Nie, to nie jest błąd w tytule. Proponuję zmianę obecnej polskiej Konstytucji. Oraz jeszcze jedno święto państwowe o nazwie: Święto Konstytucji 2 Maja.
Zaraz, choć nie w pośpiechu, wszystko wyjaśnię. Cierpliwości!
Ale uprzedzam: ten artykuł (jego przeczytanie; ale liczę też na zrozumienie!) zajmie ci niestety niemal 15 minut. Sprawdzałem!
Już kilka razy pisałem, co trzeba z tą naszą Konstytucją RP zrobić. Prosta sprawa: ma być w niej zapisane, że Polską rządzi (przez cztery albo pięć lat, zależy jak długą kadencję się w niej określi) jedna osoba.
Demokratycznie, w wolnych wyborach wybrana. Zatem, tak jak teraz. Ale o dużo szerszych kompetencjach niż teraz. Najlepiej będzie nazwać tę osobę prezydentem. Gdyż w Polsce, w odczuciu powszechnym, prezydent to osoba ważniejsza niż np. premier. Skąd się to przekonanie wzięło?
Ano z tego, że zapatrzeni jesteśmy w mocarstwa. A tam są prezydenci na czele. Jako lennik USA podziwiamy prezydenta tego kraju. Nawet, jeśli się on akurat wielu z nas nie podoba (jak prezydent Donald Trump obecnie), to i tak czujemy tę moc, która jest z nim – on może niemal wszystko. I to budzi w nas naturalny podziw. Nawet wbrew nam.
A z drugiej strony Rosja i jej aktualny prezydent Władimir Putin. I co z tego, że wielu się ten władca nie podoba? Ale każdy widzi, że on też rzeczywiście rządzi.
I stąd ten podziw Polaków dla funkcji, dla stanowiska, prezydenta.
A u nas? „Strażnik żyrandola”… To ironiczne określenie prezydenta RP zrobiło karierę w czasach prezydenta Komorowskiego, który za bardzo, a właściwie w ogóle, się nie wysilał, aby cokolwiek robić. Ot, trwał sobie w Pałacu Prezydenckim i tyle. Ale nawet, gdy obecny nasz prezydent Karol Nawrocki stara się być wręcz nadaktywny, to i tak wszystko co robi lub chciałby robić co i rusz napotyka na barierę – gdyż to samo chce robić obecny premier Donald Tusk.
Taki mamy układ wynikający z Konstytucji z 1997 roku, iż nie wiadomo kto tu rządzi.
Przekonanie, że prezydent to ktoś stojący wyżej niż premier wynika jednak także z samej naszej Konstytucji. W jej art. 128, w ustępie 1, zapisano, cytuję:
„Prezydent jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej i gwarantem ciągłości władzy państwowej”.
Poświęcono prezydentowi cały rozdział V tej Konstytucji – od art. 128 do art. 145, a więc rozpisano się nieźle. Nie na tyle jasno jednak, aby ta nasza Konstytucja, ta „ustawa zasadnicza”, jak ją określają prawnicy, konkretnie stanowiła, kto jest ważniejszy: prezydent, czy premier? Następny jej rozdział – rozdział VI – jest zatytułowany „Rada Ministrów i administracja rządowa” i też zawiera sporo przepisów (art. 146-162). Ale kompetencje Prezesa tej Rady (zwanego premierem, chociaż Konstytucja tego słowa nie używa) wylicza w jednym skromnym art. 148 zawierającym 7 punktów.
W art. 154 ust. 1 Konstytucji jest zawarta procedura powołania Prezesa Rady Ministrów (i całego rządu). Powołuje go prezydent. Zatem powszechne przekonanie o nadrzędnej roli prezydenta oparte jest poniekąd na przepisach Konstytucji.
Ale tylko poniekąd, bo z szeregu innych przepisów tego aktu prawnego wypływają tylko wątpliwości i niejasności co do wzajemnego usytuowania tych dwóch stanowisk – prezydenta i premiera. Czytamy tę naszą nieszczęsną (tak ją określam, niestety) Konstytucję my obywatele, czytają kolejne pokolenia prawników i, niestety, wciąż nie wiadomo, kto jest u nas ważniejszy? Prezydent czy premier? I jak tylko się wybierze nowe osoby na te stanowiska, to zaczynają się boje, przepychanki i przeboje. Nawet dosłownie: o krzesło! Tak, jest to autentyczny przypadek z historii III RP. Przebój, hit historii tej III RP.
Młodym warto opowiedzieć, a starym przypomnieć ten spór o krzesło, gdyż jest to karykaturalny przykład polskiego konfliktu na szczytach władzy, na styku prezydent – premier.
Apogeum tego konfliktu miało miejsce w latach 2008-2009, gdy ówczesny prezydent, nieżyjący już Lech Kaczyński, rywalizował z Donaldem Tuskiem, wtedy po raz pierwszy pełniącym funkcję Prezesa Rady Ministrów. Rywalizował także o prawo do zajęcia miejsca przy unijnym stole. Czyli kto ma reprezentować Polskę na szczytach Unii Europejskiej w Brukseli i innych tego typu spotkaniach międzynarodowych. Dla każdego Państwa przygotowano bowiem w Brukseli przy stole tylko jedno miejsce.

Inne państwa europejskie, poza Polską, nie mają bowiem wątpliwości kto nimi rządzi. Przykładowo: w Niemczech – kanclerz, w Wielkiej Brytanii – premier, we Francji – prezydent.
Przedstawiciele i obywatele tych krajów uważali i z pewnością uważają nadal, że ten polski system „dwuwładzy” jest to przykład polskiej indolencji w zakresie umiejętności zorganizowania sensownego państwa. Sądzę zatem, iż ten nasz narodowy spór, kto jest ważniejszy na arenie międzynarodowej, był kompletną porażką medialną naszego kraju. Pogłębiamy wciąż negatywne o nas, Polakach, opinie. Być może zaktualizowało się, szczególnie dla Niemców, słynne powiedzenia o „polnische Wirtschaft” – ironiczne określenie polskiej, ułomnej gospodarki, funkcjonujące kiedyś w języku niemieckim jako synonim bałaganu i niegospodarności. Oczywiście, ze względu na poprawność polityczną, nikt tego wprost nie wypowie.
Spór między polskim prezydentem a premierem obejmował także to, kto ma prawo korzystać z rządowego samolotu.
W końcu zajął się tym sporem Trybunał Konstytucyjny, ale postępowanie umorzono, gdy sprawa na chwilę straciła aktualność – po tym, jak prezydent Lech Kaczyński zginął w 2010 roku w katastrofie smoleńskiej, a urząd prezydenta objął Bronisław Komorowski. Chwilowo znowu konfliktu między rządem a prezydentem nie było – u władzy była ta sama opcja polityczna (Koalicja Obywatelska). Potem w latach 2016-2022 stało się podobnie. Rządził wtedy PIS, który miał swój rząd i swojego prezydenta. Był nim człowiek szefa tej partii, wybraniec Jarosława Kaczyńskiego – czyli prezydent Andrzej Duda.
A teraz znów mamy rządy Donalda Tuska czyli tzw. lewicy czy też Koalicji Obywatelskiej oraz prezydenta Rafała Nawrockiego, czyli nominata tzw. prawicy. I mamy to, co w utworach muzycznych nazywa się tak ładnie: da capo al fine. Czyli: jeszcze raz od początku.
Z tym, że konstytucyjna teoria od 2022 roku, tj. od czasu, gdy rozpoczęła się wojna na Ukrainie, zwana też pełnoskalową operacją wojskową, jest już o krok od praktycznych zastosowań. Grozi nam wojna i w tej sytuacji to, kto wtedy przejmie dowodzenie polską armią, staje się problemem podstawowym dla sprawnej obrony terytorium państwa Polskiego. Czy będzie to Prezydent jako naczelny zwierzchnik sił zbrojnych czy premier, jako zwierzchnik rządu, w skład którego wchodzi Ministerstwo Obrony Narodowej i jego szef „minister wojny”?
Może to też jednak będzie tylko teoria, gdyż historia pokazała już (w 1939 roku), że ówcześni decydenci, czyli prezydent – Ignacy Mościcki, premier – Felicjan Sławoj-Składkowski oraz naczelny wódz – marszałek Edward Rydz-Śmigły, zgodnie, po paru zaledwie dniach prowadzenia wojny z Warszawy, opuścili nasz kraj. Wszyscy uciekli do Rumunii, pozostawiając Polaków samych sobie oraz na pastwę okupantów.
Cóż, samo istnienie suwerennego państwa polskiego zaczyna być już teraz, nawet bez wybuchu tej grożącej nam wojny, poddawane w wątpliwość. Coraz więcej Polaków widzi iluzoryczność naszej suwerenności.
Historia lubi się powtarzać, jednak każdy rozsądny człowiek powinien, przygotowując się na najgorsze, wybierać jak najlepsze sposoby obrony. Przynajmniej, jak mówi nasz hymn państwowy: „póki my żyjemy”. I Polacy powinni przede wszystkim ustalić jedno: kto ma być najważniejszą osobą w tym centrum decyzyjnym na wypadek wojny. W razie wojny Trybunał Konstytucyjny tego nie rozstrzygnie.
A wystarczy po prostu zmienić Konstytucję…
Tylko, że z tym my, Polacy, mamy właśnie problem! Politykom się tego nie chce zrobić, choć najczęściej mają oni świadomość, że z obecną Konstytucją nasza wspaniała (według nich) Rzeczpospolita chyli się ku upadkowi. Na potrzeby mediów i aby być ponownie wybrani opowiadają swoim wyborcom, że Polska jest potężna! Niemalże mocarstwo! To samo wmawiają nam politycy z Unii Europejskiej, którzy co jakiś czas komplementują Polskę za nasze podobno spektakularne sukcesy gospodarcze. No tak… Tyle montowni, tyle magazynów, wspaniałe nowe drogi szybkiego ruchu – zbudowaliśmy dla przyjaciół z Niemiec, Francji, Anglii naprawdę dobrą infrastrukturę, aby mogli eksportować jeszcze więcej i zarabiać jeszcze więcej. Ale w tym jest też iskierka nadziei. Może nie zdecydują się jednak na jej zniszczenie? Coraz bliżej kryzys paliwowy i może jednak przyda się Polska? Stróż rurociągów, którymi tanie „węglowodory” popłyną znowu z Rosji do Europy Zachodniej. Taka to rola naszego kraju. Ale z tego też można czerpać realne korzyści. Tylko nasi politycy nie są w stanie tego pojąć. Wciąż śnią swój sen o potędze.
Marzyła się im ostatnio (i chyba nadal marzy?) jeszcze potężniejsza Rzeczypospolita: Obojga Narodów, czyli Polska połączona unią z Ukrainą. Na razie im to nie wyszło. Choć ukraińskie flagi wciąż powiewają na polskich urzędach.
Ale i tak wmawiają nam, że jesteśmy państwem mocnym, dużym, najlepiej rozwijającym się w Europie. Czyli sytuacja niemal jak w 1939 roku…
Ja, niestety, uważam, iż jest to tzw. „ściema” dla nas, zwykłych maluczkich obywateli, abyśmy nie domagali się posprzątania wreszcie tego bałaganu jaki oni, nasi politycy, robią nam tutaj od czasu upadku PRL-u. Dla nich te wieczne spory na linii prezydent-premier są wręcz korzystne! Jest się o co spierać, można udzielać pełnych pustosłowia, efektownych wywiadów – każda taka kłótnia jest nadto na tle personalnym, a więc jest medialnie „nośna”. Wieczny spór i idąca za tym destrukcja Państwa. Zamiast porządkowania ustawodawstwa i naprawiania kraju. Można dalej mieszać wszystko ze wszystkim.
A w mętnej wodzie – jak mówi przysłowie – łatwiej ryby łowić! Czyli czerpać własne korzyści w nieprzejrzystych sytuacjach.
I mamy w ten sposób to, co mamy. Czyli kompletny bałagan w Państwie. Albo właściwie lepiej tak to ująć: nie mamy podstaw wiarygodnej państwowości. Nie mamy dobrej Konstytucji, nie mamy niezależnych sądów, trybunałów, itd., bo wszystko według jednych albo drugich nie tak zostało wybrane, powołane. Albo nie tak zaprzysiężone – jak powinno. Nie przez t e g o Prezydenta. Gdyż, o ile byłby on prezydentem tej samej opcji politycznej, co premier – problemu by nie było.
Nie mamy kompetentnych urzędów. Za to mamy ich przerost. I mamy też nadmiar kadry urzędniczej.
Choćby przez podwójne kancelarie: Kancelaria Prezydenta i Kancelaria Rady Ministrów, czyli premiera. Mamy też posłów zasiadających jednocześnie w rządzie (każdym, czy jest to rząd PIS, czy jak teraz, PO/KO). Powoduje to, że władza ustawodawca myli się tym parlamentarzystom z wykonawczą – i na odwrót. Takie modne „dwa w jednym”. Dwa uposażenia oczywiście też: wynagrodzenie posła i wynagrodzenie ministra. Żyć nie umierać!
Jeszcze gorzej, że część ludzi światłych (oceniając ich przez pryzmat profesorskich tytułów, które im ci nasi prezydenci nadali) uważa, że konstytucja zmian nie wymaga. Nowa konstytucja jest niepotrzebna! Ich argumenty?
Np. takie, że wystarczy zmienić ludzi oraz ich podejście do państwa i prawa. Cytuję słowa profesora Ryszarda Piotrowskiego:
„Nie jest nam potrzebny reset konstytucyjny tylko reset polityków. Potrzeba nam ludzi, którzy byliby zdolni po pierwsze zrozumieć konstytucję, po drugie ją stosować bez niechęci, zawiści, agresji, tylko z empatią i szacunkiem.”
Czyli pan profesor liczy, że do polskiej polityki wejdą anioły.
Inny pan profesor, Marcin Matczak, też nie potrzebuje nowej konstytucji, lecz chciałby aby Polacy stali się aniołami. Cytuję:
„Konstytucja z 1997 roku daje przestrzeń do wspólnego życia nam wszystkim – nie potrzebujemy nowej ustawy zasadniczej. Potrzebujemy raczej zasadniczej zmiany we wzajemnym szacunku”.
Jak to się mówi w internecie: koniec cytatu.
Panowie tak mniej więcej się zachowują jak stan szlachecki, który widział w XVIII wieku nadchodzący upadek Rzeczypospolitej, jednak trwał twardo przy liberum veto – tej „źrenicy wolności” polskiej szlachty. Przez istnienie której żadnych sensownych reform nie można było uchwalić, a opłacani przez sąsiednie mocarstwa szlachetkowie demolowali państwo polskie krzycząc „Nie pozwalam!”
Panom profesorom, będąc tylko magistrem prawa oraz będąc tylko radcą prawnym, bez naukowych tytułów, poddaję do namysłu art. 150 tej obecnej Konstytucji z 1997 roku, który brzmi:
„Członek Rady Ministrów nie może prowadzić działalności sprzecznej z jego obowiązkami publicznymi.”
Moim skromnym zdaniem ten przepis stanowi, iż jeżeli się jest w Radzie Ministrów, to nie można być jednocześnie posłem lub senatorem. Dlatego, że w ten sposób prowadzi się w organie ustawodawczym działalność sprzeczną z obowiązkami pełnionym w organie wykonawczym. Czyli faktycznie, aktualna Konstytucja zawiera odpowiedni przepis, aby takiej patologii nie było. Tylko, że według dostępnych danych w skład obecnego rządu Donalda Tuska (przed jego „rekonstrukcją” czyli drobnymi zmianami kadrowymi) wchodziło łącznie 54 parlamentarzystów, którzy będąc posłami lub senatorami są jednocześnie ministrami, sekretarzami i podsekretarzami stanu. Czy zatem ktoś na ten przepis zwraca uwagę? Nikt.
Zatem trzeba to napisać inaczej: ująć to expressis verbis. Np. w art. 150 Konstytucji zastępując kropkę przecinkiem, po przecinku dodać in fine: „(…) w szczególności nie może sprawować mandatu posła lub senatora”.
Nie będzie wtedy dowolnej interpretacji. Tak uzupełniony przepis będzie stanowił jednoznaczny zakaz łączenia tych funkcji.
Wobec tej niechęci polityków – wspieranych przez kwiat nauki polskiej – do sensownej zmiany kształtu ustroju RP mam pomysł, który mógłby sprawić, iż zostaną oni przez swoich wyborców, czyli przez Naród, skutecznie naciśnięci i zmuszeni do działań w tym pożądanym przez wielu kierunku: do zmiany Konstytucji i wprowadzenia systemu prezydenckiego. Oraz zrealizowania ścisłego rozdziału między funkcją ustawodawczą a wykonawczą poprzez wprowadzenie konstytucyjnego zakazu pełnienia przez posłów jakichkolwiek funkcji w rządzie i w ministerstwach.
Można to wszystko zrobić korzystając z tego, iż nasz Naród chleb już ma, natomiast wciąż mu za mało igrzysk.
Jednym z podstawowych igrzysk Polaków jest Wielka Majówka, czyli nasze dwa majowe święta państwowe, które znaczenia ideologicznego nie mają już żadnego, ale weszły na stałe do naszej obyczajowości i nikt nie pozwoli już na to, aby majówki w Polsce nie było. Ręce precz od tego dobra narodowego!
Ten obecny rok 2026 ukazał jednak niedoskonałość tego święta. Otóż np. w 2024 roku wolne dni majówki wypadały idealnie: 1 maja 2024 roku to była środa i to był dzień ustawowo wolny od pracy. 2 maja 2024 roku wypadł w czwartek – to wprawdzie też jest święto państwowe – Dzień Flagi RP, ale nie jest to dzień ustawowo wolny od pracy. Potem był 3 maja 2024 roku – piątek – święto czyli wolne od pracy. A zaraz potem weekend, czyli sobota i niedziela. I tak, biorąc wtedy, w maju 2024 roku, jeden tylko dzień urlopu wypoczynkowego – w ten czwartek 2 maja 2024 roku – robił się dla pracujących Polaków klasyczny bardzo długi „weekend”. Nowe świeckie polskie święto. Choć i Kościół katolicki też te dni mianował świętami i mamy 1 maja jako dzień Świętego Józefa – Robotnika, a 3 maja jako Święto Najświętszej Marii Panny Królowej Polski.
Jednak ani ta „nomenklatura” kościelna, ani ta państwowa (Święto Pracy, Święto Flagi RP, Święto Konstytucji 3 Maja) dla przeciętnego Polaka nie mają żadnego znaczenia. Stety/niestety – tak po prostu jest.
W tym roku, przed paru dniami, akurat w tych świątecznych dniach, spacerowałem będąc w odwiedzinach u rodziny w Gdańsku, po osiedlach w dzielnicy Zaspa. Tam, gdzie stoją stare bloki, te z czasów PRL-u, wciąż stanowiące Spółdzielnie Mieszkaniowe, widać jeszcze było tu i ówdzie polskie flagi wywieszane zapewne przez starszych mieszkańców, którzy wciąż tam jeszcze mieszkają. Te mieszkania dostawali jeszcze pracownicy ówczesnych stoczni i innych zakładów pracy – wtedy polskiej dumy narodowej. Oni jeszcze mają ten patriotyzm w sercach – akcentują swą polską tożsamość.

Obok stoją nowe budynki osiedli deweloperskich. Tam polskich biało-czerwonych flag przy prywatnych mieszkaniach nie uświadczysz. Nasze nowe pokolenie Polaków tej potrzeby, wynikającej z patriotyzmu, już nie ma. Bo i patriotyzmu w rozumieniu dotychczasowym nie ma. Jestem Europejczykiem… To najczęściej można usłyszeć w wywiadach, sondach, rozmowach z młodymi ludźmi w Polsce. I niewielu już chce iść za Polskę na barykady… Ani do okopów. Może jeszcze „trendy” jest namalować sobie te polskie barwy na twarzy – gdy jest mecz i gra reprezentacja Polski w piłce nożnej. Wtedy jeszcze tak.
Dlaczego o tym tutaj wspominam? Otóż te trzy święta (jeszcze raz: święto pracy, święto flagi i święto Konstytucji z czasów rozbiorów) oderwały się całkowicie w świadomości Polaków od ich źródeł. Nikt już tych dat nie kojarzy z historycznymi wydarzeniami, z historycznymi ideami, czyli:
- walki o prawa robotników i w ogóle tzw. ludzi pracy (to upamiętniał dzień 1 maja),
- walki o polską flagę, symbole narodowe, niepodległość, przywiązanie do biało-czerwonych barw (święto 2 maja),
- wspomnienia drugiej, po amerykańskiej, konstytucji, opisanej jako demokratyczna i nowoczesna.
Zatrzymajmy się chwilę przy tej Konstytucji 3 maja. Podobno wprowadzała ona wiele reform, była świadectwem woli i siły narodu, który gotów był się odrodzić, jako nowa Polska.
Tak odrodził się, rzeczywiście – po 123 latach nie istnienia Polski jako państwa. Ta konstytucja, może i trochę Polsce pomogła, jako symbol. Co do meritum jednak – była tak samo kiepska jak wszystkie następne: marcowa (1921), kwietniowa (1935), PRL (1952) i ta obecna (1997). A czy była postępowa, jak się ją z lubością określa? Absolutnie nie!
Konstytucja 3 maja w zakresie ochrony praw polskiej ludności była wręcz wsteczna! Stan chłopski był wtedy, pod koniec XVIII wieku i jeszcze przez ponad sto lat później, także nawet w pierwszej połowie XX wieku, najliczniejszy na ziemiach polskich. Tak! My wszyscy (prawie, z nielicznymi wyjątkami błękitno krwistych) raczej z kmiecia, rolnika – z chłopa my raczej. A nie ze stanu szlacheckiego (jak się wielu wydaje), czy z tej jej wyższej emanacji, tej upper class – czyli z arystokracji. I ten stan chłopski, uciemiężony w I Rzeczypospolitej i sprowadzony do stanu niemal niewolnictwa, poprzez zapisy tej niby postępowej Konstytucji 3 maja, nie otrzymywał nic. Jakąś niejasną obietnicę poprawy bytu jedynie. Ta Konstytucja ten stan petryfikowała. Czyli chciała po wsze czasy utrwalić model społeczeństwa poddanych – chłopów, bez praw oraz ich panów, mogących z nimi zrobić wszystko.
Sławić więc tej Konstytucji nie ma za co. I ja tego robić nie chcę.
Nawet mnie zatem nie martwi to, że młodzi Polacy na jej święto (a więc i na nią samą) zobojętnieli. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: ideologiczne podstawy tych świąt stały się Polakom obojętne.
Można by tu napisać bardzo, bardzo dużo jak zdewaluowało się Święto 1 maja, czyli Święto Pracy, ale to zostawiam sobie jako temat innego artykułu – o naszej młodzieży, której wmówiono, że najlepiej jest pracować na umowę zlecenia. A nie na umowę o pracę.
Cóż zatem robić?
Niestety, ideały nie działają. Świat nie jest idealny. Połóżmy więc nacisk na praktyczne korzyści. Otóż:
Drodzy Rodacy! Chcecie mieć zawsze swoje święto grilla i sześciopaku piwa? Jak najdłuższe? Okej! Da się zrobić!
Proponuję to pragnienie Rodaków wykorzystać.
Mianowicie: naciskajcie kochani Polacy na swoich posłów i senatorów, aby uchwalili nową konstytucję i nazwali ją Konstytucją 2 maja. Tę konstytucję wprowadzającą w Polsce konkretny system władzy – system prezydencki.
Wtedy ten drugi dzień maja będzie nowym świętem: świętem Konstytucji 2 Maja oraz Flagi RP. I stanie się, jako tak ważny dzień, świętem państwowym oraz ustawowym dniem wolnym od pracy.
Proponuję zapisać wtedy także, w samej nowej Konstytucji (lub jej nowelizacji), to, co dziś jest jakby pewnym pierwowzorem i zapisane jest już np. w Kodeksie pracy. Tam, jeśli zdarza się, że kalendarz płata figle i święto, jako dzień wolny od pracy przypada w sobotę (co do zasady zawsze przecież i tak wolną od pracy), to pracodawca musi pracownikowi zapewnić inny dzień wolny (aby pracownik tego święta niejako „nie tracił”). Tyle, że niekoniecznie od razu – ma to pracodawca zrobić do końca okresu rozliczeniowego, czyli ma na to nawet miesiąc albo i dwa lub trzy – zależy jak długo taki okres rozliczeniowy trwa u danego pracodawcy (stanowi o tym art. 130 § 2 K.p.).
W tej nowej Konstytucji byłoby to ujęte ściśle. Czyli, że jeśli te omawiane tu święta (to jest dni 1, 2 i 3 maja, albo nawet tylko jeden z nich) przypadają na sobotę lub niedzielę, to wtedy, zamiast takiego „utraconego” dnia (lub dni), wolne dni świąteczne przypadają w kolejne majowe dni robocze – tak aby tworzyły razem – z dniami 1, 2 i 3 maja – jeden nieprzerwany ciąg wolnych dni. Mamy wtedy zawsze (wraz z weekendem) 5 dni wolnych pod RZĄD! I mamy to, o co wszystkim chodzi najbardziej: wolny od pracy czas.
Szaleństwo grilla i piwa!
Oraz Konstytucję, wg której prezydent mianuje zarazem swój rząd i stoi na jego czele.