Gdy pracowałem w urzędzie małej gminy w okresie tuż przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej i pojawiły się już fundusze przedakcesyjne, to zapanowała wtedy moda na tworzenie strategii gmin. Była szansa na otrzymanie dofinansowań z zewnątrz, ale warunkiem ich otrzymania stało się w pewnym okresie posiadanie w Urzędzie Miejskim tzw. strategii rozwoju miasta, czy całej gminy. Były też opracowywane strategie powiatu, województwa. Przyjmowane w drodze uchwał stosownych organów.
Czasem była to trochę „sztuka dla sztuki”, czasem sposób aby dać zarobić znajomej firmie, fundacji czy innemu podmiotowi, któremu zlecono takie opracowanie. Ale zdarzało się, że był to rzeczywisty namysł nad mocnymi i słabymi stronami, rzetelna analiza w oparciu o tę nową wtedy dla Polaków zasadę SWOT (Strengths, Weaknesses, Opportunities, Threats). Czyli: nasze mocne strony-atuty, nasze słabości, okazje i szanse możliwe do wykorzystania oraz zagrożenia).
I czasem powstawała jakaś sensowna wizja przyszłości.
A czy istnieje strategia dla Polski? Taka oficjalna? Nie! A powinna być!

Spróbuję zatem tak „od siebie” coś napisać. Ja, zwykły obywatel. Tzw. Kowalski. Tutaj tylko w zakresie zmian w strukturach władzy.
Ten fakt, iż dla Polski nie ma żadnej strategii, mówi nam niestety coś bardzo ważnego. Mianowicie, że polski Rząd w przyszłość Polski chyba nie wierzy?
Otóż istnieją dwa pojęcia, oba kojarzone niestety z militaryzmem, z wojną. Właśnie ta strategia – jako plan długoterminowy oraz taktyka – to jest taki plan na najbliższe działania, np. na przemieszczanie wojsk w określony sposób, powtarzalny, optymalny w danej sytuacji. A w pokojowych czasach: są to np. konkretne, bieżące działania banku krajowego, który obniżając lub podwyższając tzw. stopy procentowe kreuje popyt lub podaż, wartość krajowej waluty, opłacalność kredytów, a więc także zachęca lub zniechęca biznes i zwykłych ludzi do inwestowania lub oszczędzania (to już jest zresztą pogranicze strategii). Strategią będzie natomiast długofalowe utrzymywanie określonego poziomu złotego (polski złoty PLN) wobec innych walut. Albo w ogóle: opowiedzenie się za własnym pieniądzem i postanowienie, iż Polska nie przejdzie na walutę europejską, czyli na euro.
Prawda jest taka, że strategię tworzy się wtedy, gdy ma się dalekosiężne plany. Gdy wierzy się w przyszłość, w rozwój. W to, że spokojnie będzie można coś realizować.
Wtedy powstają strategie gospodarcze lub po prostu plany gospodarcze. Socjalizm był kojarzony z taką gospodarką planową. Bo też w socjalizmie żyło się nam spokojnie. Z perspektywą pokoju, a nie jak teraz – w zagrożeniu wojną.
W czasach pokoju powstają strategie też wojskowe, które mają zadanie odstraszać innych a uspokajać nas – że my mianowicie, jakby co, to jesteśmy przygotowani i wiemy jak odeprzeć wroga. A nawet „nie oddamy ani guzika” – jak uspokajano Polaków w 1939 roku.
A jaką nasz rząd ma strategię? Otóż nazwać ją można: powszechna ewakuacja.
Przygotowało ją RCB – Rządowe Centrum Bezpieczeństwa, we współpracy z gminami. Właśnie ostatnio, tak po cichu. W mediach głównego nurtu raczej o tym nie było? Nie oglądam, nie słucham, więc na 100% nie wiem. Dowiedziałem się o tej powszechnej ewakuacji, zaplanowanej dla wszystkich, czyli dla 2477 gmin istniejących w Polsce, na YouTube. Z portalu, który można zakwalifikować do tzw. antysystemu.
Geniusze z Rządu RP chcą nas wszystkich wypędzić na drogi. Decyzja o ewakuacji ma zapaść w ciągu 2 godzin od momentu pojawienia się zagrożenia, kryzysu. Wystarczy np. że wroga armia stanie u naszej granicy. Wróg u bram! Nieważne, że to będą tylko np. ćwiczenia. Taki sprawny i szybki jest nasz rząd! Z plecakami ewakuacyjnymi lub bez, nieważne, wyruszymy w świat. Jak nie będziesz chciał po dobroci wyjść ze swojego domu, to ci pomogą. Przyjadą do ciebie służby mundurowe. A po ciebie żandarmeria wojskowa – jeśli dostaniesz kartę powołania, a nie stawisz się w wyznaczonym punkcie mobilizacyjnym. Co za pomysł, by Naród wypędzić, np. w pierwszych dniach wojny na poniewierkę!. Dla bezpieczeństwa? To i tak się nie uda, gdyż drogi, przy takiej nawałnicy uciekających w popłochu, w zderzeniu z kolumnami wojsk, zablokują się doszczętnie.
Jednak, gdy wielu zawróci i w końcu dotrze do swoich domów i mieszkań z powrotem, to scenariusze mogą być różne.
Wymienię dwa:
- Scenariusz nr 1: domu czy mieszkania już nie będzie, bo działania wojenne dom zgruzowały. I nawet, logicznie rzecz biorąc, nie będzie można winić sprawców, obce wojska np. że atakowali obiekty cywilne – atakowali opuszczone przez ludzi miasta i wsie, w których pewnie broniła się (lub z nich atakowała) druga strona. Czyli nasza.
- Scenariusz nr 2: w twoim domu są już jacyś obcy ludzie. Cóż, ciebie nie było, oni przybyli, zagnieździli się. I nie chcą ci oddać własności. Może to nawet twoi rodacy, krajanie, którzy sami stracili dobytek. A może to tacy obcy nam rzeczywiście językowo i kulturowo; podobno oni mają strategie zasiedlania zdobytych w taki czy innych sposób terenów, zmieniania granic…
Tak niektórzy mają swoje strategie. Np. zasiedlania terenów Gazy. Nie oceniam tu moralności takich strategii – mówię tylko, że są Strategie umocnienia narodu. A nie strategie wysiedlenia i rozproszenia ludności. My niestety tylko taką strategię mamy.
A dokąd ta masowa ewakuacja ma nas prowadzić? Do punktów zbiórek. A potem? Tego nie wie nikt.
Skoro dziś nikt nie tworzy w Polsce strategii – strategii pozytywnych, strategii rozwoju, strategii na czas pokoju – to znaczy, że czasy są niepewne. I wiary w dalekosiężną, spokojną przyszłość nie ma.
Co pozostaje: taktyka, ruchy doraźne. I tak można by określić obecną polską politykę. I tę zagraniczną i tę wewnętrzną: żadnej koncepcji. Tylko mikroruchy, często wzajemnie sprzeczne, nieprzemyślane, pośpieszne – czyli złe.
W dniach, gdy to piszę, szczególnie nie wierzę w jakąkolwiek przyszłość. Właśnie nasi bracia Węgrzy, którym trafił się odpowiedzialny, mądry przywódca, czyli Viktor Orban, wymienili go w wyborach na osobę niejakiego Petera Magyara, który być może tak samo podporządkuje się Unii Europejskiej jak i nasi decydenci, nie potrafiący dojrzeć polskiego interesu narodowego, natomiast potrafiący wszystko oddać na rzecz Ukrainy. Gdy lud wybiera polityka z podejrzaną przeszłością rodzinną, polityka, który być może odda Węgry „walkowerem” tym, którzy Europę Wschodnią traktują jak zaplecze dla Ukrainy – to jakby doszło do zaniku instynktu samozachowawczego.
Jeżeli lud odrzuca polityka potrafiącego powiedzieć „nie” całej Unii Europejskiej – wtedy gdy leżało to w interesie jego kraju, a przede wszystkim w imię rozsądku i przyzwoitości – to ja już wątpię w w zdolność Europy do bycia mądrym społeczeństwem.
Gdy przepada w wyborach polityk autentycznie dążący do normalności, taki jak Orban, który np. w zakresie zaopatrzenia swojego kraju opowiadał się za tym, aby kontynuować dostawy tanich źródeł energii z Rosji, a wybiera się kogoś, kto odetnie prawdopodobnie Węgry od taniego gazu i ropy, tak że nie będzie się już opłacać tam produkować cokolwiek i padnie cały jeszcze istniejący przemysł i produkcja, a Węgry, wraz z resztą Europy, będą tylko odbiorcą towarów z Chin – gdy tak decydują wyborcy, to ja już nic nie rozumiem.
Także tego nie rozumiem, że fetuje się takiego polityka, tegoż Petera Magyara, wobec którego wysuwane są oskarżenia o charakterze kryminalnym.
Jego była żona zarzuca mu mianowicie, i to nie tylko w mediach, ale i na salach sądowych, nieludzkie postępowanie w ich rodzinie.
I w związku z tym, to ja już nie wiem, co to jest dobro, a co zło. Ta była żona Petera Magyara, to nie jest jakaś „Miss Nobody” – Julia Varga była ministrem sprawiedliwości Węgier. Lub, jeżeli ktoś woli, ministrą. Przez około cztery lata sprawowała tę funkcję – w latach od 2019 do 2023 roku, kiedy sama podała się do dymisji. A oskarża obecnego premiera Węgier, a swojego byłego męża, o przemoc domową, werbalną i fizyczną, a jego postępowanie w rodzinie określa jako terror.
Te oskarżenia powinny zweryfikować węgierskie sądy. Ale rozsądni wyborcy powinni wstrzymać się z sympatiami politycznymi do czasu, aż takie sprawy zostaną wyjaśnione. Ale jak się okazuje, przeważającej większości wyborcom to nie przeszkadza. Wybrali sobie takiego człowieka… Ja tylko zauważam, że już nie wybieramy, my jako społeczeństwa, ludzi z nieposzlakowaną przeszłością. Wręcz przeciwnie.
Premierami i prezydentami, także w Polsce, zostają indywidua, które żadnymi autorytetami nie są. Nawet moralnymi. A kwalifikacji do rządzenia też nie mają. Mają tylko jedną cechę, jeden walor: wiedzą jak sprawić, że się ich wybiera na stanowisko. I wiedzą, jak na nim trwać.
Być może zatem jest już za późno na jakiekolwiek strategie. I ratunek dla Polski i dla Węgier. W końcu według polskiego przysłowia „Polak, Węgier, dwa bratanki”. Pomijam dalszy ciąg tego powiedzonka, bo brzmi: „i do szabli, i do szklanki”. Ani mi szabla w głowie – jestem pacyfistą, ani szklanka – jestem abstynentem. Ale przyjaźń, ze wszystkimi bliższymi i dalszymi sąsiadami, ze wszystkimi zresztą narodami uważam za piękny, szczytny cel. Tylko że my się teraz zbratamy z Węgrami chyba do tej szabli. Do bitki na Ukrainie. Z Ukrainą już się zbrataliśmy. Teraz Węgry nie będą hamowały tej wojennej machiny, którą napędza Unia Europejska.
Już na czele Węgier nie ma Victora Urbana, który był człowiekiem pokoju.
Za swoją pokojową postawę wobec prowojennej polityki Unii Europejskiej powinien Victor Orban otrzymać pokojową nagrodę Nobla.
Zbratamy się teraz z Magyarem. Niezłe trio. Trzech tenorów wschodniej flanki Europy: polski kibol-prezydent Karol Nawrocki, ukraiński aktor-komediant Zełenski i agresor domowy Peter Magyar.
Tym nie mniej, pomimo tak pesymistycznej sytuacji w tych i innych krajach starej Europy, która wydaje się rzeczywiście wchodzić w wiek charakteryzujący się zaburzeniami nie tylko równowagi, ale wręcz już deficytami umysłowymi, pozwolę sobie na chwilkę rozważań nad idealnym państwem.
To była już utopia filozofa Platona, który żył w latach 427-347 p.n.e. w Atenach. Był uczniem innego mędrca, Sokratesa. Marzyło mu się idealne, sprawiedliwe Państwo i od jego czasów wciąż trwa to marzenie.
Taka ciekawostka: Platon uważał, że rządy powinny należeć do tych, którzy znają prawdę (czyli do filozofów). A demokrację uważał za ustrój zdegenerowany. Czyżby miał rację?
Tytułem wstępu do tej strategii dla Polski, jedna uwaga. Mamy podobno teraz III Rzeczypospolitą. Pierwsza to była ta przedrozbiorowa (przed 1772 r. – pierwszy rozbiór Polski). Druga – ta międzywojenna (1918 – 1939). Potem długo nic i w 1989 roku powstała nam miłościwie do dziś panująca III Rzeczypospolita – w skrócie III RP. Umowne są te daty – nie kłóćmy się o szczegóły.
Po zakończeniu II wojny światowej, od 1945 roku istniał też PRL, czyli Polska Rzeczypospolita Ludowa. Tej Polski obecni władcy nie chcą uznawać – jakby jej nie było. Nie liczy się! Biała plama niemal. O tej awersji, która jest wadą wrodzoną III RP, też może jeszcze kiedyś trochę napiszę.
Jeśli chodzi o strategię dla tej III RP to nasze partie, ten już tradycyjny „duo-Pol”, czyli PIS i PO, nie proponują nam nic. Żadnej strategii nie mają. Poza tym, abyśmy znowu wybrali ich polityków (oraz polityczki, dodam tu – abym był poprawny politycznie).
Inne partie i partyjki, za ich przykładem, co najwyżej skupią się przed wyborami na jakimś chwytliwym haśle ad hoc i jak tylko wjadą na nim do Parlamentu, zapominają o wszelkich programach, za wyjątkiem jednego postulatu j.w., który zawsze bardzo się starają zrealizować: być wybranym na następną kadencję!
Ja dla tej III RP, tej obecnej, już nic bym nie proponował. Jest tak słabiutka, tak poplątana, tak nijak się mająca do potrzeb narodu, że najlepiej byłoby gdyby już ją zostawić w spokoju. Bo i nic z niej już dobrego nie będzie. Ledwie dyszy bidulka. Czy warto reanimować tak nieudany twór?
Piszę moja utopię dla IV Rzeczpospolitej. O ile taka zaistnieje – bo grozi nam i unicestwienie (wojna), i rozbiory znowu grożą (duże tendencje odśrodkowe, np. Śląsk, roszczenia terytorialne ze strony Ukraińców)…
Nie wierzycie w możliwość unicestwienia? W 1938 roku, a nawet latem 1939 roku, w koniec Polski przedwrześniowej, też nikt nie wierzył. A jednak! Nastąpił ten finał już 17 września 1939 roku. Znów proszę: nie kłóćmy się o daty… Tego dnia najeźdźcy, czyli niemiecka III Rzesza i ZSRR już sobie Polskę, tę II RP, podzielili między siebie – już zajęli faktycznie jej tereny. W trzy tygodnie września 1939 roku nasze państwo znowu zniknęło z mapy Europy. Tak szybko dzieje się Historia!
Należałoby tę IV RP zorganizować według najlepszych wzorów. A jednym z nich jest, znany od czasów Monteskiusza, trójpodział władz. Istniejący w III RP, ale tylko teoretycznie, w ułomnych przepisach naszej Konstytucji.
W praktyce nie jest on w Polsce obecnie realizowany. Spory kompetencyjne na linii Prezydent-Premier rozbijają polską politykę zagraniczną, wprowadzają niepewność co do kierowania armią, rozkładają polskie sądownictwo, gdzie mamy już sędziów, neosędziów i ogólną niepewność, kto sędzią jest, a kto nie.
Zatem pomówmy o tym, jak powinny wyglądać te trzy władze: ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza.
Stary dowcip zaczynający się od pytania, ile czasu trwa kadencja np. sejmu jest wciąż aktualny. Załóżmy, że chodzi właśnie o kadencję Sejmu, która jak wiadomo trwa cztery lata. Żartobliwa, a zarazem jednak prawdziwa odpowiedź na to postawione wcześniej pytanie (ile trwa ta kadencja), brzmi: dwa lata!
Dlaczego? Bo przez pierwszy rok większość nowo wybranych uczy się dopiero, często nie mając najmniejszego pojęcia, na czym polega sprawowanie funkcji posła/nki. Przez następne dwa lata pracują. Być może… I to są te dwa lata trwania kadencji Sejmu. Gdyż przez ostatni, czwarty rok formalnego czasu tej kadencji, praca już nie jest ważna, a myśli parlamentarzystów zaprząta jedynie problem, jak znowu zostać do Sejmu wybranym, względnie jak „ustawić się” po upływie tej kadencji, jeżeli już na ponowne wybranie do Sejmu nie ma szans lub z jakichś powodów ktoś nie chce kontynuować sprawowania tej funkcji.
Problem władzy ustawodawczej jest tak wielki jak nasz Parlament. Żadnej w nim nie ma jednak wielkości w sensie mądrości, powagi – co to to nie! Coraz bardziej przypomina, szczególnie nasz Sejm, jakiś mało śmieszny kabaret. Wręcz cyrk. Jedyna jego wielkość to liczbowa – o wiele jest tych naszych parlamentarzystów za dużo! Mógłbym napisać „parlamentarzystów z Bożej łaski”, ale to już zakrawa na obrazę Boga, a więc i uczuć religijnych. Oni, ci parlamentarzyści, z woli ludu polskiego, zbierają się w tym budynku sejmowym przy ul. Wiejskiej w Warszawie. Bardzo rzadko w komplecie – najczęściej nieliczni tylko z nich. Po co bowiem przychodzić do pracy, jak i tak płacą? Za samo bycie na liście.
Nie chcę obrażać polskiego ludu, ale ta nazwa ulicy przy której jest siedziba Sejmu, nomen omen, pasuje idealnie: ulica Wiejska Reprezentacja ludu polskiego… Ale nie są to ci mądrzy światli, zapobiegliwi i pracowici gospodarze! Nie! To jakaś reprezentacja tego, co lud polski określa sobie potocznie jako zachowania typu „wiocha”. Zatem ta ulica Wiejska do tego określenia pasuje. Jak ulał. Obejrzałem ostatnio jakieś nagranie z obrad sejmowych. Sprawy ważne i mniej ważne. Ale akurat nieważne jakiej były one wtedy wagi!
Wy, reprezentanci Narodu powinniście, po pierwsze, tam być! Na tej sali sejmowej! Za to wam płacimy.
Tak to się dumnie dotychczas nazywało „reprezentanci Narodu”, ale pewnie już w następnej kadencji będzie jeszcze wspanialej, gdyż niedługo będziecie reprezentantami chyba dwóch narodów? A może i trzech? W niedalekiej przyszłości.
Sami chcieliście takiej Polski. Mieliście możliwość rozsądnych działań. Np. przyjęcia uchodźców, ale nie dania im od razu przywilejów emigrantów. Nie bacząc na to, co powinniście jako Sejm uchwalać, ratyfikować, nie wypełniając swoich obowiązków, doprowadziliście do daleko idących zmian naszego Państwa. Jakby w malignie – nie mając świadomości, co robicie…
Konkretnie?
Nie ratyfikując umów rządu RP z Ukrainą – nie domagając się tego (choć było to waszym konstytucyjnym obowiązkiem wynikającym z art. 87 Konstytucji RP) ustanowiliście prawo, które lud polski zrównało z ludem ukraińskim. Nic sobie nie robiąc z ostrzeżeń, że jak nie zmieni się stan prawny, to ten sąsiedni lud w Polsce już zostanie. Koniec z jednolicie narodowym państwem polskim! Nikt nie wie, ilu jest w Polsce obywateli (na razie) Ukrainy, ale jeżeli jest ich ok. 3,5 – 4 milionów, to oznacza, że mówimy o ich ok. 10-procentowym udziale w strukturze społeczeństwa obecnej Polski. A teraz także inne ludy w Polsce osiądą. Pakt migracyjny zdaje się, że wejdzie w życie latem bieżącego roku (2026) i Unia wyeksportuje do nas swoje nadwyżki siły ludzkiej. Piszę „ludzkiej”, a nie „roboczej” świadomie. Akurat bowiem zapewne dostaną „bilet w jedną stronę”, czyli do Polski ci, którym pracować się tam nie chce. Emigranci „gorszego sortu”, gdyż pozytywnie asymilujących się emigrantów Zachód zostawi u siebie.
A tak w ogóle, co tam w Sejmie panie i panowie, posłanki i posłowie, robicie?
Podobno jest już całe ustawodawstwo pozwalające odzyskiwać w Polsce majątki, wykupywać co tylko jeszcze się da. Co jeszcze niewykupione lub niezawłaszczone w ramach reform, reprywatyzacji, odszkodowań, jakichś śmiesznych niby przetargów na sprzedaż państwowego mienia, czyli na wyprzedaż Polski.
W ramach różnych przywilejów, które hojną ręką daliście obcym, o własnym narodzie niemal zapominając, doprowadziliście do sytuacji, w której polska klasa średnia niedługo przestanie istnieć. Właściwie zanim jeszcze powstała. Gdyż wszystko oddaliście we władanie korporacjom. Tak – te centra handlowe w miastach, te galerie handlowe, te magazyny Amazona czy innych światowych potentatów. Montownie na rzecz zachodnich korporacji, sprzedaż detaliczna dla światowych hurtowników i punkt przeładunkowy – to jest przemysłowa i handlowa Polska AD 2026.
I tylko mass media main-stream’u wmawiają Polakom, iż kraj odniósł niesamowity sukces gospodarczy.
Jeżeli funkcja Polski jako magazynu i montowni oraz polska klasa pracująca zredukowana do roli prekariatu jest takim wielkim sukcesem – to tak. Wprawdzie wciąż dużo jest jeszcze (15 mln) osób mających umowy o pracę, lecz jakość tych umów oraz ich ochrona (po wyeliminowaniu praktycznie związków zawodowych) nie daje pewności i godności zatrudnienia. A około 2 miliony osób pracuje nie na umowach o pracę, lecz na tzw. śmieciówkach. Umowa-zlecenie, umowa o dzieło lub bez żadnej formalnej umowy – na czarno. Jest też 2,6 miliona jednoosobowych działalności gospodarczych, które w istocie rzeczy są także obejściem Kodeksu Pracy (mówi się pracownikowi: załóż działalność, albo już tu nie będziesz pracował/a). Dla tego procederu wymyślono atrakcyjna nazwę: „B2B”. Czyli biznes z biznesem. Jeden biznes – to ten biedny były pracownik, którego zmuszono do założenia „firmy”. A drugi biznes, to już rzeczywiście firma: ta, która tnąc koszty, zmusiła tego pracownika do założenia działalności gospodarczej. Zarysowuję tu prawdziwe problemy. Codzienne, milionów ludzi. Po to, aby uzmysłowić tym, co czytają ten artykuł, że tych problemów nasz sejm i rząd nie rozwiązują. Teraz zajmują się głównie przygotowaniami do wojny.
W zakresie stosunku do emigracji z Ukrainy lekkomyślność mylona jest z dobroczynnością. Który kraj jest tak przychylny w stosunku do obcych jak nasz? Do obcych, którzy nawet do wdzięczności się nie poczuwają?
Przykład? Proszę bardzo!
Który kraj na świecie da nam, Polakom, już po miesiącu pracy w tym kraju, emeryturę, zaliczając do naszego stażu emerytalnego cały okres naszej pracy w Polsce? Żaden! Ale my takie przepisy dla Ukraińców wprowadziliśmy, dopłacając do wypłat tej emerytury, gdyż najniższa polska emerytura jest znacznie wyższa od przeciętnych świadczeń tamtejszych. A niższa niż ustawowo określona minimalna emerytura, taka emerytura, płacona przez ZUS, nie może być. I tu rodzi się pytanie. A właściwie dlaczego nie mogłaby być dla przybyszów ta emerytura właśnie niższa? Można było, jeżeli już nawet tacy Samarytanie z nas Polaków, przynajmniej ograniczyć wypłaty do tego, co przysługiwałoby emigrantom tam – na Ukrainie.
I tak jest na każdym kroku! A można było inaczej, oszczędniej, gospodarniej. Po prostu mądrzej. I sprawiedliwiej. Z poszanowaniem interesu i uczuć Polaków, którzy na swoje emerytury pracowali tutaj całe życie.
Jeszcze można to zrobić. Ale w kraju, który się „ogarnie” – zreformuje. Wybierze mądrych przedstawicieli i będzie dążył do sensownych reform. System wymaga zmian. Gruntownych!
Niech mi nikt nie mówi, że tych posłów i senatorów ma być tylu, ilu jest ich teraz. W tym obecnym składzie mamy w Parlamencie jakichś celebrytów, których ciągle polski lud sobie wybiera (piosenkarze, aktorzy, na przykład). Parlamentarzyści, którzy o prawie, ekonomii i społeczeństwie żadnego pojęcia nie mają. Poza słupkami popularności i wzorowymi umiejętnościami bogacenia się ponad miarę. A Platon marzył, aby rządzili Państwem filozofowie…
O czym to było? O Sejmie oraz głupim prawie przez Sejm stanowionym. Wspomniałem też o wyprzedaży polskiego majątku. Tak, ona postępuje. Słowo postęp ma u nas tylko to znaczenie: postęp w kierunku odwrotnym niż pozytywny, czyli degradacja, uszczuplenie zasobów, itd. Nie jest to postęp w znaczeniu pozytywnym… Tak że już niedługo, z majątku między Odrą a Bugiem, nic polskie nie zostanie.
Co robić? Tak pytał Lenin w tytule jednego ze swych dzieł. I, niestety, to pytanie zasadnicze i dla nas. Specjalnie tu ten symbol socjalizmu, tego Lenina przywołałem, bo coś z teorii socjalistycznych powinno być u nas zastosowane.
Nie, nie to, że wszystkie środki produkcji stają się własnością Państwa. Aż tak – nie. Niech się ludzie bogacą. Tylko jak sprawić, aby bogacili się z pożytkiem dla wszystkich? Tu zjawia się powszechny problem aktualnego kapitalizmu: ta kumulacja ok. 80 czy 90 procent zasobów materialnych w rękach jakichś 5% najbogatszych na tej planecie. Ale niech gromadzą te majątki. Umówiliśmy się na kapitalizm podobno, więc tak już musi być. Nikt jednak już nie zastanawia się, czy ma to być absolutny liberalizm, czy jednak, oprócz jałmużny i modlitwy za nich, coś się jednak należy tym, którzy, bez swej winy, znajdą się „na aucie” tego kapitalizmu. A AI właśnie stara się, aby było ich jeszcze więcej.
Takie dobra jak zasoby naturalne, w tym lasy, ale szczególnie wszystkie złoża kopalin, surowców, w tym węgla, kamienia, itp. powinny pozostać państwowe. Także woda, niezbędna do życia. Mamy tej wody mało – zasoby wody pitnej ma Polska podobno mniejsze niż Egipt, kojarzony z pustynią.
Także drogi, koleje, porty lotnicze i porty morskie. Ona na siebie zarobi – ta państwowa infrastruktura. To tylko kwestia mądrych podatków i opłat. Państwo musi być właścicielem tego, co służy do komunikacji, co jest zwornikiem organizacji państwowej. Zatem także wszystkie systemy łączności, w tym satelitarne, z których korzystamy (Starlinki, itp.) – to ma być w gestii Państwa. A nie jakiegoś biznesmena, który może: oszaleć, zestarzeć się aż do starczego głuptactwa włącznie – ale dalej będzie tym rządził! I dla kaprysu nawet, a najczęściej dla kasy lub z jakiejś politycznej kalkulacji, nagle to nam wyłączy. Jak Elon Musk właśnie te Starlinki wyłączył Rosjanom. W końcu, jeśli coś jest własnością prywatną, to indywidualny właściciel może wszystko. Może też po prostu sprzedać swoje dobra za granicę. Albo w chwilach próby zdradzić swój kraj…
Polska musi próbować znaleźć kompromis – coś między kapitalizmem w wersji totalnie liberalnej, a państwową kontrolą niektórych sektorów naszej gospodarki i życia. I zapisać to też w Konstytucji.
To, o czym teraz piszę – utrzymanie kontroli państwowej nad newralgicznymi elementami państwa nie jest czymś niezwykłym. Już pod koniec lat 90-tych okazało się, że tempo wykupu polskiej ziemi jest takie, że bez ustawowych ograniczeń zostaniemy bez nieruchomości, bez rolnictwa, bez ziemi. Po wielkich społecznych i politycznych bojach, po protestach rolników, wprowadzono ustawodawstwo, które ten wykup ziemi rolnej w jakimś stopniu ograniczyło.
Straszyliście, wy politycy i media głównego nurtu, Polaków jakąś literą Z na „ruskich” czołgach. Tak dla informacji: nic w tym nie było diabolicznego. „Z” to pierwsza litera rosyjskiego słowa zachód. Inni twierdzą, że to „Z” jest od pierwszej litery wyrażenia „Za pobiedu” (Za zwycięstwo). Nikt nie wie dokładnie, jak to z tym „Z” było. Czy ten Zachód (rosyjski Zapad) oznaczał kierunek skąd atakowano w 2022 roku Ukrainę (czyli z Białorusi, a więc z Zachodu), czy – jak woli polska propaganda – że Rosjanie będą atakować Zachód, czyli nas. Litera malowana była na sprzęcie wojskowym. Wyraźna – ułatwiała Rosjanom rozpoznanie swoich i nie strzelanie do swoich.
A mnie teraz – gdy myślę o Polsce, jej politykach, gdy myślę o czym oni myślą, co piszą – to też ta litera „Z” mi się teraz zjawia.
Jest bowiem takie polskie słowo na literę „z”, które opisuje to, co myślę o waszych poczynaniach: parlamentarzyści i członkowie rządu! Na sześć liter to słowo, ten rzeczownik, dodam. Odważniejsi ode mnie już używają wobec was tego słowa, przynajmniej w internecie. Ja jeszcze boję się go używać. Chciałbym wierzyć, że się mylę. Wierzyć, że to tylko głupota. A nie…
Chyba jednak aż tacy głupi nie jesteście – skoro wiedzieliście, i zawsze wiecie, co robić, aby się dostać na szczyty władzy? Zatem to jednak ta druga możliwość. To słowo.
Zaczynam się was bać, politycy. Już można się was bać, bo każdy przejaw myślenia innego niż nakazane w mediach głównego nurtu, wydaje się stawać niebezpiecznym. Już podobno są procesy o to. Nazywacie to mową nienawiści. Nawet jeśli była to tylko krytyka i wyrażanie swoich poglądów.
I innych się już boję – tych, przed którymi wy już nie potraficie nas obronić. Tak! Wzrasta przestępczość. Na razie mówi się, że to przestępczość kryminalna – gangi ze wschodu. Ale w II Rzeczypospolitej mieliśmy także przestępczość polityczną. Zabójstwa polityków. Sprawcami byli i Polacy, i inne narodowości. Były też pobicia. Ot, na przykład, dziennikarzy, pisarzy, którzy coś „nie tak” o ówczesnej sanacyjnej władzy pisali – jakieś niewygodne dla władzy rzeczy. Tak lubicie do tej Najjaśniejszej II Rzeczypospolitej nawiązywać. I proszę: macie to! Historia lubi się powtarzać.
Zaczynamy mieć tu dyktaturę. Pełną frazesów o demokracji.
Ale teraz wracam do Sejmu oraz Prezydenta. Zajmę się tylko „samą górą”. Zmiany potrzebne są wszędzie. Od góry do dołu. Ale o samym dole, o nas, zwykłych Kowalskich, o tym, co u nas zmienić – to już byłaby chyba książka, gdyby chcieć tylko nawet naszkicować jedynie to, co trzeba by zmienić, wykreślić, wprowadzić…
Tym razem zatem tylko o trzech władzach. I tylko kilka podstawowych uwag na ich temat. Przypomnę: 1) władza ustawodawcza – parlament, 2) władza wykonawcza – rząd, oraz 3) sądy.
Na nasz mały kraj Sejm wystarczy jednoizbowy. I w dużo skromniejszym składzie osobowym. Dziś posłów jest aż 460! Senatorów 100! Jakże lubimy obdzielać się funkcjami! Tytułami! Godnościami… Jak „godni” są ci wybrańcy mogłem się przekonać niedawno, gdy przez kwadrans oglądałem jakieś aktualne nagranie z sali obrad. Posłowie mieli krótkie wystąpienia, w różnych sprawach, ważnych, mniej ważnych. Każda wypowiedź wywoływała agresję przedstawicieli strony przeciwnej. Na sali okrzyki, gwizdy, buczenie, tupanie. Wiocha to mało powiedziane! Chlew! Złośliwości Marszałka czy wicemarszałka prowadzącego obrady. Większość „ław sejmowych” pusta. Gdzie oni są?
Co robić zatem? Zmienić Konstytucję.
I ustalić w niej:
- Sejm jest jednoizbowy i składa się np. z 200 osób. Wystarczy.
- Senatu nie będzie. Po co? Jakaż to z niego „Izba namysłu”? Jacyż to dostojni tam mędrcy zasiadają? Nie żartujmy!
- Dość z szastaniem pieniędzy na imponderabilia rodem z I-szej szlacheckiej Rzeczypospolitej. Te „godności” – za którymi nie idzie nic, a w szczególności ofiarna praca na rzecz społeczeństwa – są niepotrzebne. „Panie Senatorze, panie Pośle!”. I jeszcze to nasze, polskie, „Pan/i nie wie, kto ja jestem!”. Jakże my to lubimy! Te tytuły. Tę tytułomanię!
- Wprowadzić funkcję Prezydenta, który będzie szefem Rady Ministrów i wodzem naczelnym na wypadek wojny. Premiera nie będzie. I wreszcie nie będzie żadnych sporów kompetencyjnych, np. kto ma reprezentować nasz kraj na takim czy innym spotkaniu międzynarodowym. Kto ma mianować sędziów, kto odebrać ich ślubowanie, kto ma prowadzić politykę zagraniczną, mianować ambasadorów, itp., itd. Tylko Prezydent. Zawsze tylko on: Prezydent.
- Jedna wspólna Kancelaria Prezydenta i Rady Ministrów. Też zapisana w Konstytucji. Nie będzie też tych wszystkich osobnych olbrzymich Kancelarii (osobna Kancelaria Premiera, osobna Kancelaria Prezydenta, itd.)
- Ministerstwa także należy określić w tej Konstytucji. Na stałe. Ich nazwy i liczbę. Niech ich będzie 15 czy nawet 20 (aktualnie, w rządzie Premiera Donalda Tuska, funkcjonuje 19 ministerstw), ale na tym koniec! Wtedy kolejna zmiana władzy nie będzie pretekstem do likwidacji jednych i do tworzenia nowych ministerstw po to tylko, aby obsadzić te ministerstwa swoimi ludźmi.
- I teraz chyba najważniejsze: konstytucyjny zakaz pełnienia jednocześnie funkcji posła i członka rządu, na jakimkolwiek stanowisku. Według informacji z 2024 roku w rządzie funkcje ministerialne i wiceministerialne (sekretarzy stanu) pełniło 54 posłów. Łączą oni mandat parlamentarny z pracą w Radzie Ministrów. Niedopuszczalne! To jest wbrew zasadzie trójpodziału władz! A tak praktycznie: łączą też dwie pensje i mają rozdwojenie jaźni. Nie uchwalą przecież (jako poseł, posłanka) niczego, co nie pasuje później im jako ministrom! To patologia, o której rzadko się mówi. Skandal, że tak to u nas w Polsce jest!
- Wybory do Sejmu będą zawsze jednocześnie wyborami Prezydenta – każdy komitet wyborczy ma obowiązek przedstawić swojego kandydata na prezydenta i jeżeli ten komitet wygra wybory, to jego kandydat zostaje prezydentem.
- Przy okazji: a dlaczego nie robić jednocześnie wyborów do samorządów gminnych – w tym samym terminie i na takie same okresy kadencji? Wszystkie 4-letnie lub 5-letnie. Oszczędność czasu i pieniędzy na tak przeprowadzane wybory – w jednym terminie na Prezydenta, do Sejmu, do rad gmin, powiatów, sejmików wojewódzkich – byłaby oczywista.
- Skoro wybory są traktowane jako święta (święta demokracji…), to ustalić też można w Konstytucji, kiedy się takie wybory odbywają. Tak jak to jest tradycyjnie ze świętami – wiadomo kiedy one są. Chyba, że chodzi o Wielkanoc – święta „ruchome”. Ale inne święta mają swoje daty. I co szkodzi, zgodnie z tym wzorem, ustalić np. że te skomasowane wybory (j.w.) odbywać się będą zawsze w drugą niedzielę maja? Naród już w tę niedzielę byłby wypoczęty po 1-3 majowej „majówce”, już trzeźwy, w patriotycznym uniesieniu po uroczystościach 3 maja, może trochę refleksyjny (przydałoby się!), bo tuż przed wyborami wypadłby też 8 czy 9 maja (zależy jak liczyć). Czyli Dzień Zwycięstwa nad Hitleryzmem i III Rzeszą. Kolejna rocznica zakończenia II wojny światowej byłaby też okazją do zastanowienia się, kogo wybieramy na naszych przywódców i przedstawicieli: czy rozsądnych i pokojowo nastawionych polityków, czy wojenne „jastrzębie”, co to chcą nas porwać i wrzucić do okopów… Ustalenie stałych terminów wyborów kończyłoby też polityczne igraszki z ich arbitralnym wyznaczaniem – a to tak, a to inaczej, w zależności, co sobie aktualnie rządząca opcja polityczna umyśliła za wygodne i sprzyjające właśnie im.
- Koniec z finansowaniem partii z budżetu Państwa. Konstytucyjny zakaz! Chcesz mieć partię – szukaj sponsorów. Każda wpłata na partię musi być udokumentowana, oficjalnie dokonana: przelew, legalne źródło pochodzenia pieniędzy czy innej darowizny. Wpłaty tylko krajowe – żadnych wpłat z zagranicy lub od podmiotów o statusie zagranicznym. Kryterium polskiego pochodzenia wpłat: od obywateli Polski lub od podmiotów zarejestrowanych w Polsce i z udziałem ponad 50% kapitału polskiego oraz z ponad 50% udziałem obywateli polskich we władzach takiego podmiotu. Może wtedy, bez tej państwowej „kroplówki”, do której się na stałe obecne partie podłączyły, pojawią się inne, nowe siły polityczne, a nie tylko zasiedziałe już na polskiej scenie PO, PIS, Konfederacje i inne aberracje. Oraz ich tzw. „przystawki”, które razem z głównymi graczami, także nic nie proponując, od dziesięcioleci żyją wspólnie z państwowych dotacji.
- Prezydent ma prawo skierować ustawę do Trybunału Konstytucyjnego (TK). A ten ma 6 miesięcy – tylko tyle! – na to, aby wydać wyrok, czy dana ustawa jest zgodna z Konstytucją, czy nie. I ten termin ma być tzw. terminem zawitym albo, inaczej, prekluzyjnym. Prawnicy wiedzą, co to jest: roszczenie lub uprawnienie wygasa. I nie można terminu przywrócić. W tym przypadku: uprawnienie TK do zbadania zgodności ustawy z Konstytucją wygasa i po upływie tego terminu Prezydent musi realizować ustawę. Cel takiego uregulowania: zapewnienie pewności prawa i szybkie zakończenie stanu niepewności. A nie tak, jak teraz, że TK latami nie wydaje wyroku i wciąż wszyscy czekają, nie wiedząc jaki jest stan prawny…
- Co do sądów to należy uprościć ich struktury, nazwy i wszystko z tym związane. Wiem, jak lubimy historyczne nazwy, np. Trybunał: Trybunał Konstytucyjny, Trybunał Stanu. Ten ostatni okazał się martwy, niepotrzebny, więc do likwidacji. Wystarczy odpowiedzialność karna dla tych polityków, którzy nie dopełniają swoich ustawowych obowiązków lub przekraczają uprawnienia oraz popełniają inne grzechy mające postać przestępstw. Jest Kodeks Karny i wystarczy! Jeden Trybunał – TK wystarczy. A cała reszta sądownictwa to po prostu powinien być jednolity system Sądów Powszechnych, do którego też należy włączyć Sąd Najwyższy. Czyli: Sądy Rejonowe, Okręgowe i Sąd Najwyższy. Poszczególne dziedziny spraw trafiają do ich różnych wydziałów: karny, cywilny, pracy, itd. Co za problem, aby był też wydział administracyjny? Po co odrębny pion sądownictwa administracyjnego z Naczelnym Sądem Administracyjnym (znowu odrębny sąd i nazwa)? Potem te różne „piony” sądownictwa wydają sprzeczne z sobą wyroki w tej samej materii.
Pod jednym z moich poprzednich artykułów pt. „Ja, wróg niepodległości i zdrajca” zamieszczonym na moim blogu anty-bohater.pl dostałem komentarz, podpisany „Przekora”. Z uwagą przeczytałem tę ocenę, że sama analiza niedoskonałej rzeczywistości to mało:
„A jaki wniosek z tej analizy? Co robić, lub co nie robić? Może dopisać jeszcze parę linijek z propozycją jak nasze Rządy, my Polacy mamy się zachować w tej sytuacji? Czekam na parę linijek więcej.”
Napisałem wtedy jak widzę naszą politykę zagraniczną i naszą armię w tych obecnych, przedwojennych czasach. Teraz trochę uwag na temat Sejmu, Rządu i Sądów. Zatem, drogi Czytelniku, dopisałem znowu parę linijek.
Dałem tytuł „Strategia dla IV RP”, ale jest to tytuł, jak to się mówi, niesamowicie „na wyrost”. Taka strategia powinna być tworzona w ogólnonarodowej dyskusji, z udziałem wszystkich, którym przyszłość kraju leży na sercu. Przede wszystkim z udziałem specjalistów od poszczególnych sfer naszego życia.
Niestety, nikt takiej dyskusji nie prowadzi, nawet nikt nie zachęca. Ja – chciałbym. Tym moim małym przyczynkiem. Tym tytułem artykułu choćby.
Obecny dyskurs polityczny w Polsce ogranicza się tylko do sporów na temat takiej lub innej militaryzacji kraju, do połajanek i walki o władzę pod hasłem „kto kogo”. I te starcia już coraz częściej się przeradzają w jakąś bezwzględną walkę, jak w MMA. A nawet gorszą, bo bez szacunku dla przeciwnika.
Niestety! Nasza strategia dla Polski ogranicza się na razie do powszechnej ewakuacji.

