Część I. SPA
Zimna woda zdrowia doda i tego typu przysłowia ze wskazówkami, jak zdrowo żyć, zawsze nas „dotykają”. I chwilę zastanowimy się nad ich sensem i „przesłaniem”. Bo cóż jest ważniejsze dla nas niż zdrowie? Tak, życie… Jeszcze droższe… No chyba, że ktoś kogoś kocha „nad życie”…
Ale, z kolei, co to za życie – bez zdrowia?
Już nasz renesansowy wieszcz, Jan Kochanowski, napisał nam:
„Szlachetne zdrowie,
nikt się nie dowie,
jako smakujesz,
aż się zepsujesz.”
Anglicy mają takie piękne przysłowie dotyczące zdrowia:
„An apple a day keeps the doctor away.”
(tłum. „Jedno jabłko dziennie trzyma lekarza daleko od ciebie.”)
Ale nie tylko jabłka… Woda też… Jest ona w znanym powiedzeniu Salus per aquam – czyli zdrowie przez wodę. Dziś powszechnie używany jest skrót SPA pochodzący od tych słów. Oraz od nazwy belgijskiego kurortu – Spa. Kuracja wodą, szczególnie zimną, robiła karierę już w XIX wieku, gdy popularne stawało się wodolecznictwo według zasad opracowanych przez niemieckiego księdza Sebastiana Kneippa. To były jednak zabiegi lecznicze, pobudzające krążenie krwi, wzmacniające odporność, poprawiające samopoczucie.
Pierwszym tematem tego artykułu jest kwestia, która pojawia się teraz dość często w różnych ujęciach, a dotyczy tej podstawowej sprawy związanej z wodą, oprócz jej picia – tematu mycia się. Tego codziennego. Lub niemycia się…
Drugim tematem – jak zwykle u mnie – jest wojna. Ale to na sam koniec.
Zapoznałem się w ostatnim czasie z dwoma materiałami na temat mycia się i one stały się asumptem do tego, co chcę tu powiedzieć. Do mojego protestu! Otóż protestuję przeciwko rozprzestrzeniającej się w mediach, tak nieco „cichaczem”, tezie, że tak często, np. codziennie, to myć się nie trzeba, nie warto – i w ogóle nie należy z tym przesadzać.
Tylko z tym ostatnim twierdzeniem – tym o przesadzie – mogę się w pewnym, ale absolutnie niewielkim, stopniu zgodzić. Bowiem jeśli ktoś nie myje się, a już wręcz dezynfekuje, używając nadmiaru detergentów, pozbawiając skórę naturalnej ochrony, ścierając skórę „do żywego” pumeksami – to to już jest na pewno przesada. A poznałem takich, a szczególnie jedną taką, pasjonatkę, która zapadała wciąż na kolejne infekcje, nie mając odporności, na skutek dogłębnego (dosłownie) mycia tej niezbędnej flory bakteryjnej.
Dobrze tę różnicę między myciem a dezynfekcją ukazuje anegdota, którą opowiedziała mi moja matka, która 40 lat przepracowała jako pielęgniarka. Była przy tym, jak pewien pan doktor, przed zabiegiem u małego dziecka, w obecności mamy tego dziecka, wziął wacik zwilżony jakimś środkiem odkażającym i potarł skórę dziecka w miejscu, które miało być medycznie „zaopiekowane”. Wacik zabarwił się odcieniem szarości i lekarz z dezaprobata pokazał go mamie dziecka. A ta na to: „Ja dziecko myję, a nie dezynfekuję – panie doktorze…”
Jednak w tych medialnych doniesieniach, czy też w książkach, a zatem potem także w zwykłych rodaków rozmowach, gdyż tzw. zwykli ludzie chcąc nie chcąc mówią „z play-back’u”, powtarzając wiadomości którymi nasączają ich media, książki, zaczyna się rozprzestrzeniać pogląd, że z myciem trzeba bardziej ostrożnie! I to się idealnie wpisuje w zwykłe ludziom lenistwo: skoro tak w telewizji mówią… To ja jestem usprawiedliwiony/a, gdy ochlapię tylko dłonie i twarz. I pójdę spać. Albo pójdę do pracy.
Oczywiście: są jeszcze kosmetyki. Dezodorant. Woda po goleniu. Perfumy. Będzie piękny zapach… I te kosmetyki wpisują się zresztą jakby w trend ograniczania mycia się. Na męskich antyperspirantach już dawno temu zdziwiła mnie reklama-gwarancja zapewniania nam przez nie świeżości przez 48 godzin! Właśnie to mi w nich od początku nie pasowało. Jak to? One chyba mają zatykać człowiekowi te pory w skórze, przez które pot, naturalna ludzka substancja wydostaje się na zewnątrz? Czyli to jest coś nienaturalnego, sprzecznego z naturą ludzkiego ciała. Nie chcę tego! Wiem, że jest różnica między tym, co nazywa się „świeży pot”, a tym, co jest przepoceniem. Kolejnym często, nielikwidowanym po prostu poprzez umycie się, najlepiej pod prysznicem. Moim zdaniem podstawową „procedurą”, która powinna nastąpić po uprawianiu sportu, w zakresie usunięcia niemiłych zapachów, jest właśnie kąpiel. Taka lub inna. A nie zaklejanie skóry antyperspirantem. Może upraszczam. Zapytałem jednak AI, jak działa antyperspirant, i zgodnie z tym, co utrzymują producenci zapewniła, iż po użyciu takiego środka myć się można, ale wtedy ochrona będzie słabsza. Czyli jest to jakby zachęta do oszczędnego korzystania z wody. Proekologicznie! Woda cennym bogactwem naszej planety. No, a Polska ma zasoby wody pitnej podobno mniejsze niż Egipt. Choć ten kraj kojarzy nam się z pustynią.
Aby dezodorantów przypadkiem nie kupić, czytam uważnie opisy na opakowaniach. I zauważyłem, że normą stało się już nie te wcześniejsze 48 godzin – teraz one są już zachwalane na 72 godziny! Tak długo mogą ci zapewnić ochronę!
Ale jakby zgodnie z trendem: nie myjmy się, Broń Boże, za często!
I tak na naszych oczach upada, dopiero co zdobyta przez europejską populację ludzkości, wielka (moim zdaniem) zdobycz cywilizacyjna, polegająca na przeświadczeniu, że myć trzeba się jak najczęściej.
Wspomniałem, że takie tezy o tym, iż ograniczanie mycia, kąpieli, prysznica itp. napotkałem ostatnio w dwóch źródłach. Oto one (chociaż pewnie więcej jest takich „przyczynków”):
- Pierwsza to książka „Polska według Ryszarda Kai” autorstwa Beaty Szady, gdzie autorka poza opisem życia bohatera jej książki – malarza i plakacisty Ryszarda Kai – zamieściła także kilka felietonów na temat nas, Polaków. Ryszard Kaja (opisany w pierwszej części książki; zresztą też wyjątkowy bałaganiarz, żeby nie powiedzieć wprost: flejtuch) stworzył ponad 160 wielce interesujących plakatów, w jednym świadomie zainicjowanym cyklu „Polska”, przekazując nam swoje impresje, często pokrywające się z naszym rozumieniem polskości, a czasem nie. Jego skojarzenia są często inne. Twórczo przetwarzał znane nam symbole polskich krajobrazów (np. Tatry), symbole znanych wszystkim nam miast (np. Wrocław). Ale też odkrywał dla nas miejscowości powszechnie nie znane (np. Mikstat) albo wręcz dosłownie (tak to sam nazwał) jakieś „Zadupia”. Na kanwie kilku plakatów autorka książki zajęła się pewnymi frapującymi aspektami naszej współczesnej obyczajowości, jak np. przydrożne groby (krzyże, kapliczki, stawiane w miejscach wypadków komunikacyjnych), nasz stosunek do zwierząt, tych dzikich i tych udomowionych. Jest też felieton o sadownictwie – to jest bowiem polska specjalność. Napisany na przykładzie polskiego centrum produkcji jabłek w rejonie Grójca i pogłębiony refleksjami natury ogólnej, bo i jabłko wiele mówi o naszych polskich sprawach. I opisała ta autorka także nasze zwyczaje, jeśli chodzi o higienę osobistą, tę codzienną. Czyli mycie się, branie prysznica, czy kąpiele w wannie.
- Tym samym problemem zajął się historyk Kamil Janicki, bardzo ceniony przeze mnie (i przez wielu, wielu innych słuchaczy/oglądaczy). W jednym z ostatnich swoich podcastów „Wielka historia”, pod frapującym tytułem „Dlaczego robimy to aż tak często”. Obrazek w tle tytułu wyjaśnia od razu, że chodzi o mniej emocjonujące czynności, niż taki tytuł mógłby niektórym, szczególnie młodszym, sugerować: na rysunku umieszczonym na wstępie podcastu widzimy namydlonego faceta pod prysznicem. Promiennie uśmiechnięty facet. I właśnie w tym podcaście autor zamieścił swoje i małżonki stanowisko, w kwestii którą można by strawestować tak: „Prysznic a sprawa polska”. Rzecz jest właśnie o zwyczajach Polaków związanych z myciem się oraz kąpielami w wannie i pod prysznicem. W przekroju historycznym.
Przy okazji… Jeżeli wiecie, to uśmiechnijcie się z tego, że piszący tego nie wiedział. Ale jeśli nie wiecie, to sprawdziłem to za was: co to za nazwa, ten Podcast? Wszyscy używają tego słowa./. Wszyscy je znają? Intuicyjnie podkładamy sobie tu nasze słowo „program” – znane od lat z telewizji, gdzie oglądamy właśnie programy. Cóż, internet musiał się odróżnić, a nasze zamiłowanie do angielskich nazw też tu odgrywa rolę i mamy słowo nowe. Zamiast słowa, które już jest i wystarczyłoby. Powstało to nowe słowo w 2004 roku z połączenia słów „iPod” (urządzenie firmy Apple – popularny odtwarzacz muzyczny, na którym zaczęto tego rodzaju programy umieszczać) oraz słowa „broadcast” (ang.: transmisja, nadawanie radiowe).
Ale wróćmy do podcastu pana Kamila Janickiego, który wraz ze swoją żoną, także historykiem (historyczką?), przez ponad godzinę zaznajamia nas z historią mycia się w Polsce. Najpierw w Polsce sarmackiej, potem pod zaborami, w dwudziestoleciu międzywojennym, w PRL-u, a także w czasach najnowszych, tych obecnych. Też już jakby dzielących się: na czas bezpośrednio postpeerelowski i ten okres aktualny, któremu historycy dopiero jakąś nazwę kiedyś nadadzą.
Może będzie to UKROVID? Byłyby w tym słowie dwie dominanty ostatnich lat: COVID i Ukraina.
Oboje opowiadali nam przede wszystkim o tym, że przez wieki całe Polacy właściwie się nie myli, a jeżeli – to rzadko. I nie powinniśmy mieć w tym zakresie żadnych kompleksów, gdyż inne nacje traktowały mycie i kąpiele podobnie. Czyli wszyscy niezwykle oszczędnie gospodarowali czystością – tak jak teraz politycy, wg znanego bon motu, „oszczędnie gospodarują prawdą”. Chociaż dziś i politycy i inni dyskutanci w studiach main streamu, już nie są tacy eleganccy i wstrzemięźliwi w wyrażaniu poglądów: wszyscy mówią już sobie wprost: pan/i kłamie! I takie, przecież brutalne słowa, spływają po adwersarzu jak woda… I nikt się na to nie obraża. W końcu kłamstwo to w polityce norma. Spływa więc taki zarzut jak woda po kaczce…
Znów woda… Wróćmy więc do wody.
Z narracji w tych dwóch wspomnianych źródłach – w książce i w podcaście – wynika, że dziś wszyscy Polacy deklarują, że myją się codziennie. Nawet trzy razy dziennie. Cóż, deklaracje mają to do siebie, że łatwo je składać, a trudno sprawdzić.
Z kąpielą czy też z prysznicem już tak dobrze nie jest. Wielu twierdzi, że codziennie, ale… Gdy wyjeżdżałem z grupami turystycznymi w góry i nocowaliśmy w schroniskach, gdzie łazienka była jedna lub dwie, na korytarzu, wspólne dla wszystkich, to mogłem nie raz zaobserwować, że ta deklaracja o korzystaniu z prysznica z rzeczywistością się nie pokrywa. Wiele osób twierdzi, zresztą już otwarcie, że robi to niekoniecznie codziennie.
Zarówno małżeństwo państwa Janickich, jak i autorka książki, pani Beata Szady, skłaniają się jednak do tej kwestionowanej przeze mnie tezy, że codziennie to może jednak zbyt często? Teza ta nie jest wyrażona tak wprost, ale jakby osnuwa te rozważania… I pojawiają się sugestie, że wystarczy kąpać się, brać prysznic, nie wiem… co drugi? A może co trzeci dzień?
Z całą sympatią dla wskazanych autorów, ale nie podzielam takiego poglądu. Jednak nikomu nie powinno się nic narzucać w zakresie osobistych spraw, do których należy ta omawiana tutaj. Chociaż jest ona osobista tylko do czasu – dopóki nasz zapach lub wygląd nie przeszkadza drugiemu człowiekowi.
W każdym razie ja solidaryzuję się jednak z tym, co mówił Jan Sztaudynger we fraszce „Apel” napisanej już ponad 70 lat temu: „Myjcie się dziewczyny. Nie znacie dnia ani godziny”. Sądzę, że to samo chciał powiedzieć chłopakom, ale może rymu zabrakło?
Jedyne, co dobrego przyniósł społeczeństwom Covid, to ten zwyczaj mycia rąk po każdym kontakcie z publicznymi klamkami, poręczami i innymi przedmiotami. W tym jednym aspekcie ta pandemia trwała zbyt krótko: gdy już, już, to częste mycie rąk stawało się powszechną normą, pandemia odeszła w zapomnienie. I dziś już nie widać, aby Polacy, choćby przed rozpoczęciem jedzenia w restauracji, umyli sobie najpierw ręce. Chyba, że akurat idą, np. przed realizacją obiadowego zamówienia, na siusiu.
Z uznaniem w tym roku zauważyłem takie sympatyczne i higieniczne rozwiązanie tego tematu, umycia rąk, na dworcu kolejowym w Zakopanem. Jest tam restauracja prowadzona przez Hindusów i tam, oprócz toalety, jest w głębi sali jadalnej, ładnie umiejscowiony „kącik czystości”: umywalka z napisem „Tu możesz umyć ręce”. Uczmy się higieny od Hindusów!
Znów przy okazji mycia, kąpieli, pryszniców chwilka refleksji nad etymologią słów. Skąd to słowo – prysznic? Mamy chyba jako jedyni w Europie w nazwie tego urządzenia nazwisko. Vincentego Priessnitza (1799-1851), austriackiego uzdrowiciela i pioniera hydroterapii, który działał w czeskim kurorcie Jesenik (wtedy: Gräfenberg – uzdrowisko po drugiej stronie polskiego dziś Masywu Śnieżnika – drugiego co do wysokości, po Karkonoszach, górotworu w Sudetach). W większości krajów, choćby właśnie w ojczyźnie pana Priessnitza, w Austrii i we wszystkich innych krajach niemieckojęzycznych mają na to urządzenie inną nazwę die Dusche – pochodzącą od francuskiego douche (m.in. rynna). A my Polacy uwieczniliśmy pana Priessnitza.
I super byłoby, aby składać mu hołd jak najczęściej! Korzystając z prysznica.
Dlatego, cieszę się, że już prawie wszędzie mamy w polskich domach łazienki i nie ma przeszkód, aby tak czynić.
Wanna jest już passe… Chyba, że jako przyjemność relaksującej kąpieli. W standardzie mieszkań oddawanych do użytku w XXI. wieku jest raczej tylko prysznic.
A w/w autorzy książki i podcastu dokumentują jak to drzewiej bywało. W obu relacjach można znaleźć liczby, procenty, statystyki, wspomnienia. Wynika z nich, że ten standard: wanna albo kabina prysznicowa, albo i to i to, jeszcze całkiem niedawno (w czasie liczonym dwoma-trzema dekadami) nie był w Polsce (w innych krajach zresztą też) oczywistością. A cofając się dalej – w przeszłości wc/ubikacja często było/była na korytarzu. Często bez umywalki! Ubikacja była wspólna dla kilku mieszkań w kamienicy.
W mieszkaniach powszechnie urządzeniem do mycia była miska. Do kąpieli balia. Drewniana lub z blachy. Kąpiel, gdy już była, to najczęściej ta przysłowiowa już, sobotnia kąpiel. Czyli była tylko raz w tygodniu. I to już było dobrze!
W tej balli czy wannie kąpała się cała rodzina. W tej samej wodzie. Według pewnej hierarchii – dzieci według starszeństwa. Tak bywało w miastach. Jeszcze w drugiej połowie XX wieku tak bywało. Albo jeszcze inaczej: problemem był często nie tylko brak urządzeń do mycia czy kąpieli, ale brak cywilizacyjnego nawyku. Zapamiętałem moją rodzinę, która zamieszkiwała w latach PRL-u na Dolnym Śląsku w małym mieście z wielkim przemysłem włókienniczym. I ta fabryka, w której pracowali stryj i ciotka, wybudowała dla swoich pracowników bloki mieszkalne z łazienkami. Gdy ich czasem odwiedzaliśmy zazdrościłem im prawdziwej łazienki, bo my mieliśmy tylko taką własnym sumptem urządzoną w ciasnym korytarzu – powstała z jego przebudowy. Nie mogłem zrozumieć dlaczego, z tej dla mnie pięknej, prawdziwej łazienki, oni w ogóle nie korzystali? Tylko z muszli klozetowej i umywalki. A całe pomieszczenie służyło im za magazynek. W wannie poukładane były na stałe jakieś pudła, rupiecie… To było pierwsze pokolenie, które ściągnięto ze wsi do miasta.
A co powiedzieć o wsiach? Większość społeczeństwa polskiego, szczególnie właśnie wieś, nawet tego nie znała, co w miastach już istniało: ubikacji. Normą przed stu laty był brak jakiejkolwiek ubikacji przy chałupie. Jest to dobrze opisane, szczególnie w podcaście, o którym mowa, ale i w innych podcastach pana Kamila Janickiego, który opowiada nam, jak to kiedyś było. Tak naprawdę.
Ja dodam tu tylko taki drobiazg. Jest znane dosadne powiedzenie, obrazujące jak było. Przypisywane Góralom, ale wszystkich ówczesnych polskich terenów mogło ono dotyczyć. Chłop polski (np. Góral) miał podobno mówić: „Nie sram tam, gdzie mieszkam”. Czyli szedł gdzieś za dom, za chałupę.
Tu schodzimy już do higieny podstawowej, związanej z potrzebami fizjologicznymi. Ale, czy nie jest to wciąż problem?
W nowoczesnych państwach, a z takimi mamy już do czynienia, umówmy się, począwszy od czasów po pierwszej wojnie światowej, władze publiczne dużo robiły, aby ich narody były bardziej czyste.
Powstawały łaźnie publiczne, toalety publiczne, budownictwo komunalne, gdzie uwzględniano już kanalizację, wodociąg i bieżącą wodę w każdym lokalu. Polska chciała te zdobycze cywilizacyjne przenieść także na wieś i mamy w tym zakresie i zabawną, i jednocześnie całkowicie poważną historię pod nazwą „Sławojka”. Felicjan Sławoj-Składkowski, premier (w 1939 roku), a wcześniej dwukrotnie (w latach dwudziestych ubiegłego wieku) minister spraw wewnętrznych w rządach międzywojennej Polski, z wykształcenia lekarz, potraktował swoje lekarskie powołanie bardzo konkretnie i wprowadzał konsekwentnie rozwiązania mające podnieść poziom higieny na wyższy poziom. Był orędownikiem budowy kanalizacji, wodociągowania miast. Tym rozwiązaniem dla wsi z kolei stała się ubikacja, najczęściej drewniana, nazwana przez Polaków, właśnie od drugiego imienia pana premiera, Sławojką.
Sławojka i perypetie związane z jej upowszechnianiem dobrze obrazują z jakiego poziomu higieny, czystości, startowaliśmy jako społeczeństwo. I to wcale niedawno, bo zaledwie około 100 lat temu. Przemiana nastąpiła zatem ogromna. I jeżeli teraz mądrzy różni piszą, że tych naszych kąpieli, czy też mycia się, jest już jakby za dużo, że wystarczy trochę mniej, to ja odbieram to nieufnie.
Tak jak wiek XIX nazywano wiekiem pary i elektryczności, tak wiek XX można by nazwać wiekiem higieny i czystości. Czyżby ci oszczędzający wodę chcieli cofnąć zdobycze poprzedniego stulecia?
Część II. Wojna.
Moje artykuły piszę najczęściej z pozycji pacyfisty. Nawet jeśli nie są one bezpośrednio o wojnie i przeciwko wojnom, to tak się składa, że każdy temat wiąże mi się z tym dla mnie podstawowym protestem: antywojennym. I to pewne stawianie znaków zapytania, co do dbałości o czystość, sugestia, że np. codzienny prysznic już za wiele wpisuje mi się w to wszystko, o czym już kiedyś pisałem.
Media głównego nurtu, cała publicystyka, cała dyskusja polityczna i publiczna, chcą nas cofnąć w rozwoju. Niektórzy nazywają to ostro: chcą nas zdziczyć, ubrutalnić, znieczulić. Być może także pozbawić nawyków, które dopiero co sobie przyswoiliśmy.
Tak, abyśmy nawet nie zauważyli, kiedy pójdziemy na wojnę. W wojsku, na wojnie, higiena schodzi na daleki plan. Im bliżej linii frontu, tym dalej do niej.
Ale przyzwyczajenie ludzi do życia w okopach, w zabłoconych, zawszonych mundurach, można zacząć od takich małych kroczków, jak ograniczenie pryszniców, kąpieli itd. Tym, którzy nie potrafią sobie wyobrazić życia w okopach, polecam literaturę antywojenną, gdzie wszystko, na bazie własnych wspomnień, opisano.
Innym polem, na którym chce się nas uwstecznić, jest język jakiego używamy i jakim zwracamy się do innych.
Wojna zaczyna się też od słów.
I jakie to dziś mamy słowa w tej naszej przestrzeni publicznej? A takie: rozjechał, zgruzował, zaorał, poniżył, zgrillował. Można też zrobić roast – to ostanie określenie to już niemal łagodne. Ale wszystkie te określenia razem to hejt, presja, nękanie, dręczenie kogoś, wymuszanie na kimś rezygnacji, przedstawianie kogoś w złym świetle. Nic dobrego.
A już szczytem jest to, co powiedział prezydent Polski, Karol Nawrocki, gdy na tzw. „roczek” (podsumowanie pierwszego roku jego prezydentury) wygłosił przemówienie, w którym powiedział, cytuję:
„Jeśli chodzi o Ukrainę, to tak.. Interesem Polski jest, aby Ukraina i żołnierze ukraińscy radzili sobie jak najlepiej z postsowiecką Federacją Rosyjską. Jak najdalej ich trzymali od Polski. To oczywiste. Taka jest strategia państwa polskiego. Niech mordują Sowietów tam. Którzy ich napadli. I w ogóle nas Polaków to nie boli. W tym zakresie zawsze mogą liczyć na naszą pomoc, bo tam gdzie się bije Moskala, tam Polska pomaga, nawet jak nie bierze udziału bezpośrednio w tej wojnie. Taki jest strategiczny interes Polski.”
Koniec cytatu.
I jeszcze, nieco dalej, powiedział Prezydent Nawrocki o Ukraińcach, cytuję: „Naszym interesem jest to, aby bili się jak najdłużej”. Tak… Im dłużej potrwa wojna, tym więcej ich zginie. Nie tylko Rosjan.
Koniec cytatów. Źródło: YouTube. Kancelaria Prezydenta RP. Słuchałem zapisu tego przemówienia na @KanalZeroExtraOfficial. Cytowane słowa zaczynają się od ok. 44:50 minuty nagrania.
Dałem „łapkę” w dół. Tyle mogę tylko zrobić. W dół? To mało! To przemówienie to po prostu, pozostając w języku prowojennym pana Prezydenta, mogiła! Wielki grób: 1) człowieczeństwa, 2) zdrowego rozsądku, 3) demokracji.
Po pierwsze zatem: to zaprzeczenie człowieczeństwa. Tak jak je rozumiemy, my Chrześcijanie, którzy mamy naczelne przykazanie miłuj bliźniego swego. A w Dekalogu, jednym z 10 przykazań jest „Nie zabijaj”. Ale cóż! Czego wymagać! Dziś bardziej niż 10 przykazań znany jest chyba „Jeden z dziesięciu” – teleturniej dla nałogowych oglądaczy telewizji. Dla ludzi których fascynuje umysł potrafiący spamiętać wszystko, prawie wszystko – niekoniecznie natomiast potrafiący wyciągnąć z tego jakieś wnioski. Logiczne. Zgodne z prawidłowym, proludzkim systemem wartości.
Mało kto u nas wyciągnął wnioski ze słów polskiego Prezydenta. Owszem, druga strona sceny politycznej oburzyła się na jakieś tezy tego przemówienia prezydenta Nawrockiego, ale nie na to: nawoływanie do mordowania ludzi przeszło prawie bez echa!
Niech się pan, Panie Prezydencie RP, w moim imieniu, nie wypowiada: mnie boli śmierć zarówno Rosjan jak i Ukraińców.
Brawa dla publicysty Macieja Maciaka, który na swoim kanale „Musisz to wiedzieć” przeanalizował ten właśnie fragment godzinnego przemówienia prezydenckiego (w odc. 2118; początek ok. 8 min. nagrania) pod kątem etycznym i prawnym. Tak! Prawnym, bo Maciej Maciak słusznie zwrócił uwagę, że tym wezwaniem do mordowania „Sowietów” Prezydent RP ewidentnie wypełnił znamiona czynu karalnego. Jako radca prawny, potrafiący czytać przepisy, też tak uważam. Chodzi tu konkretnie o przestępstwo z art. 255 § 2 polskiego Kodeksu karnego:
Art. 255./…/ § 2. Kto publicznie nawołuje do popełnienia zbrodni, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
Oczywiście, AI zaprogramowana przez tych, którzy żyją z wojen, nie widzi w wypowiedziach Prezydenta RP przestępstwa podżegania! Mówi, że trzeba wziąć pod uwagę kontekst wypowiedzi, że to „element retoryki politycznej”. Że to „wypowiedź o charakterze polityczno-historycznym w ramach dyskursu o bezpieczeństwie międzynarodowym, a nie nawoływanie do przestępstwa w rozumieniu polskiego Kodeksu karnego”. Tak można „na okrągło” wszystko zamazać, zamataczyć – byle chronić sprawcę. Wnioskuję więc dla sztucznej inteligencji o areszt tymczasowy. Bardzo często stosuje się go po to, aby uczestnicy przestępstwa nie mataczyli właśnie. AI można tu zakwalifikować jako uczestnika, poplecznika, pomocnika. Więc wyłączyć ją! Chociaż na 3 miesiące.
Żartuję tu sobie, ale gdy czytam te interpretacje AI, to widzę jak można relatywizować prawo.
Bezwzględnie ściga się za „mowę nienawiści” prostych ludzi, którym często już puszczają nerwy, gdy widzą, co się dzieje w naszym kraju (np. ostatnie zdarzenie w autobusie w Bielsku-Białej, gdzie starszy mężczyzna znieważył Ukrainki, ale one podobno też nie zachowywały się przykładnie). Natomiast usprawiedliwia się Prezydenta, który swoimi wypowiedziami idzie daleko dalej. Ten człowiek z autobusu do mordowania nie wzywał.
Zdrowy rozsądek… Brak go polskim politykom. Śmieszni okażą się oni wszyscy. Wkrótce. Zachód już mówi o „resecie” relacji z Rosją. Za chwilę zaczną z nią być może handlować jak dawniej. Kupować znowu tanią ropę i gaz. Inaczej w kryzysie gospodarczym stracą władzę. I od polskich polityków można by oczekiwać większej wstrzemięźliwości. Spuszczeni ze smyczy kąsają „Moskala” nie widząc, że ich pan (ośrodki decyzyjne Zachodu) już za chwilę założy im kaganiec.
A propos „Moskali”… Jest to określenie jawnie pejoratywne. Obrażające naszych sąsiadów. Tak, sąsiadów! Miło nam, gdy ktoś o nas mówi choćby „Polaczki”? Od Prezydenta RP powinniśmy wymagać kultury. Szacunku dla innych.
A co do demokracji, to ten sabat przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie przypominał mi, pamiętającemu filmy dokumentalne o czasach kultu jednostki, inne wiece partyjne. Te z czasów słusznie minionych, gdy zamiast demokracji panowała dyktatura.
Mam na myśli te „Parteitagi” w III Rzeszy i we Włoszech, bezpośrednio przed drugą wojną światową. Jak i te powojenne wiece i zjazdy w krajach socjalistycznych Europy Wschodniej. Tam też tak skandowano. Tam też zebrany tłum, sądząc po zachowaniach i wyrazie twarzy filmowanych widzów, nie analizował, co zawierają słowa ich przywódców. Co jest za nimi ukryte. A właściwie nawet nie ukryte. Przecież ci przywódcy mówili wprost, jak teraz Karol Nawrocki: tylko mój naród, tylko nasz interes (pojmowany tak, jak go nasz wódz rozumie). I tylko wojna! Aż do zwycięstwa! A tłum bezkrytycznie to akceptował.
Gruzy, popioły, groby, traumy, oraz niestety także, trwające przez dekady, pokłady nienawiści – to pozostało z tych przemówień ówczesnych wodzów…
Tak się nawzajem teraz zaczęliśmy już traktować. To już tylko krok do wymierzania prawdziwych ciosów. Pięścią w twarz. Popularność walk MMA to też pewne signum temporis: pokrwawieni gladiatorzy w oktagonie. Jeszcze tylko straćmy te pozostałe nawyki cywilizacyjne, np. co do zachowania czystości, higieny. I nie będzie już żadnych przeszkód, abyśmy pokornie siedzieli w okopach. Wraz z okopowymi szczurami. Pogryzieni przez nie i wszy. Bez wody. W brudzie i smrodzie. Żadnych kąpieli wtedy nie będzie.
Chyba, że we krwi.

