Nowy Papież i stare przykazanie… Wyjaśnię od razu ten tytuł i o czym chcę napisać. Nowy papież – to jest jasne: następca papieża Franciszka, czyli papież Leon XIV.
A to stare przykazanie? O które przykazanie chodzi? Bo, jak niektórzy jeszcze wiedzą, jest ich aż dziesięć. Piszę „niektórzy jeszcze wiedzą”, gdyż Kościół Katolicki jest w odwrocie. I wraz z tym zjawiskiem, słabnącej roli Kościoła w życiu społeczeństw, tak zwana nauka Kościoła przestaje docierać do szerokich kręgów społecznych. Już chyba nie każdy potrafi z pamięci wymienić te 10 przykazań bożych.
Z pozycji pacyfisty, najważniejsze jest jedno przykazanie: nie zabijaj!
I o nim chcę co nieco napisać. Ale nie w kontekście przestępstwa zabójstwa, morderstwa – czynów indywidualnych, będących przestępstwami. Przy okazji: morderstwo jest kwalifikowanym typem zabójstwa, przy którym sprawca zazwyczaj swój czyn planuje i wykonuje z wyrachowaniem. Czyż tak się nie dzieje z wojnami? Planuje się… Moje uwagi dotyczyć będą właśnie zabijania się przez ludzi na wojnach. Oraz stanowiska Kościoła Katolickiego wobec tego problemu.
Dlatego rozpocznę od kilku uwag na temat tego, jak postrzegam sytuację w tym zakresie, w szczególności jak przejawia się i ku czemu prowadzi obecny wyraźny regres, jeśli chodzi o religijność Polaków.
W Kościele Katolickim wszyscy się zgadzają, że dla chrześcijan wojna jest złem. Ale, czy to powszechne „wyznanie wiary” – wiary w pokój – przekłada się w praktyce Kościoła i ludzi wierzących, na działania zmierzające do zaprzestania wojen? W zasadzie, od razu powiem: nijak się ma to przykazanie do praktyki, do życia naszego społeczeństwa, będącego formalnie, niemal jednolicie chrześcijańskim i katolickim. Nie widzę tego potępienia wojny w naszej codzienności.
Mija właśnie 80-ta rocznica zakończenia najstraszniejszej z wojen – II wojny światowej. Mija niezauważona. Za wyjątkiem Rosji, żaden kraj nie zorganizował rocznicowych uroczystości. Nie upamiętnił daty 8 maja 1945 r. (czy, jak to datują Rosjanie, 9 maja 1945 r.). Kościół polski tematem wojny się nie zajmuje. Ograniczył swoją refleksję na temat ochrony życia, swoje nauczanie i swoje nakazy, do jednego przypadku: do ochrony życia poczętego. Od lat, regularnie, staje się ten temat zarzewiem wojny między tradycjonalistami czy też tzw. prawicą, a tą częścią społeczeństwa, która uważa się sama za postępową, czy też demokratyczną i która odrzuca sztywne zakazy religijne. Wciąż jeszcze określa się tę liberalną grupę społeczną jako lewicę. Choć pojęcia „prawica” i „lewica” tak się już dziś zatarły, tak na siebie wzajemnie zachodzą, że przestały być zbiorami rozłącznymi. I dziś nikt już nie wie, co one właściwie znaczą. Każdy rozumie je po swojemu.
Faktem bezspornym natomiast jest to, że coraz mniej ludzi uczęszcza do kościołów. Rezultatem tego stanu będzie coraz mniejszy wpływ Kościoła na życie ludzi. Na wychowywanie obecnych i przyszłych generacji.
To, co kiedyś było widoczne w Niemczech, w Czechach, stało się teraz i w Polsce faktem. Kościoły pustoszeją.
Jeszcze nie całkiem, ale nazywam to sobie, na swój użytek, tak: „Kościół Starych Ludzi”. Gdyż jeśli rozejrzę się w czasie mszy świętej, tej niedzielnej, która gromadziła kiedyś całe rodziny, także te wielopokoleniowe, to młodych ludzi już prawie nie widzę. Siwe włosy, łysiny i ewentualnie nakrycia głowy starszych pań. Niekoniecznie są to te osławione „moherowe berety”. Raczej po prostu są to te osoby, z pokolenia 60+, których młodość i aktywność przypadła na czasy Jana Pawła II. Na ten renesans wiary u schyłku PRL-u i w początkach nowej ery, po roku 1989. Gdy Kościół, poza swoją rolą organizowania życia duchowego wiernych, był też wielką siłą polityczną w Polsce. Te osoby już do końca swoich dni będą do kościoła chodzić. Ale czasy świetności Kościoła w III RP minęły. Próby wykreowania „Pokolenia JPII” były tylko pobożnymi życzeniami. Tuż po śmierci Jana Pawła II, w 2005 r., pojawiły się próby takiego klasyfikowania młodych ludzi, dorastających w czasie jego pontyfikatu i mających nieść w życie jego ideały. Nie ma takiej generacji. Jest inna: religijnie obojętna. I raczej nie różniąca się od innych europejskich społeczeństw i panujących tam trendów. Przejawem odchodzenia od Kościoła jest rezygnacja z nauki religii przez młodzież. Następuje to, gdy tylko może ona zacząć podejmować już samodzielne decyzje. Jeszcze niedawno ironicznie określano, kiedyś powszechny, sakrament bierzmowania jako „Pożegnanie z Kościołem”, gdyż właśnie wtedy młodzi ludzie po raz ostatni zjawiali się w kościele. Przypadało to mniej więcej na ukończenie 18-tego roku życia i było przez młodych ludzi „zaliczane”. Choć czasem już w nastroju żartów z wiary, z kościoła. Jednak wiadomo było, że bez tego „papierka”, bez świadectwa bierzmowania, gdy się zechce później zawrzeć związek małżeński w Kościele – to ślubu nie będzie. A do niedawna jeszcze każda młoda panna marzyła, by stanąć w białej sukni na ślubnym kobiercu. Czas przeszły… Już tak wiele jest wokół związków partnerskich, które do życia razem, a także do posiadania i wychowywania dzieci, nie potrzebują ślubu, nie tylko kościelnego, ale nawet cywilnego, że sakrament małżeństwa, potocznie zwany ślubem kościelnym, zdaje się być aktualnym generacjom już niepotrzebny.
Zatem obecnie, to pożegnanie z Kościołem, przypada już nie na bierzmowanie, lecz chyba na czas Pierwszej Komunii Świętej.
To w Polsce jest tradycyjny czas prezentów i majowego spotkania rodzinnego. I w tym zakresie – obdarowywania prezentami – Pierwsza Komunia jeszcze istnieje. I ma się dobrze! Bo jakże zrezygnować z tych prezentów pierwszokomunijnych? To już, w obecnym zamożnym społeczeństwie polskim, nie jest jakiś zegareczek, złoty medalik na łańcuszku, czy książki – od wujków i cioć. Dziś, w niektórych rodzinach, poniżej laptopa czy smartfona, za kilka tysięcy złotych, się nie schodzi. Nie wypada! I mamy tu rym do quada! Bywa, że bez quada nie wypada…
Z dziesięcioma przykazaniami boskimi, w tym z przykazaniem „Nie zabijaj” stykały się całe pokolenia Polaków właśnie w kościele i na lekcjach religii. Może właśnie tam po raz pierwszy? Tak było w dawnych czasach, gdy większość społeczeństwa stanowił lud rolniczy. A w polskich realiach, jak niektórzy szacują, było to nawet ponad 90% ogólnej liczby mieszkańców kraju. Był to lud chłopski, pańszczyźniany, jeszcze w połowie XIX. wieku nieuczęszczający do szkół. I te widziane w kościołach tabliczki mojżeszowe z 10-cioma przykazaniami i kościelne kazania na ten temat były pierwszą refleksją nad tematem zabijania. Pozbawiania życia.
Z natury rzeczy lud rolniczy uśmierca wyhodowane przez siebie pogłowia zwierząt gospodarskich. Zwyczajny cykl gospodarowania na wsi. Śmierć zwierzęcia kiedyś nie była żadnym problemem. Dziś to się zmienia. Jest wielki ruch społeczny na rzecz na ochrony życia zwierząt. Ale to osobny temat.
W tym tekście skupić się chcę na śmierci ludzi. Przedwczesnej. Spowodowanej wojnami.
Z natury rzeczy wciąż trwa, przez stulecia, walka wszystkich przeciwko wszystkim. Już Stary Testament to historia wojen, podbojów, zadawania śmierci i tortur. W czasach Zbawiciela nieustanna wojna trwała na całym europejskim kontynencie. Od Galii po Azję Mniejszą. Galia to była starożytna kraina na terenie obecnej Francji. A nazwa ta odnosiła się również do rejonów dzisiejszej Hiszpanii i północnej Portugalii. Imperium Rzymu panowało także w dzisiejszym Izraelu i Palestynie. W Nowym Testamencie mamy opis tego rzymskiego panowania. – zbrojnego wymuszania Pax Romana w Galilei, Samarii i Judei. Starożytny Izrael pod panowaniem Rzymu przebywał w okresie od 63 roku p.n.e. do 395 roku n.e. Pokój gwarantowały stacjonujące tam rzymskie legiony, kohorty, centurie. Definicja Pax Romana [łac., ‘pokój rzymski’] brzmi:” pokój utrzymywany za pomocą siły zbrojnej”. Kolejne dwa tysiąclecia dopisały olbrzymią historię: wojen, powstań, bitew, pogromów. Rzezi po prostu. Historia podobno się powtarza i dziś, w tym regionie, trochę szerzej ujętym, obejmującym jeszcze Zatokę Perską, swój „Pax Americana” zaprowadziły USA. Zresztą nie tylko tam – na całym świecie, gdzie mają liczne swoje bazy wojskowe. Choćby i u nas, w Polsce. Co i raz się ten stan stabilny chwieje, ale jeszcze trwa ta amerykańska dominacja.
Dwa tysiące lat temu jednak, wraz z rozprzestrzenianiem się nauki Chrystusa, zaczyna się Chrześcijaństwo. I pomimo ciągłych wojen, głoszona jest promocja nowego, jakże wspaniałego ideału życia: miłuj bliźniego swego!
Wśród 10. Przykazań Bożych, „Nie zabijaj” jest na miejscu piątym. Czy to miejsce na liście przykazań coś znaczy? Przekłada się na jakąś hierarchię wartości, ważności? Nie mam pojęcia jak to naukowo, historycznie, oceniać. Nie jestem biblistą. Dla mnie jest to najważniejsze z wszystkich przykazań, gdyż jest jakby absolutnym minimum w stosunku do przykazania Miłości: a to właśnie przykazanie Kościół przedstawia nam jako centralne w nauce Chrystusa. Mamy miłować bliźniego swego. Jak siebie samego. Niesamowity wymóg! I mega geniusz Chrystusa, który coś takiego powiedział ludziom, w erze plemiennych wojen, w epoce panowania Rzymian nad antycznym światem. Staram się nadążać za językiem młodego pokolenia – stąd to „mega” w poprzednim zdaniu. A poważnie: w naszym XXI-szym teraz wieku po Chrystusie, wciąż mamy do czynienia ze zdobywaniem tego świata wojnami, a potem, gdy już coś zdobyte, wymuszaniem ciągłości panowania terrorem.
Większość dzieci recytuje 10 przykazań, które są wymogiem na lekcji religii i mają obowiązek nauczenia się ich na pamięć, tak samo jak wierszyk, którego należy się „wyuczyć” na lekcji języka polskiego. Raczej bezrefleksyjnie. Ale na lekcjach religii, podobnie, jak na lekcjach polskiego, próbuje się dzieciom, a potem młodzieży (w zakresie religii – o ile jeszcze na te lekcje uczęszczają) przedstawić interpretacje, konotacje związane z tym zakazem religijnym. A zarazem nakazem moralnym – by nie zabijać! Objaśnia się zarówno to przykazanie, jak treść wiersza i to, co autor chciał nam w danym wierszu przekazać. Choć nie wiem, co się tam mówi. Każdy katecheta może to zresztą przedstawiać po swojemu. Próbuję rozeznać, jak to przedstawia Kościół. Zorientować się w tym jako laik – mając do dyspozycji tylko wiedzę z mediów i z kościelnych kazań (jak ktoś woli nowszą nomenklaturę Kościoła: z homilii), których dość często słucham. W Kościele wciąż centralnym zdaniem jest: „Pokój niech będzie z wami” oraz, na zakończenie mszy świętej: „Idźcie w pokoju Chrystusa”.
Może szkoda zatem tych lekcji religii? Czy lekcji etyki – jak kto woli. Szkoda tych godzin lekcyjnych, gdy jest okazja, aby właśnie o tym religijnym i moralnym zakazie zabijania porozmawiać. O tym aspekcie naszego życia. I naszej śmierci. Wskutek zabijania. Na wojnie. Piszę „jest okazja”, ale ona, ta okazja, raczej była… Już jej nie ma, gdyż coraz mniej młodych ludzi chce na te lekcje chodzić.
„Piąte przykazanie, według nauki Kościoła, chroni przede wszystkim tych, którzy nie mogą się bronić. Zawiera nie tylko zakaz zabijania, ale również wezwanie do obrony praw wszystkich ludzi i do stworzenia bardziej humanitarnych warunków życia.”
Piękna interpretacja? Przytoczyłem ten cytat ze strony internetowej jakiejś parafii w Archidiecezji Poznańskiej, która to strona otwarła mi się, gdy kliknąłem na chybił trafił w hasło „10 przykazań”. Ktoś napisał tam też, że wykorzystano, przy tworzeniu tego omówienia przykazań Bożych, fragmenty z innych czasopism katolickich. Zakładam zatem, że tak się to interpretuje – nie tylko na lekcjach religii w tej parafii.
Czyli tak „na okrągło” przedstawia się to przykazanie „Nie zabijaj”. W Kościele jako takim. Uciekając od istoty problemu.
Pomyślałem bowiem od razu, że ta interpretacja odbiega niestety od tematu. A przecież w tych wspomnianych już Ewangeliach jest gdzieś też to słynne zdanie Chrystusa: „Niech mowa wasza będzie prosta. Niech TAK znaczy tak, a NIE znaczy nie”.
A tu nie mamy słowa komentarza, czym jest to zabijanie. Nie mamy wytłumaczenia istoty tego nakazu. Ani wskazówki, jak ma się zachować człowiek wierzący. W konkretnych sytuacjach. Na przykład, gdy wybuchnie wojna. Jest natomiast skierowanie naszych myśli na treści dotyczące obrony jakiś innych praw. Kieruje się naszą uwagę w inne strony, np. w stronę humanitarnych warunków życia. To dobrze! Ale najpierw trzeba kogoś utrzymać przy życiu! To, co jest najważniejsze w tym przykazaniu – ten zakaz zabijania – pozostaje właściwie bez słowa komentarza.
Co zatem z tym życiem ludzkim, proszę Kościoła? Co z zabijaniem na wojnie?
Chciałbym zapytać konkretnie: Co z życiem ludzkim i zabijaniem na wojnie, proszę księdza? Ale nie mam znajomych księży, którym mógłbym postawić to pytanie. Księża, w różnych parafiach, a bywam także w kościołach jeżdżąc po Polsce (wyjazdy rodzinne, wycieczkowe weekendy, urlopy) nie raz mówią w swoich kazaniach o ochronie życia. Ale tylko życia poczętego. To jest chyba ulubiony temat księży i całego Kościoła katolickiego w Polsce. Tak, wiem: to był też temat rozwijany przez naszego Papieża, Jana Pawła II. I do dziś wszyscy obrońcy życia powołują się na naukę JPII w tym zakresie.
W książce „Żyć każdym dniem, czyli jak znaleźć wielką radość w małych rzeczach” bardzo znany flamandzki pisarz katolicki Phil Bosmans w tekście pod datą 20 maja, pt. „Prawo do życia” także, w kontekście grzechu zabijania, pisze o aborcji: „Prawo do aborcji jest strasznym hasłem. Protestuje się przeciw wojnie i przemocy, legalizując przemoc w łonie matki. Cóż za obłuda!”.
Temat aborcji skutecznie odwraca naszą uwagę od zabijania na wojnie – a mnie ten akurat temat leży na sercu.
Książkę Phila Bosmansa polecam jednak każdemu. Mimo tego wpisu, także abstrahującego od najpoważniejszego problemu zabijania, jakim jest zabijanie poprzez wojnę, jest ta książka rzeczywiście promykiem słońca na każdy dzień. Warto ją czytać, przy porannej kawie. Czytać zawarte tam sentencje. Codziennie jedną – taka jest koncepcja tych rad życiowych. „Drobin dobra na każdy dzień” – jak to ładnie ujęto w mini-recenzji, na okładce tej książki. Czytając Bosmansa możemy stać się lepsi. Ale, z całą sympatią dla tego autora, stwierdzam z żalem, iż także i on wpisał się w narrację Kościoła Katolickiego, gdzie mówi się wiele o niedopuszczalności zabijania wskutek aborcji. Natomiast nic, lub prawie nic, nie mówi się o zabijaniu na wojnie. Wydaje się jednak, że w świecie zachodnim, gdzie już dużo wcześniej nastąpiła sekularyzacja i kwestie moralne i praktyczne aborcji nie są pierwszoplanowym tematem dyskusji dla tamtejszych społeczeństw, zagadnienie śmierci na wojnie jest bardziej istotne. I znajduje to odbicie w wypowiedziach takich papieży jak Jan Paweł II oraz Franciszek. A teraz, w pierwszych swoich wystąpieniach publicznych, porusza ten temat nowy papież Leon XIV. I zauważyć można dużą zmianę w interpretacji. Moim zdaniem jest to dobra zmiana – wreszcie dociera ona do źródeł chrześcijaństwa. Czyli do nauki proroka z Nazaretu.
W stanowisku Kościoła zagadnienie pokoju, od czasów papieża Jana XXIII, polegało na rozróżnieniu wojny słusznej i niesłusznej.
Obecnie wydaje się, że Kościół, przynajmniej w wypowiedziach kolejnych papieży, zmierza do tezy podważającej zasadność każdej wojny. Także tej „sprawiedliwej”. Na razie to stanowisko papieży dotyczące wojny jest wyrażane w sposób nieostry, nie zawsze konsekwentny. Ale z narracji Franciszka można było wywnioskować, że każda wojna, nawet tzw. sprawiedliwa, bez względu na towarzyszące jej uwarunkowania, jest moralnie i racjonalnie nie do zaakceptowania. Papież Franciszek zabierając głos w sprawie powszechnego pokoju, mówił, że ludzkość znajduje się w poważnym niebezpieczeństwie I mimo tego, że osiągnęła podziwu godną wiedzę, to może „doczekać się godziny, w której nie będzie już jej dane zaznać innego pokoju, jak tylko przerażającego pokoju śmierci”.
Jednak w obowiązującym nadal Katechizmie Kościoła Katolickiego, wydanym za czasów Jana Pawła II, tzw. wojna sprawiedliwa jest uprawniona moralnie. Wtedy, gdy spełnia określone warunki, m.in: inne środki zmierzające do położenia jej kresu okazały się nierealne lub nieskuteczne; gdy użycie broni nie może spowodować większego zła niż to, które należy zbrojnie usunąć. Warto tu zauważyć, na marginesie, mając na uwadze obecne środki niszczenia, że idąc takim tokiem myśli, każda wojna z „mocarstwem atomowym” grozi wyrządzeniem większego zła. Nie tylko stronom konfliktu, ale całemu światu.
Natomiast Franciszek, w swoim antywojennym przekazie, wykazywał jednak wiarę w możliwość zbudowania porządku światowego bez przemocy. A taką wiarę można określić jako pacyfizm humanistyczny – do zaakceptowania przez wszystkich: zarówno tych wierzących, jak i tych niewierzących w Boga.
Dla mnie, przekonanego pacyfisty, jest niepojęte, to, że gdy Kościół promocję ideałów pacyfistycznych próbuje połączyć z odwołaniem się do chrześcijańskich zasad moralnych, to zapada milczenie. Milczenie ze strony polskich katolików! Lub jeszcze gorzej: polscy katolicy za takie postawienie sprawy papieża krytykują. Choć podobno obowiązuje katolików dogmat o nieomylności papieży.
Polacy wystąpili przecież nawet przeciwko „własnemu” Papieżowi – wbrew jego apelom wysłano polskie siły zbrojne do Iraku.
Janowi Pawłowi II nie udało się przekonać światowych przywódców do rezygnacji z tej wojny. Znamienny jest fakt, że także w Polsce, gdzie wpływ Jana Pawła II wydawał się tak duży, jego stanowcza walka o pokój na Bliskim Wschodzie znalazła niewielki oddźwięk. Wśród jego pokojowych dążeń przypomnieć można pierwszą w historii papiestwa wizytę w Izraelu, liczne spotkania JPII z przywódcami Palestyny i innych krajów arabskich. Zdecydowana większość elit politycznych w Polsce poparła jednak amerykańskie dążenia do wojny w Iraku. Na udział w tej wojnie (eufemistycznie nazywanej wtedy misją stabilizacyjną) zgodziły się wszystkie główne siły polityczne ówczesnej III RP. Polskie wojsko wystawiło trzecią co do wielkości armię w koalicji, okupującej Irak przy poparciu wpływowych mediów, również katolickich. Nie mamy powodów do dumy, bo cóż przyniosło to nasze zaangażowanie w wojnę? Jakiś trwały pokój na Bliskim Wschodzie? Czy może chociaż jakieś korzyści dla Polski? Nic… I popełniliśmy ten sam błąd teraz, w czasie wojny na Ukrainie. Jeszcze tylko, na razie, nie zrobiła Polska najgorszego: jeszcze nie wysłała tam, przynajmniej oficjalnie, naszych żołnierzy. Nie wzięli sobie do serc Polacy wspaniałych słów, już teraz świętej pamięci papieża Franciszka, że w tej wojnie należy „wywiesić białą flagę” (czyli natychmiast przerwać działania wojenne) i przystąpić do dyplomatycznych rozmów, celem zakończenia konfliktu. Przypisano za te słowa Franciszkowi prorosyjskość i posypały się na niego w polskich mediach wręcz gromy! W 2024 roku, gdy to powiedział, obowiązywał w mainstreamie jeden tylko nurt narracji w sprawie Ukrainy: walka z Rosją aż do zwycięstwa. Cytując marszałka Sejmu, który pomylił swoją rolę z marszałkiem polnym, walczyć należy aż „do wdeptania Putina w ziemię”. A cóż, tak naprawdę, powiedział wtedy papież Franciszek? Cytuję za RMF FM 24 (źródło: https://www.rmf24.pl/raporty/raport-wojna-z-rosja/news-papiez-o-ukrainie-wywiesic-biala-flage-i-negocjowac,nId,7380068):
Papież Franciszek powiedział w wywiadzie, że Ukraina powinna wykazać się – jak to określił – odwagą i wynegocjować zakończenie wojny z Rosją. „Myślę, że silniejszy jest ten, kto widzi sytuację, kto myśli o ludziach, kto ma odwagę białej flagi i negocjować” – mówił papież. Jak dodał, „słowo negocjować, to odważne słowo”.
Papież Franciszek już nie żyje. Ale, czy nie miał racji? Tylko negocjacje mogą zakończyć tę wojnę, cierpienia żołnierzy i cywilnej ludności.
Nowy papież Leon XIV, podczas swojej pierwszej modlitwy Regina Coeli w Watykanie, stanowczo potępił wojnę i zaapelował o pokój na świecie. Właśnie przypadała 80. rocznica zakończenia II wojny światowej, więc te słowa nawiązywały do tej daty: 8 maja 1945 roku. Leon XIV powtórzył apel: „Nigdy więcej wojny”. A w pierwszych słowach skierowanych do dziesiątków tysięcy wiernych, zebranych na placu przed bazyliką św. Piotra w Rzymie, po jego wyborze przez Konklawe, powiedział po prostu: „Pokój niech będzie z wami wszystkimi”. I dalej: „(…) chciałbym, aby to pozdrowienie pokoju trafiło do naszych serc, by dotarło do waszych rodzin, do wszystkich osób, gdziekolwiek są, do wszystkich narodów, na całą Ziemię”. To dużo. A zarazem mało.
Kościół wciąż nie traktuje przykazania „Nie zabijaj” dosłownie – jako obowiązku każdego katolika. Nie „przekłada” tego przykazania na współczesność. Nie widzi chyba takiej możliwości?
W tych dniach ponownie oglądałem film „Przełęcz ocalonych” (ang. tytuł: Hacksaw Ridge) – amerykański dramat filmowy z 2016 roku, w reżyserii Mela Gibsona, przedstawiający historię życia amerykańskiego adwentysty i obdżektora Desmonda Dossa.
Przytaczam krótki opis za Wikipedią:
Po wybuchu II wojny światowej Desmond Doss, gorliwy adwentysta dnia siódmego z Lynchburga w Wirginii, wstąpił do wojska. W czasie szkolenia pozostał wierny swojemu postanowieniu, by nigdy nikogo nie zabijać i nie używać broni, za co spotykały go szykany ze strony kolegów i dowódców. Doss został wysłany, jako sanitariusz, wraz ze swoim oddziałem na Okinawę. W trakcie działań wojennych wykazał się niespotykanym hartem ducha i odwagą. Nie używając broni, uratował wielu współtowarzyszy od śmierci na polu bitwy.
Desmond Doss to postać autentyczna, zagrana świetnie przez aktora Andrew Garfield’a. „Gdy inni będą odbierać życie, ja będę je ratował.” – deklaruje bohater filmu. „Przełęcz ocalonych” pokazuje, że rezygnacja z przemocy nie przyszła mu wcale tak łatwo. Drzemiący w głębi jego, ludzkiej przecież, duszy agresor czasem budził się do życia. Przeczytałem sporo o tym filmie. Zawsze warto czytać recenzje – szczególnie po obejrzeniu filmu. Bywa bowiem, że autor recenzji zwraca naszą uwagę na inne szczegóły, które może nam umknęły. I mamy czyjąś ocenę filmu i tematu – która być może nie jest zgodna z naszym poglądem, ale warto ją poznać. Mnie w tym obrazie wojny najbardziej zainteresowało praktyczne zrealizowanie przykazania „Nie zabijaj”. Dla Desmonda wojna nie była usprawiedliwieniem. Nie spowodowała rezygnacji z przykazania „Nie zabijaj”. Ale on był Adwentystą Dnia Siódmego. Dla Kościoła Katolickiego wojna jest niestety usprawiedliwieniem, aby można było zabijać! Tylko musi to być „wojna sprawiedliwa”. Zabijać bliźniego swego… Którego przecież, według nienaruszalnej nauki Chrystusa, ma człowiek miłować jak siebie samego! Papież Franciszek nie zdecydował, czy Ukraina prowadzi wojnę sprawiedliwą. Chociaż chyba pewną wątpliwość wyrażał w swoich słowach, gdy na początku maja 2022 roku udzielił wywiadu włoskiemu dziennikowi „Corriere della Sera”, w którym między innymi ocenił, iż możliwe, że „szczekanie NATO pod drzwiami Rosji” skłoniło rosyjskiego przywódcę do takiej reakcji i wywołania konfliktu.
Czas na podsumowanie. Dla mnie jest ono smutne:
Wojna nadal jest dla Kościoła, i dla większości z nas, usprawiedliwieniem dla zabijania.
Taka refleksja towarzyszyła mi, gdy czytałem kolejne materiały dotyczące watykańskiego stanowiska w sprawach wojen, konfliktów. Tam używa się wielokrotnie słów: wojna, pokój. I oczywiście Kościół opowiada się za pokojem. Ale nie ma refleksji na temat jasnego w swej treści i bezkompromisowego przykazania „Nie zabijaj”. Kościół rzymskokatolicki nie mówi swoim wyznawcom, aby nie brali do ręki broni. Akceptuje to, że trzeba iść do wojska, że trzeba iść na wojnę („sprawiedliwą”). I gdy wojna wybucha, po dwóch stronach linii frontu, chrześcijańscy kapelani w wojskowych mundurach, dodają odwagi żołnierzom. I gdzie jest wtedy ten „Pokój niech będzie z wami!” nowego Papieża?

