O tym jak papież Jan Paweł II nie poszedł na wojnę sprawiedliwą

Niedawno (17.10.2025r.) minęła kolejna rocznica wyboru Jana Pawła II na papieża. Z tej okazji przypominano w Polsce okres jego pontyfikatu i dokonania naszego papieża. W mediach głównego nurtu najczęściej podkreśla się jego rolę w obaleniu komunizmu, czyli w likwidacji tzw. bloku wschodniego – europejskich państw socjalistycznych powstałych po II. wojnie światowej. Podkreśla się jego zasługi dla Kościoła, choć tu oceny są już bardzo różne. Kładzie się nacisk na to, że został natychmiast niemal ogłoszony świętym.

W tej kwestii – kryteriów decydujących o świętości – często mnie Kościół po prostu śmieszył.

Odkąd dowiedziałem się, że warunkiem uznania za świętego są po prostu cuda. Musiał zatem ktoś, na przykład, cudownie wyzdrowieć z nieuleczalnej choroby, aby świętym mógł zostać ktoś. Dowodem na świętość Jana Pawła II (dalej także: JP II) jest cudowne uzdrowienie Floribeth Mora Diaz, pochodzącej z Kostaryki, która cierpiała na nieoperacyjnego tętniaka mózgu, a następnie została uzdrowiona po modlitwie do JP II w dniu jego beatyfikacji. Ten cud, uznany za niewytłumaczalny medycznie, posłużył jako podstawa do kanonizacji naszego papieża w 2014 roku.

Ja widzę świętość JP II w jego staraniach o pokój na świecie. I nawet bez tego cudu medycznego chętnie uważam, iż zasłużył na świętość.

W szczególności oderwał się od pojęcia tzw. „wojny sprawiedliwej”, którą Kościół niestety usprawiedliwia – i wciąż dopuszcza w ten sposób zabijanie na wojnie. Tylko pod pewnymi warunkami.

Zajrzę do Katechizmu Kościoła Katolickiego. Chyba tam coś będzie na temat tego pojęcia wojny sprawiedliwej. Kościół od czasów średniowiecza posługuje się tym określeniem. Ale na razie napiszę to, co już wiem, bez żadnych mądrych wyjaśnień, teologów, egzegetów, filozofów. I polityków. Tych ostatnich już absolutnie nie ma co słuchać. Dla nich każda wojna jest dobra. Znajdą zawsze uzasadnienie. I usprawiedliwienie. Tylko ja w tym sensu nie znajduję. Każda wojna jest złem. 

A zło trzeba „dobrem zwyciężać”.

Tak mówi Pismo Święte: zło dobrem zwyciężaj. To cytat pochodzący z Listu św. Pawła do Rzymian (Rz 12,21). I Kościół ma z tym i innymi cytatami problem: jak pogodzić akceptację wojen z „nadstawianiem drugiego policzka” i oddawaniem temu, kto zażądał koszuli, jeszcze płaszcza? To z kolei cytat z Ewangelii wg św. Mateusza: 

(…) a jeśli ktoś chce się z tobą sądzić i zabrać twoją suknię, oddaj mu i płaszcz.
(Mt. 5,40).

A wcześniej jest o tym nadstawianiu drugiego policzka (Mt. 5,39). A później o tym, aby miłować nieprzyjaciół swoich (Mt. 5,44). To są fragmenty słynnego Kazania na Górze, które niektórzy chrześcijańscy komentatorzy traktują jako nakazy niemożliwe do spełnienia. Inni zaś twierdzą, że Jezus kierował je jedynie do swoich uczniów – a nie do całego ludu. Gdyż tylko elita ludzi doskonałych, następców uczniów Jezusa, jest w stanie zrealizować te zasady, tę etykę perfekcjonistyczną.

Jednak ten zbiór fundamentalnych nauk ma przecież uniwersalny charakter! I obejmuje wszystkich ludzi!

Kościół z jednej strony uczy nas wprawdzie wciąż, że prawo do życia ma każdy człowiek, więc nie wolno życia zabierać, a z drugiej strony nie mówi wojnom kategorycznie: nie! 

Jest przeciw aborcji, przeciw eutanazji. Wszystkie te „kropki” ładnie się Kościołowi łączą: w sprawie ochrony życia poczętego oraz w sprawie ochrony życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci (problem eutanazji). Wszędzie tam Kościół stoi w swym nauczaniu bezkompromisowo za życiem, a jego aktywiści i aktywistki (bo już nie aktywiszcza – tu Kościół jest też stanowczy: takich nie ma!) dzielnie bronią życia, skupieni w różnych ruchach społecznych działających pod wspólnym określeniem, „Pro life”.

Jednak, gdy wokół trwają wojny, gdy śmierć dziesiątkuje narody, teraz akurat naród ukraiński i palestyński, Kościół powtarza tylko, jakoś tak niemrawo, w modlitwach wiernych, tę swoją mantrę: „I módlmy się o pokój na całym świecie”. A poza tym, niewiele robi.

Jan Paweł II robił wiele. Pozostając przy ewangelicznej narracji, ujmę to słowami Biblii : „Przeszedł przez życie dobrze czyniąc”. Przynajmniej w sprawach wojen – w tym zakresie na pewno!

Nie jest Kościół przeciwny służbie wojskowej, nie jest przeciwko zabijaniu na wojnach. Tzn. formalnie przeciwko temu zabijaniu jest. Ale w praktyce? Jeśli prowadziły wojnę narody „chrześcijańskie” (jak to było w czasie I. oraz II. wojny światowej), to ten sam Kościół, Rzymskokatolicki, błogosławił po obu stronach linii frontu żołnierzy, którzy za chwilę szli do ataku na okopy przeciwnika. Np. w tej pierwszej wojnie żołnierzy francuskich z jednej strony, a żołnierzy pruskich, austriackich czy niemieckich z drugiej.

I tak zostało do dzisiaj: ci biskupi polowi, ci kapelani – oni nawet chodzą w mundurach!

Ta cała hierarchia kościelna „podczepiona” pod poszczególne armie. Mamy w Polsce cały ordynariat polowy, na czele z biskupem polowym. A posługę tam spełniają księża w stopniach wojskowych od podporucznika do generała dywizji. Bóg z nami! Przez miłosierdzie nie napiszę tego po niemiecku, choć to wciąż w uszach Polakom brzmi – ten napis na sprzączce pasów żołnierzy Wehrmachtu…

Gdy pierwszy raz o tym usłyszałem, także nie mogłem zrozumieć, jak mogli ci żołnierze Hitlera, popełniający tyle zbrodni, przywoływać Boga na swoim umundurowaniu…

A dziś wciąż nie mogę zrozumieć, jak Kościół zgrabnie łączy to naczelne przykazanie, tę ideę Nowego Testamentu „miłuj bliźniego swego” z wojną i ze wszystkim, co wokół wojny się dzieje.

Niby, że nic nie można zrobić? Wojny były, są i będą. Nie da się inaczej? I Kościół tłumaczy, że trzeba zapewnić opiekę duchową żołnierzom. Zatem wysyła się do nich kapelanów. Idą, na tę wojnę wraz z wojskiem.

Naprawdę nic nie można zrobić, gdy jakiś polityk lub ich grupa zmierza do wywołania wojny? Gdy jakieś państwo napada na drugie?

W zamierzchłych wiekach Kościół jakoś sobie radził z opornymi: ekskomunikował ich, a ich dzieła wpisywał na indeks zakazanych książek. Były też bardziej drastyczne metody, stosowane np. przez Święte Officjum, zwane inaczej Inkwizycją. Słynną z palenia grzeszników na stosie. Ta instytucja Kościoła katolickiego – Święta Kongregacja Świętego Oficjum – będąca najwyższym sądem do spraw ortodoksji wiary, zwalczania herezji, potem też protestantyzmu, została w 1965 roku (dopiero!) przekształcona w Kongregację Nauki Wiary.

Cóż… Te reakcje, polegające na zastosowaniu siły wobec opornych, czy przeciwników, były mniej więcej egzemplifikacją XIX wiecznego mickiewiczowskiego powiedzenia „gwałt niech się gwałtem odciska”. W XX. wieku może czas już na nowo odczytać Ewangelię?                

Zrezygnować z siły, z przemocy. I małymi krokami przejść na jasną stronę mocy.

Może wystarczyłoby w Katechizmie Kościoła Katolickiego wpisać, że katolicy na wojnę nie idą? Tak, to jest to znane powiedzenie „Wyobraź sobie, jest wojna i nikt na nią nie idzie”. Ciekawostka: zapytałem moją AI Googla w telefonie kto to powiedział i taką dostałem odpowiedź: „Przegląd od AI nie jest dostępny w przypadku tego wyszukiwania”. Czyżby jakaś cenzura? Nie wolno już tego powtarzać?

Zapytałem mój komputer i ten już odpowiedzi udzielił. Dość skomplikowanej. Podobno jest to nieco zmieniony wers z poematu amerykańskiego poety Carla Sandburga z 1936 roku, który został spopularyzowany dopiero 30 lat później w czasach wojny wietnamskiej jako hasło ruchu pacyfistycznego.

Może zatem,  na początek, kapłani nie szli by do wojska? Może właśnie zacząć od tego, aby nie wysyłać kapłanów do żołnierzy, do koszar? Nie święcić śmiercionośnej broni. No tak, trzeba będzie zrezygnować z wynagrodzeń dla kapelanów, często z generalskiej pensji… Ale może warto dążyć do świętości? Wciąż przecież nam Kościół to powtarza.

O tym żaden współczesny papież, o ile wiem, nie mówił. Mianowicie, aby odejść od ugruntowanej w Kościele od średniowiecza koncepcji „wojny sprawiedliwej”. Czyli wojny usprawiedliwionej, koniecznej, niezbędnej. Wojny obronnej wobec agresora, którego należy odeprzeć. Inną wersją takiego właśnie postawienia sprawy (czyli akceptacji dla wojen „sprawiedliwych”) jest pojęcie, z którym spotykamy się obecnie: pojęcie „nasza wojna”. Albo przeciwstawne stwierdzenie: to nie jest „nasza wojna”. Polski premier, pan Donald Tusk, ogłosił nam niedawno, że wojna na Ukrainie, to jest nasza wojna.

Ja jestem zwolennikiem poglądu diametralnie przeciwstawnego: żadna wojna nie jest nasza!

Ale pierwsze sygnały o odejściu od doktryny „wojen sprawiedliwych” można już było w Kościele Rzymsko-Katolickim, w ostatnich dziesięcioleciach, zobaczyć.

Jest taki film, z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, znany u nas jako „Johny poszedł na wojnę”. Oryginalny tytuł brzmi „Johny got his gun” (Johny dostał swój karabin). I ten tytuł i te słowa o pójściu na wojnę właśnie niedawno skojarzyły mi się z naszym polskim papieżem, Janem Pawłem II. Dla anglojęzycznego świata nasz papież też był Johnem: John Paul II. (the Second).

I on, ten polski Papież, nie poszedł na wojnę.

Mało się o tym aspekcie jego życia mówi czy pisze. Nie spotkałem się nigdy z jakimś wartościowaniem tego okresu jego życia, który przypadł na lata 1939-1945, czyli na czas wojny, II. wojny światowej. Oceny pod kątem czy to dobrze, czy nie? Są tylko suche informacje. Że był wtedy młodym człowiekiem (ur. 1920 r.). Że wojna wpłynęła na ukształtowanie jego powołania. JPII był z tego słynnego pokolenia Polaków, które w czas wojny weszło w swoich latach 20-tych. Nazwano je potem w Polsce, to pokolenie, „Kolumbowie. Rocznik 20”, nawiązując do wydanej w 1957 roku książki znanego wówczas polskiego pisarza Romana Bratnego. Książka opowiada o młodych warszawiakach wchodzących w dorosłość w czasie II. wojny światowej, walczących z niemieckim okupantem. To byli rówieśnicy Karola Wojtyły, późniejszego papieża.

Przez dziesięciolecia powojenne panował w Polsce etos tych młodych ludzi, którzy podejmowali, często beznadziejną, ale tym bardziej bohaterską, walkę o wolność ojczyzny. Inny pisarz, Aleksander Kamiński, użył dla swojej książki o tych czasach i poświęceniu młodych ludzi określenia „Kamienie na szaniec”, zaczerpniętego z wiersza Juliusza Słowackiego „Testament mój”. W sensie metaforycznym, te „kamienie” były symbolicznym określeniem jednostek – tych młodych ludzi, którzy na „szańcu”, na reducie, oddawali swoje życie za wolność. Taki był etos tamtego pokolenia Polaków. Gdy czytałem o życiorysie JPII, to podawano tam jedynie takie informacje o nim, o jego życiu w czasie niemieckiej okupacji naszego kraju: praca w kamieniołomach w Krakowie, praca w fabryce sody „Solway”, jakiś wypadek, gdy potrąciła go niemiecka ciężarówka. Nic, co byłoby związane w jego życiu z jakąś konspiracją zbrojną, działaniem na szkodę wroga. Tylko wzmianka o uczestnictwie w tajnych próbach i chyba też przedstawieniach amatorskiego teatru. Ten „Teatr Rapsodyczny”, bo taka była jego nazwa, w zamierzeniu miał być podobno przejawem oporu duchowego. Powstał w 1941 roku i do głównych aktorów należeli studenci polonistyki, w tym Karol Wojtyła. Ale chyba nie długo był w tym teatrze, gdyż po tym wypadku z ciężarówką nastąpiła, jak piszą w jego biografiach, refleksja nad sensem życia. I w efekcie wstąpił, w 1942 roku, do seminarium duchownego w Krakowie. A święcenia kapłańskie przyjął w dniu 02.11.1946 r.

Właśnie… Refleksja nad sensem życia… Może dlatego też nie poszedł na wojnę z bronią w ręku? Jego ojciec był wprawdzie zawodowym wojskowym, ale z tego, co wyczytałem, chyba ominęły go realne działania wojenne w czasie pierwszej wojny światowej. Jakiś batalion uzupełniający, jakaś ewakuacja, jakaś służba kancelaryjna – takie dane są podawane o ojcu Karola Wojtyły.

Różne są drogi do wiary. Do kapłaństwa w szczególności. Znam, przetłumaczyłem je z języka niemieckiego, spisane osobiście, autentyczne, straszne wspomnienia wojenne z I. wojny światowej. Pamiętnik prostego pruskiego żołnierza, szeregowca, z jego służby na pierwszej linii frontu we Francji i Flandrii. Te wojenne doświadczenia doprowadziły tego żołnierza, Alfreda Beck’a, do seminarium. Został księdzem i był do 1945 roku proboszczem w Bad Reinerz (obecnie Duszniki-Zdrój). Jedni w okopach na froncie tracili wiarę, a inni, na wojnie, tym bardziej utwierdzali się w wierze.

JP II nie wpisał się w obowiązujący w Polsce etos żołnierza. Jednak kwestia wojny, w której czynnie nie uczestniczył, dosięgła go znowu. Niemal osobiście.

Pomijając, dziesiątki wojen toczonych na całym świecie od zakończenia II wojny światowej, tj. od 1945 roku, w tym także w czasie trwającego w latach 1978-2005 pontyfikatu JP II, co do których jak zwykle Kościół ustosunkowywał się po prostu, jak to jest w jego zwyczaju, wzywaniem do modlitw o pokój, zdarzały się sytuacje, gdy trzeba było zająć bardziej jednoznaczne stanowisko.

Jestem świeżo po lekturze książki Andreasa Englisch o papieżu JP II. Ma ona tytuł „Jan Paweł II – Tajemnica Karola Wojtyły”. Książka ta, będąca specyficzną biografią, miała dwa wydania: w 2004 i w 2005 roku i została przetłumaczona na język polski („Jan Paweł II. Fenomen Karola Wojtyły”). Autor opisuje nam Papieża ze szczególnej perspektywy. Andreas Englisch (ur. 1963 r.) jest niemieckim dziennikarzem, który specjalizuje się w relacjonowaniu wydarzeń w Watykanie. W czasie pontyfikatu Karola Wojtyły należał przez wiele lat do ścisłego grona dziennikarzy, reporterów, filmowców, którzy mieli szczęście zostać wybrani do grupy, którą można by określić jako „Papa team”. Wybranych przedstawicieli świata mediów, na te papieskie pielgrzymki, na które JP II udawał się samolotem, zapraszano do wspólnego lotu z papieżem. Tradycją było, że w czasie takiego lotu papież wychodził ze strefy zarezerwowanej dla niego i najbliższych mu współpracowników, do dziennikarzy, zajmujących fotele w tyle maszyny. Była okazja do wysłuchania niedostępnych, przynajmniej w tej chwili, dla innych dziennikarzy, oświadczeń wygłaszanych przez papieża w związku z programem danej wizyty. A także, często, do zadawania Papieżowi pytań, czy nawet do chwili rozmowy. Takich podróży Andreas Englisch odbył wiele i miał okazję, także w czasie innych spotkań z JP II, czy to w trakcie wizyt zagranicznych, czy na miejscu w Watykanie, poznać papieża bliżej. Tu chcę powtórzyć krótko, jak opisał Andreas Englisch sytuację jaka wystąpiła w czasie pielgrzymki papieskiej do Kazachstanu i Armenii, która miała miejsce bezpośrednio niemal po ataku terrorystycznym 11 września 2001 roku na World Trade Center (WTC).

Chodzi mi o stanowisko, jakie zajął JPII wobec mającej się rozpocząć wojny w Afganistanie.

Prezydent USA, George W. Busch, ogłosił wtedy całemu światu, iż zaczyna krucjatę przeciwko Al-Ka’id’zie i Osamie Bin Ladenowi, jako przywódcy tej organizacji. Zaatakowany miał być w pierwszej kolejności Afganistan i Stany Zjednoczone budowały koalicję państw Zachodu, która miała obalić rządy Talibów w tym kraju. Prezydent Busch oczekiwał, że papież JPII jako głowa kościoła katolickiego, stanie po stronie słusznej sprawy i publicznie potępi arabskich terrorystów. I da niejako „zielone światło” dla planowanych działań wojennych na terytorium Afganistanu. Do ostatniej chwili oczekiwano od Papieża takiej deklaracji. Ale takiej deklaracji nie było.

Andreas Englisch szczegółowo opisuje naciski jakie były wywierane na papieża oraz napięcie w jakim szefowie największych światowych agencji informacyjnych i ich wysłannicy – dziennikarze wyznaczenie do relacji z Watykanu – śledzili każde publiczne wystąpienie papieża w tamtym czasie. Ostatecznie papież nie wypowiedział się bezpośrednio o inwazji na Afganistan z 2001 roku, ale jego stanowisko wobec stosowania przemocy było jasne. Jako obrońca pokoju, aktywnie działał na rzecz deeskalacji konfliktów i wzywał do pokoju. Uważał każdą wojnę za „porażkę ludzkości”, która zagraża losom świata. Apelował o dyplomację, nakłaniał do pokojowego rozwiązywania sporów poprzez prawo międzynarodowe i dialog. Było to widoczne co najmniej od czasu jego zaangażowania w wojnę w Kosowie w 1998 r.

Ale nawet na samym początku swojego pontyfikatu, gdy w 1978 roku wybuchł konflikt (dziś już zapomniany) między Argentyną a Chile, JP II doprowadził do rozmów pokojowych. Dopiero od dwóch miesięcy był na Stolicy Piotrowej, gdy argentyńskie wojska szykowały się do zajęcia spornych wysp w rejonie kanału Beagle i starcia z chilijską flotą. Oba państwa rządzone były wtedy przez wojskowych dyktatorów (w Chile sprawował władzę słynny Augusto Pinochet). Działania zbrojne miały się rozpocząć 22 grudnia 1978 r. W tym dniu, rano, JP II osobiście poinformował rządy obu krajów, że wysyła w rejon konfliktu swojego przedstawiciela. Po dwutygodniowych negocjacjach jego misja dyplomatyczna zakończyła się sukcesem. W styczniu 1979 roku doszło do podpisania porozumienia w urugwajskim Montevideo. Skonfliktowane państwa zobowiązały się do wstrzymania działań zbrojnych i rozwiązania sporu na drodze pokojowej. Jeszcze długo trwały te rozmowy, ale zakończyły się w 1984 r. podpisaniem w Watykanie (!) Traktatu o Pokoju i Przyjaźni między Chile i Argentyną, co było finałem tego sporu. I wielką zasługą polskiego papieża. Także w sporze o Falklandy (1982 r.), między Wielką Brytanią a Argentyną, postawa papieża, który czynnie działał na rzecz zażegnania tego konfliktu, przyczyniła się do wygaszenia tego ogniska zapalnego i wojny, która mogła mieć, jak każda wojna, długotrwałe i trudne do przewidzenia skutki.

Stanowisko JP II w sprawach wojen toczonych przez USA ewoluowało.

Jeszcze w 1990 roku, podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej, JP II niejako legitymizował amerykańską interwencję w Kuwejcie, na który napadł Irak, podkreślając, że są wojny sprawiedliwe. Ale w sprawie Afganistanu już milczał.

Natomiast, gdy siły zbrojne USA rozpoczęły w 2003 roku wojnę przeciwko Irakowi z zamiarem obalenia przywódcy tego kraju, Saddama Husajna i znajdując do niej pretekst, którym miały być przygotowania Iraku do wejścia w posiadanie broni atomowej (co później się nie potwierdziło), JP II potępił ten atak jako wojnę napastniczą. Będący u schyłku życia i walczący z chorobami papież do ostatniej chwili zabiegał wówczas o rozwiązanie narastającego konfliktu na drodze dyplomatycznej.

Zanotowano słowa ówczesnego sekretarza stanu stolicy apostolskiej kardynała Angelo Sodano, który mówił w imieniu JPII:

„Zwracamy się do naszych amerykańskich przyjaciół z apelem o rozsądek: zróbcie rachunek sumienia i zastanówcie się przede wszystkim, czy z waszego punktu widzenia ma w ogóle jakikolwiek sens rozdrażnianie liczącej miliard wyznawców społeczności muzułmanów i ściąganie na siebie wrogości całego świata islamskiego na być może wiele dziesięcioleci? Czy tego właśnie chcecie?”

Teraz biegną te dziesięciolecia. A słowa wypowiedziane w imieniu JP II okazały się dalekowzroczne, niemal profetyczne. Bo co mamy na Bliskim Wschodzie? Kolejną wojnę ze światem arabskim. A krwawe żniwo terroryzmu rozprzestrzenia się coraz bardziej.

W 2003 roku JP II zwrócił się do wszystkich, do wszystkich na świecie, w przemówieniu wygłoszonym przed modlitwą Anioł Pański na Placu św. Piotra w Rzymie, mówiąc:

„Ja należę do tego pokolenia, które doświadczyło koszmaru II wojny światowej i któremu udało się przeżyć. Wszystkim młodym ludziom oraz wszystkim, którzy są ode mnie młodsi i którzy w związku z tym sami tego nie doświadczyli, mam dziś obowiązek powiedzieć: Nigdy więcej wojny!”

I co Polacy, tak podobno kochający własnego papieża, posłuchaliście go? Nie poszliście na wojnę? Zróbcie rachunek sumienia.

W całym przekazie medialnym te słowa papieża gdzieś zagubiono. Nikt nie kładł na nie nacisku. Ot, coś tam relacjonowano, ale żeby, jak to się mówi, „pochylić się” nad tymi słowami? Nie – narracja była inna: musimy jako sojusznik USA i NATO wypełniać nasze zobowiązania.

Rząd polski wysłał do Iraku żołnierzy. W mediach mamiono ludzi potencjalnymi korzyściami jakie Polscy przedsiębiorcy mieli odnosić np. uczestnicząc w odbudowie Iraku. Miały tam działać polskie firmy, niejako w nagrodę za wsparcie Amerykanów tej wojnie. Jak zwykle obiecano coś Polakom i oczywiście nic z tego nie zrealizowano. Ale sprawdziliśmy się podobno w boju jako wspaniali sojusznicy US Army i innych zaangażowanych już wtedy w wojnę państw „kolektywnego Zachodu”, dziś zmieniających nazwę na „Koalicja chętnych”.

Polaków, mogących być, do tej pory, dumnym narodem, walczącym w przeszłości rzeczywiście „za wolność naszą i waszą” zmanipulowano, wkręcając Polskę do „brudnej wojny”, w której realizowano jak zwykle biznesowe interesy USA.

I tak to już nam zostało. Teraz realizujemy te cudze interesy poprzez naszą pomoc dla Ukrainy.

Wspomniałem, że zajrzę do Katechizmu Kościoła Katolickiego (wyd. Pallotinum 1994 rok).

Cóż, Kościół nie jest tak bezkompromisowy jak Jezus. 

Punkt (czy też teza) nr 2264 Katechizmu mówi o tym, że „Kto broni swego życia, nie jest winien zabójstwa”. Bo: „Miłość samego siebie pozostaje podstawową zasadą moralności”. Jakoś pomija się tutaj tę drugą część nauki Jezusa, mianowicie słowa „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. Przytacza się natomiast w tym miejscu Katechizmu stanowisko św. Tomasza z Akwinu, z jego dzieła „Summa theologiae”. Cytatem, w którym jest zdanie: „Dozwolona jest natomiast samoobrona, w której ktoś w sposób umiarkowany odpiera przemoc”.

I z Biblii oraz nauk średniowiecznych Ojców Kościoła przenosimy się teraz znów na front ukraińsko – rosyjski. To dozwolone są te rakiety Tomahawk, czy nie? Wyposażenie Zelenskiego w tę broń, którą on chętnie odpali w kierunku rosyjskich miast, oddalonych o kilkaset kilometrów od frontu – dozwolona jest taka samoobrona?

W Katechizmie jest cały rozdział zatytułowany „Obrona pokoju” (punkty od 2302 do 2306) oraz następny zatytułowany „Unikanie wojny” (punkty od 2307 do 2317).

Realistyczny Kościół, wychodząc od przykazania „Nie zabijaj”, przytacza tam cytat z konstytucji duszpasterskiej Soboru Watykańskiego II, „Gaudium et spes” (łac. „Radość i nadzieja”), iż dopóki „będzie istniało niebezpieczeństwo wojny, a równocześnie brakować będzie międzynarodowej władzy posiadającej niezbędne kompetencje i wyposażonej w odpowiednią siłę, rządom nie można odmawiać prawa do koniecznej obrony, byle wyczerpały wpierw wszystkie środki pokojowych rokowań”.

No to, bracia Polacy, katolicy, czy wyczerpano te środki pokojowych rokowań w kwestii wojny na Ukrainie? 

Ktoś, w ogóle, oprócz prezydenta Trumpa, zechciał przez ponad trzy lata zorganizować takie rokowania pokojowe w sprawie wojny na Ukrainie, po fiasku rozmów w Stambule, które miały miejsce jeszcze na samym początku tego konfliktu? I zostały przerwane na polecenie ówczesnego premiera Wielkie Brytanii. Może jakąś uchwałę propokojową podjął nasz Sejm w tej sprawie, np. że udostępnia się Warszawę, jako miejsce pamięci tragedii II wojny światowej, miasto które niemal wymazano z mapy, miasto-symbol, aby skonfliktowane strony przystąpiły tu, u nas, do rozmów pokojowych? Ładnie by było… Zamiast tego udostępnia się lotnisko w Jasionce pod Rzeszowem. Aby wojna trwała i trwała…

Jeszcze jedna teza z Katechizmu – Punkt 2315:

„Gromadzenie broni wydaje się wielu ludziom paradoksalnym sposobem powstrzymania ewentualnych przeciwników od wojny. Widzą w tym najbardziej skuteczny ze środków zdolnych zapewnić pokój między narodami. Wobec takiego odstraszającego zabiegu powinno się wysunąć poważne zastrzeżenia moralne.

Wyścig zbrojeń nie zapewnia pokoju. Nie tylko nie eliminuje przyczyn wojny, ale może je jeszcze nasilić. Wydawanie ogromnych sum na produkcję ciągle nowych rodzajów broni uniemożliwia przyjście z pomocą głodującej ludzkości, hamuje rozwój narodów. Nadmierne zbrojenia mnożą przyczyny konfliktów i zwiększają ryzyko ich rozprzestrzeniania się”.

Koniec cytatu. Przynajmniej to powinni sobie przeczytać panie i panowie z Sejmu, posłanki i posłowie. W dużej części deklarujący przecież swój katolicyzm. Ale chyba nie czytali… Bo z radością, „jak jeden mąż” (wypadałoby tu dodać: „i jak jedna żona” – żeby nie zarzucono mi że umniejszam rolę kobiet), wszyscy nasi parlamentarzyści głosują za zwiększaniem budżetu na zbrojenia. I dumni są, że niezamożna Polska wykosztowała się tak, iż już ponad 5% PKB idzie na ten cel.

I dzięki temu mamy „przyjaciół”. Bo kto by, z tych naszych przyjaciół na Zachodzie, nie poklepał nas przyjaźnie po plecach, jeżeli wciąż zamawiamy u nich, nie targując się o cenę, kolejne nowe czołgi, samoloty, śmigłowce i wszystko inne, co potrzebne do wojny? A potem przekazujemy to wszystko, za darmo, kumplowi tych przyjaciół z Zachodu, czyli naszemu sąsiadowi na Wschodzie. Z tym, że ten, też nasz przyjaciel, to nas nawet po plecach przyjaźnie nie poklepie. Chyba, że… Nie będę pisał czym… Dramatyczna historia Wołynia mi się tu przypomniała. Naszego tam współistnienia, Polaków i Ukraińców. Oraz końca naszego, Polaków, tam istnienia.

Dużo było cytatów z Biblii, z Katechizmu. No to zakończę jeszcze jednym:

„Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi”

Coś mi się zdaje, jakby Bóg był bezdzietny… Ani synów takich bowiem nie widzę, ani córek.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry