Jest takie polskie powiedzenie „Co ma piernik do wiatraka”. Obrazuje ono absurd takiej sytuacji, w której nie ma żadnych powiązań między jednym faktem a drugim, jedną sprawą a drugą. Tak jak między piernikiem a wiatrakiem właśnie. Nasunęło mi się to powiedzonko, gdy dowiedziałem się, iż w Szamotułach, małym mieście w środku Polski, jest Muzeum Ikon.
Ikony to przecież tradycja wschodnia. To tradycja ziem, na których żyją wyznawcy Prawosławia. A Szamotuły są miastem położonym ok. 35 kilometrów na północny zachód od Poznania.
Skąd ikony właśnie tam?
Może dlatego, że na zachodzie Polski mamy też przesiedleńców z dawnych naszych Kresów, a także tych wysiedlonych przymusowo w czasie „Akcji Wisła” mieszkańców Bieszczad, którym ta wschodnia tradycja jest bliska? To tylko moje przypuszczenia.
Gdyby takie muzeum znajdowało się we wschodniej części Polski, przy granicy z Ukrainą czy Białorusią, rozumiałbym, że tereny, na które oddziaływała przez stulecia tradycja chrześcijańskiego obrządku prawosławnego, są naturalnym miejscem dla wyeksponowania zbioru ikon, w szczególności tworzonych lub zachowanych na tamtejszych terenach.
Takie muzeum, utworzone na terenach związanych z prawosławiem, jest rzeczywiście na wschodzie Polski – znajduje się w Supraślu. Funkcjonuje jako oddział Muzeum Podlaskiego w Białymstoku. W zbiorach ma ok. 1500 ikon, z których ok. 300 jest prezentowanych w ekspozycji stałej.
Ale kompletnym zaskoczeniem była dla mnie informacja, powzięta z programu „Zakochaj się w Polsce”, że właśnie w Szamotułach, zatem w miejscu niezwiązanym z tradycją wschodnią, znajduje się również wielki zbiór ikon, liczący ok. 1200 artefaktów. A wyeksponowane są w tamtejszym Muzeum.
Muzeum w Supraślu tworzone było od lat 60-tych ubiegłego wieku drogą zakupów od osób prywatnych, a także darowizn, przekazów konserwatorskich. Natomiast w latach 90-tych głównym źródłem pozyskiwania ikon były ikony zatrzymywane na granicy jako przemyt – nielegalnie przewożone.
I takie samo jest też źródło szamotulskiej kolekcji.
Jej początek przypada na 1994 rok. Muzeum zaczęło wtedy otrzymywać obiekty sztuki cerkiewnej zatrzymane przez służby celne przemytnikom na granicy. Zasadniczo zatem dla tego muzeum podstawą zbiorów stał się właśnie przemyt. I, podobnie jak w Supraślu, na wystawie stałej można podziwiać tylko część zgromadzonych ikon – podaje się, iż jest to ok. 350 obiektów.
W skład całego zbioru wchodzą:
- ikony wykonane tradycyjną techniką, czyli pisane temperą na desce – około 750 obiektów,
- metaloplastyka (ołtarzyki podróżne, krzyże i plakiety metalowe) – około 300 obiektów
- oraz tzw. drobnica (czyli małe medaliony wykonane techniką emalii) – 140 obiektów.
Te ikonki podróżne były jednak bardzo kiedyś drogie, gdyż emalia umożliwiała twórcom nowe, bardziej wysublimowane przedstawienia tematu, jeśli chodzi o zastosowane kolory. W programie TV przez chwilkę pokazano też współczesną ikonę ze zbiorów w/w muzeum – obraz Jerzego Nowosielskiego, słynnego polskiego malarza, opatrzony tradycyjnym tytułem „Umilenie”. Tak pięknie nazywa się w świecie prawosławia przedstawienie Matki Boskiej z dzieciątkiem na ręku, obejmującym matkę rączkami za szyję, przytulone do Niej.
Nieprzypadkowo w odniesieniu do ikon użyłem słowa „pisane”, gdyż ikony się pisze – nie maluje.
Podkreślane to jest zawsze, gdy mowa o ikonach. Tyle wiem.
Ale nie o ikonach chciałem tu pisać. Zbyt małą mam o nich wiedzę – ja laik w świecie sztuki. I wiary również. Chociaż piękne są te wyobrażenia Bożej Miłości. I, pisząc o ikonach, trudno pominąć wątek boski, dotyczący wiary. Ikona jest obrazem Boga, który powinien być odczytany. Istotą jest to, co jest wewnątrz ikony – ikona to tabernakulum. Ikona zwraca ludzi ku Bogu, ku Biblii.
W programie, w którym się o tym zbiorze ikon dowiedziałem, wyjaśniono iż w Polsce znalazły się one na przełomie lat 80 i 90-tych ubiegłego wieku, gdy rozpadał się ZSRR (Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich, dziś zwany w Polsce Związkiem Sowieckim). Ikony pochodzą jednak z okresu caratu, czyli z czasów poprzedzających Rewolucję Październikową z roku 1917, gdy ostatni car, Mikołaj II, został przez rewolucjonistów, wraz z najbliższą rodziną pozbawiony władzy i zamordowany (w 1918 roku). A Rosja weszła w trwający około 70 lat okres socjalizmu.
Ikony w materialistycznym państwie, nietolerującym religi – zgodnie z marksistowską tezą o tym, że „Religia jest opium dla ludu”- nie były raczej potrzebne.
W teorii panującej w ZSRR i innych krajach socjalistycznych Biblia i powstające w oparciu o nią ikony, miały być tą dawką opium dla podtrzymania cierpliwości ludzi wprzęgniętych w kapitalizm. Wprzęgniętych jak zwierzęta juczne. Takie porównanie znaleziono dla społeczeństwa przygniatanego ciężarami nakładanymi przez monarchów, a potem przez kapitalistów. Biblia miała być dla władców pomocą w utrzymania porządku wśród biednych. Miała oddziaływać na prosty lud. Dawne państwa widziały w religii środek odurzający (stąd to porównanie do opium), który napawając biednych nadzieją na szczęśliwe życie wieczne powodował, że tu na ziemi nie występowali przeciwko ciemiężącym ich panom.
Podobno Fryderyk I, król Prus, mawiał, że jeden ksiądz zastępuje mu dziesięciu policmajstrów.
Państwa socjalistyczne postanowiły uszczęśliwić swoje społeczeństwa rzeczywiście. Tu i teraz – na ziemi. W życiu doczesnym. A nie poprzez religię – po śmierci, w niebie.
Może te dziesiątki lat bez religii w jakiś sposób pozbawiły ludzi „radzieckich” religijnych złudzeń? Gdyż zaraz, gdy ten socjalistyczny program naprawy świata się skończył, podeszli do ikon całkowicie pragmatycznie – widząc w nich źródło zarobków i masowo przemycając je przez granicę na zachód, gdzie ikony znajdowały nabywców.
Zajmuję się w swoim pisaniu szeroko rozumianym pacyfizmem, czyli takim podejściem do spraw świata, które w skrócie określić można hasłem: Nigdy więcej wojny! Hasłem dziś niestety zapomnianym.
A zatem, dlaczego piszę dziś o ikonach i ich oddziaływaniu na ludzi? I co ma wojna do tych ikon?
Otóż ma to, że wojny to także rabunek, kradzież.
Wojny były najczęściej przyczyną utraty przez jakieś państwo dóbr kultury. Polska traciła najczęściej swoje zabytki, dzieła sztuki, podczas wojen. Były niszczone, palone, kradzione i wywożone. Często domagamy się ich zwrotu. Albo rekompensaty. W ramach reparacji wojennych. Nawet w kolejnych pokoleniach trwa pamięć o tych utraconych artefaktach.
Ikony z Supraśla i Szamotuł nie zostały zrabowane w wyniku działań wojennych. Jednak również znalazły się u nas w wyniku działań nielegalnych, zaprzeczających prawu. Pochodzą z przemytu. Też nic pięknego. Poczytałem sobie trochę więcej o tym. Oto te informacje od AI:
Ikony z przemytu trafiły do Szamotuł w wyniku celowej decyzji administracyjnej służb celnych z lat 90. XX wieku, które szukały bezpiecznej i przygotowanej placówki dla zabezpieczanych na granicy zabytków. W 1994 roku szamotulskie muzeum nawiązało współpracę ze służbami granicznymi i celnymi, stając się jednym z głównych miejsc w Polsce, do których trafiała skonfiskowana sztuka cerkiewna.
O tym, że instytucje państwowe i konserwatorskie przekazywały zajęte obiekty właśnie do tego konkretnych muzeum mówi się, że decydowały odpowiednie warunki magazynowe oraz kadra muzealna.
Zadałem też AI drugie pytanie:
Dlaczego ikony nie zostały zwrócone do kraju pochodzenia?
Odpowiedziała mi tak:
„Skonfiskowane przez polskie służby (np. Krajową Administrację Skarbową) ikony z przemytu nie są automatycznie zwracane państwom pochodzenia, ponieważ w świetle prawa podlegają one przepadkowi na rzecz Skarbu Państwa, a ich zwrot wiąże się z szeregiem barier prawnych, proceduralnych i politycznych. Zgodnie z polskimi przepisami (m.in. o ochronie zabytków i postępowaniu celnym), mienie to trafia najczęściej w formie darowizny do polskich muzeów, aby chronić je przed zniszczeniem i udostępnić publiczności. W większości przypadków przemytu (często stanowiącego tranzyt przez Polskę do Europy Zachodniej) osoby zatrzymane na granicy nie potrafią lub nie chcą udokumentować legalnego pochodzenia ikon. Obrazy te rzadko figurują w międzynarodowych bazach skradzionych dzieł sztuki jako konkretne straty muzealne czy parafialne, co uniemożliwia wskazanie prawowitego właściciela. Aby dany kraj mógł upomnieć się o zabytek, musi oficjalnie wystąpić z roszczeniem restytucyjnym, udowodnić, że dany obiekt został skradziony z konkretnej instytucji lub kolekcji publicznej w jego kraju oraz wszcząć odpowiednią procedurę dyplomatyczną. W przypadku drobnego, prywatnego handlu antykami i braku zgłoszenia konkretnej kradzieży, państwa te często nie podejmują takich działań.”
AI wskazała też na „bariery polityczne”:
„Zwrot mienia do Federacji Rosyjskiej czy reżimu na Białorusi jest obecnie wstrzymany lub całkowicie niemożliwy ze względów politycznych i braku współpracy międzynarodowej w obszarze ochrony prawa i kultury. Z kolei w relacjach z Ukrainą kwestie te podlegają szczegółowym weryfikacjom, jednak w przypadku braku konkretnego poszkodowanego podmiotu na Ukrainie, przedmioty prawomocnie osądzone w Polsce pozostają w krajowych zbiorach muzealnych.”
Dlaczego o to zapytałem? O brak zwracania ikon do krajów, skąd pochodzą? Otóż dlatego, że nie raz spotykałem się z pretensjami wyrażanymi przez nas, Polaków, iż takie czy inne artefakty zostały przez Polskę utracone, zagrabione, wywiezione, itp.
Ale gdzieś tam się znajdują. Trwa proces ich wyszukiwania.
Najczęściej muzealnicy, historycy sztuki poszukują ich na internetowych aukcjach. I nawet czasem są nam te artefakty zwracane. Najwięcej oczywiście utraciliśmy ich w wyniku zorganizowanego rabunku prowadzonego przez okupanta – III Rzeszę niemiecką. Ale mówi się też o wcześniejszych stratach, które miały charakter wręcz masowy. Np. to, co wywieźli Szwedzi w czasach tzw. Potopu szwedzkiego. I dziś znajduje się np. w jakimś Muzeum w Sztokholmie… Problem ma zresztą wymiar światowy. Kraje trzeciego świata, tzw. postkolonialne, z których zabytki wywożone były przez ówczesne mocarstwa, Wielką Brytanię czy Hiszpanię, dziś chciałyby zwrotu tych rzeczy. Stosunkowo nowe państwa, w szczególności afrykańskie, powstałe dopiero w latach 60-tych ubiegłego wieku z kolonii brytyjskich, domagają się zwrotu przedmiotów obecnie znajdujących się np. w British Museum. Podkreślają, że te przedmioty to ich dziedzictwo kulturowe.
Ciekawie odpowiada na to British Museum. Obecnie opiera się ono na idei „Muzeum świata dla świata”, czyli że jest ono muzeum, które zapewnia globalny dostęp do dziedzictwa kulturowego ludzkości i dba najlepiej o bezpieczeństwo tych zbiorów.
My też traktujemy nasze straty wojenne i rozbiorowe, jak te poszkodowane kraje Afryki i Azji. To jest polskie dziedzictwo kulturowe – te utracone dzieła sztuki, księgozbiory, itp. I „wewnętrznie” nie zgadzamy się na to, że dekorują one muzea w innych krajach. Uważamy, że to nie tak powinno być; one powinny do nas wrócić!
A te ikony?
Rozumiem: zostały wykryte jako przemyt na granicy i zgodnie z procedurami podlegają z mocy prawa przepadkowi na rzecz Skarbu Państwa. Ale niewątpliwie są one kulturowo związane nie z rzymsko-katolicką Polską, lecz z prawosławnym Wschodem, czyli z dzisiejszą Ukrainą, Rosją, Litwą, Białorusią. Czy zatem, nawet jeżeli w myśl przywoływanego j.w. prawa międzynarodowego i polskiego brak jest konkretnych przepisów i brak jest roszczeń, które miałyby konkretną podstawę faktyczną i prawną, co do obowiązku ich zwrócenia do tych krajów, to mimo wszystko, czy my, my Polacy, tak dotknięci historycznymi zawieruchami, pozbawieni tylu pamiątek naszej przeszłości, doświadczeni niesprawiedliwością dziejową, nie powinniśmy sami oddać tych ikon wymienionym wyżej państwom?
Tak po prostu, w geście dobrej woli! I po to także, aby pozostać w zgodzie z naszymi sumieniami.
O tym myślałem patrząc na ten fragment telewizyjnego programu o ikonach w Szamotułach.
Nie wiem jak Twoje, ale moje sumienie mówi mi, że coś w tej sprawie nie jest w porządku – w tym, że te zatrzymane na granicy naszego państwa ikony nie wróciły do krajów z których pochodzą.

