Za miesiąc będziemy obchodzili nowe święto państwowe. Dokładnie 12 kwietnia 2026 roku po raz pierwszy przypadnie w kalendarzu Dzień Inwalidy Wojennego. Nasz Sejm ustanowił go ustawą z dnia 17 lutego 2026 roku (Dz.U. z 2026 r., poz. 179), która już weszła w życie. Zrobił to, jak czytam w preambule tej ustawy: „W uznaniu zasług i poświęcenie osób, które w wyniku działań wojennych doznały trwałego uszczerbku na zdrowiu, wyrażając szacunek dla ich cierpienia, odwagi i poświęcenia na rzecz Ojczyzny/../”. Jakże piękne to słowa. Jakże piękna idea!
Ustawę już mamy i trochę inwalidów już mamy. Zastanawiam się, dlaczego akurat teraz ten akt prawny nam się zjawił? W ramach ogólnych przygotowań do wojny?
Skoro kupujemy setki (a może tysiące?) czołgów, samolotów, dronów, to jakby logiczną konsekwencją tego, gdy już ruszą na wojnę z załogami i otoczone zwykłą piechotą, to dość szybko ci żołnierze będą „eliminowani” – jak to ładnie się teraz mówi. Żeby nie powiedzieć: zostaną zabici. A jeszcze więcej zostanie inwalidami. Ilu? Żadna strona konfliktu, który trwa prawdy nie podaje. Ale szacunkowo jest tak, że na 1 zabitego przypada 3-4 rannych. Ilu z nich pozostanie już na trwale okaleczonych, czyli staną się inwalidami? Podawane przez Ukrainę i Rosję dane dotyczące strat w ludziach w ciągu tych już 4 lat wojny trwającej na Ukrainie są tak różne, podobnie jak szacunki ekspertów, że nie można na tych wyliczeniach polegać.
Nigdy jednak za wiele okazji, by wstrząsnąć odbiorcą, dać wyobrażenie o potwornościach wojny.
Zatem zaraz napiszę jednak o tych przybliżonych szacunkach. Gdyż w mediach głównego nurtu próżno tego szukać. Tam są tylko informacje o nowych dostawach broni na ukraiński front. O „dostawach” rannych żołnierzy do szpitali – niewiele lub wcale. Zapytajcie jednak AI, która zbiera te szczątki (nomen omen) informacji i scala je w jedną całość. Czego już jednak, najlepsi nawet lekarze, z porozrywanymi na froncie ciałami żołnierzy, nie potrafią zrobić.
Zapytałem AI, a ona odpisała, że skala amputacji na Ukrainie jest określana przez lekarzy jako bezprecedensowa dla nowoczesnych armii zachodnich od czasów II wojny światowej. Na koniec roku 2025 łączna liczba amputacji mogła przekroczyć nawet 100 000 w całym społeczeństwie Ukrainy. Niestety! Wyobraź sobie 100-tysięczne miasto kalek…
A mowa jest tutaj tylko o Ukrainie. Rosyjscy inwalidzi wojenni z lat 2022-26, to pewnie drugie tyle osób. Intensywność operacji amputacji jest taka, że lekarze na pierwszej linii frontu w niektórych okresach raportowali o około siedmiu amputacjach na dobę (w poszczególnych placówkach medycznych).
Przy czym należy sobie jeszcze uzmysłowić, że to nie wszystko. Inwalidami stają się nie tylko ci, których dotknęła utrata rąk, nóg, ale i ci, którzy kończyny wprawdzie zachowali, ale po złamaniu kręgosłupa już nigdy nie będą chodzić. Ci, którzy utracili wzrok, lub których obrażenia wewnętrzne były tak poważne, że nie są już zdolni nie tylko do pracy, ale i do normalnego funkcjonowania. Także ci, którzy będą cierpieć na PTSD, czyli syndrom pourazowej traumy. I ci, co po prostu oszaleli na tej wojnie i już w ogóle stracili kontakt ze światem zewnętrznym.
Gdy wojna się skończy prawdopodobnie dużo więcej się dowiemy.
Przynajmniej tego, jak wielu inwalidów nam przybyło. Także tu w Polsce. Zakłady Ubezpieczeń Społecznych, gdy nastanie, co daj Boże, wreszcie czas pokoju, raczej już nie będą objęte taką tajemnicą i taką propagandą wojenną jak teraz sztaby armii rosyjskiej i ukraińskiej. Jeśli nawet, w wyniku tej prowojennej i proukraińskiej propagandy, inwalidzi rosyjscy są ci, Czytelniku, obojętni (a nie powinni! – skoro nasza Ziemia to planeta ludzi, jak pisał miłujący Pokój Antoine de Saint Exupery), to inwalidzi ukraińscy okażą się prawdopodobnie trwałym elementem naszego systemu ubezpieczeń i opieki zdrowotnej. Wrócą z wojny i niejednokrotnie od razu przyjadą do Polski.
Tak! To będzie bardzo częste. Jeżeli bowiem tu, czyli w Polsce, już są ich żony, ich rodzice, dorastające cały czas dzieci – ich całe rodziny, które nie mają zamiaru wracać na zdewastowaną wojną Ukrainę – to naturalne jest, że i oni tutaj się zjawią. Podpisane przez poprzednie polskie ekipy rządowe umowy międzynarodowe z Ukrainą gwarantują ukraińskim inwalidom dostęp do polskich świadczeń zdrowotnych, do polskich ubezpieczeń społecznych, do polskich świadczeń socjalnych.
A zgodnie z tym, co nasze władze mówią nam od początku konfliktu, Ukraina walczy za nas!
Zatem dokładnie: ci inwalidzi z Ukrainy wpisują się w preambułę polskiej nowej ustawy o ustanowieniu Dnia Inwalidy Wojennego.
Walczyli za Ojczyznę. Za swoją – z tym okrzykiem „Sława Ukrainie”! Oraz za naszą. Chociaż tego raczej nie werbalizowali. Chyba nie mieli tego nawet na myśli?
Ale skoro nasi politycy tak to formułują, to nie ma żadnych przeszkód, aby teraz zaopiekować się nimi. I może ta ustawa ma nas tak uformować? Właśnie w tym kierunku? Może o to najbardziej w tym chodzi?
Gdyż przez dziesięciolecia, gdy żyli jeszcze polscy inwalidzi wojenni, ci z II wojny światowej, jakoś panie posłanki i panowie posłowie nie wpadli na pomysł ustanowienia takiego Dnia Pamięci, uhonorowania tych jeszcze do niedawna obecnych niepełnosprawnych, którzy stracili zdrowie, gdyż rzeczywiście walczyli za naszą Ojczyznę.
Dziś są w Polsce już tylko, na razie na szczęście nieliczni, ci żołnierze, którzy byli ranni na tzw. misjach (np. w Iraku), choć jeśli być konsekwentnym i tak, jak to chcą nasi rządzący, nie nazywać tego co się stało w Iraku (i naszego w tym udziału) wojną, lecz właśnie tylko misją, to oni, paradoksalnie, inwalidami wojennymi nie są. Co najwyżej są inwalidami wojskowymi.
Są też wśród nas, lub będą, obecni uczestnicy wojny na Ukrainie. Polacy, do niedawna walczący tam wbrew polskiemu prawu, które zakazuje obywatelom polskim udziału w obcych siłach zbrojnych (art. 141 Kodeksu karnego). Ale dla nich już uchwalono abolicję. Tym, co wrócili w czarnych workach już ona niepotrzebna. Ale iluś tam Polaków też nam z tej wojny już wróciło (lub wrócą) jako inwalidzi.
Wszystkich ich, tych „naszych” i tych nie naszych, ale z Ukrainy, będziemy teraz mogli co roku w dniu 12 kwietnia honorować, wyrażać im szacunek. A przez cały rok, często przez całe lata, utrzymywać. Lub co najmniej wspierać utrzymanie tych ludzi, którzy niestety utracili zdolność do pracy. W całości, w części, różnie.
I trzeba to widzieć po ludzku: każdy z nas, w każdej chwili, w czasach Pokoju, na skutek jakiegoś nieszczęścia może stać się inwalidą. Wypadki, katastrofy, choroby, przestępstwa… Tyle jest możliwości utraty zdrowia. I trzeba każdemu udzielić pomocy. Wszechstronnej. Jak największej!
Ale żeby stać się inwalidą wojennym trzeba najpierw pójść na wojnę.
Ta ustawa mnie zaciekawiła. Jestem prawnikiem, więc z zawodowego przyzwyczajenia czytam uzasadnienia aktów prawnych. Sięgnąłem więc do materiałów sejmowych. Interesowało mnie jedno: czy w jakikolwiek sposób wspomniano w uzasadnieniu ustawy o ustanowieniu Dnia Inwalidy Wojennego o tym, że najcenniejszy jest dla nas, zwykłych ludzi, Pokój? Nie wspomniano.
Uzasadnienie wskazuje, że data 12 kwietnia jest nawiązaniem do I Zjazdu Zjednoczeniowego Związku Inwalidów Wojennych RP, który miał miejsce w dniach 12-17 kwietnia 1919 roku, a więc bezpośrednio po zakończeniu I. wojny światowej i odzyskaniu przez Polskę niepodległości.
Jest w tym uzasadnieniu o ważnych przesłaniach:
- o tym, że walka inwalidów nie kończy się wraz z końcem bitwy czy wojny, ale toczy się do końca ich dni.
- Także o tym, że nie powinni oni być wykluczeni z życia społecznego.
Ale nie ma nic o tym, aby dążyć za wszelką cenę do Pokoju!
Bo tylko w ten sposób, gdy będziemy żyli w pokoju, bez wojen, możemy sprawić, iż to święto stanie się tylko pamiątką dawnych, złych czasów. Takim memento dla kolejnych pokoleń, aby pamiętały że nie wolno dopuścić do wojny. Nie, takiego przesłania, takiej refleksji tam nie ma. 17 posłanek i posłów, będących wnioskodawcami ustawy nie wykorzystało możliwości, aby pochwalić dążenie do pokoju, a potępić wojnę.
Nasi parlamentarzyści milczeli, gdy rząd RP jeszcze w sierpniu ubiegłego roku, informował że wypowiadają oni, w imieniu Polski, międzynarodową konwencję o zakazie stosowania min przeciwpiechotnych (Konwencja Ottawska z 1997 r.). I chyba z zadowoleniem przyjęli wszyscy nasi politycy informację rządu RP, że albo już nasze wojsko jest przygotowane, albo się przygotowują właśnie do tego, że w ciągu kilku dni będą w stanie zaminować takimi minami całą naszą wschodnią granicę z Obwodem Kaliningradzkim. I chyba także z Białorusią. Co za szaleńcze plany. Co za amok!
Ile potem będzie tam tragedii! Gdy to urojone zagrożenie wojenne ze strony Rosji minie, gdy potem rozminują te tereny, a dzieci wejdą na łąkę, do lasu. Albo grzybiarze. Tam coś jednak zawsze w ziemi zostanie! I to możesz być ty, który na to trafi. Mogę być ja.
To był los mojego ojca, który w 1945 roku, gdy kończyła się wojna był kilkunastoletnim chłopakiem i wraz z innymi bawił się znalezionymi pociskami. Jak to chłopcy: wrzucali je do ogniska. I stało się. Stracił oko, za to pozostały mu w głowie na całe życie metalowe odłamki. Jakoś z tym żył. Jeden z wielu takich wypadków, które są w sumie efektem wojny. Choć ofiary nie uzyskują dumnego statusu inwalidów wojennych ani Dnia Pamięci, w którym to oni są bohaterami.
Moje pokolenie pamięta jeszcze te doniesienia mediów o takich dziecięcych tragediach: „Wybuch miny ranił…”, choć było to wiele lat po wojnie. Wojna nie dawała jednak o sobie zapomnieć.
Nasi politycy są jednak niesamowici. Oni zapomnieli! O tych dzieciach, ofiarach wojny, także. Zaminowanie granicy ma priorytet. Tak jakby jakakolwiek Linia Maginota kiedykolwiek powstrzymała wroga.
Ale taką mamy narrację. Prowojenną. Choć nazywa się ona akurat w tych dniach teraz, gdy PIS walczy z PO o to jak sfinansować zbrojenia, SAFE. Czyli: BEZPIECZNY. Ta nazwa to chyba, jak to się kiedyś mówiło „dla zmylenia przeciwnika”. A kto jest tutaj tym przeciwnikiem? Chyba my, zwykli ludzie. To nas trzeba tak oszukać, abyśmy nie pamiętali, że wojna to inwalidztwo, wojna to ludzkie dramaty. Abyśmy akceptowali każdy wojenny wydatek. A w końcu także zaakceptowali samą, podobno nieuniknioną, wojnę.
Taką mamy klasę polityczną. Nie jest to nawet klasa średnia, ci nasi politycy. To byłby już dla nich komplement.

