W tym filmie tyle rzeczy się nie zgadza z rzeczywistością, że nawet dość obszerny, odrębny artykuł, poświęcony tej kwestii (pt. Prawda i fałsz w serialu „Czterej pancerni i pies”, autor Paweł Stachnik, portal/serwis „Hrabia Tytus” – z niego przytaczam cytat o liczbach zniszczonych czołgów) jest tylko skrótowym i popularnonaukowym przedstawieniem realiów oraz filmowej fikcji. Z tego artykułu, opisującego film i jego powstanie, podam tu jeszcze jedno zdanie, dla mnie najważniejsze, z punktu widzenia tego, co chcę tu napisać: „/../ ukazany w nim obraz wojny jest mocno uproszczony, naiwny, pozbawiony realizmu i sprowadzony do męskiej przygody”.

„Wesoła męska przygoda” – tak autor artykułu ironizuje. I słusznie.

Niestety, ten film ukształtował wyobraźnię milionów ludzi. Szczególnie tych z mojego pokolenia, gdyż wszyscy w czasach mojej młodości oglądali ten serial. Ale zabawa trwa: w zasadzie wciąż, stale, w którymś z licznych kanałów współczesnych telewizji polskojęzycznych można obejrzeć odcinki „Czterech pancernych i psa”. 

Właśnie: pies. Nadano mu imię Szarik i stał się takim samym bohaterem jak załoga czołgu: Janek Kos, Ślązak Gustlik, Olgierd (zastąpiony potem przez Czereśniaka) i Gruzin Grigorij. Bohaterem zbiorowej świadomości. Nic tak nie służy ociepleniu wizerunku, jak historia udomowionego zwierzaka. Wiedzą o tym politycy, robiąc sobie fotki ze swoimi czworonogami. Nawet Hitler ma wiele zdjęć ze swoją Blondi – suką podarowaną mu przez Martina Bormanna (swoja drogą: co za „rodowód” – naprawdę szkoda, że to się temu niewinnemu psu przytrafiło). 

W filmie o czterech pancernych także wykorzystano tę starą prawdę, że zakochujemy się w sympatycznych, mądrych, zwierzakach. I do czołgu, jako piątego członka załogi, wsadzono psa.

Twórcy filmu używali rosyjskiego czołgu, model T-34-85, którego załoga nominalnie była pięcioosobowa, więc tych tylko „Czterech pancernych” też było pewnym przekłamaniem.

Szarik dzielnie walczył wraz ze swoim panem – Jankiem i pozostałymi bohaterskimi czołgistami. A my patrzyliśmy na wojnę jak na wesołą męską przygodę. Dziś już chyba nie wypada dodawać słowa „męską”? Wciąż ukazują nam media jakieś śliczne żołnierki. Z Ukrainy, z Izraela, z USA… Mamy też nasze Polki, wspaniale prezentujące się w mundurach. Równouprawnienie wreszcie zrealizowane! A i ten film się do tego przyczynił. Choćby ta radiotelegrafistka Lidka, nie mówiąc już o Rosjance, sanitariuszce Marusi, w której podkochiwali się wtedy wszyscy chłopcy.

To kolejne ubarwienie wojny: piękne dziewczyny, kochające kobiety. Oczekujące na swoich bohaterów. Aż wrócą z bitewnego szlaku, w glorii i chwale do domu. Taka bajka jest w większości filmów o wojnie. Prawda jest inna: nawet z tzw. wojska, ze służby wojskowej w czasach pokoju, niekiedy nie było do kogo wracać. Bo w tym czasie, gdy ty uczyłeś się żołnierskiego rzemiosla „ku chwale Ojczyzny”, dziewczyna już sobie znalazła innego. Ku przyjemności ich obojga.

Obejrzyjmy sobie ten inny film, gdzie kolorów i uśmiechów nie ma! Ten film z YouTuba pt. „Koszmar po bitwie”.

Sam twórca filmu tak o nim pisze, w pierwszym komentarzu:

„To zdecydowanie jeden z najtrudniejszych filmów, które do tej pory zrealizowałem na kanale. Zarówno pod względem dotarcia do materiałów jak i samej upiornej tematyki.”

A komentarz, niejakiego @krzysztofd5064 brzmi tak: 

„Mój dziadek służył w czasie II wojny światowej w dywizji pancernej. Ponad 30 lat po wojnie mój tato zapytał go: ojciec, powiedz w końcu jak było na froncie? Odpowiadał niezmiennie: „jeszcze nie teraz synu, jest jeszcze za wcześnie”. Zmarł w 1986 roku i nigdy nie opowiedział, co tam przeżył”.

I mamy odpowiedź: właśnie dlatego, że odpowiedzi nie było. Ten uczestnik wojny, też „pancerniak”, do końca życia nie chciał opowiadać tego, co zobaczył. Wspomniałem o tych 64 czołgach zniszczony w walkach o Gdańsk. Film „Koszmar po bitwie” opowiada tylko przykładowo o kilku takich trafionych czołgach, akurat z frontu zachodniego, opierając się na źródłach, którymi są wspomnienia żołnierzy amerykańskich i brytyjskich. Ale wystarczy jeden opis, by wojny mieć dość.

Ktoś inny pisze w komentarzach:

„Mój dziadek służący w 1 Dywizji pancernej nigdy nie opowiadał o takich szczegółach. Raz czy dwa wymknęło mu się, że widział zbyt wielu spalonych kolegów..” 

Spalonych? To mało! Rozerwanych na strzępy, porozrzucanych po całym wnętrzu czołgu, jako kawałki mięsa, kości, śluzu, krwi. Flaki i mózg… Taki był ten koszmar po bitwie. Ale czołgi musiano „posprzątać”. Szacunek dla ciał poległych towarzyszy broni, to jedno, a bezlitosna prawda była taka, że jeśli nie był to kompletny wrak, to czołg opłacało się naprawiać. Żadna ze stron wojny nie mogła sobie pozwolić na utratę sprzętu, który jeszcze mógł być przydatny w walce. Było więc zaplecze techniczne, różne jednostki pomocnicze. Albo naprawiali czołgi w warunkach polowych, albo odstawiali na tyły frontu, gdzie były naprawiane w fabrykach. I to ci żołnierze zasadniczo musieli wyciągać zwłoki i ich części z czołgów. Ale często nikt nie chciał wziąć na siebie tego zadania. To przekraczało wytrzymałość psychiczną przeciętnego człowieka. „Nie mówcie mi nic o bohaterskiej śmierci” – tak opowiadał o tym jeden z tych, co przeżywali te chwile, po wejściu do wnętrza czołgu rozwalonego przez pocisk przeciwpancerny, z rozkawałkowanymi ciałami załogi… Kto chce bardziej dokładnego opisu niech sobie włączy ten materiał na YouTube. Autor i tak, jak sądzę, przekazuje to w umiarkowany sposób, a mimo to niektórzy po obejrzeniu i wysłuchaniu piszą, np. tak: 

„To najstraszniejsze, co w życiu słyszałem”.

Jak w praktyce wyglądało wyciąganie zwłok i uprzątanie wnętrza czołgu? Ciekawostka, która uzasadnia mi obecność w wojsku osób duchownych – kapelanów. Poniekąd przynajmniej, bo ogólnie nie widzę sensu wysyłania księży do wojska – dla mnie to może mimowolna, ale jednak forma wspierania wojen przez kościoły. Otóż to oni, duchowni kompanijni, niejednokrotnie, dobrowolnie podejmowali się tego zadania. W zbożnym zamiarze, aby z szacunkiem pochować każdego człowieka. Tak przynajmniej było na froncie zachodnim u aliantów w czasie II. wojny światowej. Czasem kapelani robili to z pomocą ochotników, ale byli i tacy duchowni, którzy starali się zrobić to w pojedynkę, aby nie narażać na ten stres żołnierzy – bo po czymś takim żołnierze mogli już nie być w stanie dalej walczyć. Niszczyłoby to morale żołnierzy.

Ktoś z komentujących, świeżo po szkoleniu w polskiej armii, napisał, że także dziś ten temat nie jest uregulowany żadnymi przepisami. Nie dowiesz się, kto ma to robić. Temat tabu. Lepiej nie ruszać…

Zwłoki starano się wyciągać. Ale dla wielu pancerniaków grobem była huta, w której jego zniszczony czołg przetapiano na stal. Z której robiono nowy czołg.

Jeszcze kilka wspomnień z drugiej wojny światowej. Zanim Ci, co przeżyli wojnę na Ukrainie zaczną mówić o tym co dzieje się teraz z załogami czołgów. A dzieje się to samo i prawdopodobnie nawet częściej, bo drony okazały się świetną bronią przeciwczołgową. Tylko, że nikt o tym w mediach nie pisze. Nie wolno. To niszczyłoby morale społeczeństwa. Mamy wojnę i przygotowania do niej widzieć pozytywnie.

@raval87:

„Dziadek jeździł na Shermanach u gen. Maczka jako kierowca-mechanik. We Francji dostali od działa ppanc. w przedni pancerz po stronie strzelca. Dziadkowi odłamek kadłuba urwał prawą nogę zaraz nad kolanem. Reszta nie miała takiego szczęścia. Mówił, że bardziej zdeformowanych /rozpaćkanych ludzi nie widział nigdy wcześniej i nigdy później, a walczył od 39.”

Tak… Dziadek miał szczęście…

Ktoś z komentujących napisał, że „to świetna przestroga dla tych, którzy palą się do wojny”. Dodając: „Mam na myśli oczywiście zwykłych ludzi, bo ci wielcy będą siedzieć w schronach, albo za granicą. I nic im nie grozi”.

Gdzie będą siedzieć nasi członkowie rządu? Znowu w Londynie?

@Mina-m6i napisał:

„Mój dziadek był pancerniakiem w drugiej wojnie światowej, wciąż pamiętam jego blizny na ciele, gdy ich maszyna oberwała, stracił przytomność, a życie zawdzięczał dowódcy, który z jeszcze jednym załogantem wyciągnęli go z płonącej maszyny. Rzadko kiedy opowiadał o tym co widział i przeżył, czasem tylko uśmiechał się gdy oglądaliśmy czterech pancernych, lub gdy budowaliśmy w domu czołgi z pudeł kartonowych”.

Niektórym, dawnym chłopcom, chyba to zostało, bo dziś, już jako dorośli, budują nam tu w Polsce Państwo z kartonu.

A niejaki @janusz4605 tak skomentował film:

„Tak wygląda prawdziwa wojna, a nie ta z piosenek jak ta z 1939 roku „Jak to na wojence ładnie, kiedy ułan z konia spadnie” Dla żołnierza palącego się żywcem, żadnego w jego śmierci bohaterstwa nie ma. Jest ból, krzyk i tragedia dla żołnierza i również jego rodziny. No i ogromne pieniądze dla właścicieli firm zarabiających na wojnach.

Tyle na ten temat Janusz.

Ale kto uwierzy Januszom? I Grażynom.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry