A więc wojna!

A więc wojna! To słynne słowa z komunikatu Polskiego Radia wypowiedziane przez spikera rankiem, 1 września 1939 roku, gdy hitlerowska Rzesza, bez formalnego wypowiedzenia wojny, napadła na nasz kraj, rozpoczynając tym aktem agresji II. wojnę światową.

Słowa padły post factum, czyli po przekroczeniu granic Polski przez wojska niemieckie. Choć czytam, że nagrane zostały na płytę już dzień lub dwa dni wcześniej, gdyż polski Sztab Generalny wiedział już, że wybuch wojny jest nieunikniony. I w dniu 30 sierpnia 1939 roku przekazał ten komunikat do nagrania i odtworzenia. Na wszelki wypadek. Jeszcze wciąż licząc, że nie będzie to potrzebne.

Jednak wojna wybuchła.

Natomiast polski premier pan Donald Tusk mówi już teraz, że wojna dla Polski wybuchnie za kilka miesięcy. Nie mówi „może” – on jest pewien! Nie ma chyba tylko odwagi powiedzieć o tym wprost – nam Polakom. Na odważnego to on nawet nie wygląda – nie jest nasz premier mężem stanu, który emanuje spokojem. Chyba, że kłamią te zdjęcia, na których widać go często jakby ciężko przestraszonego, niepewnego. Ale reporterskie fotki, chwytając kadr niespodziewanie, z zaskoczenia, raczej nie kłamią. To te ujęcia, gdy politycy nie wychodzą od makijażystki i fryzjera, wygładzeni, aby za chwilę wygłosić orędzie do narodu i pokazać się w jak najlepszym świetle, na jak najlepszym tle (o to zadbają „swoi” kamerzyści i specjaliści od „image”).

Donald Tusk wojnę nam zapowiedział poprzez gazetę Financial Times.

Ja jej nie czytam, zatem tę informację opieram na doniesieniach kilku internetowych publicystów, którzy zwrócili uwagę na tę wypowiedź na łamach angielskiego pisma i dość szeroko ją omawiają. Nie powiedział też tego wprost: to nie jest to słynne stwierdzenie „A więc wojna!”. Jeszcze nie…

Ujął to mniej więcej tak, że kwestia wybuchu wojny u nas to „sprawa raczej miesięcy niż lat”. I dodał jeszcze, że ma obawy, czy USA wywiążą się ze swoich sojuszniczych zobowiązań. Czyli dla Polski byłby to brak wsparcia w ramach NATO – bo oddzielnej umowy z USA nie mamy. I tutaj właśnie pan premier ma wątpliwości – czy to się aby ziści: ta pomoc NATO.

Pan Premier trochę jak grecka Pytia, która w oparach dymu wygłaszała swoje proroctwa, także mówi nam coś jakby nie wprost: domyślcie się rodacy. I kilku zaczęło się domyślać.

Wysłuchałem w internecie zgrabnych analiz i wniosków Jana Maria Rokity, Witolda Gadowskiego i Macieja Maciaka, którzy zauważyli wypowiedź premiera i na swoich portalach na YouTube lub w YouTubowych rozmowach z innymi osobami, omawiają tę kwestię.

Pytia, według historyków starożytności, była odurzona, siadywała przy szczelinie w skale, skąd wydobywały się opary i według tradycji ich wdychanie doprowadzało ją do transu. Czyli wprowadzała się w odmienny stan świadomości, co i dziś jest nam znane. Także naszym współczesnym politykom się to zdarza. Czyżby pan Premier też?

Nie, naprawdę pana Premiera o to nie podejrzewam, chociaż, chociaż…

Pan Prezydent na przykład… Wciąż nie chce zdradzić nam, co tam ma takiego w tych woreczkach nikotynowych, w tych snusach, czy jak tam to się zwie? Swoją drogą ładnie się rymuje: News-Snus. Za darmo ten rym oddaję – można stosować jako tytuł główny z podtytułem: „Wieści z Pałacu Prezydenckiego”.

Tak jak nasi starożytni Grecy mieli kapłanów od tłumaczenia słów Pytii, tak my mamy internetowych publicystów – specjaliści od tłumaczenia, co też nasi politycy mają na myśli.

Np. i oni, i sami politycy zgodnie tłumaczą nam od czterech lat, że wojen nie ma. Jest tylko „specjalna operacja wojskowa”, „pełnoskalowa”, „konflikt zbrojny”. A już od wielu, wielu lat, były misje. Nie wysyłano polskich żołnierzy (najczęściej na Bliski Wschód) na wojnę, lecz na misje – do Iraku, do Afganistanu. Czasem, żeby opinię publiczną jeszcze bardziej uspokoić, nazywano taki wyjazd zbrojny (i najazd jakiegoś kraju): „misja stabilizacyjna”. Ciekawe, że nasi weterani, którzy te wyjazdy na misje „zaliczyli” mówią, że na misje to jeżdżą księża i siostry zakonne. Oni pojechali na wojnę.

Dziś, gdy to piszę, właściwie zaczyna się majówka, która w Polsce ma wymiar ludowego święta. Oficjalnie są to dwa święta, a zarazem dwa dni wolne od pracy, czyli 1 maja – Święto Pracy i 3 maja – Święto Konstytucji III Maja, oraz 2 maja – święto flagi (Dzień Flagi RP), który dniem wolnym od pracy nie jest. Ale rodacy uczynili z tych świąt po prostu Wielką Majówkę – długi weekend. W tym obecnym 2026 roku nie wypadają te dni tak korzystnie – na tle dni tygodnia, ale często, biorąc jeden-dwa dni wolnego w pracy można sobie zafundować tydzień lub nawet dłużej ciągłego urlopu.

Kościół polski też coś zawsze chciał przy tej okazji ugrać i z 1 maja uczynił Święto Józefa Robotnika, a 3 maja to także kościelne Święto Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski.

Ani Państwu Polskiemum ani Kościołowi Polskiemu niespecjalnie się te święta wpisują w sukcesy, gdyż lud, prosty i radosny, majowo optymistyczny, potraktował te wszystkie wolne dni jako wielkie ogólnonarodowe grillowanie. Święto Grilla i sześciopaku Piwa – tak można by ten czas określić.

I nikt raczej nie zwróci uwagi na te czarne scenariusze, że wojna blisko. Blisko Polski. Jakaś prowokacja przy granicy z Obwodem Kaliningradzkim, jakiś inny casus belli i już… Jeden z wymienionych publicystów, pan Witold Gadowski mówi, iż dotarły do niego informacje, iż w dużym szpitalu w Polanicy-Zdroju, czyli przy południowo-zachodniej granicy Polski, odbyła się właśnie konferencja, której motywem przewodnim było zapewnienie świadczeń medycznych dla uchodźców ze wschodniej Polski. Bliższych informacji nikt mu nie chciał udzielić. Jacy uchodźcy? Dlaczego? Coś się dzieje? Coś się ma wydarzyć?

Majówka, majówka. Reklamy „Biedronki”, „Dino”, „Lidla” i innych potentatów, którzy przemawiają do Polaków promocjami. Tak było i w ostatnich dniach sierpnia 1939 roku.

Przeglądałem kiedyś reklamy w czasopismach i gazetach z sierpnia 1939 roku – jakiś przedruk tych historycznych już wydawnictw. Najbardziej uderzyły mnie reklamy kosmetyków. Tych pięknych zapachów, tych ówczesnych rysunków reklamowych, które były częstsze wtedy niż dzisiejsze zdjęcia – podstawa reklamy. Te delikatne kreski i naszkicowane perfumy dla pań, jakieś inne gadgety tego przedwojennego, dobrego, czasem nawet eleganckiego życia. Za chwilę miało to być już tylko wspomnieniem dawnego świata. Za chwilę miało brakować nawet zwykłej wody.

A wokół tylko ruiny i zgliszcza.

Tak pisał poeta o żołnierzu polskim we wrześniu 1939 roku: „Szedł przez ruiny i zgliszcza”.

Ale wtedy, w tych dniach poprzedzających wybuch II. wojny światowej, nikt tej zapowiedzi wojny nie zauważał. Lub nie brał poważnie.

Jako i dziś.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry