Lament

„Lament” to tytuł wiersza Tadeusza Różewicza. To słowo rzadko się pojawia. Jakby wyszło z użycia. Lamentować… Tego słowa też się nie słyszy. Lamentu nie ma…

Może dlatego, że jest nam dobrze?

Mam tu na myśli ten dobrostan ogólny, społeczny, bo przecież indywidualne nieszczęścia wciąż się zdarzają. Jednak jako całość, jako społeczeństwo, powodów do lamentowania nie mamy. Nawet jakieś klęski żywiołowe, typu powódź na Ziemi Kłodzkiej, na której mieszkam, to tylko epizody. I dość szybko wszystko wraca do dawnego stanu.

Szybko zapominamy.

Udaje się odbudować zniszczenia i np. teraz, po dwóch latach od wrześniowej powodzi w 2024 roku, która bardzo mocno dotknęła m.in. Kłodzko, nikt nieznający tego faktu nie pomyślałby patrząc teraz na centrum tego miasta, że znalazło się ono wtedy dosłownie pod wodą, do wysokości pierwszego piętra. Przypomnę tu od razu, że po drugiej wojnie światowej odbudowa zniszczeń wojennych w Polsce trwała co najmniej 20 lat. Albo i dłużej. I nie wszystko odbudowano do dziś…

Nie pamiętamy już wojny. Nie mamy już tej świadomości klęski, zniszczenia, tej traumy która odeszła wraz z ostatnimi naocznymi świadkami. Z ostatnimi ofiarami. Które wprawdzie przeżyły, ale nigdy nie mogły zapomnieć.

Już dawno zmarł ten poeta – Tadeusz Różewicz. 24 kwietnia 2014 roku. Pochowany jest na cmentarzu w Karpaczu, obok świątyni Wang. Pogrzeb był taki, jak chciał: bez tłumów, najbliższa rodzina i najbliżsi przyjaciele. Skromnie i ekumenicznie. W ostatniej woli życzył sobie, aby nad urną z jego prochami modlili się proboszczowie parafii ewangelickiej i rzymskokatolickiej. Zależało mu na pojednaniu między religiami. Leży obok swojego przyjaciela Henryka Tomaszewskiego, zmarłego w 2001 roku, słynnego twórcy wrocławskiego Teatru Pantomimy. Wielu Polaków, spędzając urlop czy weekend w Karkonoszach, zwiedza ten przepiękny zabytek architektury nordyckiej wczesnego średniowiecza, z przełomu XII i XIII wieku, który przetrwał już tyle stuleci. Warto odwiedzić także cmentarzyk, na którym tych dwóch wielkich Polaków zostało pochowanych. Z dala od słynnych panteonów Krakowa i Warszawy. W swojej ostatniej woli, gdzie podkreślał, iż zależy mu na zbliżeniu między kulturami i narodami, które żyły i żyją na tych ziemiach – w testamencie sygnowanym datą 5 marca 2003 roku, odczytanym podczas pogrzebu – Różewicz napisał: 

„Może spełni się marzenie poety, (…) że wszyscy ludzie będą braćmi. Amen.”

Takie słowa w Karpaczu, miejscowości położonej u stóp Śnieżki, z której poeta pewnie nie raz spoglądał na dwie krainy: polską dziś i czeską. I zapewne myślami wracał do czasów, gdy te ziemie były niemieckie. I do wojny, która odcisnęła na nim piętno. Karpacz nazywał się wtedy Krummhübel, co można przetłumaczyć na język polski jako „Krzywe wzgórze”. Tak, nic nie jest proste…

Tadeusz Różewicz należał do tego pokolenia, dla którego wojna stała się traumą.

Najbardziej mi znanym utworem Tadeusza Różewicza jest „Ocalony” – wiersz zaczynający się i kończący się tymi samymi słowami:

Mam dwadzieścia cztery lata
ocalałem
prowadzony na rzeź.

W tej poezji, poezji antywojennej, chcę abyśmy dzisiaj wspólnie się przejrzeli. Oraz w lustrze naszej teraźniejszości, która jest prowojenna.

To będą gorzkie słowa Różewicza:

Człowieka tak się zabija jak zwierzę
widziałem:
furgony porąbanych ludzi
którzy nie zostaną zbawieni

To wers z wiersza „Ocalony”. Najchętniej wkleiłbym tu ten i inne wiersze, aby Czytelnik/Czytelniczka po prostu sami przeczytali je w całości. I zastanowili się.

To powinna być lektura obowiązkowa każdego człowieka. I właściwie gdyby każdy człowiek ze zrozumieniem te wiersze przeczytał, to byłoby to wystarczające.

Zbędne są wtedy takie artykuły, takie omówienia, jak to, które w tej chwili piszę, a ty, w tej chwili czytasz.

Wiedzielibyśmy wszyscy, że wojna jest zła. I nikt nie przekonałby nas, że mamy wejść w jakąkolwiek wojnę. Dla jakichkolwiek „ideałów”.

Ale najpierw jeszcze o przyjaźni Tadeusza Różewicza z Henrykiem Tomaszewskim, którą poeta tak pięknie opisał:

Spełniło się słowo poety, jak cicho jest spotkać mima,
jak dobrze, że pan nie mnoży słów,
odbyła się piękna pantomima, 
wyjęta ze snów
dzieciństwa.
Starych artystów dwóch
aktor i poeta
spotkało się pod koniec wieku
i mówią o zabawkach
milczą o człowieku.

Ci, którzy ocaleli, nie powiedzieli nam wszystkiego.

Milczeli o człowieku… Jakaś część doświadczeń wojennych, czasu pogardy, bestialstwa, poniżenia, jest nieprzetłumaczalna. Nieuchwytna w słowach. Tak, pewna nieliczna część ludzi, ci mistrzowie słowa, poeci, pisarze, pozostawili nam wspomnienia, swoje utwory. Są to świadectwa tych „Ocalonych”. Jakże często jednak czytałem lub słyszałem w rozmowach, np.: „Dziadek nigdy nie wspominał o wojnie.”, „Ojciec nie chciał mówić o tym, co przeżył w obozie”.

Tadeusz Różewicz przetrwał wojnę. Tę drugą, światową. Także jako człowiek – przetrwał w swoim człowieczeństwie.

Chyba nawet odzyskał wiarę, o czym może świadczyć ten jego jednak religijny, dwuwyznaniowy pogrzeb. Chociaż w wierszu „Lament”, pochodzącym, jak i wiersz „Ocalony” z tego samego zbioru utworów pod tytułem „Niepokój”, w końcowych strofach wiersza, tak w 1947 roku napisał o wojnie i o sobie:

Przez sześć lat
buchał w nozdrza opar krwi
Nie wierzę w przemianę wody w wino
nie wierzę w grzechów odpuszczenie
nie wierzą w ciała zmartwychwstanie.

Napisał, że wiarę stracił. W 1948 roku, w wierszu „Jak dobrze”, było już trochę lepiej. Może się zakochał? Pisze o prostych radościach życia: zbiera jagody w lesie, leży w cieniu drzewa. Myślał, że tych rzeczy nie ma… Jest z Nią:

Jak dobrze Jestem z tobą
tak mi serce bije
myślałem człowiek
nie ma serca

Nie znam biografii poety, nie staram się w tej chwili jej poznać. Nie znam całej jego twórczości. Może jeszcze kiedyś przeczytam więcej? Teraz piszę wyłącznie na podstawie kilku wierszy Tadeusza Różewicza, które ktoś, według swojego wyboru, zamieścił w zbiorze poezji polskiej po 1918 roku, zatytułowanym „Pogoda ziemi”. Ziemia… Ziemia Ojczysta. 

Wojny toczą się o ziemię. Te lub inne ziemie. Koniecznie musimy je mieć, zdobyć lub utrzymać. Tę ziemię. Brzmią nam słowa Papieża Jana Pawła II o naszej polskiej ziemi, na którą ma zstąpić Duch Święty. 

I tak ją pięknie nazywamy: „Ziemia ojczysta” – co ma usprawiedliwiać wszystko, także naszą śmierć przedwczesną. W jej obronie.

Dopiero w połowie XX wieku wielki humanista, pisarz Antoine de Saint Exupery, ujął to inaczej. Prawdziwie w duchu chrześcijańskim: „Ziemia planeta ludzi”.

Tak mi się kojarzy ta ziemia jeszcze z podręcznikiem szkolnym, tzw. czytanką, chyba do VIII klasy szkoły podstawowej, którą miałem na przełomie dzieciństwa i młodości. Miała ta książka tytuł „Ta ziemia od innych droższa”. 

To są słowa innego poety, Władysława Broniewskiego. O pokolenie starszego od pokolenia Różewicza.

Broniewski, wychowany w Polsce międzywojennej, przesiąkł tym ówczesnym patriotyzmem. Pomimo swoich lewicowych poglądów i niezgody na Polskę przedwrześniową pod rządami Sanacji („Są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli”) wzywał: „Ale krwi nie odmówi nikt, wysączymy ją z piersi i z pieśni”.

I nas wychowywano na tych jego wierszach.

Najpierw był ten „bojowy” wiersz – to wezwanie by dać z siebie wszystko, w obronie Ojczyzny. A potem był ten już powrześniowy wiersz, „Żołnierz polski: „Ze spuszczoną głową, powoli, idzie żołnierz z niemieckiej niewoli. Dudnią drogi, ciągną obce wojska, a nad nimi złota jesień polska”. 

Tak się w 1939 roku skończyły polskie sny o potędze.

Jeszcze tylko musieliśmy ponieść hekatomby kolejnych ofiar: Katyń, Wołyń, Francja, powietrzna Bitwa o Anglię, niemieckie obozy koncentracyjne, Powstanie Warszawskie, Monte Cassino, Wał Pomorski, Berlin.

Ale to nie był koniec! Po każdej wojnie napotykamy na „stracone pokolenie”.

Niektórzy, jak pisarze Remarque, Hemingway, czy inni uczestnicy walk w czasie pierwszej wojny światowej, „przepracowali” swoje traumy i ich wojenne przeżycia zaowocowały wspaniałą twórczością literacką. Antywojenną postawą. 

Nawet jednak literatura nie dla wszystkich była ucieczką. Tadeusz Borowski, autor wstrząsających opowiadań opowiadań obozowych i okupacyjnych, między innym tego o tym strasznym tytule „Proszę państwa do gazu”, przeżył obozy koncentracyjne. Ale Auschwitz i Dachau zniszczyły w nim tradycyjny system wartości. Przeżycia obozowe i związana z nimi trauma, poczucie winy ocalałego, były jedną z z przyczyn załamania, które doprowadziło go do samobójstwa w 1951 roku.

Czy dzisiejsze wojny są inne?

Czy to coś zmienia, że na Ukrainie czy w Rosji nie powstały obozy koncentracyjne? Że dopiero po czterech latach ta wojna ukraińsko-rosyjska zmienia się, na skutek eskalacji, rzeczywiście w wojnę pełnoskalową? Jeszcze nie całkiem zresztą aż taką, jak II wojna światowa – atakowane są na razie tylko cele wojskowe i newralgiczna infrastruktura. A cywile giną w niej bardziej z przypadku niż wskutek świadomego ludobójstwa.

Ale dla żołnierzy na linii frontu jest ta wojna taka jak każda inna: krew, ból, śmierć, kalectwo. I zabijanie swojego człowieczeństwa. Uśmiercanie przykazania „Nie zabijaj”. Za każdym wystrzałem. Za każdym razem, gdy sterowany czyjąś ręką dron uderza w cel.

To się jednak nie kończy wraz z podpisaniem traktatu pokojowego. Politycy znowu będą z sobą rozmawiać. Bussiness as usual. Ale w żołnierzach trauma pozostanie. Ten już powszechnie znany PTSD będzie towarzyszył wielu z nich już zawsze. Do końca życia. Choćby żyli jeszcze długo.

Amerykanie, mając obraz zniszczeń, jakie druga wojna światowa wyrządziła w psychice ich żołnierzy, emocjonalnie i psychologicznie okaleczonych, gdy w 1945 roku wracali oni z Europy, gdzie walczyli z Niemcami i ze strefy Pacyfiku, gdzie walczyli z Japończykami, oddelegowali do opieki nad nimi całą armię psychiatrów i psychoanalityków. Ich zadaniem było „implementowanie” zwolnionych ze służby żołnierzy do życia w cywilu. Wielu weteranów było do tego po prostu niezdolnych.

Paradoks: najpierw bada się normalnych ludzi, czy są zdolni do służby wojskowej. A gdy tę służbę kończą okazuje się, że nie są zdolni do normalnego życia.

Zadaniem ustawy The Veterans Administration Act z 1946 roku było m.in. także niesienie pomocy psychologicznej weteranom wojny, poprzez stworzenie kadry psychologów do opieki nad nimi.

O tych konsekwencjach wojny teraz, gdy się do niej politycy sposobią, nie mówi się w ogóle.

Temat pojawi się dopiero po wojnie. Ale, jak każdy temat, i ten kiedyś się wyczerpie. Inne, aktualne sprawy zajmują uwagę społeczeństwa.

Gdy weterani wojen odchodzą, przestajemy rozumieć, pamiętać. Zapominamy.

To dziwne, a jednak prawdziwe. Wraz ze śmiercią, tą naturalną, zwyczajną, tych którzy wojnę przeżyli jako ludzie dorośli, a przynajmniej już świadomi, wraz z nimi i ich bezpośrednimi potomkami – dziećmi wojny i pokoleniem powojennym – zanika pamięć okropieństw wojny. Wraz z tą grupą ludzi doświadczonych osobiście, lub tych którzy poznali wojnę poprzez opowieści rodziców, czasem jeszcze może dziadków, znika groza wojny.

Dziś właśnie jesteśmy świadkami tego zjawiska.

Aktualne pokolenia, a szczególnie to najmłodsze, wkraczające w dorosłość nie ma pojęcia o okropnościach wojny. Media zadbały o to, aby nic ludzie nie zobaczyli. I oglądacze telewizji (ci starsi) i zrośnięci ze smartfonami (ci młodzi) słyszą tylko piękne nazwy, którymi nazywane są śmiercionośne urządzenia (Patriot, Abrahms, Oresznik), fascynują się dronami, techniką wojenną. Albo ekscytują, gdy dron spadnie całkiem blisko nas. Oczywiście rosyjska prowokacja! Groza wojny, to co najwyżej migawka z jakiegoś osiedla mieszkaniowego, gdzie przez chwilę w obrazie ktoś płacze, a pogotowie ratunkowe kogoś zabiera na nosze, do karetki. Wszystko widziane z daleka. Oczywiście to dzieje się na Ukrainie, bo przecież to tylko źli „ruscy” na rozkaz Putina atakują obiekty cywilne. Armia ukraińska, wzorowi, wzorcowi żołnierze, wyszkoleni przez NATO, a więc niemal „Universal Soldiers” – oni nigdy tego nie robią! A w ogóle to na wojnie są sami bohaterowie. Po ukraińskiej stronie oczywiście. Bo Rosjanie to przestępcy wojenni.

Zagubiły się proste prawdy, że wojna to dramat ciał i dusz ludzkich.

To sytuacje, w których stracisz swoje człowieczeństwo. Choćbyś był wyszkolony jak marines. A czasem stracisz i odwagę. Często życie lub zdrowie. Zostajesz wrakiem, strzępkiem. Czasem dosłownie – aż tak okaleczony. A czasem psychicznie.

Różewicz pisał o swoim pokoleniu, doświadczonym wojną, w wierszu „Zostawcie nas”:

Zapomnijcie o nas
o naszym pokoleniu 
żyjcie jak ludzie
zapomnijcie o nas.

Chyba za bardzo wzięliśmy sobie to do serca. Zostawiliśmy ich.

I te ich myśli o tym, co oni przeżyli. I zapomnieliśmy totalnie o tym czasie wojny, czasie pogardy człowieka dla człowieka, czasie w którym to „ludzie ludziom zgotowali ten los”.

Ten cytat to „Medaliony” – słynna książka Zofii Nałkowskiej. Także o poranieniu wojną nie tylko ciał ale i dusz – naszego wewnętrznego świata.

Pisał Różewicz także:

my zazdrościliśmy
roślinom i kamieniom
zazdrościliśmy psom
chciałbym być szczurem
mówiłem wtedy do niej.

Dziś niektórzy tylko próbują nas obudzić.

Tych się nazywa sługusami Putina. W delikatnej wersji mówi się, że prezentują „narrację Kremla”. Do niedawna byli „ruskimi onucami”. Nie tylko u nas. Śledzę to, co się dzieje w krajach niemieckojęzycznych. Już powstał tam spory oddział nowych „wyklętych”. Dziennikarze, badacze naukowi, zajmujący się na uniwersytetach naukami społecznymi, tracą stanowiska, czasem w ogóle pracę, są piętnowani jako wrogowie demokracji. Jakiej demokracji? Tej na Ukrainie? 

Wystarczy, że nie prezentują oficjalnej, czyli mainstreamowej wersji wydarzeń. Wystarczy, że nie przyjmują bezkrytycznie ukraińskiej narracji. Wystarczy, że ośmielają się stawiać niewygodne dla „Koalicji chętnych” pytania.

Polskiemu odbiorcy nic to nie powie, więc nie będę podawał ich nazwisk. Chociaż zasługują na to, aby ich właśnie wszyscy poznali, szanowali, cenili. Dlatego, że sprzeciwili się oficjalnemu nurtowi i sprzeciwiają się propagandzie pchającej nas do wojny. Po imieniu nazywają polityków i żurnalistów, którzy widzą tylko jedno: zagrożenie ze strony Moskwy, usprawiedliwiające to wszystko z czym mamy do czynienia w tzw. „przestrzeni publicznej”, czyli:

  • wsparcie dla kraju przeżartego korupcją i kultywującego pamięć o twórcach banderowskiej ideologii, która doprowadziła do ludobójstwa na Wołyniu;
  • zaniechanie jakichkolwiek dążeń pokojowych w polityce, a zamiast tego rozkręcenie machiny przemysłu zbrojeniowego na skalę nie znaną od czasów II wojny światowej;
  • eskalację wojny na Ukrainie, podczas gdy już kilkakrotnie, a co najmniej na samym jej początku, w marcu 2022 roku w Stambule, jak też i w sierpniu 2025 roku na Alasce, odbyły się spotkania, które tę bezsensowną wojnę mogły zakończyć.

Bezsensowna jest ta wojna z punktu widzenia ludzkości, która powinna przekuć miecze na lemiesze. Absolutnie potrzebna i korzystna jest tym, którzy z wojny żyją.

Koncerny zbrojeniowe i politycy na ich usługach. Pracują na późniejsze miejsca w radach nadzorczych tych koncernów lub finansowanych przez nie fundacji. Gdy opuszczą politykę, lądują tam na synekurach. Psy wojny. Nie obrażając psów. Ale można ich tak właśnie nazywać. W Niemczech jest na takich ludzi słowo, określenie które dokładnie oddaje ich intencje. Złe, mordercze inklinacje tych ludzi: die Kriegstreiber (dosłownie: napędzający wojnę, po polsku: podżegacze wojenni). 

W Stambule wkroczył jeden z takich ludzi, premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson i kazał prezydentowi Ukrainy Zelenskiemu zakończyć negocjacje z Rosją, które były na dobrej drodze do zawarcia rozejmu i pokoju. Obiecując mu pomoc w pokonaniu Rosji.

Pokonanie Rosji… Absurd, który już dwa razy Rosjanie zweryfikowali: goniąc Napoleona aż do Paryża, a Hitlera aż do Berlina.

Po Ancorage, po spotkaniu prezydentów Trumpa i Putina na Alasce, gdzie była druga szansa na pokój na Ukrainie, zebrały się natomiast europejskie psy wojny i utworzyły „Koalicję chętnych” – gotową, wbrew dobrym intencjom Trumpa, nadal wspomagać Ukrainę.

Przy czym nie o dobro Ukrainy im chodzi: jak zwykle chodzi o biznes.

Skoro Trump nie chciał (jak jego poprzednik – prezydent Biden) realizować interesów koncernów zbrojeniowych z Wall Street (przynajmniej na Ukrainie), to robią to aktualnie ci wysłannicy międzynarodowego kapitału, zachodnioeuropejscy premierzy, prezydenci i jeden kanclerz.

Poza nielicznymi publicystami, stojącymi w opozycji do main streamu, cała potęga medialnego młyna mieli nas na miazgę, tak że późniejsza wojenna „maszynka do mielenia mięsa” będzie już tylko formalnością.

My już dzisiaj jesteśmy bezwolni, ogłupiali, gotowi na przemiał. Wysłuchujemy informacji o kolejnych wydatkach na wojnę na Ukrainie, na nasze zbrojenia, wysłuchujemy bredni o naszej silnej armii, o zamierzeniach utworzenia większej, ponad 300 tysięcznej armii zawodowej (obecnie nawet chyba i 100 tysięcy tego naszego „woja” nie ma) i nie reagujemy. Chociaż 5% czy nawet 7% polskiego PKB (Produkt Krajowy Brutto) idzie już na zbrojenia. A to oznacza, że nie będzie opieki medycznej, dróg, infrastruktury, ani emerytur, ani warunków socjalnych na takim poziomie, jaki powinien być. Będą drony i rakiety. Oraz długi w miliardach EURO. Wraz z odsetkami. Do spłacania przez następne jeszcze pokolenia.

Załóżmy jednak nawet że ta „wielka” liczebnie polska armia będzie. Nawet dobrze uzbrojona i wyszkolona. A Putin nas zaatakuje.

Wojnę wygrywają rezerwiści. Bo „zawodowcy” zginą na jej początku. Tak mówią fachowcy, którzy analizują wojny.

Gdy ta nasza wspaniała armia zawodowa już się wykruszy, zacznie się pobór kolejnych roczników rezerwistów. Na koniec, jak w III Rzeszy, idą na front dzieci i starcy. Historia głupcze! Trawestując prezydenta Clintona chyba („Economy, you stupid”). Znamy przecież te propagandowe zdjęcia Hitlera, gdy ściska dłoń jakiemuś młokosowi z Panzerfaustem. Prezydent Zelensky sobie takich zdjęć (czy rolek) nie zrobi. Mądrzejszy o całe pokolenia specjalistów od PR-u. A mógłby… Teraz podobno kazał powoływać na front już studentów. AI zaprzecza, ale kto ją tam wie… Taka więc byłaby to fotka, albo lepiej filmik: studenci rzucają w kąt książki, ściągają dżinsy i wciągają ochoczo mundury… Nie, takiego filmiku nie będzie.

Ale wracając do Polski… To co? Mamy tych rezerwistów, przeszkolonych, chętnych bić się za Ojczyznę. Mamy?

No, sorry, ale chyba nie mamy! 

Badania sondażowe instytutu IBRiS (fundacja pod nazwą: Instytut Badań Rynkowych i Społecznych, Warszawa) pokazują, że aż 65% do 69% młodych ludzi (w wieku 18-29) lat deklaruje, że nie stawiłoby się do obrony kraju w sytuacji wybuchu wojny. Ale ta prawda do decydentów nie dociera.

Do samych „zainteresowanych”, czyli tych, którzy potencjalnie będą „ścigani” celem wcielenia ich do wojska – także nic nie dociera. Proszę sobie zobaczyć (w internecie) te „łapanki” na ukraińskich ulicach, gdy poborowi uciekają przed łapaczami, którzy siłą wciągają ich do busów ichniej Komendy Uzupełnień. Po to by natychmiast odesłać na front. Nasza młodzież – ta 18-29 lat – funkcjonuje tak: zamiast działań propokojowych odpala się, jak Polska długa i szeroka, kolejnego grilla, otwiera kolejny sześciopak piwa. Na fejsie wakacyjne nastroje z Egiptu, Sardynii czy zachód słońca na Santorini lub nad Bałtykiem. Jest dobrze. Niedługo kupi się nową używaną brykę. Albo nową weźmie w leasing. Jest dobrze. 

Zbiorowy sen. Wszyscy jesteśmy tymi śpiącymi pod Giewontem rycerzami. Zamiast dawać wyraz swojemu NIE: Nigdy więcej wojny! W internecie. Wśród znajomych. W pochodach. Na wiecach.

Że nie ma takich okazji? Są! 

Będzie 11 listopada. Wyobrażacie sobie w Warszawie 100-tysięczny pochód z takimi transparentami: „Nigdy więcej wojny!”, „Stop uzbrajania Ukrainy”, „Pomoc dla ofiar wojny, dla poszkodowanych – TAK! Pieniądze na drony i rakiety – NIE!”.

Przecież to normalne, jak najbardziej ludzkie hasła. I działania. „Dyplomacja – TAK! Wojna – NIE!”

Ja sobie takie hasła wyobrażam na naszym święcie niepodległości. Na pochodzie w Warszawie i w każdym większym polskim mieście. Zresztą, na wsi też. 

Marzenie moje: zbierają się ludzie, np. na wiejskim placu, po kościele, a czemu by nie? I ktoś mądry mówi do nich parę słów, np.:

„Bądźmy, moi kochani, za Pokojem! Głosujmy na tych, którzy rzeczywiście do niego dążą. Uważajmy na słowa, które nasi politycy i kandydaci na polityków wypowiadają. I na ich czyny. Po uczynkach poznacie ich… Tak mówi Pismo. Nie głosujcie na Prezydenta Nawrockiego. Bo słowa wypowiedziane przez niego w sierpniu 2026 roku przed Pałacem Prezydenckim na wiecu, w rocznicę jego prezydentury, słowa o tym, aby mordować Sowietów, nigdy nie powinny być wypowiedziane. Wyszliśmy właśnie z Kościoła, pamiętajmy, że naszym przykazaniem jest: Nie zabijaj!”.

Jestem przekonany, że realizacja tych haseł, tego np. „Nigdy więcej wojny”, uratuje naszą państwowość. Natomiast ta nawet i 300-tysięczna armia – Polski nie uratuje.

Ani Ciebie ta armia nie uratuje, młody człowieku! Jeżeli nie słyszałeś, to przypomnę ci znane powiedzenie, brzmiące mniej więcej tak:

„Wojny wywołują ludzie, którzy się znają osobiście.
A idą na wojny ludzie, którzy nigdy się nawet nie widzieli”.

Dzielny nasz Minister Obrony, jeszcze bardziej bojowy Minister Spraw Zagranicznych, i nasz Prezydent, nasz Wódz Naczelny – oni na wojnę nie pójdą! W procedurach mają zapewnioną ewakuację. Nie taką jak Ty – z plecakiem ewakuacyjnym i nie wiadomo dokąd. A zasadniczo to masz zapewnioną kartę mobilizacyjną.

Obronimy się? Na linii Wisły? Czy na linii Odry? NATO nam pomoże? A jak szybko? Gdzie jest zapisane, że „sojusznicy” natychmiast zareagują zbrojnie? Nigdzie!

Na aktualne NATO trudno już zresztą liczyć. Nasz rząd chyba zdaje już sobie sprawę z tego, bo podpisuje umowy dwustronne dotyczące obronności. Właśnie! Po co Polska podpisuje w ostatnim czasie kolejne umowy o współpracy wojskowej, a to ze Szwecją, a to z Francją? Przecież to są państwa, z którymi wspólnie jesteśmy w tym NATO!

A poza tym… z Francją?

Mieliśmy wspaniałą umowę z Francją. Gdy Niemcy nas napadły w 1939 roku, to oni rzeczywiście – wypowiedzieli Niemcom wojnę. I rozrzucali propagandowe ulotki na swojej granicy, tłumacząc niemieckim żołnierzom, że wojna jest zła. Taka była to z ich strony pomoc. Że wojna jest zła, trzeba tłumaczyć wcześniej. A nie dopiero po tym, jak jakiś kraj zostanie już obrócony w ruiny i zgliszcza.

My, tak jak Polska we wrześniu 1939 roku, zostaniemy sami. Jak zawsze.

Chyba, że ockniemy się z letargu, odkochamy z niektórych miłości, zarówno tych na Wschodzie, jak i na Zachodzie. Zrozumiemy, że może z naszej strony była to może i miłość – do państw, które „tradycyjnie” nam sprzyjają. Ale ze strony tych naszych „Oblubieńców”, pozostając w retoryce relacji miłosnych, była to, jak pokazuje historia, tylko niezobowiązująca przygoda. W polityce nie ma miłości, nie ma nawet prawdziwych przyjaźni. Jest tylko business as usual.

Czas dorosnąć.

Wybrać w każdych następnych wyborach ludzi, którzy deklarują, iż chcą pokoju, chcą dobrych relacji ze wszystkimi sąsiadami, podkreślam: ze w s z y s t k i m i – łącznie z Rosją i Białorusią. Oraz chcą natychmiastowego zakończenia wojny na Ukrainie. I każdej innej wojny też.

A w tym celu zagwarantują nam Polakom, iż natychmiast po objęciu stanowisk, na które zostaną wybrani, wstrzymają wszelką pomoc militarną udzielaną dotychczas. Więcej! Przestaną się bawić naszą armią i naszym przemysłem zbrojeniowym jak chłopcy żołnierzykami. I uczynią tę armię tylko i wyłącznie obronną. Nawet zgadzam się na ich wyjazdy służbowe na nasz, czyli społeczeństwa koszt, do pięknej Szwajcarii, aby zobaczyli, jak to się robi. Jak można konsekwentnie pozostawać neutralnym państwem. I mieć armię, która jest tylko i wyłącznie obronną. Nie udaje się na „misje” za granicę. Z tym, że prowojenny amok dotarł aktualnie niestety i do Szwajcarii i właśnie tamtejsi publicyści (ci nieliczni, którzy są świadomi zagrożeń jakie to dla nich niesie)  inicjują publiczną dyskusję: Czy Szwajcaria jest jeszcze krajem neutralnym?

Że nas nie stać na neutralność? Te powtarzane nam non stop półprawdy stają się prawdą.

Stać nas na pewno na przyzwoitość.

Byłbym dumny z mojego kraju, gdyby udostępniał Warszawę do rozmów pokojowych. Rządy mojego kraju każą mi natomiast być dumnym, że dostarczamy broń Ukrainie. Gdzie podobno codziennie ginie 1000 ukraińskich żołnierzy. 

Tak, jesteśmy w środku Europy. I to jest bardzo dobre miejsce, aby o pokój w Europie dbać. Być w awangardzie tych, którzy do Pokoju dążą.

Właśnie Warszawa mogłaby być takim Miastem Pokoju. Miastem – symbolem. Warszawa, która jak przysłowiowy Feniks powstała z wojennych popiołów. 

Niestety nasi politycy są jak ci dawni poeci w wierszu Tadeusza Różewicza:

Byli szczęśliwi 
dawniejsi poeci
Świat był jak drzewo
a oni jak dzieci

Szczęśliwi ci nasi i inni politycy, z tej Koalicji Chętnych. Zadowoleni z siebie, choć żadnych ku temu powodów nie ma. Jest wręcz przeciwnie. Dodam więc od siebie dwa wersy na koniec:

Jak dzieci w piaskownicy
bawią się w wojnę politycy. 

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry