Narodowy Dzień Żałoby

Gdy zaczynałem to pisać, byliśmy w Polsce w przededniu 11 listopada – w tym dniu przypada nasze narodowe Święto Niepodległości. Czcimy polski czyn zbrojny i starania dyplomatyczne polskich patriotów, które razem doprowadziły do tego, że po 123 latach pozostawania pod zaborami, nasz kraj odzyskał miejsce na mapie Europy.

Dziś coraz częściej wielu publicystów w Polsce zaczyna się poważnie zastanawiać, czy utrzymamy tę niepodległość? 

Nie, to nie żarty żadne. Wojna na Ukrainie zmieniła już demografię naszego kraju. A granice i niepodległość Państwa też nie są dane nam na wieczność. Ale: „Jeszcze Polska nie zginęła”. Jednak to jest odrębny temat.

Tym razem chcę przypomnieć coś innego, co poruszyło mnie jeszcze przed wojną. Tą obecną wojną, której wybuch datowany jest powszechnie na 24 lutego 2022 roku, gdy Rosja dokonała wojskowej inwazji na terytorium Ukrainy. Ale za każdym razem warto przypominać, że wojna ta, na dalekim Donbasie, toczyła się już od 2014 roku – zatem i w tym miejscu to czynię. Przed nami, oglądaczami państwowej telewizji TVP, starano się i nadal te starania trwają, aby ten fakt ukrywać. Przed 2022 rokiem jeszcze oglądałem wiadomości TVP1 oraz także TVN i dobrze wiem, że nie mówiono o tym, co Ukraina robi swoim Rosjanom, a tylko wciąż coraz gorzej mówiono o Rosji.

Pod koniec tego przedwojennego roku, w dniu 14 listopada 2021, jechałem sam autem z Köln (Kolonia) przez całe Niemcy. Słuchałem niemieckiego radia. Prawie przez 700 km do granicy (Görlitz/Zgorzelec) i jeszcze nawet dalej, na, polskiej już, autostradzie A4, gdzie przez kilkadziesiąt kilometrów łapie się jeszcze zasięg niemieckich rozgłośni na falach UKF. 

Dużo wtedy mówiono w niemieckich wiadomościach o Volkstrauertag, co można przetłumaczyć jako Narodowy Dzień Żałoby. 

I o przemówieniu, które Frank Walter Steinmeier, Prezydent Niemiec, wygłosił z okazji tego Dnia Pamięci. Dnia Żałoby. 

W polskich serwisach informacyjnych nic o tym nie było. Owszem, zrelacjonowano, że taki dzień jest także w Anglii, skupiając się na tym, kto z rodziny królewskiej wziął, a kto nie, udział w uroczystościach. Czyli na plotkach, a nie na treści i sensie. A sens tego dnia jest zawarty w przemówieniu Prezydenta Niemiec. 

W polskich mediach publicznych mówi się o Niemczech wiele niedobrego. A to, co dobre, niestety, przemilcza się. Dlatego przetłumaczyłem wtedy ten tekst i wysyłałem znajomym. Aby mogli zobaczyć, że Niemcy przepracowali swoją klęskę, swoje winy, wyciągnęli wnioski, poszli w dobrym kierunku. Może nie są idealni, ale lepsi. Często lepsi od nas. 

My o dążeniu do pokoju, już wtedy, a przypomnę, był to rok 2021, już zapomnieliśmy. A od 2022 roku Polska już tylko i wyłącznie wspiera wojnę. Wojnę na Ukrainie.

Dziś chcę wrócić do tamtego przemówienia niemieckiego Prezydenta. W artykule, który zamieszczam tutaj, na swoim blogu oraz, na portalu mojego przyjaciela Pawła, który już od przeszło roku zamieszcza moje, przeważnie antywojenne, teksty. Ten artykuł też jest antywojenny. 

Zapoznając się z tym, jak Niemcy, co roku, podchodzą do pamięci tego dnia, dnia żałoby po ofiarach wszystkich wojen, pomyślałem, że to piękna tradycja. A jednocześnie: dlaczego nie ma jej u nas? 

Przecież Dzień Zaduszny, czy Dzień Wszystkich Świętych, kiedyś określane zbiorczo jako Święto Zmarłych mają inną formułę. Przede wszystkim stricte religijną. I obejmują te nasze święta wszystkich zmarłych. A tu chodzi o ich szczególną część. Tych, którzy, gdyby nie wojny, umierać nie musieli. Jeszcze nie wtedy.

Tytułem wstępu, dla polskich czytelników, którzy czytając ten przetłumaczony przeze mnie tekst, mogą stwierdzić, z niechęcią, że pominięto w nim w zasadzie nasze ofiary – polskich obywateli zabitych, zamordowanych, mogę tylko napisać, że sam się nad tym zastanawiałem. Pewnym wytłumaczeniem może być to, że ten Dzień jest cykliczny, obchody następują co roku w listopadzie. I w 2021 roku przypadała właśnie 80. rocznica napaści Niemiec na Związek Radziecki, dlatego na tym fakcie historycznym skoncentrował się Prezydent  Niemiec w swoim przemówieniu. 

Uroczystość Volkstrauertag obchodzona jest w Niemczech każdorazowo na dwie niedziele przed pierwszą niedzielą Adwentu.

I nie tylko w tym kraju. Także np. w Anglii w dniu 11 listopada jako Remembrance Day lub Armistice Day, czyli „Dzień zawieszenia broni” – na pamiątkę końca I. wojny światowej w 1918 roku. Dzień Pamięci Ofiar Wojny jest również w innych krajach: Belgia, Francja, kraje Wspólnoty Brytyjskiej, a więc i Wielka Brytania i Kanada, Australia…

Prezydent Niemiec wygłosił w Bundestagu w swoim przemówieniu w dniu 14 listopada 2021 roku, podczas centralnych uroczystości Godziny Pamięci, z okazji Narodowego Dnia Żałoby, następujące słowa:

„Historia (…) jest zawsze też historią rodzinną. Z pytaniami kolejnych, następujących po sobie pokoleń „A co ja mam z tym wspólnego?” musimy się nie tylko liczyć, ale i umieć na nie odpowiedzieć! My rozumiemy kim jesteśmy i co nami powoduje tylko wtedy, gdy wiemy kto i co było przed nami wcześniej.”

Piękne, mądre to słowa. W różnych wersjach, w różnych kontekstach powtarzane, znane. Ale wciąż warto na nowo je powtarzać. Myślę, że w przededniu kolejnego takiego święta, obchodzonego w różnych krajach w Europie (niestety nie w Polsce) warto wrócić do tych słów.

Przemówienie Prezydenta Niemiec wygłoszone w Berlinie, w dniu 14. listopada 2021 roku:

Dzisiejszy dzień jest dniem żałoby. Trwamy w żałobie, upamiętniając ofiary przemocy i wojny wszędzie na świecie, pamiętając o kobietach, mężczyznach, dzieciach którzy stracili życie lub na których życie padł cień wojny.

Gdy mówimy o żałobie, to mówimy zawsze także o tym, co żałobę poprzedza, co ją powoduje: wspominamy ludzi, ich nazwiska, miejsca i wydarzenia.

I to, co dziś tu czynimy, mianowicie jako Obywatelki i Obywatele tego kraju wspominamy umarłych, zakłada jeszcze coś najpierw: wspólną pamięć, przestrzeń dla wspomnień, które podzielamy w Niemczech, w Europie; nazwiska, miejsca, wydarzenia, które są wpisane w naszą pamięć zbiorową.

Gdy w bieżącym roku wspominamy 80. rocznicę napadu niemieckiego Wehrmachtu na Związek Radziecki wielu z nas musiało przyznać, że miejscowości leżące na trasie marszu niemieckiego Wehrmachtu poprzez Polskę, kraje nadbałtyckie i Białoruś, przez Ukrainę na Rosję, aż po tereny leżące w głębi Kaukazu – że ich nazwy nic nam nie mówią. To samo dotyczy wielu miejscowości położonych w dawnej Jugosławii oraz w Grecji, które to państwa także zostały napadnięte przed 80 laty, gdzie doszło do niemieckich przestępstw. Większość z nas nie zna także tych miejscowości. Nie wiążemy z nimi żadnych zdarzeń i jeszcze mniej wiążemy je z naszą własną niemiecką historią.

Na szczęście inaczej jest z tą pamięcią w środkowej i wschodniej Europie. Ale i te miejscowości muszą zostać przywrócone niemieckiej historii często z pokonaniem oporów i z latami. Tak, latami opóźnienia: Oradour we Francji, adriatyckie jaskinie we Włoszech i Lidice w Czechach stały się częścią wspólnej pamięci, częścią niemieckiej i wspólnej europejskiej pamięci. Są to miejsca, o których myślimy w taki dzień jak dzisiaj.

Nasza pamięć jednak chowa się, gdy chodzi o informacje o wojnie i przestępstwach na wschodzie i południowym wschodzie Europy. Zawodzi w obliczu przestępstw na osobach cywilnych, robotnikach przymusowych i radzieckich jeńcach wojennych, spośród których już w pierwszych miesiącach po napadzie setki tysięcy straciło życie: zagłodzonych, zatłuczonych, rozstrzelanych.

Zawodzi przed niezliczonymi masowymi przestępstwami popełnionymi pod pozorem zwalczania partyzantki w ówczesnej Jugosławii, w Grecji i na Krecie, przed dziesiątkami tysięcy cywili, którzy padli ofiarą rozstrzeliwujących ich niemieckich oddziałów specjalnych.

Nasza pamięć wie niewiele, często nic, o takich miejscowościach jak Mały Trostenec obok Mińska, gdzie pomiędzy 1942 r. a 1944 r. zamordowane zostały dziesiątki tysięcy żydowskich rodzin. Jedna nazwa, Auschwitz, stała się symbolem milionowego mordu na europejskich Żydach. Ale o mapie, gdzie zaznaczone są niezliczone inne miejsca niemieckich przestępstw, poza obozami śmierci, na Białorusi, na Ukrainie, w Rosji oraz w innych miejscach na wschodzie Europy, nasza pamięć nie wie. A powinna je przecież znać, gdyż tam znajdują się masowe groby polskich, białoruskich, ukraińskich i rosyjskich Żydów, rozstrzelanych w tzw. „Holocauście” za pomocą kul. Bezimiennie zagrzebani, zniknęli pod niemą ziemią.

Jestem wdzięczny, że miałem możliwość odwiedzić Mały Trstenez, to miejsce w pobliżu Mińska, aby tam wspólnie z potomkami i pozostałymi uczcić pamięć (poległych). Albo za to, że my – dopiero przed niewielu tygodniami – byliśmy w ukraińskiej miejscowości Korjukiwka, gdzie niemieckie oddziały w ciągu dwóch dni zamordowały prawie 7 000 mężczyzn, kobiet i dzieci – i my, niemieccy goście, byliśmy dzisiaj, pomimo to, przyjęci z otwartością, tak, z serdecznością, nawet z życzeniem nawiązania partnerstwa miast.

Niezliczone inne miejsca niemieckich przestępstw są jednak zapomniane tak jak białoruska wioseczka Katyń, która wczesną wiosną 1943 r. została zrównana z ziemią – albo miasteczko Mizocz na zachodzie Ukrainy, przed którego bramami rozstrzelana została cała żydowska ludność, jednego dnia, w październiku 1942 r.

Znać nazwy tych miejsc czyni istotną różnicę – dla naszego samozrozumienia jako narodu jak też dla wspólnego rozumienia jako Europejczyków na tym kontynencie.

Jednak: jeżeli chcemy pamiętać, to musimy też wiedzieć, co te miejsca łączy ze współczesnością. Gdyż ja jestem przekonany: jeżeli my rozumiemy, że ta przeszłość odbija się na naszej współczesności, to będziemy się również mocniej interesować tymi, wypartymi ze świadomości, rozdziałami historii. Pojmiemy to, co tak przejmująco tłumaczy izraelski historyk Omer Bartov: że jesteśmy wszyscy członkami „bardzo łamliwego, a jednak zdumiewająco trwałego łańcucha pokoleń, losów i walk, w których rozwijają się nieustannie wydarzenia historyczne”.

Kim my jesteśmy i co pamiętamy, zawdzięczamy kompleksowi czynników: naszemu pochodzeniu, miejscom i zdarzeniom naszej biografii i działaniom ludzkim – naszym i naszych przodków.

Historia, tak rozumiana, jest zawsze historią rodzinną. Z pytaniem następnych generacji, „co to ma wspólnego ze mną?”, powinniśmy się nie tylko liczyć. My musimy umieć na nie odpowiedzieć! Rozumiemy kim jesteśmy i co nami powoduje, tylko wtedy, gdy wiemy, kto i co postępowało przed nami.

Myślałem o tym ostatnio, gdy honorowaliśmy żołnierki i żołnierzy Bundeswehry za ich służbę w Afganistanie. Gdyż to uhonorowanie mówiło wiele nie tylko o dzielności żołnierek i żołnierzy, lecz także o społeczeństwie, które jest im winne uznanie i oddanie tego honoru.

Doświadczenie dwóch wojen światowych, wina i wstyd odciskują swe piętno na stosunkach między niemieckim społeczeństwem a niemiecką armią i sięga to aż do naszej współczesności. Nasza Bundeswehra jest armią parlamentarną. Stoi, niezmiennie, na gruncie demokratycznej Konstytucji. My i nasza demokracja mamy do niej zaufanie. Wkładamy nasze bezpieczeństwo, naszą odpowiedzialność wobec świata i wobec naszych sojuszników także w ręce naszych żołnierek i żołnierzy. Mówimy o nich jako o „obywatelach w mundurach”. Ale jeżeli chcemy ich uhonorować jako żołnierzy, jak niedawno przed budynkiem Reichstagu w Berlinie, to wiele Obywatelek i Obywateli widziałoby ich chętniej w cywilu i bez pochodni w rękach.

Wielu Niemców źle odbiera militarne rytuały. Nie chcą by im przypominano, co oznacza użycie armii, także Bundeswehry. Śmierć i trauma, niemieccy żołnierze w zbrojnym działaniu, w obcych krajach – my Niemcy wypieramy to chętnie z naszej świadomości. Rozmawiamy o tym o wiele za rzadko i tylko niechętnie.

Dla kraju, którego nazwa pozostaje związana z nieskończonym cierpieniem, które dwie wojny światowe sprowadziły na Europę, którego armie są winne morderczej wojnie, agresji, to niedobre poczucie jest zrozumiałe. Ale: to nie ułatwia naprawdę niczego tym, którzy swoje życie ryzykują dla naszego kraju, weterankom i weteranom misji zagranicznych ani tym bardziej rodzinom tych, którzy zginęli gdyż ich trauma, ich straty, ich strach, ból lub wstyd nie znikają tylko dlatego, że inni zamykają przed tym oczy i nie patrzą. Przeciwnie. To, co my jako społeczeństwo przemilczamy i wypieramy ze świadomości, o czym nie chcemy by nam przypominano, jesteśmy winni im jako społeczeństwo: kobietom i mężczyznom będącym żołnierzami Bundeswehry, inwalidom oraz poległym i ich rodzinom.

Przyjąć odpowiedzialność za naszą historię nie może oznaczać cofania się przed zmierzeniem się z konfliktami współczesności i z tymi, którzy za to ponoszą wielką i największą odpowiedzialność. Także dlatego jest ten dzień, Narodowy Dzień Pamięci, ważnym dniem. Musimy przezwyciężyć niezdolność do mówienia – także niezdolność do mówienia, wielu części społeczeństwa, o naszej armii. To jest zadanie na dziś.

Żałoba – o nią chodzi w dzisiejszym dniu – to jest dopiero możliwe, gdy odważymy się i otworzymy się na wspomnienia, także te bolesne. Dlatego wspomnienie nie jest celem samym w sobie i nie jest ćwiczeniem pokutnym. Wspominamy dla teraźniejszości oraz dla przyszłości.

Narodowy Niemiecki Związek Opieki nad Cmentarzami Wojennymi przez wiele dziesięcioleci pracował na rzecz tego wspomnienia, gdy opiekował się i odnajdował miejsca, w których można wspólnie wspominać śmierć dawnych przeciwników, stojących po dwóch stronach linii frontu. Ja na przykład nie zapomnę wspólnej z prezydentem Macron’em chwili pamięci w 2017 roku na lodowatym wzgórzu Hartmannsweilerkopf*, znanym z I wojny światowej jako „pożeracz ludzi”. Miejsca pamięci takie jak to stwarzają przestrzeń nie tylko do żałoby, ale i do pojednania, gdyż żałoba łączy generacje w Europie i poza granicami naszego kontynentu – od dziesięcioleci.

Moja generacja wyrosła w cieniu drugiej wojny światowej. Nasi rodzice byli dziećmi tej ostatniej, wszystko przesłaniającej wojny. Ich bezradna, często bez słów żałoba po ojcach, matkach i braciach. Po wszystkich, którzy niezależnie od tego czy przeżyli, czy też nie, zostali tą wojną naznaczeni, odcisnęła swe piętno także na nas. Napiętnowała nas, moje pokolenie – a także naszych sąsiadów na tym kontynencie, na zachodzie Europy jak też w Polsce i w krajach bałtyckich, w Rosji, na Białorusi i na Ukrainie, w dawnej Jugosławii i w Grecji.

Wielu świadków czasu z generacji naszych rodziców nie ma już wśród nas. Ich życia, ich biografii nie można oddzielić od okropieństw ich dzieciństwa, od okropności wojny, gdy byli zmuszeni wciąż iść wzdłuż brzegu tej rzeki, nie mogąc przejść nigdy na jej drugą stronę.

Wypełnia mnie głębokim bólem wiedza o tym, że dziś w Europie znowu są dzieci, którym ten los nie został oszczędzony. Dzieci takie jak Oleg, o którego życiu, jako dziecku wojny na wschodniej Ukrainie, opowiada w swoim filmie, niedawno pokazanym w programie pierwszym niemieckiej TV, duński reżyser Simon Lereng Wilmont.

Chciałbym zakończyć moje przemówienie wersami z wiersza Julii Druniny, rosyjskiej poetki, która miała 17 lat, gdy niemiecki Wehrmacht napadł na Związek Radziecki, a 67 lat, gdy w roku 1991 roku odebrała sobie życie, pozbawiona iluzji, gdyż po ciemnościach przeszłości nie nastąpiła żadna świetlana przyszłość. Była dzieckiem wojny. 

„Nie z dzieciństwa jestem, z wojny ja pochodzę.
I droższy mi się z tego powodu wydaje
droższy niż tobie i bardziej istotny
każdy nowy dzień i każda godzina
(…)
Nie z dzieciństwa jestem, z wojny ja pochodzę.
I mam cieniutką skórę, aż do życia końca.”

===============================================

W tekście wymieniona jest ta nazwa, raczej nieznana w Polsce, pozwoliłem sobie więc opatrzyć ją gwiazdką i sięgnąć do źródeł: 

*Hartmannsweilerkopf – wzgórze (957 m. n.p.m. w płd. Wogezach, Alzacja), o które w latach 1914-1916, ze względu na jego strategiczne położenie, toczyły się ciężkie walki między armią francuską a niemiecką (pruską). Zginęło po obu stronach ok. 30 000 żołnierzy; dwa razy więcej odniosło rany. Cały czas trwały tam „pojedynki artyleryjskie”, które nie przynosiły dla żadnej ze stron rozstrzygnięcia. Dlatego ta nazwa, ta bitwa jest dziś przywoływana na Zachodzie, gdy mówi się o bezsensowności wojny. Od 1921 r. miejsce to (zachowane linie okopów, leje po granatach, a także wzniesione tam obiekty pamięci, np. cmentarze, krypty, muzeum) jest chronione prawem jako monument – pomnik historii i masowo odwiedzane (250 tys. zwiedzających w 2016 roku). 

===============================================

Właściwie można pozostawiać słowa takich przemówień, jak to przemówienie pana Prezydenta Niemiec, bez komentarza. Są pięknie napisane i mówią wszystko: właśnie o tragizmie i bezsensowności wojen. 

Ale z perspektywy już niedługo mijających czterech lat od „wybuchu pełnoskalowego konfliktu na Ukrainie”, gdy wciąż tzw. główny nurt nic nie mówi, że wcześniej ta wojna już trwała, warto zwrócić uwagę na ten fragment, gdzie są słowa o biednym „dziecku wojny na wschodniej Ukrainie”, o tym Olegu, o którym nakręcono film pokazywany w niemieckiej telewizji. 

Tak. Na terenie Donbasu, na wschodniej Ukrainie wojna toczyła się już od 2014 roku. Nam wtedy tego nie mówiono, gdyż to ukraińskie oddziały wojskowe, m.in. ten słynny AZOW dokonywały najazdów i ostrzału na tamtejsze miasta (Donieck, Mariupol, Ługańsk ) i ich mieszkańców, którzy ośmielili się przejść na stronę Rosji. Dla Rosji ci, którzy ogłaszali niezależność byli rosyjskojęzycznymi obywatelami walczącymi o swoje prawa człowieka m.in. sprzeciwiając się agresywnej polityce Kijowa, dyskryminującej język rosyjski. A w kulturze – dyskryminującej wszystko co związane jest z Rosją. Ale dla naszych mediów byli to tylko godni potępienia separatyści.

Okazuje się, że można jednak, w dzisiejszych czasach, utrzymywać całe narody w niewiedzy!

Wystarczy (wciąż jeszcze) opanować telewizję. Tę publiczną oraz kilka prywatnych. I już można swoich obywateli programować zgodnie z treściami, które ta telewizja przekazuje, promuje. 

Teraz jeszcze pozostaje tylko opanować internet! Piewcy wojny intensywnie już nad tym pracują zwiększając zasięgi tych, co mówią nam to, co trzeba. Z punktu widzenia tzw. Wall Street, czyli międzynarodowych korporacji, które weszły już dawno w biznes „wojna”, wojna powinna trwać jak najdłużej. A stale powinno być podsycane zagrożenie wojną. Wtedy zyski są stabilne: wszyscy kupują broń! W myśl tej obłędnej zasady „Si vis pacem, para bellum” („Chcesz pokoju, przygotowuj się do wojny”). 

Jeszcze tylko trzeba zamknąć niektórym internautom te ich niezależne, internetowe kanały. Już mówi się coraz częściej o tym, że wprowadzi się ustawy o „mowie nienawiści”. I wtedy każdy, kto powie coś złego o naszych Przyjaciołach, będzie mógł zostać „potraktowany” z tej ustawy. Sąd, skazanie… A w mediach zbanowanie.

Koncerny zbrojeniowe mają teraz żniwa.

Zresztą nie tylko koncerny zbrojeniowe. Paliwowe także: coś napędza przecież tę całą „technikę wojenną”. I wystarczyło odciąć nas, Europę, od względnie taniej ropy i gazu z Rosji i już nafciarze z Texasu wraz z szejkami z Półwyspu Arabskiego zacierają ręce. A właściciela flotylli tankowców, armatorzy też: wciąż można przecież kupić tę „brudną” ropę w Rosji i po kilku transakcjach, które ją już oczyszczą z odium rosyjskiego pochodzenia, sprzedać nam. Dwa razy drożej? A może jeszcze drożej? Drożej niż gdyby (ta sama) rosyjska ropa i gaz szły do nas istniejącymi przecież rurociągami.

Pamiętam jeszcze, jak wciąż nam tłumaczono, że te gazoporty w naszych miastach na wybrzeżu Bałtyku są budowane, abyśmy mieli „dywersyfikację dostaw”. Aby konkurencja na rynku dostaw paliw zapewniła nam bezpieczeństwo energetyczne i niskie ceny. I co mamy? Całkowite uzależnienie od Zachodu i dyktat cenowy tych, którzy stali się monopolistami. Dzięki naszym politykom. Koncerny farmaceutyczne z kolei z pewnością zwiększyły sprzedaż lekarstw, środków przeciwbólowych, bandaży. Na wojnie dużo tego potrzeba… Tak sobie piszę, ale nikt tego nie analizuje, nie wylicza. Po co? Jeszcze by szary człowiek zaczął się zastanawiać, czy to jednak na tej Ukrainie nie chodzi aby raczej o zyski dla tej Wall Street, a nie o demokrację, wolność i nasze bezpieczeństwo (ponoć zagrożone przez Ruskich). Przy okazji, ukraińskim oligarchom (o których tak cicho teraz u nas) też coś „skapnie” – przy podziale wojennych finansowych łupów.

Pamiętam, że chyba na filmie „Ojciec chrzestny” też to pokazano – ten moment podejmowania decyzji jaki biznes prowadzić, gdy zmieniały się czasy. Po II wojnie światowej. Mafiosi starej daty mieli „moralne” opory, aby wejść w biznes narkotykowy. Nielegalny alkohol w czasach prohibicji: tak! Prostytucja (w każdych czasach): tak! Przecież prostytucja to taka po prostu piękna tradycja! Wręcz służba dla kraju. W końcu każdy chce sobie wypić. A sex to też potrzeba ludzka. Tak mniej więcej „rozgrzeszali” się ci pobożni sycylijscy katolicy. Ale narkotyki? Niszczące ludzi, zdrową tkankę amerykańskiego narodu? Nie, to się pierwszym potomkom emigrantów z Sycylii jeszcze jakiś czas nie mieściło w głowie. Sprzeciwiali się. Dopiero, gdy młoda generacja „wzięła sprawy w swoje ręce” i odstrzeliła po prostu starych, mafie rozkręciły narkobiznesy. Po co to wspominam? Bo tak jak tym tradycyjnym Sycylijczykom nie mieściło się w głowie, że można handlować, przemycać, rozprowadzać śmierć, tak naszym politykom chyba się nie mieści w głowie, że wojna to nie ideały wolności, demokracji, równości. Tylko biznes! Tylko właśnie śmierć!

Większość polskich obywateli, czyli nas, Polaków, wychowanych jest na tradycjach szlachetnej walki o wolność i demokrację.

Cały okres porozbiorowy, oraz okres okupacji Polski przez hitlerowców w czasie II wojny światowej), to bój o wolność. Wszystkie zrywy wolnościowe w PRL z lat: 1956, 1970, 1976, 1981 to z kolei bój o demokrację i o swobody obywatelskie. Chociaż robotnicy wychodzili na ulice by demonstrować przeciwko podwyżkom cen. Tak to się legendę i poezję dorabia do prozy. Do prozy życia. 

Ale proza życia i śmierci to ten właśnie fakt: wojny wywołują ci, którzy mają w nich interes. Zawsze przekładający się na pieniądze. Na zyski ekonomiczne. Na bogactwo. I nieważne, że nędza dla innych.

Nie tylko dla pokonanych. Także dla tych „sojuszników”, którzy byli naiwni – dla nich też problemy, a nie zyski. Patrz: Polska. Polska zadłużona, że już bardziej nie można. Polska ze zmienioną strukturą demograficzną, która będzie generować dodatkowe problemy. Do tych problemów, które my Polacy mamy sami ze sobą, dojdą problemy z innymi nacjami, których przedstawiciele już niedługo uzyskiwać będą polskie obywatelstwo, a w ślad za tym prawa wyborcze. To już się dzieje. 

A w głowach naszych „polityków” wciąż się nie mieści, że wojna to po prostu biznes. I nawet, gdy prezydent Trump wprost to całemu światu powiedział, to do naszych polityków to nie dotarło. Wciąż w chocholim tańcu z „Wesela” majaczą coś o wspólnej walce z Ukrainą, o Ukrainę, dla Ukrainy. A Trump podpisuje umowę o tym, że USA będą czerpać korzyści z bogactw naturalnych Ukrainy w zamian za to, co przekazał na poczet militaryzacji tego kraju. „Dwa w jednym” ma Wall Street: kasuje się cenę za zakupy uzbrojenia w USA od wszystkich z tzw. „kolektywnego Zachodu” (obecnie: „koalicja chętnych”). I jeszcze wprost od Ukrainy kasuje się też, w naturze. Bo pieniędzy własnych już ten kraj nie ma.

Dlatego to święto – ten Dzień Pamięci, Dzień Żałoby po ofiarach wojen nie jest u nas nagłaśniany.

Piszę ten mój artykuł w tych dniach, które poprzedzają najbliższą niedzielę, tj. 16 listopada 2025 roku. W tym roku, właśnie w tej dacie, to święto będzie obchodzone w Niemczech. Nic na ten temat pewnie nie usłyszę w naszych mediach. A przecież powinniśmy my, ludzie, doceniać każdą tradycję, każdą inicjatywę, która jest przeciwko wojnie. Za pokojem. 

Mieliśmy w Polsce niedawno nasze święto i ten Marsz Niepodległości w Warszawie. W jakiś zdegenerowany sposób odzwierciedlający najgorsze „kibolowskie tradycje”. Te dymy czerwone nad rondem w centrum Warszawy, to wykrzyczane przez naszego Prezydenta przemówienie. Nie tylko ja mam niesmak, gdy patrzę na taki sposób świętowania. Wszelkie w nim przejawy agresji. Ani jednego hasła propokojowego. W Warszawie, tak doświadczonej przez wojnę. W mieście, które powstało jak przysłowiowy Feniks z popiołów!

Tym bardziej docenić wypada ten Volsktrauer Tag. Trochę jeszcze o jego historii, bo wielce interesująca jest ewolucja tej uroczystości. Bardzo pozytywna ewolucja.

Został zaproponowany jeszcze w 1919 roku jako święto, które miało dotyczyć tylko niemieckich żołnierzy poległych w czasie I. wojny światowej i po raz pierwszy oficjalnie i centralnie, czyli w stolicy Niemiec, w Berlinie, był obchodzony w 1925 roku, wtedy w marcu. Chodziło o dzień zwany reminiscere (łac.), czyli: wspomnij. Była to II. niedziela Wielkiego Postu. Od 1927 roku obchodzono to święto jednak w czerwcu, w nawiązaniu do daty 28 czerwca 1919 roku, gdy podpisany był Traktat Wersalski, formalnie kończący I. wojnę światową.

W czasach narodowego socjalizmu (od 1934 roku) zmieniono jego nazwę na Heldengedenktag czyli Dzień Pamięci Bohaterów. Dobrze oddaje hitlerowskie intencje pewna protokolarna zmiana dotycząca tego święta. Otóż na znak żałoby do tej pory w tym dniu flagi państwowe opuszczane były do połowy masztu. W Niemczech Hitlera dumnie powiewały wciągnięte na sam szczyt! A sam Goebbels, Minister Propagandy III Rzeszy, wydał wytyczne jak należy ten dzień czcić i wyjaśnił, że od tej pory akcent będzie kładziony na wspomnienie bohaterów, a nie na wspomnienie poległych. Aby uniknąć przykrych (dla Niemców) skojarzeń z Traktatem Wersalskim powrócono do marcowej daty obchodów. Zdążyli naziści jeszcze swych bohaterów uczcić tak ostatni raz 11 marca 1945 roku.

Potem, po II. wojnie światowej, w obu państwach niemieckich , tj. w RFN (BRD) oraz w NRD (DDR) niezależnie organizowano nadal uroczystości Narodowego Dnia Żałoby. Już dużo więcej poległych musiano wspominać – żniwo śmierci drugiego światowego kataklizmu było olbrzymie. Inaczej rozkładano akcenty. Socjaliści z NRD przemianowali nieco nazwę pisząc, że jest to międzynarodowe święto ofiar faszystowskiego terroru (Internationaler Gedenktag für die Opfer des faschistischen Terrors). I wykorzystywali każdorazowo to święto jako okazję do piętnowania imperialistycznych wojen prowadzonych nadal przez kapitalistyczny Zachód. Ale, tak już z perspektywy czasu, czy nie mieli w tym racji?

Ale, przede wszystkim: pojawiło się po raz pierwszy słowo: międzynarodowy.

W Niemczech Zachodnich jednak, aż do czasu zjednoczenia obu państw niemieckich, panowała interpretacja, że jest to święto poświęcone ofiarom wojen, ale jednak Niemcom. W 1950 roku ustalono termin tego dnia na przedostatnią niedzielę przed pierwszym dniem Adwentu, gdyż ten czas jest teologicznie zdominowany przez tematy śmierci, przemijania, wieczności. 

Dopiero w uroczystym akcie z 1987 roku niemiecki Rząd Federalny ustalił, iż odtąd będzie to dzień poświęcony ogólnie wszystkim ofiarom wojny, przemocy i terroryzmu.

I to jest ta, wzbudzająca moje uznanie, pozytywna przemiana: odejście od tylko swoich ofiar – uczczenie, zrozumienie, dla wszystkich poległych, zabitych, prześladowanych. Wezwanie do tego, aby nigdy już więcej!

Gdy wspomniałem mojemu przyjacielowi o tym, że chcę coś pisać na temat niemieckiego Narodowego Dnia Żałoby, to on, dobrze zorientowany w historii, także tej bolesnej, związanej z III Rzeszą, skomentował to tytułem ze znanej amerykańskiej komedii: „I kto to mówi”. Miał na myśli, że oto Niemcy, sprawcy, chcą ukazać światu żal… 

Ale jednak! Sprawcy przepracowali swoją traumę. Zbudowali demokratyczne społeczeństwo. Odżegnali się na wiele lat od militaryzmu. Szkoda, że ostatnie lata chcą nie tylko Niemcom, ale nam wszystkim, wyznaczyć inny, przeciwny kierunek. Zakończę więc wspomnieniem ofiar i wezwaniem do pokoju. W naszych sercach i na świecie – tym tekstem: „Das Sprechen des Totengedenkens”. Jeszcze w 1952 roku ówczesny Prezydent RFN Theodor Heuss wprowadził ten oficjalny tekst upamiętnienia ofiar. Co roku jest on odczytywany podczas wszystkich uroczystości zarówno na szczeblu centralnym, jak i w poszczególnych krajach (Landach) niemieckich. 

„Myślimy dzisiaj o ofiarach przemocy i wojny, o dzieciach, kobietach i mężczyznach wszystkich narodów.

Wspominamy żołnierzy, którzy zginęli w wojnach światowych, ludzi, którzy stracili swoje życie przez działania wojenne lub bezpośrednio po nich w niewoli, jako wypędzeni i więźniowie.

Wspominamy tych, którzy zostali uśmierceni, ponieważ należeli do innego narodu, do innej rasy zaliczeni zostali, byli częścią jakiejś mniejszości lub których życie z powodu jakiejś choroby lub niepełnosprawności zostało uznane za bezwartościowe.

Wspominamy tych, którzy stracili życie, ponieważ stawili opór przemocy oraz tych, którzy znaleźli śmierć za to, że byli wierni swoim przekonaniom i swojej wierze.

Jesteśmy w żałobie po tych ofiarach wojen i wojen domowych toczonych w naszych czasach oraz ofiar terroryzmu i politycznych prześladowań. Po żołnierzach Bundeswehry oraz innych, uczestniczących w misjach pokojowych, którzy stracili życie za granicą.

Pamiętamy też dzisiaj o tych, którzy stali się ofiarami u nas z powodu nienawiści i przemocy przeciwko obcym i słabym.

Łączymy się w żałobie z tymi, którzy niosą w sobie cierpienie swoich zmarłych. I dzielimy z nimi ich ból.

Ale nasze życie stoi pod znakiem nadziei pojednania pomiędzy ludźmi i narodami.

I nasza jest odpowiedzialność za pokój między ludźmi – w domu i na całym świecie.”

Dwa ostatnie zdania są pięknym wezwaniem. Skierowanym do nas. 

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry