Anty-bohater. Skąd taka nazwa?

Ktoś czytając to, co tutaj piszę, zadał pytanie: dlaczego taki jest tytuł tego bloga? 

Oglądałem kiedyś amerykański film fabularny, gdzie lektor czytał tłumaczenie słów piosenki, która „leciała” na początku lub na końcu tego „obrazu”. I taki wers tam był, nawet z zachowanym w języku polskim rymem: 

„Cmentarze pełne bohaterów, 
lecz żywych nie ma już zbyt wielu”. 

I to jest sedno sprawy:

Jeżeli bardziej cenisz życie, niż bohaterstwo, to możesz się tak nazwać. Antybohater.

Ten film miał chyba tytuł „Z podniesionym czołem”, ale nie pamiętam już, czy na pewno. Kiedyś widziałem ten tytuł znowu w programie TV, ale nie udało mi się wtedy tego filmu jeszcze raz obejrzeć, przypomnieć sobie. Nie wiem nawet, czy to ten sam film. Tytuły mogą się przecież powtarzać. 

Ale, to był film, który nasunął mi pomysł na nazwę bloga. A oprócz prostej konstatacji, że być bohaterem to często oznacza śmierć, przedwczesną śmierć, zjawia mi się jeszcze inna kwestia. Mianowicie takie pytanie:

Czy tylko będąc bohaterem można żyć „z podniesionym czołem”? 

Nasze nauczanie historii podaje nam setki przykładów różnych bohaterów. Najczęściej wsławionych poprzez swoje czyny w wojnach, w bitwach, w powstaniach. To oni stoją na cokołach pomników. I to oni są podawani nam jako wzory: bohaterskich, jednostkowych czynów albo trwających latami dzielnych postaw. Gdy ten lub inny bohater całe życie poświęcił walce o coś lub przeciwko komuś, często ginąc dla innych, dla sprawy. 

A ci co nie walczyli? O nich historia milczy. Zwykli ludzie. Nic ciekawego? 

Te matki chroniące dzieci własnym ciałem, odejmujące sobie, w czas wojennego głodowania, od ust… Żeby tylko dzieci… Ci ojcowie, ciężko gdzieś pracujący przez całą wojnę, często w upokorzeniu, bo cóż tam po dyplomie uniwersytetu, cóż nawet po tytule profesora, gdy uczelnie okupant zamknął i trzeba fizyczną pracą zarobić na chleb, na utrzymanie rodziny. 

To są dla mnie bohaterowie dnia codziennego! Ale dla naszej „historiozofii” to są antybohaterowie. Bo oni nie walczyli, nie bili się z bronią w ręku.

Nie ja pierwszy wpadłem na ten pomysł antybohatera czasu wojny.

Właściwie zaczerpnąłem to od Kornela Filipowicza (1913-1990), partnera życiowego naszej noblistki Wisławy Szymborskiej (1923-2012). To on w 1961 roku (a więc tylko 16 lat po II. wojnie światowej, licząc od jej zakończenia w 1945 roku) napisał niewielką powieść „Pamiętnik antybohatera”. Niewielką objętościowo lecz, dla mnie, wielką, jeśli chodzi o ujęcie tematu. Wyobraźmy sobie ten kontekst sytuacyjny, gdy pisana była ta powieść. Rany wojenne jeszcze absolutnie niezagojone. Jeszcze kilka lat minie zanim w 1965 roku biskupi polscy wystosują do biskupów niemieckich to słynne orędzie ze słowami „Przebaczamy i prosimy o wybaczenie” (dokładnie: „udzielamy wybaczenia i prosimy o nie”). Wywołali tym wtedy w Polsce skandal. 

A Kornel Filipowicz także wzburzył polskie środowisko, w szczególności krytyków literatury.

W Polsce, w której jedyną postawą akceptowaną jako właściwa była martyrologia i walka z okupantem, on przewrotnie opowiedział się za zwykłym przetrwaniem. Pokazał innego Polaka niż ten walczący na wszystkich frontach, przez wszystkie te wojenne lata. Od września 1939 roku do maja 1945 roku, a więc przez cały czas II. wojny światowej w Europie (bo na Dalekim Wschodzie wojna trwała jeszcze do sierpnia 1945 roku – do chwili odpalenia nad Hiroshimą i Nagasaki bomb atomowych). 

Autor „Pamiętnika antybohatera” napisał, że lepiej było podporządkować się wygranym. Czyli Niemcom. Należy robić po prostu wszystko, aby przeżyć. Opisał siebie jako oportunistę, który stał niejako z boku. Pisał, że trzeba tak żyć, aby było nam wygodnie. Dobrym przykładem tych myśli antybohatera jest, pamiętam ten fragment książki, jego w sumie zadowolenie, że skoro wybuchła wojna, to nie będzie musiał spłacać rat. Za nowy rower, który właśnie nabył. 

Dziś niektórzy też może się nawet cieszą, że wojna to taki wielki „reset”. Z wielu spraw nie trzeba się im będzie tłumaczyć…

Dla tych ludzi wojna może być wybawieniem. Ty, co najwyżej, nie zapłacisz rat za rower. 

Antybohater Kornela Filipowicza ucieszył się z wybuchu II. wojny światowej, bo nie musiał spłacać rat za rower „w kredycie”. Ale ty, za twój samochód, też „w kredycie”, całkiem możliwe, że jednak zapłacisz. Te wielkie firmy, które handlują dobrami „wyższego użytku”, przetrwają. Ich centrale są na Wall Street w New York City. Po wojnie będą jeszcze bogatsze. I przystąpią do egzekucji Twoich długów.

Zabawne (ale nie dla ciebie…) może być to, że zapłacisz za coś z czego w ogóle nie skorzystałeś. Jeśli chodzi o samochody prywatne, to jeśli akurat masz auto z napędem 4×4, to spodziewaj się, że gdy tylko ogłoszą powszechną mobilizację, to tobie w pierwszej kolejności zarekwirują ten samochód. Nasza, albo już inna armia, weźmie go sobie. Przyda się na froncie. A raty, jeśli masz to auto w kredycie, trzeba będzie i tak płacić. Nie sprawdzam, ale chyba pominęli ten aspekt sprawy twórcy przepisów o przymusowym przekazywaniu na rzecz wojska sprzętu, w tym samochodów prywatnych, na wypadek mobilizacji.

Ale nie tylko na realną wojnę! Nawet na ćwiczenia wojskowe można ci ten pojazd chwilowo „zabezpieczyć”. Takie chwilowe „użyczenie”, np. na dwa tygodnie trwania poligonu. Po zwrocie do twoich rąk, jak już to autko pojeździ sobie po tym poligonie, rozjeżdżonym czołgowymi gąsienicami, w wodzie i błocie, gdy znowu będziesz się mógł cieszyć swoim pojazdem, to ten twój Jeep, Land Rover, Hyundai czy Duster, już nigdy, jak to się mówi: „nie będzie taki sam jak kiedyś”…

A spisy samochodów prywatnych, przydatnych wojsku, Wydziały Komunikacji Starostw Powiatowych już zrobiły. Taki ustawowy obowiązek.

Zresztą, jak masz busa czy w miarę obszernego mini-vana, to nawet bez napędu 4×4 możesz liczyć na zainteresowanie armii. 

Okazało się, że takie samochody, szczególnie te z tymi przesuwanymi wzdłuż nadwozia, bocznymi drzwiami, są idealne do łapania na ulicach tych poborowych, którym nie wystarczyło bohaterskiego zapału, aby zgłosić się na ochotnika do armii. Ukraińskie „Wojenkomaty” czyli ta formacja, która zapewnia dostawy, konkretnie dostarczenie mięsa armatniego na front, mają bardzo dobre doświadczenia z tego typu pojazdami. Bardzo łatwo jest przez te otwarte na oścież drzwi wrzucać delikwenta do środka pojazdu i natychmiast odjeżdżać. Wszystko na oczach rodziny, bezradnie stojącej i patrzącej w ślad za mężem, ojcem, synem. A skoro my tu, w Polsce, jak wciąż podają nasze media, chcemy korzystać z dobrych ukraińskich doświadczeń, to pewnie już takie samochody są na wyposażeniu naszych „komend uzupełnień”. A ukraińscy wojskowi zapewne mogą Polaków w naszych siłach zbrojnych przeszkolić na bazie swoich już przebogatych praktyk w zakresie przeprowadzania efektywnych łapanek na ulicach. 

Kto wie, może nawet tę ostatnią twoją jazdę, tę „z cywila” na front, odbędziesz swoim własnym samochodem, wcześniej ci zarekwirowanym? Tym razem jako pasażer. W kajdankach, jeśli nie wsiądziesz do auta dobrowolnie.

Ja piszę tu o antybohaterach – o zwykłych ludziach, którzy wojny nie chcą. Lecz inni chcą im tę wojnę wywołać.

Antybohaterowi Kornela Filipowicza tę wojnę wywołano. On w tej wojnie nie chciał być, walczyć. Przeżył ją. Unikając wszelkich niebezpieczeństw. Nie stawiając oporu, jeżeli mogłoby to być bardziej niebezpieczne niż przyjęcie cięgów (był pobity). Takie ciosy się przecież zagoją. To lepsze niż przyjęcie kuli. Śmiertelnej. Taki punkt widzenia. Tragiczny, ale realistyczny. Gdy się chce po prostu przeżyć…

Polską tradycją ma być natomiast honor za wszelką cenę. A przecież czy tylko cios za cios? To droga do unicestwienia. Oko za oko? Ta zasada pozostawia po obu stronach ślepców. Cytat, już zapomniałem, kto to pierwszy raz powiedział. 

Innym antybohaterem, który na trwale wszedł do mej pamięci (pisząc „na trwałe” pomijam tu ewentualny przyszły wpływ dr Alzheimera) jest poeta, prozaik i dramaturg, a także aktor teatralny, Miron Białoszewski (1922-1983). Jego młodość przypadła na czas II. wojny światowej. A opisał siebie, 22-letniego młodzieńca, który przeżył wojnę jako cywil. 

W 1970 roku, gdy Powstanie Warszawskie przechodziło już do bohaterskiej legendy, do tych „mitów założycielskich” i późniejszych, on wydał, obrazoburczy dla niektórych, „Pamiętnik z Powstania Warszawskiego”. Opisał ten zryw powstańczy z perspektywy zwykłego mieszkańca Warszawy. Brak w tym opisie patosu, heroizmu i atmosfery walki o wolność. Jest walka o przeżycie. Są najprostsze czynności niezbędne by to życie zachować. Np. walka o wodę.

Ale, czy to nie jest bohaterstwo? Szczególnie, gdy tę pozyskaną z narażeniem życia wodę niesie się nie tylko dla siebie ale i dla innych. Nie tylko bliskich. 

Taka ludzka solidarność w nieszczęściu. Czy to nie jest prawdziwe bohaterstwo? I odwaga?

Może już nie zapamiętałem dobrze, może to wziąłem z innych relacji, nakładających się na siebie różnych wspomnień z tego powstania, które czytam od lat, ale utkwił mi w pamięci właśnie opis wyprawy po wodę. Gdy ktoś powiedział, że w zrujnowanej już dzielnicy, trochę dalej od miejsca gdzie koczują uciekinierzy, a wśród nich Miron Białoszewski, jest woda. Jakaś odsłonięta rura, z której cieknie jeszcze, pomimo, że cała sieć wodociągowa Warszawy jest już ruiną. Jak i całe miasto. I on, sam, czy też z innymi, ryzykując życiem, przedziera się przez te rumowiska, przebiega przez ulice pod niemieckim ostrzałem, gdzie w każdej chwili można zginąć lub być rannym. Co na jedno wychodzi, bo nie ma już szpitali, lekarzy, sanitariuszy, środków opatrunkowych, lekarstw, jedzenia. Nie ma nic. I to opisuje Białoszewski. Ktoś ujął to tak, że on chciał nam pokazać jak to jest „gdy się świat wali”. 

Zagrożenie śmiercią powoduje degradację form współżycia społeczności. Ujawniają się niskie instynkty. Ale i „nieheroiczny heroizm”, jak to ktoś określił, mieszkańców Warszawy.

O tym się nam nie mówi – o tym, że wojna to często brutalne zdziczenie. Walka o byt. W relacjach naszych mediów głównego nurtu, nie ma krwi, kalectwa, brutalnych zachowań. Jeśli już, to w obecnej wojnie na Ukrainie tylko Ruscy. Tylko oni są ci „źli”. Pamiętajmy! Na wojnie każdy żołnierz może stać się żołdakiem! Po każdej stronie konfliktu są tacy, którzy są zdolni do gwałtu, przemocy, bezlitosnych zachowań. A nawet skłonni.

Miron Białoszewski trochę tę kurtynę odsłonił. Zamiast „wojenki panienki” i powstańczych bojowych piosenek „w rytmie marsza raz, dwa, trzy” dał nam w swojej książce lekcję pokory. Lekcję życia. Przeciągającej się nędzy, wegetacji w ruinach Warszawy. Beznadziei. Recepcja jego „Pamiętnika” była różna: od krańcowego potępienia (ze strony narratorów „świętości wojny”, a w szczególności bohaterskiej wyłącznie pamięci Powstania) po zachwyt. Chwalono go (ale raczej nieliczni), iż opisując śmierć, dokonując racjonalizacji zwyczajności tych dni powstania dla cywilów, dotarł do sedna rzeczywistości wojennej. Wznosząc się w tym opowiadaniu na wyżyny arcydzieła.

Wspomniałem już wyżej, że nasi rządzący nie widzą w wojnie naszego, zwykłych ludzi, dramatu. Zawalenia się naszego życia. Zakończenia, dosłownie, życia naszego i naszych bliskich. Przedwczesnego zakończenia.

W prowojennych hasłach naszej śmierci nie ma.

Wygłaszane są jakieś jakieś brednie o plecakach ewakuacyjnych, itp. Nawet osobiście przez ministra i wicepremiera.

Wprawdzie wraz z brutalizacją politycznego „dyskursu” jest w mediach śmierć, ale raczej przeciwnika. Na razie jeszcze ograniczyli się ci rządzący do tego słynnego powiedzenia o „wdeptaniu Putina w ziemię”. Ale cóż to znaczy? Tyle co zabić znaczy. 

I niedaleko już do okrzyków typu „Smiert Lachom!”. Tak! To do nas tak krzyczano! Wojna to nie tylko ten poetycki niemal „bitewny zgiełk”. To także brutalny, dziki wrzask.

Ale ci, którzy krzyczą, którzy do wojny prą, wojny wywołują, po pierwsze: oni na wojnę nie pójdą. Oni przeczekają wojnę. Jakby co, to uciekną gdzieś do jakiejś Rumunii chociażby lub spędzą czas wojny w Londynie jak to już kiedyś było. Teraz może w Berlinie? 

Kto im bronił zachować neutralność? Militarną. Nie humanitarną. 

Mając w pamięci nasze ofiary, nasze polskie tragiczne doświadczenia wojenne, kto im bronił nakłaniania do negocjacji, zawieszenia broni, do rozmów pokojowych? Udostępnienia Warszawy, jako miasta – symbolu, unicestwionego w II. wojnie światowej i zaproszenia do niej dyplomatów Ukrainy i Rosji, aby ich narody, zamiast strzelać do siebie, rozmawiały o pokoju? 

Tyle nam mówią nasi politycy (i polityczki) o suwerenności i jej obronie. A czy te zachowania ich są suwerenne czy też realizują dyktat? Dziś jest to dyktat Waszyngtonu i Brukseli. Kiedyś był to dyktat Moskwy. Teraz lepiej?

Że niby nikt by polskiego apelu, wezwania do Pokoju, nie posłuchał? A spróbowano przynajmniej?

A po drugie, ci nasi decydenci, gdy nasz kraj ogarnie wojna, nie będą się musieli tłumaczyć z tego jak bezgranicznie głupio zachowali się w momencie wybuchu wojny na Ukrainie. Kto im bronił, na przykład, rejestrować wszystkich przybyłych jako uchodźców? A następnie sprawdzać. A jeśli ktoś wrócił na Ukrainę potem (a regularnie, na każde święta, jadą oni w odwiedziny do rodziny), to jaki z niego uchodźca? Kto im, władzom naszym, bronił, jeśli już wysyłali broń i amunicję, wysyłali wszystko i wszystko za darmo, robić to tak jak USA czyli na zasadzie pożyczki? Zapisując kwoty, do zwrotu. Nikt nie bronił! Więcej, ustawy nakazywały im to jako funkcjonariuszom publicznym! Nie dopełnili obowiązków. A to jest Kodeks karny: przekroczenie uprawnień lub niedopełnienie obowiązków! 

Gdyby w Polsce doszła do władzy inna opcja – w jakimś dającym się przewidzieć czasie, zanim te przestępstwa ulegną przedawnieniu – opcja rozsądku, opcja rzeczywiście prawa i sprawiedliwości (a nie PIS, który jest parodią tych słów), to bardzo wielu osobom z tzw. establishmentu politycznego – z obu dotychczasowych stron tej naszej, pożal się Boże, sceny politycznej, tego prowincjonalnego teatru o nazwie Polska, można by postawić zarzuty. Nie tylko przed Trybunałem Konstytucyjnym, gdzie kary są wręcz symboliczne, ale wprost przed sądami karnymi, właśnie z artykułu 231 Kodeksu karnego. I innych przepisów. Wiele ich można by znaleźć.

Gdyby pomoc przekazywana była tak, jak to robią dobrzy gospodarze, to choćby ten zwrot, zapłata za nią, nigdy nie nastąpił, wiadomo by było przynajmniej, ile są nam Ukraińcy winni. Czarno na białym papierze byłby ten dług zapisany. 

A darowizną mogłaby być co najwyżej pomoc stricte humanitarna. Za to ludzie dobrej woli nie oczekują zapłaty, a jedynie wdzięczność. 

Nasi przywódcy, naiwni jak dzieci, za wszystko oczekiwali jedynie wdzięczności. I nie doczekali się.

Mam nadzieję, że trochę wyjaśniłem intencje, które kierują mną gdy piszę antywojenne artykuły pod zbiorczą nazwą „Antybohater”.

Nasze polskie władze i cały świat „kolektywnego Zachodu” od ponad trzech lat, od kiedy trwa wojna na Ukrainie, straszą nas wojną. Straszą agresją Rosji. A jednocześnie wmawiają nam, że wojna nie jest taka zła, a Putina należy „wdeptać w ziemię”. W mediach głównego nurtu, które opanowały telewizje i prasę papierową, wciąż narasta jakaś prowojenna fobia. I tylko w internecie, gdzie funkcjonuje (jeszcze) tzw. antysystem, można znaleźć głosy rozsądku.

Postanowiłem, na swój skromny sposób, dołączyć do tych, którzy mówią „Nigdy więcej wojny”. Żadnej wojny! Bo żadna nie jest „naszą wojną” – jak się nam to aktualnie wmawia.

Dlatego piszę z pozycji pacyfisty. Czasem poruszam temat okropności wojny i stoję po stronie tych, którzy na żadną wojnę iść nie chcą. Którzy również uważają, że bezsensowne zbrojenia wprowadzają ciągłe zagrożenie wojną, a nie bezpieczeństwo. Po stronie zwykłych ludzi, do których już nasz poeta Julian Tuwim przemawiał prawie 100 lat temu, we wspaniałym wierszu „Do prostego człowieka”, gdzie wytłumaczył wszystko. W szczególności kto za tymi wszystkimi wojnami stoi, kto z nich czerpie bogactwo, a komu przypadnie tylko strach, wojenne cierpienie i powojenna nędza.

Chciałbym zmienić obowiązującą narrację historyczną, polityczną, która opiera się na syndromie wroga, na obłudnym stawianiu na cokoły bohaterów wojennych, na wysławianiu „bohaterów”, przemilczając jednocześnie to, co w czasie każdej wojny jest niedolą zwykłych ludzi. 

I chcę zwracać uwagę, że należy rozmawiać.

„Tylko dyplomacja, głupcze” – trawestując słynne powiedzenie B. Clintona. Tylko dobre relacje ze wszystkim państwami na świecie, a w szczególności z naszymi sąsiadami, mogą dać nam bezpieczeństwo, rozwój, godne, ludzkie życie. 

Ale, niestety, „na Zachodzie bez zmian”.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry