Wszyscy zdrowi?

Tytuł powinien przyciągać czytelnika. Pomyślałem sobie, że zdrowie to jest temat, który nam wszystkim jest bliski. Nieobecny wprawdzie w naszej codzienności, bo… No właśnie: bo jesteśmy zdrowi. Nieobecny dopóki…

Ten artykuł będzie trochę o naszej służbie zdrowia. Ale to tylko punkt wyjścia do generalnej tezy, o którą mi chodzi. Od początku, odkąd zacząłem pisać te artykuły, to ich „myślą przewodnią” jest niezgoda na wojnę, zbrojenia, bezsensowną militaryzację Polski. I kilka tych moich tekstów na ten temat już jest. Wszystkie antywojenne. Wszystkie z przesłaniem pacyfizmu. Każdy ma inny tytuł. Uważam bowiem, jak napisałem wyżej, że tytuł może przyciągać, zatem starałem się, aby każdy z nich był odrobinę intrygujący (np. „Czołg i patefon”), z czymś się kojarzący (np. „Wojna i pokój”), albo zaciekawiający niecodzienną umiejętnością (np. „Snajper”). Tak, aby potencjalny czytelnik pomyślał sobie: „Może jednak otworzę, zobaczę, o czym tam napisano?”

Ale właściwie to każdy mój artykuł powinien mieć jeden i ten sam tytuł: „STOP WOJNIE! Rozmowy pokojowe!”. Tak, aby się ta teza utrwaliła. Nawet bez czytania tekstu. Także wtedy, gdy ktoś czyta tylko tytuły. Może od następnego felietonu zacznę stosować ten właśnie, jedynie słuszny, tytuł?

Wszyscy zdrowi? Takie pytanie zadajemy czasem. Najczęściej w gronie trochę dalszej rodziny. Jest to pytanie do krewnych, z którymi nie widzimy się na co dzień. Pytanie zdawkowe. Liczymy, że wszystko jest w porządku i już przechodzimy do ciekawszych spraw. Zmieniłeś samochód? Na przykład. Właśnie tak a propos samochodów, przepiszę trochę danych, które znalazłem w motoryzacyjnym tygodniku „Motor”, który czytuję dość często. Numer 11/2024, z marca 2024 roku. Zawarto tam taką, dobrą myślę, informację dla nas – użytkowników dróg i chodników. Tytuł notki: „Ma być bezpieczniej”. Cytuję:

W ramach Programu Bezpiecznej Infrastruktury Drogowej na lata 2021-2024 do lutego br. zrealizowano 444 inwestycje. Powstało m.in. 82,6 km chodników, 39,4 km ścieżek pieszo-rowerowych i 3434 oświetlenia przejść dla pieszych. Zbudowano też 72 tzw. azyle dla przechodzących przez jezdnię, 114 zatok autobusowych oraz 39 lewoskrętów. Na przejściach dla pieszych powstało 96 sygnalizacji świetlnych. Program trwa – łącznie obejmie ponad 1000 inwestycji (m.in. rond).

Tak, ta informacja pewnie nikogo z czytających, szczególnie tych, którzy jeżdżą po Polsce samochodami, specjalnie nie zdziwi. W ostatnich latach dziurawe drogi to w zasadzie już tylko złe wspomnienie. Coraz więcej mamy w kraju dróg ekspresowych, które łączą już nawet bardzo odległe punkty A i B. Urlopowa podróż z południa kraju (gdzie mieszkam) na północ, nad Bałtyk, taką drogą S-3 na przykład, to bezproblemowe kilkaset kilometrów w kilka godzin. Jest dobrze. Już. A jak widać z tych planów rozbudowy infrastruktury drogowej, właśnie w tym roku ma być dopiero zakończona reszta (ponad połowa) tych inwestycji przewidzianych na lata 2021-24. Zatem będzie jeszcze lepiej. Dodam do tego jeszcze jeden pozytyw, o którym mówią mi moi znajomi, podróżujący często samochodami za granicę i mający stąd wiele porównań: nasze toalety przy stacjach paliw, w MOP (Miejsca Obsługi Podróżnych) przy autostradach i drogach ekspresowych, są czyste! I to podobno bardziej niż w Niemczech. Nawet! Pod koniec 2021 r. w Polsce było 231 takich obiektów.

Przez pryzmat samochodowej podróży, nawet na drugi koniec Polski, jawi się nam ten nasz kraj jako coraz bardziej przyjazny, wygodny. Siedzimy już w dobrych samochodach. Jest wręcz komfortowo. Ale uważajmy! Jakiś błąd za kierownicą, jakiś fatalny zbieg okoliczności, pech i…. Pomimo tych coraz lepszych i bezpieczniejszych dróg, lądujemy w szpitalu (o ile przeżyliśmy). Albo do tego szpitala sprowadza nas po prostu: choroba i konieczność poważnego leczenia. Albo starość i związana z tym niewydolność. 

Takich pozytywnych informacji, jak te o drogach, o naszej, polskiej ochronie zdrowia nie przeczytamy. Raczej tylko o trudnościach, problemach, niedostatkach. Politycy zresztą skrzętnie unikają tej problematyki. Bo i nie ma się tu czym pochwalić. Drogi, ronda, obwodnice. A to co innego! Często widujemy jak przecinają ci nasi śliczni politycy wstęgę na uroczystym otwarciu. Swoją drogą (skoro o drogach mowa): co za komiczna to scena! Każdy jeden z nożyczkami, (bo każdy chce być ważny!). Widzieliście? I tną tę wstęgę na małe kawałki.

Ale czy widzieliście, żeby w ostatnich kilku latach otwarto gdzieś nowy szpital, przychodnię chociaż jakąś?

Oczywiście chodzi mi o publiczną służbę zdrowia – prywatne kliniki powstają. Tylko, czy tzw. zwykły obywatel ma pieniądze, aby się tam leczyć? Pytanie retoryczne.

Zatem w przypadku, gdy coś się nam stanie, coś z naszym zdrowiem, będziemy skonfrontowani z obiektami podległymi Narodowemu Funduszowi Zdrowia. 

I tu nagle zimny prysznic. Mało powiedziane. Dramat! Dramat nie tylko choroby, leczenia, być może operacji (oby udanej), ale dramat samego pobytu w polskiej publicznej placówce służby zdrowia.

Przeżywa go właśnie moja mama, lat 92. Miała lekki udar. Tylko dzięki pomocy nieznajomej, empatycznej osoby, została podniesiona i doprowadzona te kilkanaście metrów, do budynku i do jej mieszkania. Wezwano Pogotowie Ratunkowe, które w końcu zabrało ją do powiatowego szpitala. Najpierw jednak panowie ratownicy medyczni nie bardzo chcieli ją tam zawieźć. Cytuję, to co mówili, gdy przyjechali „do przypadku”: „Prawie 100 lat…”, „A czy Pani chce do szpitala?”. Takie pytanie do osoby, która przed kilkudziesięciu minutami osunęła się na chodnik przed budynkiem (poszła wyrzucić śmieci), a w tej chwili ma nieustabilizowane wysokie ciśnienie i objawy udaru, m.in. mówi, że nie może chodzić. Słychać, że ma trudności z mówieniem. Widać, że wyraźnie zmieniona jest jedna połowa twarzy. 

Starsi czytelnicy, tu zwracam się do was szczególnie, do seniorów: nie liczyłbym za bardzo na wolę ratowania waszego życia, jeżeli macie tych lat życia już sporo (ja zresztą też już „gram” w tej lidze). Tu kłania się problem natury ogólnej. Podobno poziom kultury społeczeństwa oceniać można właśnie na podstawie stosunku do ludzi starych. I do zwierząt. Mam wrażenie (graniczące z pewnością), że z tym drugim jest w Polsce dużo lepiej. Pozdrawiam wszystkich „ochroniarzy” i tak liczne NGO-sy walczące o zaniedbane konie, psy, koty i inne biedne zwierzaki! 

Taki był wstęp. Ale dobrze. Pierwszej pomocy chorej osobie udzielono i jesteśmy już w szpitalu. To Pogotowie Ratunkowe i bezpośrednio potem szpital, określiłbym jednym mianem jako bliskie spotkanie trzeciego stopnia z medycyną pierwszego kontaktu. Według definicji bliskie spotkanie trzeciego stopnia to kontakt z obcą formą życia. Tu też będzie chodziło o nie znaną formę życia – w szczególności o życie w szpitalu. Nie znane większości nam – ludziom jeszcze zdrowym…

Na sali 6 osób. Łóżko przy łóżku. I tu można zrozumieć sanitariuszy z Pogotowia Ratunkowego. Ich nie wita się w zatłoczonych szpitalach uśmiechem, gdy przywożą kolejnego pacjenta na hospitalizację. Wiecie chyba o tym, drodzy Czytelnicy, że z powodu tej marności naszej służby zdrowia, co jakiś czas zdarza się takie przepełnienie, iż szpitale w danym mieście (albo i szerzej – w całej okolicy) ogłaszają blokadę: czyli, że już nie przyjmują! Wtedy Pogotowie wiezie rannego lub chorego gdzieś dalej. Aż gdzieś przyjmą. Że w tym czasie pacjent „zejdzie”? Zdarza się. Jak ktoś to nagłośni, to nawet można o tym poczytać lub chwilę poekscytować się tym, oglądając w TV wiadomości. A ile jest takich „cichych przypadków”? 

Zwykle, gdy „wszyscy zdrowi”, to o tym nie myślimy, mianowicie o tym, co nas spotka w szpitalu.

No to wam opowiem pewną ciekawostkę. Przynajmniej dla mnie, więc może i dla was, którym nie były dane do tej pory pobyt lub wizyty w szpitalu. Na sali szpitalnej jest „koedukacja”. Tak! Panie i panowie leżą sobie razem! Zdziwiłem się, bo dawno nie odwiedzałem szpitali. A kiedyś, gdy mi się to zdarzało, zawsze na jednej sali były albo kobiety, albo mężczyźni. Ta norma już nie obowiązuje! Jak to wygląda w praktyce. Ano tak, że jak pacjentkę z jakichś powodów trzeba rozebrać z koszuli, to inni mogą sobie popatrzeć. Jak się czuje taka kobieta, obnażona przy obcych mężczyznach? Pozostawiam to pytanie bez odpowiedzi, bo chyba każdy sobie potrafi dać sam odpowiedź. A ty, mężczyzno, jak się będziesz czuł, gdy będą cię cewnikować przy „całej sali”? Wiem, a raczej mogę się domyślać (bo mnie to było oszczędzone do tej pory), że w ciężkim stanie te „drobiazgi” przestają być ważne. Ból, rozpacz z powodu często nagłej utraty zdrowia, mogą przesłonić te sprawy, które w normalnym stanie są ważne, czyli pewną naturalną potrzebę intymności, np. przy czynnościach fizjologicznych. Potrzebę (podobno przyrodzonej) godności ludzkiej.

Młody mężczyzna leżący na tej sali, gdzie jest moja mama, płakał. Chyba był też po udarze, bo jego trudności z mówieniem wskazywały na to. Drugi młody facet (odwiedzający go) trzymał go za rękę. Może brat? Tak to wyglądało – że chce go jakoś pocieszyć, bo ten leżący na łóżku zupełnie się rozkleił. Ale zwróciło moją uwagę z kolei to, że jego łóżko było ustawione prostopadle do znajdującego się pod ścianą łóżka młodej dziewczyny. Odległość między tymi (i innymi) łóżkami taka, że w miarę szczupły człowiek ledwie się między nimi przeciśnie. Trochę bardziej „grawitacyjnie obciążeni” (tak obowiązująca poprawność nakazuje podobno eufemistycznie określać tych, których kiedyś nazywano grubymi) między łóżkami na tej sali się nie przecisną. Niepełny metr. Tak, że gdy ten młody człowiek tam leżał to, jak to się mówi, „centralnie” miał widok na tę dziewczynę. Ona, tak na oko około dwudziestoletnia. Gdy się w nocy na takiej męsko-damskiej sali „rozkopiesz” niechcący, to inni mogą mieć ciekawy widok. Może nawet bezsenną noc?

Ale żarty na bok. Chyba każdy z nas oczekuje, że pomimo iż jest w szpitalu „zredukowany” do roli pacjenta, do „przypadku”, to jednak pozostaje nadal człowiekiem, który chciałby mieć to minimum przestrzeni, w której jest jego jakby azyl. Tego w polskich szpitalach często nie ma. Zdziwiony tym, co zastałem zajrzałem do „internetów”, aby dowiedzieć się, czy to tylko ja mam takie obiekcje w stosunku do tego, co zobaczyłem na tej sali. Otóż nie! Nie tylko mnie się to nie podoba. Służę przykładami. Gdy zadałem googlowi pytanie na ten temat, to pierwsze dwa artykuły, które mi przysłał miały takie tytuły: „W szpitalu jak w dworcowej poczekalni” oraz „Pacjenci pozbawieni godności”. Zjawisko nie jest nowe. Pierwszy artykuł jest z 2007 roku. Co wtedy napisano? Ano, to co i ja powyżej. Proszę, początek tego materiału z portalu „Gdańsk nasze miasto” jest taki:

(…) tego już prawie nie było, ale teraz wraca ze zdwojoną siłą: wspólne sale w szpitalach dla kobiet i mężczyzn! Dodatkowe łóżka wciśnięte w wąskie korytarze.

A dalej:

Takiego upokorzenia jak w szpitalu na …. nie przeżyłyśmy nigdy. (…) ciężko chorą siostrę umieszczono na sali razem z kilkoma mężczyznami. Kobieta doznała szoku. (…) Odmówiła korzystania z basenu.

Dość cytatów. Dalej jest tylko gorzej. Dla mnie wstrząsające są te opisy. A także głosy internautów, którzy podają też w komentarzach do tego typu artykułów swoje doświadczenia z tą szpitalną damsko-męską koegzystencją. Także traumatyczne. Mniejsza o nazwę tego opisywanego szpitala. Chodzi o Gdańsk, tyle powiem. Kto chce, to sobie znajdzie ten, czy inny podobny artykuł. Ja też nie umiejscawiam szpitala, o który mi tu chodzi, bo jak się okazuje to tylko przykład – jeden z wielu. Napiszę tylko, że ten „mój” jest po przeciwnej stronie Polski, na południu kraju.

A więc problem jest „jak Polska długa i szeroka”.

I od 2007 roku nic się nie zmieniło. Jakieś standardy unijne miały wejść w życie. Mamy rok 2024, przypomnę. (Nota od autora: w momencie pisania tego artykułu: 2024; w momencie publikacji tego artykułu na blogu anty-bohater.pl: 2025) I nic się nie zmieniło! Czyżby zatem to był unijny standard? W takim razie sprzeczny z wiedzą. Pani dr nauk medycznych, psycholog kliniczny, której opinia przytaczana jest w tym artykule stwierdza jasno, że człowiek chory „(…) bardziej niż zdrowy oczekuje wsparcia i opieki ze strony otoczenia. Staje się też bardziej wrażliwy na to, że otoczenie narusza przestrzeń, która gwarantuje mu poczucie bezpieczeństwa. Przyjmuje się, że taka przestrzeń, potrzebna w relacjach z innymi, obcymi ludźmi jest w promieniu 3,5 metra”. I tak dalej. Mądre stwierdzenia pani psycholog, która absolutnie neguje praktykę istniejącą w naszych szpitalach i kończy słowami opisującymi reakcję chorego na takie warunki: „Obniża się jego instynkt przetrwania. (…) Człowiek którego podstawowe potrzeby, w tym potrzeba szacunku i intymności nie są respektowane, przestaje sobie radzić z chorobą”.

To jeszcze coś z drugiego artykułu. Ten z tytułem o pacjentach pozbawionych godności. Tekst z 2018 roku. A zatem mówimy tu o stanie chronicznej zapaści polskiej służby zdrowia. Czyżby o stanie nieuleczalnym? Na ten temat napiszę parę słów na zakończenie. To będzie moje stanowisko w tej sprawie.

Najpierw jednak o tym, co wyczytałem w tym drugim artykule. Jest tam też o relacjach międzyludzkich, o standardach odnoszenia się do pacjentów. Ale to osobny (wielki!) problem. Ja tu koncentruję się na tym jednym fakcie polegającym na umieszczaniu kobiet i mężczyzn we wspólnej sali. Napotykam na opis sytuacji, w której pacjentce pielęgniarka ma zrobić EKG. I ta pacjentka jest rozebrana do pasa. A jednocześnie w tej samej sali siedzi gość, mężczyzna, który przyszedł do innej pacjentki. Sprzęt do EKG akurat nie działa. Pielęgniarka próbuje go uruchomić. Pacjentka cały czas rozebrana. Cała sytuacja trwa kilkanaście minut. Tu pojawia się temat parawanu, który (przynajmniej) w takiej sytuacji można by ustawić. Ale jak stwierdza Naczelna Izba Kontroli (NIK), który przeprowadza w szpitalach kontrole, w tym zakresie panuje „powściągliwość”. W niektórych szpitalach rozstawiano je między łóżkami na czas umówionej wizyty kontrolerów NIK. A wcześniej były chowane w magazynach. Potem zresztą też.

Jeszcze jeden cytat z tego artykułu, mały fragment z podsumowania: „Na razie zatem wiele sal szpitalnych to pola walki o szacunek (…)”. O szacunek dla człowieka, dodam.

I co ja na to wszystko? Już mówię: wściekłość mnie ogarnęła gdy zobaczyłem, co mojej mamie zaoferowała polska służba zdrowia. Moja mama, tak się akurat składa, była zawodowo związana z tą służbą zdrowia, przez 43 lata wykonując zawód pielęgniarki, w tym tzw. oddziałowej, przełożonej zespołu pielęgniarek. Chyba wtedy, za tego socjalizmu, tak nam dziś obrzydzanego przez media, było jednak lepiej. Przynajmniej pod względem opieki zdrowotnej.

My, teraz, już przyzwyczailiśmy się do terminów badań wyznaczanych na przyszły rok kalendarzowy, w grudniu.

-A jak ja do tego czasu umrę? – pyta pacjent.
-To się Pana „wygumkuje” – odpowiada pani w rejestracji. – Dlatego wpisuję pana nazwisko ołówkiem.

I nie życzę tego nikomu.

Ten współczesny, mało śmieszny dowcip, zna chyba większość z nas. Ale nie wszyscy mieli (na szczęście) tę wątpliwą przyjemność leżeć jako pacjenci na takiej opisanej wyżej sali w szpitalu. 

Do wielu spraw związanych z mizerią polskiej medycyny zdołano nas już przyzwyczaić. Nie protestujemy! Przyjmujemy to jak ten przysłowiowy „dopust Boży”: tak chyba musi już być. Rządzący są już na tyle bezczelni, że nie obawiają się wcale, że do opinii publicznej przenikają informacje, iż ten i ów z prominentów właśnie leczy się za granicą. Ostatnio takie informacje podawano o byłym Ministrze Sprawiedliwości. Lecznica Rządowa w Warszawie, bo tak się chyba nazywa nadal klinika zarezerwowana dla naszych władz, już im nie wystarcza. A sądzę, że nie ma tam męsko-damskich sal. Od mojej mamy, której zdarzyło się kiedyś w ramach podróży służbowej być tam na szkoleniu i zwiedzić ten obiekt wiem, że miał on poziom nie znany zwykłym, przeciętnym, obiektom służby zdrowia. Nasi „włodarze” jadą sobie jednak, jak sądzę, na zachód, aby tam w standardach unijnych ratować, przedłużać swoje życie. Nam nie proponują już nic. Jak to się po chrześcijańsku mówi? Zostańcie z Bogiem. Chyba tylko w nim nasza, zwykłych ludzi, nadzieja. 

Jednak ja widzę rozwiązanie bardziej przyziemne. A naprawdę możliwe.

Ile to my mamy teraz wydawać na te zbrojenia? 4% Produktu Krajowego Brutto (PKB). Tak nam głosiła poprzednia i tak głosi też aktualna ekipa rządowa. Obie dumne z tej liczby (słownie: 4 procent). Taka część naszych podatków ma być przeznaczana na zakup czołgów, samolotów, jakichś okrętów wojennych pewnie też (choć te ostatnie akurat najmniej są dla ew. obrony Polski potrzebne). Jak się okazało we wrześniu 1939 r. jedynym ich zadaniem bojowym było dotarcie do Anglii, aby potem służyć Anglikom i ich Royal Navy). Jeszcze raz powtórzę: 4 procent PKB mamy wydawać na zbrojenia, na armię, podczas gdy średnia unijna, czy też średnia dla państw NATO, to chyba tylko połowa z tego, około 2 procent. My, kraj na dorobku, chcemy pokazać innym, że można! A nam społeczeństwu mówi się, że z tego mamy być dumni!

Ja, proszę Państwa nie jestem dumny. Jestem upokorzony tym, co widziałem sam w szpitalu, w którym leży moja mama. Te obrazki odrapanych ścian szpitalnych sal, z jakąś pradawną malowaną lamperią. Ci leżący chorzy, przewożeni na zabiegi, czy badania, na odkrytych wózkach między poszczególnymi budynkami poniemieckiego jeszcze szpitala. Przykryci byle jak, jakimś kocem, który mocny wiatr, jeszcze marcowy, hulający na tej przestrzeni, zawiewa im na oczy. Nikt tego koca nie poprawia – jedziemy dalej! 

Nikt też z naszych polityków nie stara się niczego zrobić z tą „krótką kołdrą” polskiej służby zdrowia. Chyba cieszą się dobrym zdrowiem. A w razie czego wyjadą na leczenie za granicę. Ich stać. Albo załatwią, że za nich zapłaci Narodowy Fundusz Zdrowia. Za nas nie zapłaci. Wyobraźmy sobie jednak, że z tych dumnych 4% PKB na zbrojenia, przeznaczamy połowę, czyli 2% na służbę zdrowia. Dodatkowo do tego, co teraz. Nie jestem ekonomistą, ale mówimy tu o wielkich liczbach. O wielkich pieniądzach, które zmieniły by warunki naszego życia. Dość upokorzeń opisanych w tym artykule. Skończyłyby się, gdyby takimi kwotami dofinansowano polską opiekę zdrowotną.

Naprawdę nie potrafimy sobie tego wyobrazić? Naprawdę wszyscy zdrowi? Chyba nie! Zapraszam zatem do szpitala. Bo chyba chorzy jesteśmy, skoro akceptujemy to, co nasze władze z nami robią. 

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry