O Polsce słabej

Tytuł „O Polsce słabej” zaczerpnąłem od Antoniego Słonimskiego (1895 – 1976), polskiego poety, satyryka, publicysty. Napisał wiersz o takim właśnie tytule. Co ciekawe, wiersz powstał w 1941 roku – w tym ponurym czasie, gdy druga wojna światowa, okupacja Polski i innych krajów, zwycięstwa hitlerowskich Niemiec na wszystkich frontach, wymagały zbrojeń, walki, siły. A wiersz jest tęsknotą za czymś wręcz przeciwnym:

Mówią o Polsce silnej. Już dziś liczą sztaby,
Jak ją ziemią okopać, oprzeć na bagnecie.
Lecz ja, wybaczcie, bracia, pragnę Polski słabej,
Ja pragnę Polski słabej, lecz na takim świecie,
Gdzie słabość nie jest winą, gdzie już nie ma warty,
Ryglów u bram i nocą dom bywa otwarty,
Gdzie dłoń nie utrudzona okrutnym żelazem
I gdzie granica wita tylko drogowskazem.

W jednej z recenzji tego wiersza przeczytałem, że jakkolwiek dziwić może określenie, które przypisane zostało Polsce w tytule – „słabej”, to jednak słabość w tym przypadku oznacza siłę, czyli wolność i pokój w ojczyźnie. Słonimski marzy, że Polska jest krajem wolnym od wojny, zbrodni i okrucieństwa, tych zbrojeń, okopów, zasieków.

Poecie wolno marzyć. A nam?

Przez ostatnie ponad dwa lata, odkąd ogłoszono, że wybuchła wojna na Ukrainie, nie wolno nam marzyć o takiej Polsce, jaką opisuje Słonimski w swoim wierszu. Nie wolno marzyć o państwie mądrym, mającym racjonalną politykę zagraniczną. Wmówiono nam też, że ta wojna wybuchła dopiero w 2022 roku, chociaż wcześniej już ona tam trwała. Ale nasze media (zaprogramowane nie przez nas) wmawiały nam, że na dalekim wschodzie Ukrainy nic się nie dzieje, nie informując o ciągłym ostrzale Donbasu przez ukraińską armię. I obowiązująca narracja jest taka: niczym nie sprowokowana Rosja zaatakowała nagle Ukrainę. Większość Polaków w to uwierzyła. Uwierzyła, że jeśli chcemy pokoju, to należy przygotowywać się do wojny. Ta powtarzana setki razy łacińska paremia „si vis pacem para bellum” stała się powszechną prawdą. I uwierzono, że nic się nie da zrobić. Że żadna tam polityka zagraniczna! Z agresorem mediacja nie wchodzi w grę, żadne pokojowe rozmowy międzynarodowe – tylko pokaz siły. Tylko zwycięstwo! Żadnych rozmów pokojowych. Żadnych ugód!

Gdzie jest ONZ, organizacja powołana do rozwiązywania problemów międzynarodowych? Gdzie jest Kościół Katolicki, który gdyby chciał realizować swoją misję miłości bliźniego i ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci, to powinien wiernym powtarzać wciąż słowa Papieża Franciszka? Te o wywieszaniu białej flagi. A chyba postanowił wręcz ukryć te słowa! Gdzie są inicjatywy pokojowe? Czy Polska, tak doświadczona okrucieństwem II. wojny światowej i w ogóle wszystkimi wojnami, które przez wieki przetaczały się przez nasze terytorium, nie powinna pierwsza proponować rozmów pokojowych? Zaprosić wszystkie strony właśnie do Warszawy – miasta najciężej dotkniętego kataklizmem okupacji, zniszczeniem. Miasta które powstało dosłownie z popiołów wojny i jest żywą przestrogą. Jest uosobieniem hasła: nigdy więcej wojny!

Gdy coś takiego, jak wyżej, piszę, to mogę sobie wyobrazić, iż większość polskich czytających ten tekst postrzegać mnie będzie za oderwanego, „odklejonego” od rzeczywistości pacyfistę. OK. Pacyfistą chyba już się stałem. Mam nadzieję, że tak. Ale odklejeni od rzeczywistości są ci, którzy promują prowojenne postawy. To oni nie rozumieją nędzy, upadku, tragizmu, jaki czeka nas wszystkich jeśli pójdziemy na wojnę. A jedyne, co może nas uchronić przed tym to mądra, zrównoważona i racjonalna polityka zagraniczna. Taka, która dąży do dobrych relacji ze wszystkimi sąsiadami. Podkreślić to trzeba: ze wszystkimi! A naszym sąsiadem jest też Rosja. Chyba udało się narodowi polskiemu wmówić nie tylko to, że Rosja chce nas natychmiast zaatakować, jak tylko zwycięsko zakończy wojnę (przepraszam: operację specjalną) na Ukrainie, ale nawet i to, że Rosja z nami nie graniczy. I że dzielna Ukraina walczy za nas, za Polskę, aby Rosjanie nie stanęli u naszych granic. Przecież taka narracja była powszechna. Nadal jest. Tak, jakbyśmy nie mieli od początku III RP niemal dwustu kilometrów (ok. 198 km) granicy z Obwodem Kaliningradzkim Federacji Rosyjskiej (obecnie nazywanym Obwodem Królewieckim).

Polska już graniczy z Rosją. Ukraina wcale nas terytorialnie od Rosji nie oddziela.

Nie ma sensu martwić się, że przy naszej granicy pojawią się rosyjskie wojska. One już tam bowiem są w tym rzeczonym Obwodzie Kaliningradzkim. I to od dawna. A wszyscy, którzy mają trochę informacji natury ogólnej wiedzą, że tam od lat zgromadzone są niezwykle silnie uzbrojone rosyjskie jednostki wojskowe, dysponujące, jeżeli nie nośnikami broni atomowej, to z całą pewnością rakietami o zasięgu spokojnie wystarczającym dla zniszczenia Warszawy. A pewnie i Berlina. Tylko, że to raczej Warszawa znajduje się na celownikach tych baterii rakiet… Takie miasto „pierwszego wyboru” – można by skorzystać tu z tej zgrabnej formułki. O tym, że mamy granicę z Rosją, rzadko się wspomina. Obowiązuje narracja, że Ukraina broni dostępu do polskiej granicy. Absurd! Nawet sama ta nazwa Obwód Kaliningradzki ma zakłamywać rzeczywistość. Dlaczego w tym przypadku nie używa się nigdy po prostu nazwy Rosja? Tylko: Federacja Rosyjska. A cóż to jest w tym przypadku? Ta Federacja to jest Rosja właśnie.

Ostatnio media podają, że na ponad połowie tej granicy z Rosją, czyli na ok. 100 km, powstała już zapora z concertiny. Mamy tendencję (czy to raczej jakiś tajemny plan?), aby piękne nazwy, związane ze sztuką, artyzmem, pięknem, pozbawić ich humanistycznego znaczenia. Już od dawna przeciętny Polak na hasło „Jedziemy do galerii!” nawet nie pomyśli o wystawie malarstwa, rzeźby, a tylko o wózku sklepowym wypełnionym po brzegi wszystkim, co światowe koncerny upychają na naszym rynku. Teraz przyszła pora, aby słowo koncert, kojarzące się ludziom do tej pory z muzyką, kojarzyło się z zasiekami z drutu – to ta „concertina”. Według opisu: „zasieki spiralne”. Materiał: „drut żyletkowy, ostrzowy, brzytwiasty. W zwojach. Dostępne kilka typów ostrzy.” 

Tak się teraz będziemy odgradzać. Od ludzi. Nie jest to słowo nowe, ta concertina. Występuje w „Szkicach spod Monte Cassino” Melchiora Wańkowicza. Ale teraz robi karierę. Humanizm, dążenie do piękna, dobra, słowa łagodne, takie jak koncert, wyraz najlepszych intencji i najlepszych cech ludzkich należy zbezcześcić. Wtedy będziemy już jak sfory dzikich zwierząt, które można pognać do ataku. Pożerać się mamy nawzajem.

Muzyka łagodzi obyczaje. Muzyka to także koncerty. Teraz mamy zamiast tego concertinę. Nie złagodzi ta concertina naszych obyczajów. Podobno jest ona po to, aby nie weszli do nas nie chciani emigranci. Ale to zamykanie granicy zasiekami z drutu kolczastego jest fragmentem większej całości: to zaprzeczenie świata, w którym mieliśmy móc swobodnie się poruszać. To koniec pewnej epoki, w której mogliśmy się bezproblemowo przemieszczać z kraju do kraju. Gdzie sąsiadów chcieliśmy poznawać, a nie odgradzać się od nich murem. Miało już być tak jak w wierszu Słonimskiego: „Gdzie granica wita tylko drogowskazem”. Już było tak nawet przez jakiś czas. I wciąż może być. Ale na razie dominują ci, którzy chcą Polski silnej. Opartej na bagnecie. Mamy mieć silną armię. Mamy mieć szczelne granice. Nie potrafimy w zgodzie żyć z naszymi sąsiadami. Co jakiś czas zaczyna się znowu robić gorąco (politycznie gorąco). Lub odwrotnie – z relacji międzynarodowych znowu wieje chłodem. Wręcz mróz na szybach. Dobrosąsiedzkie stosunki wypadają ze słownika. Wchodzi w to miejsce concertina.

Uroczyście obchodziło się teraz właśnie 30-lecie przystąpienia Polski do NATO. Pakt z założenia podobno obronny. W dziwny sposób jednak NATO uczestniczy przez te wszystkie lata w kolejnych wojnach nie dotyczących żadnego z krajów członkowskich tej organizacji. Gdy się nam znowu grozi Rosją, to padają uspokajające słowa o 5 czy 6 artykule tego Paktu, który mówi mniej więcej tak, że gdy którekolwiek z państw – członków zostanie napadnięte zbrojnie, to wszyscy pozostali członkowie NATO przyjdą temu państwu z pomocą. Ładnie to można rozwinąć i ująć w ten zrozumiały i piękny zwrot: jeden za wszystkich – wszyscy za jednego. Ale dalej już lepiej nie wnikać w szczegóły, bo trzeba wtedy powiedzieć sobie (i wszystkim Polakom), jak ta pomoc miałaby w praktyce wyglądać.

Przepis mówi, zdaje się, o adekwatnej pomocy, czy reakcji. To znaczy, konkretnie, co się stanie?

Co to jest adekwatna pomoc? Państwa NATO poderwą w powietrze swoje samoloty myśliwskie? Aby z góry popatrzeć co się z tą Polską dzieje? A może nawet rozrzucą na granicy ulotki zachęcające żołnierzy wroga, aby się poddali? Tak podobno robili Francuzi, po wypowiedzeniu w 1939 roku wojny Hitlerowi. Tak wyglądała ich pomoc dla zaatakowanej Polski. W upalnym wrześniu 1939 roku, gdy nasz kraj wykrwawiał się po raz pierwszy w tej długiej II. wojnie światowej. Tak wyglądało wypełnienie postanowień traktatu obronnego o wzajemnej pomocy militarnej między Polską a Francją. Z Wielką Brytanią zresztą też. Oby historia się nie powtórzyła!

Nasi politycy wykazują jednak od początku konfliktu na Ukrainie idealizm i brak zrozumienia polskiej racji stanu graniczący z dziecięcą naiwnością. Gorzej, bo próbują nam wmówić, że jesteśmy bezpieczni. A ta wojna jest w naszym interesie. Wciąż wraca zagrożenie, że na skutek jakiegoś incydentu lub nadgorliwości naszych rządów zostaniemy wmanewrowani w tę wojnę już bezpośrednio – poprzez wysłanie na Ukrainę najpierw naszej armii, a potem nas wszystkich, którzy staniemy się wojskiem. Na razie dość często media informują o „podrywaniu w powietrze” maszyn NATO – czy to polskich, czy estońskich myśliwców i za każdym razem przyczyną jest jakiś groźny ruch ze strony rosyjskich sił powietrznych. I tak, dzięki temu, z jednej strony cały czas straszy się nasze społeczeństwo, że „Ruscy” coś zamierzają, a z drugiej skutecznie usypia się to samo społeczeństwo. Niech pozostaje w błogim przeświadczeniu, że jakby co, to nasze asy przestworzy są w pełnej gotowości i odeprą każdy atak. Tylko, że to już nie są czasy Bitwy o Anglię. Jakoś nie słychać, aby klasyczne lotnictwo miało jakiekolwiek znaczenie na froncie ukraińsko-rosyjskim. Tam latają tylko drony i rakiety. Ale Polska kupiła już ileś tam myśliwców F-16, a teraz kupuje podobno najnowsze, te F-35. Nikt przekonująco nie wytłumaczył Polakom, dlaczego to mamy je mieć? Dlaczego mamy wydać na to olbrzymie pieniądze z naszego marnego, krajowego budżetu? Jakie jest zastosowanie tych myśliwców na współczesnym polu walki? Zatem proszę, oto moje wyjaśnienie: Polska kupi te samoloty, gdyż USA je wyprodukowała. I USA musi na tym zarobić. Takie to proste.

I takie to mamy teraz te gwarancje bezpieczeństwa.

Przecież nie trzeba czytać, jako specjalista wojskowy, strategii NATO, aby tylko po rozmieszczeniu baz i ośrodków decyzyjnych tego Paktu (o czym przecież wiadomo po prostu z mediów, które podają stale, że w takiej bazie to, a w innej coś innego się dzieje) móc powiedzieć, jak będzie wyglądała obrona NATO w przypadku agresji ze wschodu. Oddziały wojskowe NATO, jeśli nawet są w Polsce, to blisko naszej zachodniej granicy. Bazy wojskowe – są, ale w Niemczech. NATO nie skorzystało z zaproszeń polskich polityków, aby przenieść je do nas. A na wschodzie Polski, co najwyżej lotnictwo, czyli parę maszyn Air Force USA, które fruuu… i odlecą. Na zachód. Nieistotne z punktu widzenia rozkładu sił militarnych jest te choćby i parę tysięcy NATO-owskich żołnierzy stacjonujących w Polsce. Trudno, trzeba będzie może ich poświęcić. Ale raczej nie – zdążą się wycofać. Na zachód!

A nasze własne siły zbrojne? Jak wiadomo, one mają się utrzymać „na linii Wisły” – takie mają zadanie, według wciąż jeszcze chyba obowiązującej doktryny wojennej RP. I to zgadza się ze zdroworozsądkową oceną, że zmasowany nagły atak od wschodu będzie nie do powstrzymania i agresorom ze Wschodu wystarczą 3 dni, aby do linii Wisły dojść. Wielu ekspertów tak stan rzeczy ocenia, a wspomniana strategia tylko te oceny potwierdza. Czyli połowy Polski już od razu nie będzie. A właściwie całej. Bo rozsypie się to państwo z kartonu. Finis Poloniae. Taki okrzyk miał wznieść Tadeusz Kościuszko 10 października 1794 roku po zakończonej klęską bitwie pod Maciejowicami. Ten okrzyk wciąż rozbrzmiewa.

Wciąż proroczy wydaje się stary, sprzed ponad 70 laty film „Domek z kart” (1953). Do obejrzenia na YT. Film ukazujący dobre nastroje polskiego establishmentu w sierpniu 1939 r. Pamiętamy, że nasi politycy kilka lat temu zaczęli sobie wzajemnie zarzucać, że druga strona sceny politycznej buduje „Państwo z kartonu”? Ta nazwa to chyba nawiązanie do tego tytułu „Domek z kart”. Filmu kończącego się symbolicznymi kadrami, gdy strażnicy graniczni Korpusu Pogranicza (tak się chyba wtedy nazywała ta formacja strzegąca granicy) są świadkami ucieczki rządu RP i urzędniczej Warszawy przez przejście graniczne w Zaleszczykach. 

Którędy teraz? Na autostradę A-2 i przez Świecko? 

To i tak jest wariant optymistyczny – szybkiego zakończenia wojny konwencjonalnej. Jest też zupełnie logiczna analiza możliwości ataku bronią jądrową, po której na wschód od Wisły pozostanie „pas spalonej ziemi”. Zainteresowanych podstawami, niestety realnymi, dla takiego ponurego scenariusza, odsyłam do wielu odcinków programu „Musisz to wiedzieć”, gdzie pan Maciej Maciak niejednokrotnie tłumaczył, iż uwarunkowania geopolityczne wskazują na wysokie prawdopodobieństwo takiego rozwoju wydarzeń tej obecnej wojny, którą Zachód (czytaj: USA) prowadzi za pośrednictwem Ukrainy z Rosją. W skrócie: Rosja, „przyciśnięta do muru” (w przypadku przegrywania wojny bronią konwencjonalną), nie zawaha się użyć broni atomowej. Bo nie po to się taką broń posiada, aby przegrać wojnę bez jej użycia. A wybór terenu Polski wynika też z logicznych przesłanek. Znowu w skrócie: nikomu w Europie za bardzo na nas, Polakach, nie zależy („Ciągle problemy z tą Polską…”)

A ta druga część naszego kraju, ta zachodnia, częścią Polski jest dopiero od 1945 roku. W sumie to niedługi okres czasu… Tyle się jeszcze może zmienić…. Zapraszam do czytania między wierszami! Każdy może sobie tworzyć scenariusze political fiction. W tym przypadku dokładniej jeszcze: geopolitical. Tylko, czy fiction? A może to jest reality? Co się dzieje w takich przypadkach, gdy agresor zajmuje jakiś kraj? Historia nauczycielką życia? No, to proszę: gdy Hitler napadł na Polskę i zajął ją, to Stalin zaopiekował się naszymi Kresami. Bo tam żyli Rusini (obecnie: m.in.Ukraińcy, Białorusini, Litwini), a więc społeczność w większości rosyjskojęzyczna. A ziemie te w historii całej naszej, wielowiekowej, wielokrotnie były sporne i przechodziły z rąk do rąk, między Polską a Rusią. Usprawiedliwienie zawsze jakieś jest.A my, Polacy, co zrobiliśmy? Trochę wcześniej, gdy Hitler zajmował Czechy, zaopiekowaliśmy się przecież czeskim Zaolziem. Gdyż tam mieszkali Polacy, bo teren był sporny. Czyli z takim samym usprawiedliwieniem jak wyżej.To wszystko może się stać bardzo szybko i nic nie pomogą te nasze słabe siły zbrojne (o ich stanie, stanie złym, można usłyszeć na YouTube, zarówno od polskich generałów, jak i od zwykłych żołnierzy). 

Wyborów kopertowych nie potrafiliśmy zorganizować (wciąż jeszcze wzajemnie się o nie obwiniając) – choć potrzebne były w okresie pandemii i zagrożeń epidemiologicznych. A inni (Niemcy) nie mieli z tym problemu. Zorganizowali. Ale mimo takich świeżych przykładów organizatorskiej indolencji wierzymy, że jakby co, to zorganizujemy powszechną mobilizację? Jak w 1939 roku? Gdy młodzi, wtedy pełni jeszcze zapału mężczyźni, błąkali się po Polsce w poszukiwaniu oddziałów i koszar, do których według przydziału mieli się stawić. Oddziały już gdzieś wymaszerowały i zastawali puste, często już zrujnowane bombami, koszary. Jest literatura, są wspomnienia. Smutne… Ale warto poczytać. I przestać patrzeć na wojenkę i nasze wojenne umiejętności i możliwości przez pryzmat pikników wojskowych na gminnych festynach i tych batalii na niby, inscenizowanych z udziałem grup rekonstrukcyjnych, bawiących się w bezkrwawą wojenkę i dających obraz wojny jak z piosenek legionowych, z których pozostaje w głowie taki mniej więcej przekaz: „na wojence ładnie”. A chłopcy, jak ułani – malowani. Brzmi nam to w uszach, powtarzane przez lata: „Ułani, ułani, malowane dzieci, niejedna panienka za wami poleci”.

Pomóc nam może mądra polityka zagraniczna.

Życzliwość do wszystkich sąsiadów ale i wstrzemięźliwość w stosunku do nich. Nie ma „darmowych obiadów” i polityka to jest gra, w której liczy się zapewnienie korzyści sobie – nie innym. W szczególności ta wstrzemięźliwość powinna odnosić się do Ukrainy. Wydawało się, że rozum wróci, ale podobno znowu Polska podpisuje jakieś dwustronne umowy, z których wynikną dla nas jedynie zobowiązania. Konkretne: finansowe. A korzyścią ma być tylko to, że Ukraina przetrwa jako nasze „przedmurze”. Te zobowiązania, niestety, będą też o charakterze militarnym. Od 2 lat wspomagamy ukraińską armię wszystkim co mamy. I zdaje się, że już niewiele mamy. Zostało jeszcze wojsko – w sensie żołnierzy. Oby polscy politycy, zaślepieni nieodwzajemnioną miłością, nie podpisali się pod czymś, co spowoduje, że polscy żołnierze pojadą tam walczyć. Oby nie! Zdecydowanego dementi w tej sprawie, ze strony polskiego rządu, nie ma! 

Zacząłem od literatury i chcę do tego spotkania z literaturą jeszcze wrócić. Do obrazu wojny, jaki mamy w poezji, prozie. Media tzw. main stream’u nic nie mówią nam o prawdziwych skutkach wojny. Nie pokazują prawdziwego jej obrazu. Nie widzimy krwi, cierpienia, kalectwa, śmierci. A duszny zapach rozkładających się ciał? A szczury okopowe? Jeszcze Remarque pisał o tym w „Na Zachodzie bez zmian” – wspomnieniu z I. wojny światowej. O dogorywaniu rannych, którzy wiszą na drutach kolczastych pisał Melchior Wańkowicz, w książce „Szkice spod Monte Cassino” – wspomnieniu z II. Wojny światowej. Są tam i sceny bohaterstwa – i oczywiście można to czytać przez pryzmat polskiego mitu o Monte Cassino. Ale opisywał też sceny, gdy ci ranni jęczą, czekają na ratunek. I nikt im nie przychodzi z pomocą… Nikt nie jest w stanie dotrzeć do nich. Gdyż trwa zmasowany ostrzał pola walki. A jeśli nawet jest cisza, chwilowo, to czatują snajperzy. Prawdziwa wojna tak wygląda. Zapomnieliśmy… Polecam jeden rozdział z w/w książki M. Wańkowicza. Rozdział pt. „Zabijany na raty”. O trwającej 7 dni, niewyobrażalnej gehennie st. strzel. pchor. Tereszczuka. Zaczęło się od concertiny właśnie: „Objuczony wpadł na concertinę, nie mógł się wyplątać. Tam go trzasło”. Przeczytajcie jak wojna wygląda naprawdę. W czasie bitwy, a także potem. Żołnierz Tereszczuk wprawdzie przeżył pod Monte Cassino, ale w liście ze szpitala w Szkocji pisał: „Przed czternastoma dniami przechodziłem trzecią amputację. Stale ucinają po kawałku”.

Ale czy musimy ginąć, czy musimy tak cierpieć?

Na początku wojny, w 2022 roku, próbowano kreować w mediach jakichś bohaterów wojennych, oczywiście po stronie Ukrainy. Ale to się niespecjalnie udało. Np. ci wspaniali obrońcy Wyspy Węży, słynni z tego wulgarnego komunikatu przekazanego załodze rosyjskiego okrętu… Mieli oni bohatersko zginąć jak Spartanie pod Termopilami. A oni poddali się po prostu! Potem już o nich nie wspominano. Tylko przy okazji jakiejś wymiany jeńców okazało się, że żyją. Kłopot jakby – z tym bohaterstwem w boju. Tak nam to bohaterstwo wpajano: zabić jak najwięcej wrogów, nawet kosztem własnego życia. A tu obrazki inne! A to uciekają Ukraińcy przed łapanką na ulicach ich miast – nie chcą dać się zmobilizować, wysłać na front. A to forsują rzekę na granicy z Mołdawią – chcą uciec z Ukrainy do (jeszcze) wolnego świata, nie objętego wojną. Nie chcą być bohaterami jednego dnia lub jednej nocy na ukraińsko-rosyjskim froncie. Nie chcą się dać „zmogilizować”. Chcą żyć. Poddają się. Jak ci, przez chwilę bohaterowie, z Wyspy węży. Jak wielu innych. Znacie ten filmik nakręcony gdzieś na linii frontu, gdy ukraiński żołnierz widząc i słysząc nad sobą drona, który go ściga i jest tuż, tuż za nim, i zaraz odpali swoje ładunki wybuchowe, ukląkł z uniesionymi do góry rękami? Przejmujące nagranie. Cała prawda o wojnie. O rzekomym bohaterstwie.

W naszej wielkiej literaturze są mi znane, oprócz wskazanej już twórczości Słonimskiego, jeszcze dwa przypadki, opisujące wojnę inaczej niż według obowiązującego kanonu poświęcenia się na ołtarzu Ojczyzny. Tym razem ta inna prawda zawarta jest nie w wierszach, lecz w powieściach. Pierwsza z nich to książka Mirona Białoszewskiego „Pamiętnik z powstania Warszawskiego”, a druga to Kornela Filipowicza „Pamiętnik antybohatera”.

Obie książki, opublikowane w latach 60-tych ub. wieku stały się wtedy sensacją. Dopiero ok. 20 lat po wojnie zrywają z obowiązującym etosem bohaterskiej walki z okupantem i pokazują wojnę z pozycji zwykłego człowieka, który po prostu chce przeżyć. Przeczekać ten czas. Ratować swoje życie. Powstanie jest dla takich ludzi, jak, młody wtedy, Miron Białoszewski, późniejszy poeta i pisarz, tylko drogą przez mękę. W 1944 roku miał zaledwie 22 lata. Z różnych powodów nie chce walczyć. Zresztą, o ile pamiętam te jego zapisy powstańczej rzeczywistości, podstawowym problemem było to, że nie było broni dla wszystkich Warszawiaków chętnych do udziału w tym powstaniu z bronią w ręku! Nie wygląda to powstanie tak euforycznie, jak na tym wspólnym śpiewaniu, które funduje nam (za nasze pieniądze) co roku TVP w Warszawie, 1 sierpnia, w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Nie wszyscy byli tam wspaniałymi ludźmi. Na porządku dziennym były zdarzenia, ukazujące tą gorszą stronę natury ludzkiej. Nie ma się co dziwić: w sytuacji zagrożenia życia, gdy panuje głód, gdy brak wody, ujawniają się najgorsze instynkty.

Antybohater, wykreowany przez Kornela Filipowicza czeka tylko na koniec wojny.

Próbuje jakoś przystosować się do warunków okupacji. Więcej: akceptuje zwycięstwo Niemców i uważa, że on „nie czuje potrzeby narażania się na śmierć po to tylko, aby zyskać pośmiertną sławę”. Nie myśli o partyzantce, o konspiracji. Zwyczajne, ludzkie odruchy. Autor tej powieści to życiowy partner i przyjaciel naszej noblistki Wisławy Szymborskiej. To jemu, po jego śmierci, poświęciła ten słynny wiersz „Kot w pustym mieszkaniu”. Kornel Filipowicz walczył w kampanii wrześniowej, uciekł z niewoli, zaangażował się w działalność konspiracyjną, a po aresztowaniu był więźniem obozów koncentracyjnych. Zatem on sam działał, walczył, nie był tym antybohaterem. Napisał jednak niezwykle humanistyczną powieść o postawie innej. Jakże ludzkiej. I jakże potępianej. Czy ta słabość antybohatera nie jest zarazem jego mocą, wielkością człowieka? Człowieka rezygnującego w swoim życiu z przemocy. Czyż nie taka jest idea chrześcijaństwa?

Słonimski, choć marzył o pokoju na świecie, opisał też grozę wojny. Ten znany (mnie jeszcze jako lektura ze szkolnego podręcznika) wiersz „Alarm”. Przejmujący jak komunikat o nalocie bombowym („Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy”). Ale jest też inny jego wiersz – o ludności cywilnej ginącej w czasie wojny. Nietypowy dla literatury polskiej, w której obowiązuje etos wojownika: żołnierza, powstańca, partyzanta – wszystko jedno, jak zwał, tak zwał. Bojownika, który z bronią w ręku walczy. Nie pasował do tego ideału już Jan Paweł II, który jakoś przeżył okupację bez walki. Nie działał w konspiracyjnych strukturach bojowych (czym innym był ten krąg jego znajomych i ich potajemna zabawa w Teatr Rapsodyczny). Ale przyszłego papieża tłumaczyło wiele: powołanie do stanu duchownego i rodzące się wtedy jego kapłaństwo. Innych jednak nic takiego nie tłumaczyło. Wszyscy mieliśmy być bohaterami! I tak idziemy, my, Polacy, przez stulecia na bitwy, na barykady. I giniemy. Za wolność waszą i naszą. Potem poeci sławią nasze bohaterstwo. A Państwo Polskie w centrum Warszawy czci tych poległych, nawet tych nieznanych, zmieniając warty przy grobie nieznanego żołnierza. 

Słonimski się z tego kultu bohaterów wyłamał i napisał właśnie wiersz o zwykłych ludziach.

O tych, którzy nie walczyli. Jest to wiersz „Mogiła nieznanego mieszkańca Warszawy”. Nie żołnierza! Mieszkańca! Wspomniał w tym wierszu zwykłych ludzi, którzy „wbrew swojej woli trwożni i bezdomni padali mrowiem niezliczonym”. Pyta poeta: „Któż się o milion ten upomni?” On się upomniał. Miał do tego prawo. Moralne. Bo, gdy inni Polacy fascynowali się przed wrześniem 1939 roku ułańskimi pułkami i wierzyli, że jakby co, to „Nie oddamy nawet guzika!”, Słonimski walczył o pokój inaczej. Wierszami zaangażowanymi, propagowaniem pokoju, protestowaniem przeciwko złu. Takimi, jak np. „Dokumenty epoki”. Odwoływaniem się do podstawowych wartości, czyli do prawdy, dobra, do Człowieka. Właśnie takiego pisanego przez duże C. Jeszcze przed drugą wojną światową, ale już jakby w jej przededniu, opisywał w latach trzydziestych ubiegłego wieku takie obrazki ówczesnego świata: „Cała rodzina, nawet niania w masce. Trzyletni chłopczyk – a już z karabinem”. 

Nie przypomina nam ten widoczek dzisiejszych gminnych festynów z hasłem „Murem za mundurem”? A ten międzywojenny kult Legionów Piłsudskiego i ułańskich pułków, nie przypomina dzisiejszej propagandy naszych władz, które starają się Polaków uspokoić zakupami czołgów Abrahms i innymi „Wunderwaffe” pozamawianymi w USA i Korei? „Dokumenty epoki” to wiersz Słonimskiego, który wpisuje się w jego pacyfizm. Krótki, czterozwrotkowy wiersz. A w nim dowcipnie, a zarazem sarkastycznie, naszkicowany obraz całego ówczesnego świata przed kolejną światową wojną. Obraz aktualny i dzisiaj. Te koncerny zbrojeniowe oraz te, które wtedy niszczyły nadprodukcję żywności w sytuacji, gdy część ludności świata głodowała, wspomniane w ostatniej zwrotce wiersza „Dokument epoki”, wciąż działają tak samo. Prą do zysków. Czyli do wojny. „Nowy pancernik wypływa ze stoczni. Zboże się pali, kawa w morze leci. W przyszłości, gdy taki obraz się uwidoczni, bardzo proszę pamiętać, że ja byłem przeciw.”

I kto to pamięta, panie Słonimski? Że pan był przeciw? Zapamiętano tylko pana przepiękny wiersz o miłości. Ten „Żal”, te kwitnące kasztany, wiersz pachnący majowym deszczem. Mokry od łez. A nie ten „Dokument epoki”. Ale to też ważny wiersz. Wciąż wierzę, że te wiersze miłosne też łagodzą obyczaje. Jak muzyka. Bo ja, tej nowej wojnie, też jestem przeciw.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry