Sport to zdrowie. I radość.

Mówi się w Polsce sport to zdrowie. To niemal przysłowie. I aksjomat. Chyba nikt z tym stwierdzeniem nie dyskutuje? Ja spróbuję. A później przejdę na chwilę do tej radości, którą też umieściłem w tytule. To będzie artykuł o sporcie, ale w pewnej mierze także o pacyfizmie – czyli jak zwykle u mnie. Zapraszam do lektury, jeżeli kogoś interesuje sport. Albo pacyfizm. Będzie i o tym i o tym. I jeszcze o tamtym. Tematy się bowiem ze sobą wiążą.

Olimpiada 2024 w Paryżu już zakończona. Po raz drugi w tym mieście, po dokładnie stu latach od pierwszych Igrzysk Letnich w stolicy Francji, które odbyły się w 1924 r. Następna olimpiada będzie za cztery lata w…. 

Nie wiem gdzie!

Chcę dziś napisać o sporcie (między innymi), a tego nie wiem? 

Tak, przestałem się interesować sportem wyczynowym. Już dość dawno, ok. początku tego XXI. stulecia, a więc już przeszło dwadzieścia lat temu. Przez wcześniejsze 40 lat mojego życia, tego świadomego, które liczę od czasu mojego pójścia do szkoły podstawowej, sport bardzo mnie interesował. Wręcz fascynował. W moich czasach szkolnych uprawiałem go dość intensywnie. W ramach szkoły i tzw. SKS-ów (to skrót: działały wtedy powszechnie Szkolne Kluby Sportowe) zajmowałem się lekkoatletyką, grałem w szkolnej reprezentacji w siatkówkę, a także bawiłem się w sport samodzielnie – w tych dyscyplinach, w których moje szkoły nie prowadziły zajęć, czyli rower, narty, pływanie. Byłem dość wszechstronny. Nawet kiedyś zdarzyło mi się zdobyć indywidualnie mistrzostwo powiatu na poziomie szkół średnich w dyscyplinie, której w ogóle nie uprawiałem. Na tych zawodach biegałem akurat na 800 metrów. Ale, jak trzeba było (nauczyciel wf-u mnie poprosił, bo o jakieś punkty dla szkoły chodziło), to wziąłem udział w konkursie pchnięcia kulą. Jak się okazało, tego dnia pchnąłem nią najdalej spośród wszystkich chłopaków, którzy w tej konkurencji tam uczestniczyli.

Moje zainteresowanie sportem przejawiało się także w tym, że czytałem namiętnie wszystko, co było na ten temat. Każdą gazetę zaczynałem od rubryki sportowej. Książki, wspomnienia mistrzów (i mistrzyń) sportu, napisane przez nich samych lub o nich. Pochłaniałem tę literaturę. Znałem, tak mniej więcej do Olimpiady w Montrealu (1976 r.) włącznie, większość złotych medalistów/ek (a także ich największych rywali/ek). I znałem mnóstwo szczegółów z wydarzeń na olimpiadach tzw. ery nowożytnej, czyli od tej pierwszej, zorganizowanej w Atenach w 1896 r. z inicjatywy barona Pierre de Coubertin. Do dziś natomiast regularnie i dość intensywnie uprawiam sport o charakterze rekreacyjnym. Włącznie z dojazdami do pracy rowerem czy też tzw. morsowaniem. Natomiast sportu wyczynowego, jak dla mnie, mogłoby nie być.

I co się zatem takiego stało, że teraz już się tym sportem wyczynowym nie interesuję? No, to po kolei. Będą to tzw. „oczywiste oczywistości”, które wszyscy o współczesnym sporcie powtarzają. Nic oryginalnego. Choć na koniec tych argumentów (anty-argumentów dla sportu wyczynowego) napiszę coś, co jest tak bardziej „od siebie”. 

Pierwszy anty-argument dla sportu zawodowego: doping. 

Wszechobecny doping. Tak, wiem, walczy się z tym. Nawet Polak jest chyba teraz szefem antydopingowej komórki MKOL-u (Międzynarodowy Komitet Olimpijski). Piszę „chyba”, bo nie sprawdzam – a jak wyżej napisałem, wiadomości z dziedziny sportu docierają do mnie tylko jakby „z odbicia”, np. poprzez tytuły internetowych materiałów, z rozmów ze znajomymi, itp. 

Walka z dopingiem w sporcie jest beznadziejna, skazana na niepowodzenie. Twórcy tych wszystkich EPO (Erytropoetyna) wciąż są o krok dalej, niż ci, co z dopingiem walczą. EPO jest to hormon, wykorzystywany w sporcie jako środek pobudzający. Tę nazwę podaję dla przykładu tylko, bo środków jest pewnie tysiące różnych. Amfetamina, testosteron, kortyzon, hormony wzrostu, transfuzje krwi. Samo zdrowie, prawda? EPO wybrałem ze względu na poetyckość tej nazwy. Myląca to nazwa, gdy uwzględnić straszliwe spustoszenia, jakie wyrządzają te specyfiki w organizmach sportowców. A usłużni naukowcy, farmaceuci, wciąż wymyślają coś nowego. Ciągła zabawa w policjantów i złodziei. Zanim antydopingowa policja znajdzie sposób na wykrycie w organizmach sportowców nowo stworzonych preparatów, mija sporo czasu, najczęściej lata całe. Dlatego próbki moczu, krwi, aktualnych zwycięzców trzymane są w laboratoriach przez bodajże 10 lat. I będą poddawane po latach testom. Jaką mamy zatem pewność, że dzisiejsi herosi lekkoatletycznej bieżni, basenu pływackiego, np. ci z Paryża, są rzeczywiście bohaterami? 

Ja już dawno sobie na to pytanie odpowiedziałem: żadnej pewności! Jedna wielka ściema. 

Nawet jak nie zostaną strąceni z podium, to i tak nigdy do końca im już nie uwierzę. Bo może np. badań antydopingowych im nie zrobiono, gdyż koncerny wpakowały w reklamę, w której występuje dany champion, takie miliony dolarów, że nie można popsuć im tego biznesu?

Długo wierzyłem kolarzowi Lance Armstrongowi. Pamiętam (jeszcze wtedy oglądałem live Eurosport), jak „odjeżdżał” konkurentom na stromych alpejskich przełęczach w Tour de France. Jakby nagle włączał turbo! Kosmos! W sumie było to nie do uwierzenia. A ja wierzyłem.

Taka jest siła mediów, które tworzą sportowych bohaterów. 

Ten najsłynniejszy wyścig Armstrong wygrywał 7 razy pod rząd (w latach 1999-2005). Bardzo współczułem jego bezpośredniemu rywalowi, którym w tamtych czasach był Niemiec, Jan Ulrich. Właśnie za Armstrongiem był on trzy razy (tylko!) drugi.

Dziś na polskiej stronie Wikipedii, na liście zwycięzców tej imprezy, nazwisko Armstronga jest – ale przekreślone… Znamy tę całą historię jego swoistego coming out. Ulrich nadal figuruje tam – raz jako zwycięzca (1998), a pięciokrotnie jako „ten drugi”. A raz też jest przekreślony (za udowodniony wtedy doping) – gdy zajął trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej. Jego też zawieszano za udział w aferach dopingowych, karano. A w 2013 roku, już po zakończeniu kariery, przyznał sam, że i on stosował doping. Może za mało brał? Złośliwy jestem w tym miejscu.

I kogo tu więc żałować?

Dowcipnie wyraził to inny dwukrotny triumfator Tour’u, Laurent Fignon – wcześniejsza gwiazda, z lat 80-tych ubiegłego wieku, który miał powiedzieć: „Nie wygrywa się Tour de France na czekoladzie i Coca Coli”.

I taka dygresja: to nie tylko zawodowcy, funkcjonujący na szczytach wyczynu. Nie tylko oni się „szprycują”. Niestety – to oni jednak kreują wzorce. Parcie zwykłych ludzi, w tym przypadku sportowców-amatorów, na „zaistnienie”, choćby gdzieś na FB czy na Instagramie, jest tak duże, że i oni próbują jakichś „dopalaczy”, itp. Opowiadał mi kolega, zapalony biker, mający też uprawnienia trenera kolarskiego, a więc znający się na rzeczy, że w lokalnym środowisku, na zawodach klasy powiatowej, regionalnej, też są tacy, co „biorą”. Aby wygrać. 

Anty-argument drugi: upadek fair-play.

Fair play, czyli uczciwa gra, szlachetna rywalizacja. Dżentelmen ringu, sportowy savoir-vivre. Te wszystkie określenia, kiedyś przypisywane sportowi i sportowcom, to już językowe archaizmy. Tego już nie ma! 

Bardzo dawno temu grałem też w piłkę nożną. Średni w tym byłem. Kiedyś, na wf-ie, był mecz na szkolnym boisku pod nadzorem nauczyciela. Któryś z przeciwników dostał piłkę (chyba mnie „okiwał”). I miał już otwartą drogę do naszej bramki. Ja biegłem tuż za nim, ale byłem nie dość szybki, by choćby wślizgiem odebrać mu tę piłkę. Strzelił. Gol. Po meczu ten nauczyciel zapytał mnie: „Czemuś go nie złapał za koszulkę? Trzeba go było sfaulować!” I użył takiego określenia „taktyczny faul”. To miało niby usprawiedliwiać mnie w tej sytuacji. Do dziś pamiętam tę rozmowę, bo to był, jak to się teraz mówi, szok. Nauczyciel, który opowiada nam o zasadach, regulaminach, o grze fair-play, mówi mi coś takiego! Dla mnie to był początek końca. 

Koniec jest teraz. Poza olimpiadą w Paryżu odbyły się też w 2024 roku, trochę wcześniej, w Niemczech, Mistrzostwa Europy w piłce nożnej. W jednej z drużyn, akurat oglądałem chwilę ten mecz, grał najmłodszy w historii tego turnieju piłkarz. Chyba jeszcze 16-latek. Wybaczcie, nie pamiętam nazwiska, ani nawet z jakiego kraju pochodzi ten chłopak. Tak, jak mówiłem: przestałem to notować w pamięci. Podobno jest bardzo dobry ten młody zawodnik. Gdy oglądałem ten mecz, on akurat sfaulował kogoś z drużyny przeciwnej. Z premedytacją. Tak: faul taktyczny! Żeby przeciwnika wybić z rytmu. Zastopować w tym niebezpiecznym momencie meczu. I komentarz naszych sprawozdawców z TVP, był mniej więcej taki, pełen zachwytu: Ależ to już wspaniały piłkarz! Dojrzały! Nie tylko technicznie, ale już i taktycznie. Długo dość trwała pochwała tej nieuczciwej gry. A przy ekranach młodzież. Tak, ona się uczy.

Sport jako kształtowanie charakterów… Wciąż się to w mediach podkreśla. Może… Tak, to jeszcze się czasem zgadza. Jest w sporcie kształtowanie ciała. I ducha walki. Cierpliwości. Jest to dążenie do zwycięstwa, do perfekcji, do wyniku, do progresu. Jest to podnoszenie się po porażkach. To w sumie są cechy pozytywne. Ale gdzie dziś jest w sporcie uczciwość (patrz: doping)? Gdzie prawdomówność (patrz: doping)? Choćby tylko te dwie cechy – podstawowe dla bycia człowiekiem dobrym – dla tych cech już w dzisiejszym sporcie nie ma miejsca.

Piłka nożna. Stałe fragmenty gry. Rzut wolny wykonywany z okolic pola bramkowego przeciwników. Albo choćby rzut rożny. Co się dzieje? Ustawiający „mur” obrońcy i zgromadzeni przed bramką przeciwnika atakujący, faulują się wzajemnie. Non-stop. A przecież w tej grze regulaminy na pewno stanowią, że nie wolno chwytać przeciwnika za koszulkę, spodenki, czy wprost, np. za rękę. A jednak to się dzieje. Wszystkie chwyty dozwolone. W tym zapaśnicze. Walka wręcz, jak w MMA. Sędzia musi udawać, że tego nie widzi, bo inaczej nie mógłby wznowić gry. Albo musiałby wszystkich usunąć z boiska.

Zatem, czego nas uczy ten współczesny sport? Uczy jak zniszczyć przeciwnika. Per fas et nefas. Czy są to pozytywne wartości? Moim zdaniem to jest pytanie retoryczne.

Anty-argument trzeci. Zdziczenie obyczajów.

Wiem, mocne określenie. Ale sport stał się czynnikiem kształtującym obyczaje, które w niczym nie przypominają dobrego zachowania. Zaczęło się, dla mnie, od tego słynnego gestu Kozakiewicza. Zrobiono z tego wtedy patriotyczną, heroiczną demonstrację. Antyradziecką. Olimpiada w 1980 r. w Moskwie. Nasz tyczkarz Władysław Kozakiewicz został tam chyba wygwizdany. I pokazał publiczności ten słynny gest, który dawniej potocznie nazywano „wał”. Takie polskie „f*_k y_u” to wtedy było. Wszyscy w Polsce byli zachwyceni. Był złoty medal i jeszcze taki gest wobec Ruskich. Ta nazwa: Ruskie – to też przyczynek do naszych manier: tak mówimy o Rosjanach. A jak usłyszymy gdzieś o nas „Polaczki” albo „Polacken” to nam miło? Jak to się miało, ten gest mistrza olimpijskiego, do sportu jako etosu dążenia do doskonałości? Jak to się miało do elegancji, do dobrych manier? Nijak. Ale się spodobało. Niestety.

Dziś te dobre cechy, te ludzkie cechy w sporcie, zostały wyparte przez dzikość, zwierzęcość, bezwzględność. Zobaczcie na te gesty zawodników w chwili zwycięstwa, czy choćby zdobytego punktu: zaciśnięte zęby, zaciśnięte pięści, dzikie okrzyki. Wrzask. Już prawie nie ma radosnego, pogodnego uśmiechu, ludzkiej radości. Adrenalina. Ta jest. W nadmiarze. 

Podobno słynny francuski alpejczyk Jean Claude Killy (komplet złotych medali w konkurencjach zjazdowych na olimpiadzie zimowej w Grenoble w 1968 r.) przed slalomem, stojąc w bramce startowej, wypluwał gumę do żucia (dziś oczywiście byłby za to przez ekoaktywistów napiętnowany), uśmiechał się promiennie i już sunął w pierwszą bramkę, po kolejne zwycięstwo. Ten promienny uśmiech! Tego dziś w sporcie brakuje. Radości!

A kibice? Pół wieku temu byłem na I-ligowym meczu piłkarzy Śląska Wrocław. Sektor jego kibiców, gdy spiker przedstawiał nazwiska graczy drużyny przeciwnej, skandował po każdym nazwisku: chu…… Tak na dzień dobry. Takie przywitanie Gości. Potem już nie chodziłem na mecze. Ale gdy się odbywały na tzw. Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu, to po meczu kibice zalewali Plac Grunwaldzki i z okien akademika, gdzie mieszkałem, widziałem te regularne bitwy pseudokibiców z Milicją. Zapewne w imię walki z socjalizmem. Dziś sobie niektórzy z tych dawnych kiboli mogą opowiadać taką antysystemową legendę. Ale tak naprawdę to już wtedy na mecze piłki nożnej chodziło chamstwo i ono zdominowało stadiony. Dziś jest może ciut lepiej, ale gdy oglądam czasem jeszcze przez chwilę mecze i słyszę ten nieustanny gwizd, gdy przy piłce są przeciwnicy, to mam dość sportu. I dość opowieści, jak to sport wychowuje młodzież. Deprawuje, a nie wychowuje.

A kibicować można przecież pięknie. Można się pięknie cieszyć.

Uśmiechać się. Klaskać. Podnosić ręce. Ale nie w geście zniszczenia przeciwnika. Bez zaciśniętych pięści. Bez twarzy przypominającej drapieżnika na chwilę przed atakiem.W geście radości – tak kibicować! 

Zawodnicy, kibice. O nich już było. Zostali jeszcze komentatorzy. Ci z telewizji. I ci z gazet, z internetu. Już wspomniałem, jakie promują wartości, wspominając o tych faulach taktycznych. Ale jeszcze „lepszy” jest ich język. Język pogardy niemal. Bo czym są takie sformułowania jak „zdeklasowali” przeciwnika? Podczas gdy nasi akurat wygrali i to raptem tylko kilkoma punktami. Tak mało jest szacunku dla drugiej strony. Dla przegrywających. A tego podobno miał uczyć nas sport. Szacunku dla osiągnięć. Nie tylko własnych, ale i innych. Bo jaka to satysfakcja, wygrać z takim słabym, „zdeklasowanym” rywalem? 

I ten relatywizm. Gdy nasz piłkarz fauluje, to dobrze. Błahostka. Nic się nie stało. No, musiał.. Żółta kartka? Sędzia przesadził. Gdy zostaje sfaulowany nasz piłkarz – wtedy jest dramat. Żądamy czerwonej kartki dla sprawcy. A najlepiej dożywotniej dyskwalifikacji. Jak zawsze: Kali coś ukraść – dobrze. Kalemu coś ukraść – oj źle, bardzo źle!

Anty-argument nr 4. Sport nie służy już likwidowaniu barier, nie tworzy przyjaznych relacji między narodami.

Baron Pierre de Coubertin, uważany za ojca nowożytnego ruchu olimpijskiego, założyciel i drugi przewodniczący (1896–1925) MKOl, jako arystokrata i pedagog uważał sport nie tylko za środek hartowania ciała, ale przede wszystkim za uniwersalną metodę wychowania współczesnego człowieka w duchu pokoju. Wskrzeszając igrzyska, miał nadzieję, że rywalizacja sportowa może zastąpić konflikty międzypaństwowe. Nie udało się. I chyba już się nie uda. Nie stało się tak, jak w starożytności, gdy na czas hellenistycznej olimpiady panowało na terenie Grecji powszechne zawieszenie broni. Nie odbyły się nowożytne olimpiady w 1916 roku i w 1940 oraz w 1944 roku – bo młodzież świata poszła na wojny. Światowe. I tu doszedłem do tej idei, która jest mi bliska. Do pacyfizmu. Sport wcale nie zlikwidował wojen. Przestańmy się łudzić.

Sport powiązany z reprezentowaniem poszczególnych nacji nie ma niestety waloru łączenia ludzi z różnych krajów. Może tylko poszczególni sportowcy nawiązują między sobą międzynarodowe przyjaźnie. Narody jako takie postrzegają się nawzajem, przez pryzmat rywalizacji sportowej, niemal jako wrogowie. I w dążeniu do zdobycia złotego medalu nie ma miłości bliźniego. Nie ma pokoju dla wszystkich ludzi dobrej woli. Olimpiada nawet podsyca te konflikty. Tak się już działo kiedyś. I „zadziało” znowu. Na igrzyskach w 1980 r. w Moskwie nie mogli wystartować amerykańscy sportowcy, gdyż USA zbojkotowały tę Olimpiadę. Bojkotowano się wzajemnie. W 1984 roku Polska miała silną reprezentację piłkarzy ręcznych. Grał w niej m.in. Bogdan Wenta – ten słynny później trener. W MŚ 1982 Polacy zdobyli brązowe medale. W Los Angeles mieli też duże szanse.  W jednym z ostatnich sparingów pokonali późniejszego mistrza olimpijskiego – Jugosławię. Ale politycy postanowili zbojkotować amerykańskie igrzyska. Złamano kariery zawodnikom i trenerowi. Teraz drużyna Rosji miała zakaz udziału w Igrzyskach w Paryżu z powodu wojny na Ukrainie. Orzeczenie organizacji World Athletics stwierdziło nadto, że ​​gwiazdy lekkoatletyki z Rosji nie mogą nawet startować jako neutralni sportowcy. Pomyślmy, jakie to bolesne dla sportowców, którzy przygotowują się całe życie do tego występu – Igrzyska olimpijskie to festiwal, największe dla nich wydarzenie na świecie. Pomyślmy, jak takie „akcje” odbijają się na naszych umysłach? Stymulują je do uznawania za najwyższą wartość pokoju, przyjaźni? Nie! Już dawno igrzyska olimpijskie nie dotyczą tylko sportu. Chodzi tu o politykę, o religię (to osobny temat: uroczystość otwarcia igrzysk w Paryżu AD 2024!).

To bardzo smutne, ponieważ pierwotną ideą igrzysk olimpijskich było stworzenie pokoju.

Nie polepszają chyba sprawy te już powszechne  migracje sportowców z kraju do kraju (więcej: z kontynentu na kontynent): za lepsze życie będę teraz obywatelem, np. Włoch. I dla nich zdobędę medal. Koncepcja drużyn narodowych wali się w gruzy. Może i dobrze? Bądźmy obywatelami świata. A ziemia niech będzie planetą ludzi (Antoine de Saint-Exupery). Tego wszystkiego w idei olimpijskiej dziś nie ma! Iluzoryczne stają się obecnie te narodowe barwy na koszulkach sportowców, których z nową „ojczyzną” łączy tylko dekret prezydenta o nadaniu mu niedawno obywatelstwa. Aby mógł dla nas startować. 

Ciekawostka z tej ostatniej Olimpiady. Sport nie łączy już nawet  mężczyzn i kobiet! W Paryżu, na przykładzie naszej bokserki, która przegrała walkę o złoty medal z przeciwniczką, którą trudno było postrzegać jako kobietę, okazało się, że ten problem będzie narastał. Co mianowicie zrobić z zawodnikiem, który identyfikuje się jako kobieta? Może rację miał baron de Coubertin, który wprost źle odnosił się do udziału kobiet w igrzyskach? To tylko mój żart. Proszę wybaczyć. Ale niewątpliwie czeka sport długa dyskusja o warunkach startu dla kobiet i mężczyzn. Będą być może podlegały  ustaleniom rodzaj chromosomów i naturalny poziom testosteronu w organizmie. 

Historia ma z baronem de Coubertin duży kłopot, bo nie tylko był antyfeministą, ale także rasistą, niechętnie odnoszącym się do udziału w sporcie sportowców o innym kolorze skóry niż biały. 

Udziału kobiet w sporcie nie udało się powstrzymać. W Paryżu w bieżącym roku pań było na igrzyskach tyle samo co mężczyzn. I to jest zwycięstwo – zlikwidowanie nierównouprawnienia kobiet, które, gdy nowożytne olimpiady startowały w 1896 r. w Atenach, było jeszcze faktem. Teorie o wyższości rasowej białych, także wspierane przez Coubertina, obalił, jeszcze za życia barona, Jessy Owens – czarnoskóry lekkoatleta, który w w 1936 r. na Olimpiadzie w Berlinie zdobył cztery złote medale. Podobnie upadła teza twórców olimpiad, że sport ma być tylko amatorski. Takiego podziału już dawno nie ma. Właściwie wszyscy sportowcy na poziomie olimpijskim, to zawodowcy. 

Ponarzekałem. Można by dłużej. Ale narzekać każdy potrafi.

Czy są jakieś drogi wyjścia z tego impasu, w którym znalazł się sport w XXI. wieku?

A może zrezygnować ze sportu wyczynowego? Fascynuje nas przekraczanie granic ludzkich możliwości. „Kosmiczne” rekordy. Nadludzie, których osiągnięcia są dla nas, zwykłych śmiertelników, czymś niewyobrażalnym. Ale czy prowadzi to nas wszystkich do jakiegoś lepszego świata? Śmiem wątpić. 

Czy to jest jakiś wzór dla przeciętnego Kowalskiego? Nieosiągalne dla zwykłych ludzi poczwórne axle w jeździe figurowej na lodzie, obroty o 1080 stopni skatera na deskorolce, takie same na nartach czy na rowerze we freestyle. Albo 6 metrów i ileś tam centymetrów w skoku o tyczce i inne „nieziemskie” rekordy. Czy to coś daje ludzkości? Moim zdaniem nic. Siedzimy przed ekranami. Oglądamy transmisje sportowe. Pijemy napoje, które powodują cukrzycę i obżeramy się kubełkami czipsów, doprowadzając do powszechnej otyłości.

A może by tak postawić nie na wyczyn, tylko na powszechny amatorski sport rekreacyjny? Zamiast wydawać nasze pieniądze z podatków na stadiony narodowe, na molochy na których doznajemy jako kibice dziwnych uczuć, np. nienawiści do tych obcych, którzy z nami wygrali – może lepiej zbudujmy jeszcze więcej „Orlików”? Nie po to, aby tam wychować przyszłych zwycięzców Mundialów, lecz po to, by dzieciaki miały fajne dzieciństwo. Na boisku, a nie „w smartfonie”.

Z tym Mundialami jakoś tak wciąż jest, że jednak inni najczęściej z nami wygrywają. Znamy te polskie trzy mecze: mecz otwarcia, mecz o wszystko i ten ostatni na turnieju – mecz pożegnalny. Media zawsze nam przedtem wmawiają, że „Jeszcze tego lata Polska mistrzem świata”. Potem jest ta zbiorowa pieśń „Polacy nic się nie stało”. I da capo al fine. A może lepiej się już nie „napinać”? Przestać się bawić w ten wyczyn i wybudować w Polsce, w każdej gminie, basen pływacki. Nauczyć dzieciaki pływać. Aby, co roku, latem, nie było tylu tych ponurych komunikatów, że utonął/ła. 

A niby dlaczego za te pieniądze, które kasują od Państwa te wszystkie związki sportowe, które później nie potrafią się z tych pieniędzy rozliczyć (a w każdym razie nijak się ta kasa nie przekłada na medale), nie postawić na powszechną rekreację? I to, co się teraz wydaje na zawodowców, przeznaczyć dla wszystkich obywateli RP? Dlaczego nie można stworzyć sieci wypożyczalni sprzętu sportowego? Sieci ścieżek/dróg rowerowych w każdym mieście. I wsi. Tak, aby bez obaw o bezpieczeństwo w ruchu drogowym można było z nich korzystać. Powszechnie. Dodatkowy plus: mniej jazd samochodem. Mniej spalin. A choćby i nawet na drogach były już tylko „elektryki”: będzie mniejsze zużycie energii bez tych jazd do sklepu za rogiem. Tam można szybciej dojechać rowerem. I zaparkować…

Ja sobie wyobrażam, że to wszystko może być dotowane przez Państwo. I każdy będzie mógł wypożyczyć za drobną opłatą rower, kajak, deskę surfingową, narty, nawet jacht. Będzie mógł wejść na halę i zagrać sobie z dziećmi, z przyjaciółmi. Należy promować zdrowie. I zdrowe nawyki. I na to przeznaczyć finanse Państwa. Czyli pieniądze z naszych podatków. Dofinansować zajęcia rekreacyjno-sportowe już w przedszkolach, podstawówkach, szkołach średnich i na studiach. Wtedy model uczestnictwa w sporcie będzie aktywny: każdy będzie mógł sobie sport uprawiać. A nie: kanapa, piwo i te czipsy. I nadwaga, nadciśnienie oraz bylejakość istnienia.

Nawet ta nasza Kasa Chorych – ten Narodowy Fundusz Zdrowia, mógłby uczestniczyć w tej zmianie polskiego trybu życia: poprzez profilaktykę prozdrowotną. Mniejsza składka, jeżeli się „sportujesz” – bo wtedy większe szanse będą, że rzeczywiście „w zdrowym ciele, zdrowy duch” będzie. I mniej chorób „cywilizacyjnych”. I mniej pieniędzy pójdzie na leczenie, na walkę z niepełnosprawnością. 

Utopia?

Pod koniec XIX wieku działania Barona de Coubertin’a też mogły się wielu ludziom jawić jako nierealne marzycielstwo. A jednak udało mu się. I chwała mu za to. To było potrzebne w XIX. i XX. wieku. Tylko, że nic nie jest wieczne. Mamy już XXI. wiek. I może czas już szukać dla społeczeństw nowych, innych dróg. 

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry