Gdy piszę ten tekst, to mija nam właśnie 1. maja 2024 roku i kolejny dłuuuugi weekend. Kiedyś tego dnia obchodzono, bardzo uroczyście, Święto Pracy. W założeniu miało to być święto wszystkich ludzi pracujących. Jak to się wtedy mówiło: ludu pracującego miast i wsi. A dlaczego akurat 1. maja? Ta data upamiętnia strajk robotników w Chicago z 1886 roku – protest brutalnie stłumiony przez policję. Geneza święta jest przede wszystkim związana z walką o ośmiogodzinny dzień pracy.
Moja matka pamięta, jak mówiła do mnie w tym dniu: „jeszcze zdążyłbyś na pochód”. I tu już trzeba młodemu pokoleniu to słowo wyjaśnić: pochód to było takie, w założeniu radosne (tak to sobie wyobrażały ówczesne władze) przejście ulicami miasta, z flagami państwowymi i transparentami głoszącymi wierność ideałom socjalizmu i tejże władzy – wtedy tzw. ludowej.
W rzeczywistości większość uczestników takich pochodów (przynajmniej odkąd ja je pamiętam, tj. od ok. połowy lat 70-tych ubiegłego wieku) traktowała te 1-majowe pochody jako swego rodzaju przymus. Szef (dyrektor, naczelnik) niby już wtedy nie zmuszał, ale mówił „Jutro widzimy się na pochodzie”. A jak się tam kogoś nie widziało, to czasem np. nie było awansu. Albo przydział upragnionego lokalu w spółdzielni mieszkaniowej mógł się opóźnić. Uczeń, który nie przyszedł na pochód , w którym „szła” także jego szkoła, mógł też mieć kłopoty. Np. co najmniej gorszą ocenę z tzw. „sprawowania się”. Ja na jeden z takich gminnych pochodów przyszedłem sobie, jako ówczesny młody urzędnik w Urzędzie Miejskim – także zobligowany do uczestnictwa – wraz z moim psem, pięknym, także młodym, owczarkiem niemieckim. Spróbowałem potraktować właśnie ten dzień radośnie, jako barwne spotkanie z moimi znajomymi, czyli z (jeszcze wtedy) młodzieżą pracującą. I tak bardziej „na luzie”. Nawet jednak tylko za to (za tego psa w pochodzie pierwszomajowym) spotkała mnie reprymenda od lokalnego decydenta, mojego przełożonego, który stwierdził, że naruszyłem w ten sposób powagę i majestat tej lokalnej władzy.
Z ulgą, gdy skończył się system, gdy wraz z rokiem 1989 Polska i inne kraje socjalistycznej Europy Wschodniej zmieniły swoje ustroje na demokratyczne i kapitalistyczne, wszyscy Polacy pomału zapomnieli o tych pochodach. Nowe władze już ich nie organizowały. Po upadku PRL obchody praktycznie zanikły i tylko partie ultra-lewicowe próbują jeszcze organizować w to miejsce manifestacje. Niekiedy dochodzi wtedy do starć tych demonstrantów z członkami organizacji reprezentującymi skrajną prawicę.
Ale święto 1. maja pozostało. Chyba tylko po to, żeby nie drażnić ludzi, przywykłych przez kilkadziesiąt wcześniejszych lat, czyli za PRL-u, że tego dnia mają w zasadzie wolne (tylko, ewentualnie, trzeba było „zaliczyć” ten pochód!).
Nawet zrobiono ludziom jeszcze lepiej! W 1990 r. dodano obchodzone 3 maja polskie święto państwowe – jako Święto Konstytucji -upamiętniające przyjęcie w 1791 roku pierwszej w Europie i drugiej na świecie spisanej konstytucji, czyli tzw. ustawy zasadniczej, będącej zbiorem najważniejszych praw regulujących życie państwa i społeczeństwa.
Te dwa dni wolne od pracy w połączeniu z weekendem dają Polakom ulubiony czas relaksu zwany długim weekendem majowym. Wystarczy sobie wziąć np. trzy dni urlopu (tak jak w tym roku) i robi się z tych dni, wliczając w to dwa weekendy, razem 9-dniowy urlop!
Majówka!
Ulubiony czas grillowania na działkach, imprezowania, a teraz, gdy już wszyscy mają samochody i pieniądze, wyjazdów w Polskę. Albo i dalej.
Na temat Święta Konstytucji chyba cokolwiek Polacy wiedzą. W nowych czasach, czyli od 1990 roku, historia Konstytucji 3 maja jest propagowana w państwowych mediach. Sądzę także, że nie jest pomijana w podręcznikach szkolnych. Byłbym natomiast ciekawy, czy obecne młode pokolenie w ogóle kojarzy cokolwiek na temat tego Święta Pracy?
Trzeba przyznać, że PRL przyczynił się walnie do zignorowania tego święta – poprzez wspomniany wyżej przymus, poprzez sztuczność przy organizowaniu jego obchodów. I umknął nam wszystkim sens tego święta. A nie jest w interesie korporacji, które w istocie sprawują władzę w państwach bogatego Zachodu, aby ktokolwiek się nad tym sensem zaczął znowu zastanawiać. Wyklęto Marksa i Engelsa – teoretyków, którzy przeanalizowali ustrój kapitalistyczny. Przedstawiono ich jako wrogów społeczeństwa i zapomniano o 100-, a nawet może i 150 latach walki o prawa pracownicze. Zdeprecjonowano rolę związków zawodowych, wmanewrowując je w Polsce w bieżącą politykę. I jako podmioty politycznego sporu, biorące udział po stronie jakichś partii politycznych w kolejnych wyborach parlamentarnych, zatraciły związki zawodowe swoją rolę upominania się o prawa pracowników, w zakresie kontroli warunków zatrudniania. Ogólnie: rolę upominania się o tych, którzy są słabszą stroną w relacjach dotyczących zatrudnienia.
Zarówno związek zawodowy „Solidarność”, jak i druga organizacja pod nazwą Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych (OPZZ) zniknęły jakby Polakom z pola widzenia. Czasem przeciwko czemuś tam wprawdzie zaprotestują, czasem się w jakiejś sprawie wypowiedzą, ale ich znaczenie jest marginalne.
Czy komuś zależy jeszcze na tym Święcie Pracy?
Nikomu! Pracownikom zależy tylko na wolnym dniu, wkomponowanym w „majówkę”. Nasze Państwo, reprezentujące w istocie rzeczy, jak każde państwo w ustroju kapitalistycznym, tzw. kapitał, także nie jest zainteresowane w jakimkolwiek propagowaniu wiedzy o tym, jak powinny wyglądać relacje między zatrudniającymi i zatrudnianymi.
Nie można tego święta skreślić (bo Polacy nie pozwolą sobie odebrać wolnego dnia), ale można je zignorować. I tak się to właśnie robi – w ogóle się nie informuje, o co w tym święcie chodzi, skąd ten dzień, jaka historia się z nim wiąże. Państwowa telewizja (TVP1, TVP2, TVP Kultura) nic nie miały tego dnia do zaoferowania w tym zakresie. Programy telewizyjne w żaden sposób do tego święta nie nawiązywały.
I tak się szczęśliwie złożyło – dla tych, którzy o Święcie Pracy nie chcą nic powiedzieć – że akurat tego dnia przypadała 20. rocznica przystąpienia Polski do Unii Europejskiej (01.05.2004 roku). A może tak to zostało gdzieś, kiedyś, w ciszy gabinetów, zaplanowane? Taka moja teoria spiskowa: skraść datę temu Świętu Pracy. Zatem mieliśmy właśnie teraz okrągłą rocznicę przynależności do Unii i cały dzień „wisiała” na ekranach telewizorów, w programach TVP, ikonka przypominająca to wydarzenie. I to było dla naszego Państwa tego dnia najważniejsze! O tym się cały czas mówiło. O dobrodziejstwach bycia w Unii. Wdzięczny temat, choć od pewnego czasu też kontrowersyjny… Mediom – czyli korporacjom, bo to one są właścicielami świata – w tym także właścicielami tego wszystkiego, co określamy jako media: internetu, telewizji, radia, prasy., nie zależy na popularyzowaniu daty 1. maja jako Święta Pracy.
O pracy – jako takiej, albo o prawie pracy, które powinno tę pracę regulować – nie mówiono nic! A byłoby o czym mówić. Choćby trochę historii, ale tej prawdziwej, opowiedzieć. O tym, że dzisiejsze wolne dni od pracy, ta cała nasza „majówka”, to nie jest coś, co dobry kapitalizm dał nam z dobroci serca. Pięciodniowy i 40 godzinny tydzień pracy, to też nie był prezent. Ani emerytury. Wszystkiego tego nie było, gdy w 1886 roku ludzie wyszli w Chicago na ulicę by protestować przeciwko nieludzkim warunkom pracy. Nieznany dotąd rozwój przemysłu powodował, że przed pierwszą wojną światową istniało wielkie zapotrzebowanie na pracę najemną. W 1913 roku Henry Ford, twórca istniejącego do dziś amerykańskiego koncernu, uruchomił pierwszą taśmę do produkcji słynnego samochodu Ford Model T – pierwszego auta produkowanego na masową skalę. Zmienił tym samym system organizacji pracy. Ale robotników potrzeba było, mimo to (a może właśnie dlatego) wciąż więcej. Zapotrzebowanie na pracowników było zaspokajane wtedy przez rzesze biedoty rolnej, które wędrowały do miast (dzisiaj to zapotrzebowanie mają zaspokoić masowe migracje do Europy, do USA, z biednych krajów wschodu i południa).
Nie masz siły? Zachorowałeś? Jesteś już stary? Na twoje miejsce przyjdą inni.
Nie było wtedy, na przełomie XIX i XX wieku żadnych ubezpieczeń społecznych, chorobowych czy innych. Kapitalizm w czystej postaci tego nie potrzebował. Nie było płatnych urlopów, nie było emerytur. Pierwsze „renty starcze” wprowadził rząd Labour Party w Anglii dopiero w 1908 roku. Dopiero w latach 1917-1921 w krajach europejskich wprowadzano 48-godzinny tydzień pracy i 8-godzinny dzień pracy. Także urlopy wypoczynkowe – wcześniej pojęcie nieznane. Wcześniej, praca po 10-12 godzin na dobę – i to bez żadnego urlopu, a więc przez cały rok, „na okrągło”, była powszechną normą. A w jakich warunkach? Obejrzyjmy sobie jeszcze raz „Ziemię obiecaną” – klasykę literatury polskiej (książka Władysława Reymonta) wspaniale sfilmowaną przez reżysera Andrzeja Wajdę (była nominacja do Oskara!). Wspomnijmy tę morderczą pracę kobiet i dzieci w łódzkich fabrykach włókienniczych.
Jedną z metod, aby ukształtować sobie społeczeństwo, tak by było potulne i grzeczne, jest ta, aby pomijać milczeniem pewne sprawy. I ludzie wtedy zapomną. Skupmy się na „majówce”! Na grillu i piwku! Wszechobecna reklama „majówki” dała rezultaty. Oto tekst „podsłuchany” przy ladzie i kasie sklepu w trakcie trwania tego najdłuższego polskiego święta: Pan 60+ zamawia i płaci:
- skrzynka piwa (piwo bez słów, dalej zamówienie usłyszane),
- dwie półlitrówki,
- i jakieś lody dla dzieci…
Jak to pisał Czesław Miłosz: „Pośród żarcików anegdotek, szlachecki popijając miodek, chyli się Polska w ciężkie czasy pod jarzmem wódki i kiełbasy”. Przy piwku i tych półlitrówkach zapomnieli ludzie, że w tym Święcie Pracy, czyli w tym 1-szym maja 1886 roku, chodziło właśnie o 8-godzinny dzień pracy. O to, aby warunki pracy negocjować z pracownikami (była to rola powstających dopiero wtedy związków zawodowych i zawieranych przez te organizacje układów zbiorowych z pracodawcami). Teraz zapomną jeszcze, że całe pokolenia walczyły o to, aby mieć pewność, choćby minimalną, najbliższej ekonomicznej przyszłości dla siebie i swojej rodziny – w postaci umowy o pracę na czas nieokreślony. Już zapomnieli!
Pomału udaje się więc przywrócić w Europie, w szczególności w Polsce, stan sprzed wojny.
Ale nie tej obecnej, czyli rosyjsko-ukraińskiej, lecz stan sprzed tej pierwszej wojny światowej. Czyli jaki? Ano wygodny dla tych, którzy zatrudniają, którzy dają pracę. Nie dla tych, którzy chcą być zatrudnieni, którzy pracy poszukują. Którzy żyją z własnej pracy i są zatem pracownikami najemnymi. Tę kłopotliwą nazwę „pracownicy najemni” (no, taka nieładna…) również udało się mediom z opisu procesu pracy wyeliminować. Tak byśmy mieli dobre samopoczucie. Nie, nie jesteśmy najemnikami. Czasem tylko traci się to dobre samopoczucie – zmącone zwolnieniem z pracy. Indywidualnym lub grupowym.
Wraz ze wzrastającym uprzemysłowieniem, pod koniec XIX wieku i na początku XX wieku zaczęto zatrudniać ludzi coraz powszechniej na podstawie pisemnych umów o pracę. Wcześniej niczego takiego nie było. Powszechność umów o pracę nastała dopiero w Polsce powojennej (po drugiej wojnie światowej), szczególnie od czasu uchwalenia Kodeksu pracy w 1974 r. (wszedł w życie od 1 stycznia 1975 r.). W tamtych czasach nie słyszało się o „zleceniach” jako formie zatrudnienia. A zatem: wszyscy mieli także, w razie potrzeby, zasiłki chorobowe, co roku urlopy wypoczynkowe, a także różne świadczenia poboczne, związane z pracą, np. dopłaty do wczasów („wczasy pod gruszą”), nagrody jubileuszowe z tytułu wieloletniego zatrudnienia. Obecnie jednak – historia lubi się powtarzać – często znowu mamy takie sytuacje, że umów o pracę po prostu się nie zawiera! To nie jest żaden wyjątek: setki tysięcy ludzi pracuje w Polsce bez żadnych umów w ogóle.
Setki tysięcy Polaków nadal pracuje na tzw. śmieciówkach. Czyli na umowach zlecenia, czy też umowach o dzieło. Urlop wypoczynkowy? Zapomnij! Odpoczniesz sobie między jednym a drugim zleceniem – tylko, że wtedy nie masz spokoju, tylko nerwy: pieniądze się już kończą, a nowego zlecenia nie ma. I jak tu wtedy się relaksować? Brak jest chyba rzetelnych danych, ale wszyscy widzą to w swoim otoczeniu – w szczególności młodzi ludzie nie bardzo mogą liczyć na stałą pracę. A skoro nie, to bez żalu jadą za granicę, na Zachód, gdzie nawet jeśli pracuje się „na czarno”, to jednak wciąż za lepsze pieniądze niż tu, w Polsce. Przy czym, mówiąc o zleceniach itp. formach zatrudnienia, które są nadużyciem, mam na myśli te rodzaje pracy, gdzie tak naprawdę powinna być zawarta umowa o pracę. Nie lubię tego rozsianego obecnie w mowie Polaków jak chwast określenia „tak naprawdę”. Sugeruje, że do tej pory, to co mówiliśmy to fałsz, a teraz dopiero będzie prawda. Absurd językowy! Ale użyłem go wyżej dla podkreślenia tego, że umowa o pracę jest centralnym punktem w relacjach międzyludzkich. Klasyczne stosunki pracy, takie jak np. zatrudnienie kelnera, kucharza, sprzedawcy w sklepie, powinny się wiązać tylko i wyłącznie z umowami o pracę – tymi z Kodeksu pracy. Ale właściciel mniejszego lub większego biznesu nie da ci umowy o pracę, bo mu się to nie kalkuluje. A przede wszystkim miałbyś, jako pracownik, za dużo praw! Tych z Kodeksu pracy. Ciężej byłoby cię zwolnić. Oczywiście umowy zlecenia mogą mieć zastosowanie do zatrudniania przedstawicieli wolnych zawodów i tych którzy autentycznie i dobrowolnie wolą działać jako jednoosobowy podmiot gospodarczy. Ale nie na zasadzie tych byłych pracowników, którzy opowiadają: „Założyłem/am działalność, bo szef mi powiedział, że jak tak zrobię i będę mu wystawiał/a faktury, to mogę dalej u niego pracować. A jak nie, to mnie zwolni.”.
Czyż nie byłby to temat dla telewizji do programów emitowanych 1. maja?
Ale nikt nie chce Polaków za bardzo uświadamiać – niech lepiej zapomną o swoich prawach do godnej pracy i płacy. Walce o te prawa służyły kiedyś majowe demonstracje. Walce z wyzyskiem ekonomicznym. Cóż, wyzysk jest jednak zawsze i wszędzie. I tu przypomina mi się stary żart:
-Czym różni się socjalizm od kapitalizmu?
-Tym, że w kapitalizmie jest wyzysk człowieka przez człowieka, a w socjalizmie dokładnie odwrotnie.
To dowcip. „Suchar”, ale czy jednocześnie nie aby aktualny? Ten wyzysk jest zawsze. Ta wartość dodatkowa zabierana przez właściciela środków produkcji (przypominają mi się jeszcze definicje z ekonomii politycznej).
Pierwszomajowe święto przypominać miało o tym, że podział zysków powinien być bardziej sprawiedliwy. Ale nie jest to przypomnienie w interesie tych, którzy z naszej pracy czerpią zyski. Jak to jest teraz globalnie? Co jakiś czas nawet mówi się nam, że np. 5% ludzi na świecie dysponuje 80% światowych zasobów pieniędzy, dóbr, itp. Tu, podając te procenty, „strzelam”, ale to są takie proporcje, mniej więcej. Między bogactwem a życiem „z dnia na dzień”. Między bogactwem a życiem „w kredycie”, które całemu młodemu pokoleniu zaoferowały obecne czasy.
I tu dochodzimy do współczesności prawa pracy. Niech mi Wikipedia wybaczy, ale przytoczę z niej teraz całą obszerną (choć i tak bardzo skrótową) definicję słowa Prekariat. W interesie społecznym ten cytat – aby ci, co nie znają, zapoznali się. Szczególnie ci zatrudniani w tych wszystkich nowoczesnych formach, które z mojego punktu widzenia są obejściem przepisów o czasie pracy, o godzinach nadliczbowych. I w ogóle: obejściem prawa pracy. Nauka prawa pracy ma już nawet dla tych form zatrudnienia nowe nazwy: zatrudnienie niepracownicze, wzgl. atypowe formy zatrudnienia.
A teraz już ten Prekariat:
Prekariat (połączenie ang. precarious – niepewny oraz proletariat) – kategoria społeczna, charakterystyczna dla współczesnych rynków pracy, obejmująca osoby zatrudniane w ramach elastycznych form zatrudnienia.
Neologizm prekariat był używany już w latach 80. przez francuskich socjologów do opisu pracowników sezonowych bądź tymczasowych.
Szersze znaczenie tego pojęcia sformułował Guy Standing w wydanej 2011 r. książce The Precariat: The New Dangerous Class („Prekariat: Nowa niebezpieczna klasa”). Autor jest profesorem Uniwersytetu w Bath oraz założycielem, członkiem i prezesem Basic Income Earth Network. Zwraca szczególną uwagę na aspekt socjoekonomiczny.
Charakteryzuje prekariat jako ludzi pozbawionych siedmiu gwarancji zatrudnienia:
- gwarancji rynku pracy, czyli odpowiednich możliwości pracy;
- gwarancji zatrudnienia – odpowiednia ochrona pracownika przed zwolnieniem i stosowne dostosowanie w tym względzie przepisów prawnych;
- gwarancji pracy – gwarancja związana z wykonywaniem danej pracy, z pewnością wykonywania takich, a nie innych obowiązków;
- gwarancji bezpieczeństwa w pracy – szeroko pojęta ochrona zdrowia pracownika;
- gwarancji reprodukcji umiejętności – zapewnienie nauki zawodu, szkoleń, jak i właściwego wykorzystania nabytych umiejętności w pracy;
- gwarancji dochodu – dopasowana do wykonywanej pracy stała pensja;
- gwarancji reprezentacji – gwarancja przedstawicielstwa interesów pracownika, na przykład bycie członkiem niezależnego związku zawodowego.
Standing wyróżnia trzy aspekty, które charakteryzują prekariat:
- szczególne stosunki produkcji: niestabilność zatrudnienia, brak tożsamości zawodowej, konieczność wykonywania pracy poniżej poziomu wykształcenia, konieczność pracy także poza godzinami pracy zawodowej;
- szczególne stosunki dystrybucji: brak/utrudniony dostęp do świadczeń (emerytury, świadczenia chorobowe itp.);
- szczególny stosunek do państwa: postępująca utrata praw politycznych i socjalnych.
Prekariat ma według Standinga nie obejmować poszczególnych grup zawodowych, ale pewne części wszystkich grup, w zależności od poziomu dochodów, stabilności zatrudnienia, bezpieczeństwa socjalnego i istniejących ścieżek dalszego rozwoju.
Standing umieścił prekariat w dole hierarchii klas społecznych, za finansową elitą (tj. plutokracją), profesjonikami (z ang. proficians od professional + technicians), salariatem i proletariatem, a przed lumpenprekariatem. Sam Standing przyznał, że nie jest w stanie oszacować wiarygodnie liczebności tej klasy społecznej, istnieje według niego jedynie pewność co do szybkiego wzrostu jej liczebności.
Kwestia istnienia prekariatu jest obiektem sporu wśród ekonomistów, część z nich kwestionuje sensowność wyróżniania tej klasy społecznej.
Pomijam odnośniki – kto chce, zajrzy sobie do internetu, do Wikipedii, pod to hasło.
Jakoś nie słychać nic w mediach o prekariacie (i o prekariuszach). Unika się tego tematu.
A przecież to jest codzienność rynku pracy! Stosując kryteria profesora Standinga: setki tysięcy (a może już miliony) ludzi jest pozbawionych siedmiu gwarancji zatrudnienia. To też byłby ciekawy temat do pierwszomajowych programów publicystycznych. Ale jak wyżej: media działają w myśl przysłowia „Nie wywołujmy wilka z lasu!”. I milczą na te tematy.
Jeszcze do dziś straszy się lud tym hasłem kończącym Manifest Komunistyczny: „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!”
Może już czas, żeby Prekariusze zrobili to samo?
Tylko, że Proletariusze i Prekariusze pojechali na majówkę.

