Armia Zbawienia

Z góry przepraszam za zapożyczenie tej nazwy szacowną organizację „The Salvation Army” („Arma Zbawienia”). Skorzystanie z tych dwóch słów jest zastrzeżone, ale mam nadzieję, że Armia Zbawienia mi wybaczy.

Parę zdań chcę tej organizacji poświęcić, ale to będzie tylko wstęp. Więcej będzie o innej armii – naszej, polskiej.

Organizacja „Armia Zbawienia”, organizacja religijna, istnieje już od 1865 roku. Została założona w Londynie, ale obecnie działa w ponad 130 krajach. W Polsce jest jednak mało znana. Zapewne była u nas już przed II. wojną światową, ale potem długo, długo nikt o niej tu nie słyszał. Aż do czasu, gdy w 2005 roku wznowiła działalność w niektórych polskich miastach. Jest w Polsce też zarejestrowana Fundacja Armii Zbawienia (od 2020 roku), która jest już organizacją stricte charytatywną, oferującą pomoc wszystkim potrzebującym, niezależnie od wyznania. Natomiast sama Armia Zbawienia łączy służbę duchową i religijną z pomocą socjalną. Jej misją jest głoszenie Ewangelii.

Skąd ta nazwa: Armia, skoro cele jej wojskowe nie są?

To pewnie geneza tego podmiotu. Być może jej założyciele wywodzili się z brytyjskich kręgów wojskowych i od początku nadali jej taką strukturę, quasi wojskową. M.in. ma podział na korpusy. Wprowadzono też mundury dla jej członków. Nie zgłębiam jej historii. Na dziś interesujący jest dla mnie stosunek tej organizacji do kwestii wojny oraz do jej przeciwieństwa – do pacyfizmu.

Nazwanie sie przez Chrześcijan armią właściwie mnie nie dziwi. Chociaż wciąż, jak to się mówi, boleję nad tym. Gdyż właśnie w Kościele szukałem odcięcia się od wojny, walki, militarnej retoryki.

Ale jest wręcz przeciwnie. Padły już w tym tekście powyżej takie słowa jak armia, korpus, mundur. Gdy słucham kościelnych pieśni, to od dawna uderza mnie ich „militaryzm”. W pamięci mam niektóre takie zbitki słów, a wystarczyło sięgnąć do śpiewniczka pieśni kościelnych by znaleźć ich dużo więcej: „Chrystus wodzem, Chrystus królem”, „Odmówcie różaniec, chwytajcie za miecz”, „Tarcza wiary”, „Spod znaku Maryi rycerski my huf (hufiec), błogosław nam Chryste na bój”, „Króluj nam Chryste, zawsze i wszędzie, to nasze rycerskie hasło”. I dalej w tej samej pieśni: „naprzód przebojem młodzi rycerze”. Albo ta kościelna wersja „Roty”, która kończy się (3 zwrotka) opisem zwycięskiej bitwy: „I taki triumf, taki cud powieje z Jasnej Góry. I z taką wiarą ruszy lud – Synowie Polski, Córy. Że jak mgławica pierzchnie wróg. Tak nam dopomóż Bóg”.

Nie mówiąc już o Modlitwie do św. Michała Archanioła, która ni stąd ni zowąd pojawiła się przed kilku laty w polskich kościołach. Nota bene, jakoś ta modlitwa do świętego, który czczony jest bardziej raczej w obrządku prawosławnym niż rzymskim, zjawiła się u nas w tym samym czasie, gdy goście ze Wschodu przestają być gośćmi i stają się po prostu mieszkańcami Polski. Modlitwa do św. Michała Archanioła odmawiana jest na klęczkach, bezpośrednio po zakończeniu mszy świętej, ale jakby będąc jej częścią niemal. A w tej modlitwie retoryka jest już militarystyczna par excellance! Parę cytatów: „przeciw niegodziwościom i zasadzkom”, „niech go Bóg pogromić raczy”, „a Ty, Wodzu, (…) mocą Bożą strąć (duchy złe) do piekła”.

Mój przyjaciel, po jakimś dłuższym rozstaniu z niedzielnymi mszami świętymi, trafił jakiś czas temu znów na łono kościoła. Z potrzeby otrzymania duchowej pociechy. Pełen nadziei i wiary w łagodność ewangelicznego przesłania wysłuchał mszy świętej. Ale gdy na jej koniec, niespodziewanie dla siebie, usłyszał tę modlitwę do świętego Michała Archanioła, to znowu zwątpił.

Gdzie tu bowiem pokój i dobro? Gdzie łagodność Chrześcijanina? I gdzie miłość bliźniego? Toż to istne „Militaria.pl”.

Ale nie ma się co dziwić! Gdy zacząć czytać, co nasi polscy chrześcijanie sądzą np. o pacyfizmie, to okazuje się, że pacyfizm to zło absolutne. Czyli że właśnie postawa antywojenna, wypacza wręcz idee Jezusa! To są oficjalne tezy na organizowanych przez Kościół seminariach, konferencjach, sympozjach. Zresztą nie trzeba czytać. Dziś wszystkiego można posłuchać. Odbiorca nie może się zmęczyć. Podaję zatem jeden z takich tytułów: „Pacyfizm jako symptom odchodzenia od nauczania katolickiego”. Wpisując ten tytuł w wyszukiwarkę znajdziecie te mądrości, uzurpujące sobie właściwe odczytanie przesłania Nowego Testamentu.

Miłość bliźniego? Tak, ale według polskiego katolicyzmu miłość bliźniego nie wyklucza, a właściwie zawiera w sobie potrzebę prowadzenia wojen! Bo bliźniego trzeba bronić! Nawet jeśli nie chcesz bronić samego siebie, to twoim obowiązkiem jest bronić osoby tobie powierzonej. Nam, Polakom, chyba powierzono Ukrainę? 

Takie są to tezy polskiego Kościoła. Nawet te słynne słowa Jezusa zapisane w Ewangelii wg św. Mateusza (Mt 26,52) „Kto wojuje od miecza, od miecza ginie” prelegent wykładu j.w. interpretuje jako „słodką obietnicę Zbawiciela dla wojowników chrześcijańskich”. Zginiesz tu na Ziemi, ale czeka cię szczęście w Niebie. Przypomina mi to niemal obietnice jakie Islam daje swoim wojownikom. Pamiętacie? Oni są marketingowo lepsi, oferują konkret, za który młodzi Mahometanie gotowi są ginąć: są to te 72 hurysy, które według tradycji muzułmańskiej dla każdego z nich przygotował już w raju dobry Allah.

Tak… To słynne powiedzenie Jezusa o mieczu, od którego ginie ten, który nim wojuje, nie jest już przestrogą przed stosowaniem agresji i nie jest to też już ostrzeżenie, że należy się wyrzec przemocy. Nie jest – według tych, którzy z pozoru powinni być pierwszymi i największymi propagatorami pokoju. Czyli według Chrześcijan. 

Zapomnieliśmy już, że miecze należy przekuć na lemiesze. Kupujemy kolejne tysiące czołgów, samolotów, dronów.

Taki ruch jak Armia Zbawienia, propagujący co do zasady pokojowe współistnienie ludzi, był czymś nowatorskim w II. połowie XIX wieku, gdy powstawał. To nikogo chyba nie dziwi. Epoka tamta była jeszcze czasem europejskich monarchii, wciąż walczących militarnie o prymat, o wpływy, o kolonie, itd. Idea Pokoju na świecie nie istniała. Wojnę traktowano jako immanentną część polityki. I takie było też prowojenne wychowanie ówczesnych społeczeństw, gdzie patriotyzm oznaczał to, że młody mężczyzna miał na ochotnika zaciągać się do armii. Gdy tylko zagrzmiały werble. Ojczyzna wzywa! W istocie rzeczy wzywał car, kajzer, cesarz lub król. Obecnie wzywa Wall Street… Interesy czas zacząć!

Tak, w tamtych czasach, gdy ludzie nie byli świadomi swoich przyrodzonych praw, w szczególności prawa do życia w pokoju, pokojowych inicjatyw Armii Zbawienia wręcz nie rozumiano. Ale dziwi to, że pokojowe zasady „Armii Zbawienia” są także dziś, nadal, jakby odkrywaniem nowej galaktyki, nieznanej ludzkości. Dziś, czyli w pierwszym ćwierćwieczu XXI. wieku.

W 2016 opublikowano oficjalne stanowisko tej organizacji w zakresie dążenia do Pokoju (The Salvation Army International Positional Statement Peacemaking). Organizacja bardzo drobiazgowo wyjaśnia, jak można wspierać działania propokojowe i jak ona sama będzie w tym kierunku działać.

Co do istoty wojny i pokoju czytamy tam, m.in.:

„Armia Zabawienia nie zgadza się z tymi, którzy twierdzą, że przemoc jest nieodłączną częścią wiary religijnej. Jezus głosił ewangelię pokoju.”

I tu można by postawić kropkę. To powinno prawdziwym ludziom wiary i ludziom dobrej woli wystarczyć.

A szczególnie całemu światu Zachodu, który określa swoje historyczne pochodzenie i swoje korzenie jako chrześcijańskie. Powinna towarzyszyć temu taka propokojowa interpretacja Biblii – księgi, na którą wciąż Zachód chce się powoływać. I gdy tylko zbliżają się wybory, parlamentarne, prezydenckie, to tzw. prawicowa strona w większości wskazuje na swe rodzinne, chrześcijańskie tradycje. A duża część naszych rodzimych polityków wręcz buduje swój wizerunek medialny jako wzorowi katolicy.

I co? I wraz z tym przedstawianiem się wyborcom jako ten przysłowiowy Polak-katolik, wszyscy oni następnie, gdy już zostaną wybrani, jak jeden mąż (i jedna żona) propagują wojnę. 

Na Ukrainie – do ostatniego Ukraińca.

A u nas? U nas na razie mówią tylko o wojennym sprzęcie. O uzbrojeniu. O to chodzi w tej całej awanturze o SAFE. Oraz oczywiście o zadłużenie Polski „Na wieki wieków. Amen”. Przy okazji chodzi też o pognębienie przeciwników politycznych. Ale wszyscy są zgodni, co do jednego: Zbroić się, zbroić i jeszcze raz zbroić!

Przez ostatnie 80 lat, od czasu II. wojny światowej, zapomniano w Europie, przynajmniej w świecie tzw. Zachodu, jak krwawe żniwo zbierają wojny.

Wojny były, wydarzały się, owszem, ale gdzieś na obrzeżach tego europejskiego świata, wąsko pojmowanego z perspektywy stolic Zachodniej Europy. Najbliższa nam wojna miała miejsce w latach 90-tych na terenie byłej Jugosławii. Inne działy się gdzieś na granicach Izraela, w Iraku, albo jeszcze dalej. 

Nikogo w Paryżu, Londynie, Berlinie, ani także w Warszawie, nie powoływano do wojska, aby iść na te wojny. Jechało na te wojny, często zwane tylko „konfliktami” („konflikt na Bliskim Wschodzie”) trochę zawodowców, czyli zawodowych żołnierzy z poszczególnych sprzymierzonych państw. Nazywało się to misjami. A oni wracali jako bohaterowie. Chyba, że czasem nie wracali… 

Byli też zawodowcy prywatni. Typu Legia Cudzoziemska, jakieś legiony i inne bataliony. Zatrudniani byli najczęściej przez strony konfliktu. Nazywano ich już mniej sympatycznie: najemnicy.

Ktoś czasem nie wracał stamtąd, ze strefy wojen, konfliktów. Nie wracał cały lub w ogóle nie wracał. Ale większym problemem dla świata jest umieralność na raka albo choćby śmiertelność z powodu wypadków drogowych. Dopiero ta wojna na Ukrainie pokazała znowu, że wojna to hekatomby ofiar. Ale i ta wojna jest daleko. Na razie… Ta wojna na Ukrainie, jest dlatego wciąż dla obywateli Unii odrealniona – toczy się od naszej granicy ponad 1000 km dalej. Nie mówiąc już o odległościach od Berlina czy Paryża.

Jednak narracja zachodnioeuropejskich polityków mainstreamowych mediów jest taka, że wróg stoi już u naszych bram, a my potrzebujemy mocnej armii. I stąd ten mój tytuł: Armia Zbawienia. Pomysłodawcy tej Armii chcieli nas, całą ludzkość, zbawić po śmierci. Prowadząc dobrą drogą po Ziemi, zamierzali otworzyć przed nami Niebo.

Nasi przywódcy „Koalicji chętnych” (jak sami się nazwali), chcą nas podobno obronić, czyli zbawić, jeszcze tu, na Ziemi. Zbawić, obronić przed Rosją… Nazwali się adekwatnie do swojej najważniejszej cechy: są chętni. Chętni by iść na wojnę. Oczywiście, nie osobiście.

Tylko silne armie, mają nas podobno zbawić. Jest nawet pomysł na armię europejską.

Dowództwo byłoby chyba w Berlinie. W końcu tam są najlepsze tradycje dowodzenia. I gdzieś tam w starych berlińskich murach, tych nie zniszczonych w maju 1945 roku, brzmi jeszcze to hasło: „Ein Land, ein Volk, ein Führer”. Dziś odpowiednio: „EU, Europejczycy – według modelu woke, oraz Komisja Europejska – z jej szefową Ursulą von der Leyen, zwaną też już „Die Führerin”. 

Armia Europejska będzie być może taka: korpus oficerski i generalicja pochodzące z armii państw na zachód od polskiej granicy – to będzie kadra dowódcza, a ich żołnierze prawdopodobnie wyspecjalizują się w obsłudze dronów. Podobno już ściąga się tam specjalistów z Ukrainy. Będą ich szkolić.

Rola Polski i naszych żołnierzy? Wiadomo: „My pierwsza brygada”. I pierwsza linia frontu. Prawdopodobnie piechota. Innymi słowy: mięso armatnie.

Przedstawiłem tę pokojową organizację, Armię Zbawienia, która niestety ma fatalną nazwę, gdyż armia kojarzy się po prostu z wojną, mając pewien zamiar, do którego teraz przechodzę.

Przedstawiłem tę „Armię” po to, aby jej nazwę wykorzystać do ironicznego ukazania dążeń polskich polityków. Gdyż oni, w ich pojęciu, budują nam właśnie Armię Zbawienia. Armię, która ma nas zbawić nie w sensie religijnym, ale ma nas wybawić, obronić przed niebezpieczeństwem ze strony Rosji. 

Politycy polscy… Jakżeż oni wszyscy są prowojenni i militarystyczni! Nie słyszałem nigdy żadnego, który by powiedział, że zbrojenia to coś złego – wszyscy są na „tak”: więcej czołgów, więcej samolotów, więcej dronów! I budują nam tę swoją Armię Zbawienia.

Ale nigdy nie słyszałem, aby rzeczywiście „pochylili się” nad tą polską armią, tym naszym wojskiem, co zbawić nas ma przed „Ruskimi”. 

Tak… Ruscy, Ruski – tak mówią o naszych sąsiadach. Tak sieją nienawiść do innego narodu, z lubością powtarzając te przecież pejoratywne określenia. Przyjemnie jest nam Polakom, gdy ktoś o nas mówi lekceważąco? Chociażby na przykład „Polaczki”?

Skoro politycy zajmują się tylko uzbrojeniem naszych żołnierzyków, opowiadają głównie o uzbrojeniu i właściwie zajmują się tylko pożyczkami oraz kontraktami na zakup tego uzbrojenia, to ja się za chwilę zajmę analizą stanu polskiej armii. Jej liczebności. 

Czyli „czynnikiem ludzkim”. Tego tematu politycy (na razie) unikają. 

Ja pacyfista, ja niespecjalista, z troską zastanowię się, czy polska armia i polska doktryna wojenna może kogokolwiek powstrzymać? Rachunki są jednak na tyle proste, że każdy (nawet ja) potrafi kilka liczb przytoczyć i je z sobą porównać.

Ale jeszcze taki „drobiazg” o tych kontraktach w ramach SAFE i innych zakupów uzbrojenia, które są z pewnością lukratywne – ale dla producentów uzbrojenia. Polska „zbrojeniówka” najmniej na tym zarobi, gdyż przetwarza tylko zachodnie produkty – jest montownią. Najpierw będzie kupować to, czego w Polsce już od dawna się nie produkuje: silniki, elektronikę, wszystko to, co potrzebne jest by np. „Rosomak” czy inny „Krab” ruszył. Ruszył na Ukrainę… Te kontrakty nie dla nas będą korzystne. Nie dla społeczeństwa. Nie dla narodu polskiego. Są zarobkiem dla wielkich producentów i dla handlarzy bronią! A to raczej nie Polacy. Nawet nie chcę zaczynać tematu przekupstwa, olbrzymich łapówek, a także zbrodni (wobec nieprzekupnych) – tematów, które z tą produkcją i handlem bronią są immanentnie związane.

Taka tylko tu drobna uwaga: okazało się w ostatnich dniach, że SAFE zawiera też możliwość przekazania zakupionego z tego programu uzbrojenia na Ukrainę! A nawet więcej: Polska może z tych pieniędzy z programu SAFE zamówić broń nie tylko „u siebie” (w naszych państwowych jeszcze zakładach zbrojeniowych), nie tylko w Unii Europejskiej, ale także na Ukrainie! Czyli zapłacić Ukrainie za wyprodukowanie broni i od razu tę broń Ukrainie przekazać. Bardzo dobre rozwiązanie! Polska zaoszczędzi na kosztach transportu.

Zatem już niedługo nasi politycy uzbroją polskie wojsko „po zęby”.

Natomiast, co do samego wojska, rozumianego jako oddziały wojskowe, to sytuacja na dziś przedstawia się następująco: mamy skromną armię. Skromną w porównaniu do liczebności w armiach, które wojnę już toczą. Polskie wojsko samo policzyło się pod koniec 2025 roku i okazało się, że liczy 217 075 ludzi. To wydaje się nawet dużo, w porównaniu z poprzednio podawanymi liczbami, ale ta ewidencja obejmuje już absolutnie wszystkich – nawet tych, którzy tylko na chwilę założyli mundury i przeszli różnego rodzaju ćwiczenia wojskowe, krótkie lub dłuższe. 

Chyba wliczono w te ponad 200 tysięcy już naprawdę kogo tylko się dało, gdyż jeszcze kilka lat temu słyszałem, że tych zawodowych żołnierzy ma Polska tylko ok. 130 000. Plus kilkadziesiąt tysięcy w WOT, czyli w Wojskach Obrony Terytorialnej, utworzonych z inicjatywy PIS w czasie ich okresu rządzenia. Jak określić te formację? Przeszkoleni amatorzy? Z pewnością nie są to specjaliści, ale jednak trochę więcej chyba potrafią niż mobilizowani ad hoc cywile.

Ta liczba 217 075 żołnierzy przypomina mi sposób na zniechęcanie do ataku niedźwiedzia. Doświadczeni wędrowcy, ludzie gór i lasów, którzy spotykali na swojej drodze niedźwiedzia, radzą (jeśli nie można się bezpiecznie, spokojnie przed nim wycofać), aby szeroko rozstawić ręce i nogi oraz machać nimi. Czyli zrobić tzw. „gabaryt”. Robić za dużego zwierza. Oraz głośno krzyczeć, gwizdać, czy co kto tam potrafi – jeśli tylko komuś ze strachu głos nie uwiązł w gardle. Wtedy niedźwiedź, bywa, że rezygnuje z ataku.

Zdaje się, że polskie Ministerstwo Obrony robi właśnie taki „gabaryt” próbując przestraszyć rosyjskiego niedźwiedzia. Tylko czym? 

Armijką, w której tak naprawdę to w pełni zawodowych, gotowych do wymarszu żołnierzy jest pewnie połowa z tej liczby jak wyżej? Pytam AI i uzyskuję dokładną odpowiedź: stricte zawodowych żołnierzy ma Polska 111 tysięcy. A więc nie pomyliłem się. A z tej liczby ilu jest na etatach, które z prawdziwą wojną nie mają nic wspólnego? Takich, którzy nigdy „prochu nie wąchali”? 

Terytorialsów jest ok. 38 000. Jak się te dane zsumuje, to mamy żołnierzy ok. 150 000 i do tej liczby wszystkich wojaków, tj. łącznie 217 075 żołnierzy, brakuje jeszcze, a brakuje… Niemal 70 000 ludzi brakuje do tej liczby, która jest podawana jako (dość optymistyczny) stan ogólny polskiego wojska.

Czy rzeczywiście optymistyczny?

No, to porównajmy. Wiemy, że Prawda jest pierwszą ofiarą wojny, więc liczby dotyczące stanu liczebnego wojsk zaangażowanych w wojnę Rosja-Ukraina należy traktować tylko jako szacunki. Nawet dane oficjalnie podawane przez obie strony konfliktu są niewiarygodne. Jednak te szacunki pokazują, że Rosja ma na froncie ponad 700 tysięcy żołnierzy (tę liczbę podał prezydent Putin we wrześniu 2025) a Ukraina ma 880 tysięcy (taką liczbę podał prezydent Zeleński w styczniu 2024 r. 

Można znaleźć najróżniejsze dane. Np. jakaś strona internetowa pod nazwą statista.com (nie wiem, co warta ta strona) podaje porównanie militarnych potencjałów obu państw wg stanu na początek roku 2026 i w rubryce „aktywny personel” jest to po stronie Rosji 1.320.000 ludzi, a po stronie Ukrainy 900.000 ludzi.

Dotychczasowe straty, to też tajemnica, ale po każdej stronie liczy się je już w setki tysięcy. Np. dla Rosji: 400 tysięcy, z tego niecała połowa to zabici. A po stronie Ukrainy 600 tysięcy, w tym 140 tys. zabitych.

Nie dowiemy się prawdy. Być może nigdy.

Najistotniejsze jest to, że na froncie, każda strona ma ok. miliona żołnierzy, a po 4 latach wojny każda ze stron straciła po kilkaset tysięcy ludzi. Są to zabici lub trwale wyeliminowani ze służby wojskowej przez odniesione rany, kalectwo.

Gdzie my, jako Polska, zatem jesteśmy z tą bardzo „naciąganą” liczbą niewielu ponad 200 tysięcy ludzi według naszej armijnej statystyk? A w realu z połową tej liczby?

O czym my mówimy? O jakiej sile polskiej armii!?

Proporcje ilości żołnierzy z aktualnej wojny Rosja-Ukraina są jakby mniej więcej podobne do kampanii wrześniowej w Polsce w 1939 roku, gdy siły niemieckiego Wehrmachtu wynosiły (wg różnych danych) 1,5 – 1,8 mln żołnierzy, natomiast wojsko polskie 0,9 – 1 mln żołnierzy. Ta przewaga liczebna Niemiec nie była wtedy najistotniejsza, gdyż Polska przegrała przede wszystkim dlatego, że nasza armia była przestarzała i składała się głównie z piechoty czy też absolutnie już wtedy archaicznej kawalerii. Podczas gdy Niemcy mieli wojska niemal całkowicie zmotoryzowane i olbrzymią przewagę w sile ognia (czołgi, działa, samoloty) i w środkach łączności.

Władze II RP zbyt późno ogłosiły mobilizację. Do tego nie było jasnego, spójnego systemu dowodzenia. Ani też wiary w zwycięstwo. Rząd ewakuował się z Warszawy już po kilku dniach września 1939 roku. Natomiast Hitler zastosował niezwykle skuteczną metodę wojny błyskawicznej, atakując Polskę jednocześnie z trzech stron (Blitzkrieg). Oczywiście był też ten 17 września 1939 roku i wkroczenie wojsk ZSRR na polskie tereny wschodnie, ale w tym momencie Polska już i tak była w agonii.

Jednakże ówczesna 35 milionowa Polska potrafiła zmobilizować około 1 miliona osób. Dziś nasz kraj ma podobną liczbę ludności (37,33 mln osób na koniec 2025 roku), zatem teoretycznie w razie wojny będzie możliwe uzyskanie takiej samej (czyli ok. 1 mln) liczby żołnierzy. Tylko że od 2009 roku nie było już w Polsce przymusowego poboru do wojska. Wtedy postawiono na armię zawodową i tak miało już być zawsze. Mężczyźni się ucieszyli. Ich żony chyba też? Przynajmniej większość… Gdyż odkąd pamiętam, to marzeniem wszystkich młodych mężczyzn nie była zaszczytna służba wojskowa tylko jej uniknięcie. Politycy obiecujący zniesienie powszechnej obowiązkowej służby wojskowej zyskali wtedy, na przełomie roku 2009/10 sympatię wyborców – mężczyzn, ich żon, rodzin… I tak to trwa do dziś. Armię mamy tylko zawodową lub dobrowolną (WOT). 

Żaden z polityków na razie nie odważa się powiedzieć Polakom: przywrócimy obowiązkową służbę wojskową.

Coś tam najwyżej napomykają o szkoleniach, przeszkoleniach, ćwiczeniach. Nigdy nie padły słowa o czymś takim dłuższym niż 3 miesiące. A warto przypomnieć, że w PRL i jeszcze długo w RP do wojska szło się na 2 lata. Krócej mieli studenci: na rok po ukończeniu studiów. Dłużej marynarze. Kogo zakwalifikowano do marynarki wojennej, to miał pecha: pływało się przez 3 lata.

Wyobraźmy sobie teraz tę powszechną mobilizację. Prawnie jest ona nadal możliwa, gdyż aktualnie jedynie ją zawieszono – nie wykreślono całkowicie z przepisów. Jeżeli jednak zrobi się ją tak jak w 1939 roku, czyli „na ostatnią chwilę”, to będzie to tzw. „armagedon”: cywile ruszą do przydzielonych im w kartach mobilizacyjnych jednostek, a tych już często nie będzie tam, gdzie w czasie Pokoju stacjonowały. Bo albo wyruszyły „na drogi marszu”, albo zostały już zniszczone (koszary, itp.). Na drogach chaos. Naród, zgodnie z zaleceniami naszych dzielnych polityków, zarzuci na plecy plecaki ewakuacyjne i ruszy, nie wiedzieć dokąd? Paliwo do naszych samochodów szybko się skończy. Auta zatarasują drogi. Nad drogami drony…

A jeśli ta kilkusettysięczna armia cywili dotrze już nawet do swoich jednostek wojskowych, założy mundury, to co? Już będziemy mieli z nich wojaków? Chyba w typie Dzielnego Wojaka Szwejka, który zamiłowania do wojaczki nie przejawiał. Nastroje są dziś zupełnie inne niż nastroje patriotyczne młodzieży 20-lecia międzywojennego. Pokolenia wychowywanego w kulcie munduru i ułańskiej tradycji. Oraz przygotowywanych do służby wojskowej przez przymusowy pobór. Dzisiejsza młodzież oraz młodzi ludzie, których armia chce wziąć na wojnę, w badaniach ankietowych deklarują, że w razie wojny, to oni wybierają kierunek na zagranicę. Nie chcą do wojska. Nie chcą walczyć. Nie mają takich ideałów, jak „Kolumbowie rocznik 20-ty”.

A co do współczesnego pola walki… Jeśli kiedyś wystarczyło prostemu żołnierzowi, że potrafił się posługiwać karabinem, to dziś trzeba się nauczyć o wiele więcej. Także jak obsługiwać drony i jak nie dać się od razu dronowi zabić.

Podsumowując: nasi politycy walczą o pożyczkę SAFE oraz o kontrakty na sprzęt wojskowy. Zapomnieli, że jeszcze nie jest tak, iż roboty oraz sztuczna inteligencja wygrywają wojnę. Jeszcze nie. 

Potrzeba wciąż na wojnę ludzi. A tych: 1) mamy w Polsce mało; 2) o wiele więcej nie da się „wygenerować”; 3) ci, których się weźmie na wojnę, za bardzo walczyć nie będą chcieli.

Politycy wciąż sobie opowiadają o uzbrojeniu polskiej armii, mając na myśli jedynie armię zawodową. A ta zniknie bardzo szybko. Nawet uzbrojona przez polską „zbrojeniówkę”. Wojny wygrywa rezerwa, a nie kadra zawodowa, która ginie w pierwszych miesiącach wojny… Potem walczą rezerwiści. A tych Polska praktycznie nie ma. A jeśli będzie się ich tak mobilizować jak kiedyś, to i efekt będzie taki jak kiedyś. Nasza rezerwa prawdopodobnie rozproszy się tak, jak ta w 1939 roku…

I taka jest ta nasza polska Armia Zbawienia, która ma nas zbawić przed zagrożeniem ze Wschodu. Urojonym lub, łagodniej to określając, wykreowanym przez polityków i przez poddane im media.

Można by jeszcze o perspektywach wojennych Polski długo. Chociaż jest to perspektywa krótkoterminowa. Dla połowy Polski już nawet z samego założenia. Otóż chyba już wszyscy zapomnieli, jaką sensacją było to, że polska strategia obronna, która od czasów wejścia do NATO widzi zagrożenie tylko ze wschodu, przewiduje iż linia obrony naszego kraju zostanie utworzona wzdłuż rzeki Wisły? 

Taką zgrozę to wzbudziło, gdy wyszło na jaw, ale chyba nikt tego do tej pory nie zmienił? Nie słyszałem, nie czytałem przynajmniej. O sprawie zapomniano, gdy tylko nowa sensacja zagościła w mediach. Zatem nasza Armia Zbawienia w pierwszych dniach rosyjskiej agresji wycofa się „na z góry upatrzone pozycje”. I dla połowy kraju nastanie od razu to, czym tak straszą nas od 4 lat media: Ruski Mir.

A jak to właściwie jest z tymi artykułami, z art 4 i art. 5 traktatu o NATO, z tym udzielaniem bezwarunkowej pomocy państwu zaatakowanemu? W 2022 roku, gdy zaczęto w Polsce dyskusję na ten temat, to jakoś zgody nie było, że ta zasada „Jeden za wszystkich wszyscy za jednego” to nasza gwarancja bezpieczeństwa. Podobno pomoc ma być udzielana bowiem „w wymiarze niezbędnym”. W 1939 roku, gdy też mieliśmy międzynarodowe gwarancje ówczesnych mocarstw, były to np. dyplomatyczne rozmowy, jakie odbywali przedstawiciele rządów Anglii i Francji z III Rzeszą. Kontynuowane już po upadku II RP.

I na to ze strony NATO możemy i teraz liczyć.

Co robić zatem? 

Pod jednym z moich poprzednich artykułów pt. „Ja, wróg niepodległości i zdrajca” zamieszczonym na moim blogu anty-bohater.pl dostałem taki komentarz, podpisany „Przekora”:

„No dobrze.
A właściwie wszystko niedobrze.
Ta analiza przyczyn i skutków naszej polityki zagranicznej z jej plusami i minusami.
A jaki wniosek z tej analizy? Co robić lub co nie robić????
Może dopisać jeszcze parę linijek z propozycją jak nasze Rządy, my Polacy mamy się zachować w tej sytuacji?
Czekam na parę linijek więcej.”

Niniejszy artykuł jest też krytyczny. Zatem to dobre miejsce, aby na koniec dopisać te parę linijek więcej. Odpowiadając Czytelnikowi i dziękując za trafną uwagę: łatwo w trudnych sytuacjach krytykować, trudno znaleźć rozwiązania. Co Polska, średni kraj środkowoeuropejski, o geopołożeniu i fatalnym, i bardzo dobrym zarazem, powinna teraz robić? AD 2026? 

To będzie moja „odezwa” do polskich polityków.

Dyplomacja („You stupid!”)!

Sensowne relacje z sąsiadami naszego kraju. Wszystkimi. Także z Rosją. Współpraca gospodarcza, zamiast kursu na konflikt. Współpraca ze wszystkimi ludźmi dobrej woli. Do których ja zaliczam też premiera Węgier Viktora Orbana. A wy, politycy polscy, wolicie prezydenta Zelenskiego? Nie przeszkadza wam ukraińska miłość do Bandery?

Tak chcieliście budować jakieś „Trójprzymierza”, jakieś „Trójkąty Wyszehradzkie”. A ostatnio „Unię dwojga Narodów”. A gdy teraz zdarza się okazja porozumieć się z rozsądnymi i bliskimi nam naprawdę krajami, tj. Węgrami i Słowacją (a nie z Ukrainą, która nawet nam zwykłej wdzięczności nie potrafi okazać), to wy, wraz z resztą Unii Europejskiej, chcecie zniszczyć ten głos rozsądku z Węgier! A może i Czechy wtedy dołączą, bo Czesi zawsze byli pragmatyczni. A nie dramatycznie romantyczni, jak my. I będzie rzeczywisty pakt krajów o wspólnych korzeniach, historii i aktualnych zbieżnych interesach.

To nasze geopolityczne położenie nie jest takie złe!

O „Nowym Jedwabnym Szlaku” już zapomnieliście? Tak, wciąż mamy szansę! Gdy szybka kolej transsyberyjska dotrze z towarami z Chin, przez Rosję, do naszej wschodniej granicy, to my będziemy kasować wpływy z VAT od tych towarów. Jako pierwszy kraj na granicy Unii Europejskiej. A nie porty w Hamburgu czy w Bremen.

Trzeba tylko zakończyć tę bezsensowną wojnę na Ukrainie. A sama Ukraina też na tym skorzysta – będzie brać gigantyczne opłaty od tego transportu. I może się sensownie odbuduje. Bez banderowskiej ideologii. Gdy kraj zwycięża biedę, gdy staje się krajem dobrobytu, hitlerowska ideologia, z jej nakręcaniem gospodarki poprzez zbrojenia wojenne, znika. Przykład: Niemcy po drugiej wojnie światowej. 

Chcecie pomagać Ukrainie w powojennej odbudowie? To m.in. idźcie w tym kierunku: współpracy w handlu.

A nie zaduszenia polskiego transportu ciężarowego i polskiego rolnictwa przez dumpingowe ceny ukraińskich przewożników drogowych i ukraińskich koncernów żywnościowych, którym pozwoliliście wjechać z towarami do Unii.

To nasze wojsko niech sobie zostanie. W naszych granicach. Czyli zawsze w Polsce.

Na żadne wojskowe misje zagraniczne zgody nie ma! Wojsko niech pozostanie w tej liczbie, która jest teraz czyli ok. 200 tysięcy żołnierzy… Albo i mniejszej. Wystarczy! Bo nawet milion żołnierzy ma froncie nic nam nie da – tylko tyle, że w efekcie, po wojnie, Polaków będzie o milion mniej.

Kupcie im drony.

Niech się bawią i bronią. Play, protect and serve. Niech będą jak amerykańscy policjanci: „To Serve and Protect”, plus to „Play”. Niech ich misją będzie pokojowa służba społeczeństwu. Mamy dość nieszczęść typu powodzie. Tylko czekać na fatalne susze, pożary. Polska ma podobno mniej wody pitnej niż Egipt! Tak się zmienia klimat. Nawet bez wojny będzie miało wojsko co robić.

I zajmijcie się, politycy, wreszcie gospodarką, tzn. przestańcie jej przeszkadzać bzdurnymi i niebezpiecznymi ustawami.

Np. zrezygnujcie z tego obłędu KSEF, gdzie na domiar wszystkiego serwery z danymi polskich przedsiębiorców są podobno gdzieś za granicą! Zrozumcie, że tylko wy, zaślepieni antyrosyjską ideologią, odrzucacie tanie „węglowodory” z Rosji. Węgry i Słowacja wciąż korzystają z rurociągu „Przyjaźń”. A za chwilę Wasi mocodawcy z UE „przeproszą się” z prezydentem Putinem. Gdyż już ich lud się burzy, gdy patrzy na ceny na stacjach paliw.

Doprowadźcie do prawdziwej dywersyfikacji w zaopatrzeniu w źródła energii, a nie do monopolu jakichś gazoportów.

Teraz odcięto cieśninę Ormuz. Wiecie, że na Bałtyku są cieśniny Sund, ktore oddzielają nasze morze od Morza Północnego? Łatwo można je też odciąć…

Uruchomcie ponownie wydobycie węgla z polskich złóż. Zanim przejmie te złoża obcy kapitał.

Zobaczycie! Wtedy na nowo zostaną uruchomione kopalnie na Górnym Śląsku i okaże się, że Zielony Ład wcale temu nie przeszkadza.

Zajmijcie się służbą zdrowia, wychowaniem polskiej młodzieży, nauką, życiem. 

A nie wojną i śmiercią. 

I wydumanymi problemami etycznymi (aborcją np.). Nie zabrania wam ta etyka chrześcijańska zabijania ludzi? W szczególności na wojnach? Tylko o nienarodzone dzieci chodzi? O ginących za Ojczyznę Polaków już nie?

Wprowadźcie do wszystkich polskich szkół jako lekturę obowiązkową „Na Zachodzie bez zmian” E.M. Remarque’a. – ten antywojenny manifest.

Nieprzypadkowo ta książka poleciała pierwsza w ogień na rozkaz Hitlera, gdy w 1933 roku palił w Berlinie wszystko, co przeszkadzało w jego śmiercionośnych wojennych planach. Możecie też poczytać założenia propokojowe prawdziwej Armii Zbawienia. To też może wam pomóc.

I zrealizujcie te słowa Mistrza, że „Tylko prawda was wyzwoli”.

Czas już stanąć w prawdzie w polityce historycznej. Odrzucić trujące dogmaty, np. o fantastycznej II. Rzeczpospolitej i mówić otwarcie o tym, co bolesne. A nie wierzyć (i kazać innym wierzyć) w jedną, jedyną, obowiązującą narrację, w której np. marszałek Józef Piłsudski to niemal święty. Natomiast niemal pół wieku PRL (okres 1945-1989) – czas niewątpliwych osiągnięć naszego Narodu – to tylko „okres błędów i wypaczeń”. Który dziś jest w podręcznikach białą plamą. Lub totalnym szyderstwem.

Wiem: wy, aktualni politycy polscy nieszczęśni, już tego, co trzeba by stać się mądrym i przyzwoitymi nie przeczytacie. W każdym razie ze zrozumieniem. Skoro do tej pory nic do was nie dotarło.

Ale chodzi o następne pokolenie. Może byłoby lepsze.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry