Już za niecały miesiąc będzie w kalendarzu dzień 8 maja, który jest datą zakończenia drugiej wojny światowej. W tym dniu nastąpiła kapitulacja Niemiec. Kiedyś to dzień 9 maja 1945 r. był obchodzony w PRL jako Narodowe Święto Zwycięstwa i Wolności. Tę datę celebruje również Rosja. Także dzisiejsza. Do 2015 r. i Polska miała święto w tym dniu, ale Instytut Pamięci Narodowej zaprotestował: jego oficjalne stanowisko w tej sprawie podkreślało, że jest to wynik presji narracji rosyjskiej i niedopuszczalne jest, aby dalej tak miało być. Bo nie było to pełne wyzwolenie. Itd., itp.
Przy czym spór, 8 maja 1945 r. czy 9 maja 1945 r., wynika z faktu odmiennych stref czasowych. Podpisanie aktu bezwarunkowej kapitulacji Niemiec nastąpiło w Berlinie 8 maja 1945 r. o godz. 22:43 czasu środkowoeuropejskiego (akt wszedł w życie o godz. 23:01), czyli 9 maja o godz. 00:43 czasu moskiewskiego.
Mniejsza o to, czy 8 maja, czy 9 maja – ale czy w ogóle ktoś zechce ten dzień w Polsce uczcić?
Gdy to piszę jest sobota i niedziela – 12 i 13 kwietnia 2025 r.
Nie trzeba było kiedyś o tej dacie – Zakończenia Drugiej Wojny Światowej – nikomu przypominać. W PRL (czyli w Polsce socjalistycznej, przed 1989 roku – przypomnienie dla ew. młodszych czytelników) ta historyczna rocznica była zawsze świętowana. Także pod nazwą „Dzień zwycięstwa nad faszyzmem”. W tym roku przypada taka rocznica już po raz osiemdziesiąty. Jest to zatem pewnego rodzaju „okrągły” jubileusz.
I zazwyczaj, gdy taka data się zbliża, media odnotowują dane wydarzenie poprzez artykuły, filmy, dokumenty, wywiady. Już na długo przedtem można zaobserwować wzmożoną aktywność w tym zakresie. Jednak na temat, który jest tytułem mojego artykułu, nie ma w mediach nic. Panuje milczenie!
Sztuczna inteligencja odnotowująca moją aktywność w internecie powinna mi właśnie takie tematy podsuwać, zgodnie z moimi zainteresowaniami. Ale nic związanego z tą rocznicą na razie na „moim” YouTubie się nie pojawia. Zapytałem kolegę, który jak to się mówi „siedzi” w internecie, czy on np. na YouTube lub w TV napotkał teraz na materiały związane z 80. rocznicą wybuchu drugiej wojny światowej? Odpowiedział mi, że nie. Poza tym w jego domu często jest oglądany program TVN24, ma zatem także wgląd w to, co przekazują tzw. media telewizyjne. I też zaprzeczył. O tej rocznicy nic nie ma. To symptomatyczne! Świętujemy, celebrujemy, inaugurujemy różne obchody. A ta rocznica jest pomijana, jak na razie, milczeniem.
Postanowiłem więc sobie, że napiszę kilka stron, moich refleksji. Może zwrócę w ten sposób czyjąś uwagę na to, że szkoda, iż nie świętujemy już zakończenia tej wojny.
A ktoś powiedział, że w wojnie dobre jest tylko jedno (w każdej wojnie): mianowicie jej zakończenie.
Pewnie nie uda się mediom, tak zupełnie nic nie powiedzieć na ten temat, ale spodziewam się, że co najwyżej będą to nieliczne wzmianki. Może też połączone z krytyką Rosji. Będzie bowiem wyśmienita okazja, gdyż w Moskwie z pewnością odbędzie się wtedy wielka defilada wojskowa, która tradycyjnie odwołuje się do zwycięstwa Związku Radzieckiego nad hitlerowskimi Niemcami. Oraz oczywiście z tej okazji będzie przemówienie Władimira Putina.
To są te „mity założycielskie”, których każde Państwo potrzebuje, na bazie których buduje się wspólnotę narodową, tożsamość. Nasz wschodni sąsiad przez prawie cały wiek XX-ty czcił Rewolucję Październikową, która zapoczątkowała istnienie pierwszego państwa (ZSRR), które próbowało zrealizować ideę socjalizmu. Gdy to się, wraz z upadkiem Związku Radzieckiego, skończyło, pozostał jednak inny etos: zwycięskiej walki nad faszyzmem. Dla Rosjan II wojna światowa, to „Wielka Wojna Ojczyźniana”. Zwycięstwo, które było triumfem nad hitlerowskimi Niemcami, których potęga militarna, wydająca się nie do pokonania, załamała się pod Moskwą i pod Stalingradem.
My w naszych mitach założycielskich mamy i króla Chrobrego (właśnie świętujemy 1000-lecie korony polskiej), mamy króla Jagiełłę, króla Sobieskiego i ileś tam bohaterskich powstań, gdy walczyliśmy o wolność z zaborcami, okupantami. Mniejsza o to, że przeważnie przegrane te powstańcze boje były. Ale dużo było w nich porywów ducha, idei, honoru. Miło to wspominać. W każdym razie można. I zasadniczo: z godnością.
Ukraina, chcąc zaistnieć jako niepodległe państwo też potrzebowała tych mitów założycielskich. Niestety nic tam dobrego, w ich historii, poza Banderą nie było. Z ich punktu widzenia był to jednak bojownik o wolność. I mamy to, co mamy: naszych sąsiadów zindoktrynowanych ideą, którą my Polacy postrzegamy przez tragiczne doświadczenie mordów, jakich Ukraińcy dokonali na Wołyniu na Polakach i innych narodowościach.
To trudna rocznica, ten 9 maja 1945 roku.
Przecież i wielu Rosjan rozumie chyba, że w ten sposób, świętując to zwycięstwo, nie można pominąć też zwycięskiego wodza, Józefa Stalina, który wtedy przewodził ZSRR. A ta postać, wódz Stalin, w ocenie reszty świata, niemal zrównana jest z wodzem Hitlerem. Obaj mają na sumieniu miliony istnień, z ich nazwiskami kojarzą się nam te złowieszcze nazwy: obóz koncentracyjny oraz łagier i gułag – miejsca zaplanowanej i metodycznie realizowanej eksterminacji. Miejsca likwidacji przeciwników politycznych, ludzi uznanych za przedstawicieli niższych ras, ludzi uznanych za wrogów. Wrogów osobistych lub tylko wrogów ich idei, które miały zapanować nad światem: narodowy socjalizm i komunizm.
Rocznica jest trudna i dla innych narodów, w szczególności dla Polaków, którzy zwycięstwo Armii Czerwonej nad Niemcami, w drugiej wojnie światowej, wiążą zarazem z tym, że jak to się określa, w 1945 r., po zakończeniu okupacji niemieckiej, Polska wpadła pod okupację sowiecką. I prawdziwe wyzwolenie nastąpiło dopiero wraz z zakończeniem istnienia PRL, czyli w 1989 r.
Dopiero wtedy, według tego co się teraz mówi i naucza, znowu zaczęła istnieć niepodległa Polska. Po średniowiecznej i trwającej w wiekach następnych, niemal aż do końca XVIII wieku, przedrozbiorowej I. Rzeczpospolitej, mamy zatem krótki okres międzywojennej II. Rzeczpospolitej, datowany umownie na okres lat 1918-1939. A dopiero od 1989 roku znowu mamy naszą, niepodległą, już III. Rzeczpospolitą. Niepodległą? Tak naprawdę? Dzisiejszy artykuł nie dotyczy tej kwestii. Warto jednak „przepracować” ten temat. To jest nawet niezbędne, abyśmy wreszcie zaczęli mówić „swoim głosem”.
Taka jest obowiązująca, w tzw. III RP, narracja. PRL była wg niej jakimś „bękartem Jałty” i ten okres do naszej niepodległości nie ma być zaliczany…
Przez pryzmat takiego postrzegania historii, rok 1945 i zwycięstwo nad faszyzmem oraz zakończenie drugiej wojny światowej, rzeczywiście nie są powodami do radości.
Warto przypominać jednak, że nawet ta, według, pewnie większości, obecnych historyków i polityków, ułomna po roku 1945 egzystencja naszego kraju – Polski i nas Polaków, jako narodu, była w ogóle możliwa tylko dzięki temu, iż druga wojna się zakończyła i hitlerowskie Niemcy zostały pokonane.
Jaka miała być bowiem nasza przyszłość według tego okupanta? Żadna!
Od 1939 roku, gdy władze sanacyjne, które z pewnością spełniały wszelkie warunki, aby je nazwać reżimem i dyktaturą, uciekły z kraju pozostawiając naród na pastwę okupanta, Polski jako państwa nie było. Rząd londyński można postrzegać w kategoriach pewnej symboliki i przywiązania do wartości – ale nie jako realny ośrodek władzy, z siłą sprawczą. Owszem był ten rząd na emigracji wygodny dla mocarstw, momentami przydatny – i dlatego istniał.
Natomiast Polacy, pozostali na terenach przedwojennej Polski, okupowanych przez Niemcy i ZSRR, jako naród mieli przestać istnieć! Przynajmniej taka była doktryna III Rzeszy, realizowana w latach 1939-45 praktycznie: przez masowe rozstrzeliwania, codzienny terror, obozy koncentracyjne, prace przymusowe powiązane z wywożeniem do Niemiec, wytępienie inteligencji i utrzymywanie społeczeństwa na poziomie edukacji ograniczonym do pierwszych klas szkoły podstawowej. Stalin w realizacji tych założeń unicestwienia narodu polskiego, Niemcom w istotny sposób pomagał (Katyń, wywózki na Sybir).
W 1945 roku zakończyła się ta martyrologia narodu Polskiego. Ktoś powie, że nie, nie zakończyła się, gdyż w stalinowskich więzieniach ginęli „Żołnierze Wyklęci”, że nie mieliśmy prawdziwej demokracji, itd. Ale ja tego nie kwestionuję! Chcę tu powiedzieć tylko tyle (i aż tyle!), że dzięki temu, iż w 1945 roku Armia Czerwona oswobodziła Polaków, przetrwaliśmy jako naród. Po prostu fizycznie i biologicznie mogliśmy nadal istnieć.
I nadeszło z tą datą, i jak do tej pory to trwa, właśnie te 80 lat pokoju! Dekad gorszych i lepszych, ale bez masowych grobów, bez zabijania niewinnych ludzi. Mówię tu ogólnie. Proszę nie przywoływać, jako kontrę do tego stwierdzenia: ofiar stalinizmu, wypadków grudniowych (1970 r.), ofiar stanu wojennego (1981). Tak, to się zdarzyło, ale proszę wybaczyć przywołanie tu tego stwierdzenia, ale zachowując pamięć i cześć dla tych ofiar, powiem jednak jeszcze raz w odniesieniu do tej kwestii, że „rzecz leży w proporcjach”. Udało nam się uniknąć wojen, także wojen domowych. One mogły skończyć się nieporównanie większą liczbą ofiar.
Proszę oderwać się też od „błędów i wypaczeń”. Oczywiście były. Ale można też spojrzeć inaczej: kilka pokoleń Polaków, począwszy do 1945 roku, wychowywało się w spokoju. Rodzice cieszyli się z narodzeń dzieci, dorośli mieli pracę, ludzie żyli w spokoju. Dzieci uczęszczały do szkół. W tej, z takim sentymentem i nostalgią opisywanej Polsce przedwrześniowej, nie było to powszechne…
Powiem więcej: chronicznie obrażeni na Rosjan za zabranie nam Wilna i Lwowa i całych Kresów, niech przez chwilę przypomną sobie (lub dowiedzą, bo często nie mają tej świadomości), jak nabrzmiała była sytuacja na tych terenach, gdy już w latach 30-tych ubiegłego wieku do głosu doszły nacjonalizmy, w szczególności nacjonalizm ukraiński. A to nie jedyna narodowość, z którą koegzystencja w II. Rzeczpospolitej nie najlepiej nam się udawała. To zbieg okoliczności, ale dane nam zostało po wojnie państwo jednonarodowe, pozbawione konfliktów na tym tle. Obecnie to państwo chyba żegnamy, niestety. Mając już kilkumilionową „diasporę” ukraińską i przybyszów z Azji i Afryki – stale wzbierającą falę imigrantów, za chwilę będziemy mieli te same problemy co Francja i Niemcy. Chyba właśnie teraz żegnamy tę jednolitą narodowo Polskę. I to z żalem. Ja na pewno. Choć trochę się jeszcze łudzę, że może przynajmniej Ukraińcy będą rozsądni i po doświadczeniach jakie mieli tam u siebie na Ukrainie z banderyzmem, zechcą tu w Polsce żyć spokojnie, pokojowo i nie będą kultywować tej idei. Człowiek wciąż się łudzi…
To wszystko, co pozwoliło nam Polakom, w miarę szczęśliwie przeżyć 80 lat, zapoczątkował rok 1945 i zakończenie drugiej wojny światowej.
I teraz spójrzmy na to trochę życzliwiej, niż nam się nakazuje. Spróbujmy także poszerzyć pole widzenia: 9 maja 1945 r., to nie tylko zwycięstwo ZSRR, ale całej koalicji antyhitlerowskiej i wszystkich tych żołnierzy, którzy walczyli z Hitlerem i jego sprzymierzeńcami. Także naszych polskich wojsk – zarówno tych idących wraz z Armią Czerwoną, jak i tych na Zachodzie Europy, które wraz z Amerykanami i Brytyjczykami przez Francję, Holandię, dotarły do Niemiec, lub żołnierzy, którzy walczyli we Włoszech.
Rocznice wielkich bitew, okupione tysiącami ofiar, jak lądowanie aliantów w Normandii czy słynna bitwa o Monte Cassino – świętujemy. One mają rzeczywiście znaczenie szczególne: te zwycięstwa, to „kamienie milowe” na szlaku do Berlina. To także historie o bohaterach – tych, co przeżyli i tych, co tam zginęli.
Naprawdę chcemy jednak pominąć milczeniem datę, która wiąże się ze słowem POKÓJ? To słowo powinno być dla nas najważniejsze.
Napisałem kilka wersów wyżej, aby podejść do tego dnia pozytywnie, a nie tak jak nam się nakazuje. Nie bez podstaw. Wszelkie oceny dotyczące wyzwolenia Polski w 1945 r. są od lat mniej więcej tak formułowane, iż ich tezą jest stwierdzenie, że w 1945 roku nastąpiło tylko rzekome wyzwolenie. Służę przykładem, który zjawił mi się w google jako pierwszy, gdy czegoś tam o tej omawianej rocznicy tam szukałem. Narracja jest wciąż ta sama: weszli tu krasnoarmiejcy i gwałcili wszystkie kobiety, a kto chce cokolwiek dobrego o tych żołnierzach powiedzieć, jest sympatykiem komunizmu. Tak, w sumie delikatnie, określano takie osoby jeszcze kilka lat temu. Z chwilą wejścia wojny ukraińsko-rosyjskiej w fazę jawną (bo wcześniej przed opinią publiczną ukrywano, iż walki zbrojne toczą się na Ukrainie już od 2014 r.) tj. od 24 lutego 2022 r. osoby, które powiedzą coś pozytywnego o Rosjanach określa się „ruską onucą”.
Niech przykładem tej obowiązującej narracji będzie ten artykuł z portalu „Ciekawostki historyczne.pl” opublikowany 18.04.2017 r., pt. „10 faktów o rzekomym wyzwoleniu Polski, które otrzeźwią największych sympatyków komunizmu”. Sprzeciwiając się tezom głoszonym wcześniej („Przez pół wieku władza ludowa robiła wszystko, by zaszczepić w Polakach dozgonną wdzięczność za uwolnienie spod niemieckiej okupacji”) autor przedstawia nam rzeczywistość. W 10 punktach, których tytuły tu przytoczę:
- Rano ratowali, nocą gwałcili.
- Czerwonoarmiści okradali Polaków i plądrowali ich domostwa (…)”.
- Krasnmoarmiejcy masowo rekwirowali żywność, zupełnie nie licząc się z potrzebami Polaków.
- Nawet szeregowi żołnierze Armii Czerwonej zupełnie lekceważyli polskie władze.
- Na „ziemiach odzyskanych” szykanowali i dyskryminowali Polaków, wyróżniając Niemców.
- Grabili powracających z Niemiec więźniów i robotników przymusowych, w tym również własnych rodaków.
- Dopuszczali się masowych gwałtów na więźniarkach i robotnicach przymusowych powracających do Polski.
- Zdemontowali i wywieźli z Polski ponad tysiąc zakładów przemysłowych.
- Podstępem rozbroili i aresztowali żołnierzy AK, którzy wcześniej wspólnie z nimi odbijali z rąk Niemców polskie miasta.
- Na terenie Polski stworzyli sieć obozów, przez które przeszło nawet 100 tys. Polaków
Punkty te są rozwijane, przytaczane są tzw. „świadectwa” osób, które wspominają te czasy i czyny.
Chcę się odnieść tylko do dwóch spraw.
Teza nr 1. Wojna jest bestialstwem, wyzwala w ludziach najdziksze instynkty. Nie tylko w „ludziach radzieckich” one się ujawniały. Ja sam wyżej napisałem, że „rzecz jest w proporcjach”, tylko że nie ma, z tego co wiem, rzeczowych, obiektywnych badań, jak to było z żołnierzami, np. US Army, którzy wkraczali na tereny hitlerowskie. A sam niedawno czytałem, fragment wspomnień Polaków wracających w 1945 r. z austriackiego Kaprun, gdzie byli wywiezieni przez III Rzeszę na roboty przymusowe do Austrii. Kraj ten był integralną częścią państwa Hitlera. Opowiedzieli, że gdy wkroczyli tam Amerykanie, to przez 3 dni amerykańscy żołnierze gwałcili wszystkie kobiety, nie tylko miejscowe. Po trzech dniach, na interwencję ich dowódców, gwałty ustały. Czyżby nie wiedzieli ci dowódcy, co robią ich dzielni amerykańscy chłopcy przez te 3 dni?
Znana jest historia z dziś rosyjskiej wsi Majakowskoje (Obwód Kalinigradzki), za czasów gdy należała do Prus Wschodnich, czyli do Niemiec i nazywała się wtedy Nemmersdorf. 21 października 1944 r. wkroczyli tam żołnierze Armii Czerwonej. Potem Niemcy z powrotem odbili tę miejscowość. Na miejscu zastali trupy ludności cywilnej. Ta nazwa stała się symbolem zbrodni dokonanych przez czerwonoarmistów na niemieckich cywilach, w tym także okrutnych gwałtów na kobietach. Po latach okazało się, że była to w dużej mierze goebbelsowska propaganda – sam Minister Propagandy Rzeszy kazał nakręcić spreparowany film o sadystycznych czynach Rosjan – aby straszyć tym filmem własny naród. Był ten film wyświetlany w niemieckich Kronikach Filmowych „Wochenschau” w całych Niemczech. I w ten sposób chciano zmusić ludzi do beznadziejnej obrony hitleryzmu do końca. Właśnie – aż do dnia 8 maja 1945 roku. I to się Gebbelsowi udało!
Prawda o tej „ustawce” wyszła na jaw w 2002 r. Do tego czasu mit Nemmersdorf zakorzenił się jednak w niemieckiej świadomości, znany jako „syndrom Nemmersdorf”.
Nie wszystko, co tak chętnie się powtarza o Rosjanach, jako gwałcicielach jest prawdą. W Nemmersdorf rzeczywiście Rosjanie zabili cywili, ale nie zgwałcili kobiet. Publikowane w prasie hitlerowskiej fotografie były kłamstwem. Zostały zaaranżowane.
To jeden z aspektów tej trudnej kwestii: jaka jest mianowicie prawda? I przypomnieć trzeba znane powiedzenie, że prawda jest pierwszą ofiarą każdej wojny.
Ale niewątpliwie masowe gwałty były. Gwałtu, żadnego, nic nie usprawiedliwia. Jednak pytania można stawiać. Dlaczego Rosjanie tak robili? A w jaki sposób traktowali Rosjan Niemcy? Owi „Czerwonoarmiejcy”, jak się ich też, z pewną dozą pogardy, w Polsce nazywa, szli często od samej Moskwy. Na zachód, w pochodzie za cofającym się wrogiem: armiami Wehrmachtu, oddziałami Waffen SS. Szli wyzwalając zajęte wcześniej przez Niemców tereny ZSRR. Widzieli spalone wsie, zabitych i torturowanych ludzi, często członków ich własnych rodzin. Nie staram się tłumaczyć Rosjan. Chcę tylko powiedzieć, że wojna jest paskudna. A ofiarami propagandy o charakterze goebbelsowskim jesteśmy niejednokrotnie także dzisiaj. Przypomnijmy sobie te wszystkie informacje z frontu ukraińsko-rosyjskiego i komentarze mediów tzw. main-streamu. Podburzanie narodu czy do wojny, czy do obrony za wszelką cenę, poprzez pokazywanie, co potrafi zrobić najeźdźca (koloryzując dodatkowo ten przekaz medialny) jest zawsze skuteczne!
Teza nr 8. Te wywiezione zakłady. Nie wczytywałem się, ale wiadomo: takie stwierdzenie brzmi dobrze. (dla tezy: źli Rosjanie). Okradli nas! Jednak należy uwzględniać i nie wiem, czy ta liczba (te 1000 zakładów przemysłowych) dotyczy tzw. „Ziem Odzyskanych”, czy całej obecnej Polski? Należy tu mieć na uwadze, iż ziemie niemieckie, np. Górny i Dolny Śląsk Rosjanie traktowali jako ziemie wroga podlegające reparacjom wojennym. Nie jest to w każdym razie takie wszystko jednoznaczne, jak to się próbuje nam przedstawiać. Ale nie wnikając już w te kontrowersje… Pozostawiając to historykom do dokładnego wyjaśnienia.
Uważam i tak, że powinniśmy cieszyć się i świętować dzień 8 maja 1945 r. jako dzień Nastania Pokoju.
Dzień zwycięstwa, to także historie, które wiążą się z życiem konkretnych ludzi. A często niestety ze śmiercią. Nie każdy doczekał dnia pokoju. Te cmentarze wojenne…
Choćby dla uczczenia tych, którzy zginęli, powinniśmy pamiętać, że najszczęśliwszym dniem jest dzień zakończenia wojny. I może najlepiej jest, do czegoś przekonywać, poprzez konkretne przykłady jednostkowych losów. Nie wskazując na wielkie liczby, na przykład zabitych, poległych, którzy oddali życie, aby wywalczyć życie innym. Te wielkie słowa często nie trafiają do wyobraźni. Zbyt abstrakcyjne są te setki tysięcy, te miliony ofiar. Ale opowieść o konkretnym człowieku?
Usłyszałem tę opowieść, jak to się mówi „ładnych parę lat temu”, więc nie pamiętam dobrze szczegółów. Opowiedział mi ją, nieżyjący już teraz mieszkaniec mojego rodzinnego miasta, z którym w czasach mojej młodości licealnej (lata 70-te ubiegłego wieku) grałem czasem w siatkówkę. Wieczorami w sali gimnastycznej LO grali rekreacyjnie „old-boy’e” – takimi dla mnie, wtedy nastolatka, byli ci ok. 30-40-letni panowie. My, wtedy jeszcze młodzi, uzupełnialiśmy którąś z ich drużyn, bo zazwyczaj nie mieli pełnych składów. Po latach spotykam tego znajomego w zakładzie, gdzie wtedy pracowałem. Coś tam załatwiał i o coś mnie zapytał. A przy okazji rozmowa towarzyska. To był koniec sierpnia lub początek września. Mówię, że właśnie wróciłem z urlopu, nad Bałtykiem, jechałem tak turystycznie, innymi, bocznymi drogami. Przez takie miasta jak Wałcz, Piła. Sporo było tam miejsc pamięci tzw. Wału Pomorskiego. Czyli przede wszystkim cmentarzy wojennych. Pomniki i cmentarze poległych w walkach w II. wojnie światowej. Jakoś tak na ten temat zeszła ta rozmowa. Mówiłem mu, że mnie zainteresowały te mijane nekropolie. Duże, bardzo duże… I miałem nawet ochotę zatrzymać się i coś obejrzeć, ale w aucie córki (wtedy jeszcze dziewczynki), żona też nie bardzo się historią interesuje, trasa długa, więc pojechałem dalej. A on na to, że zna większość tych cmentarzy, przeszedł je, wypatrując, czy nie ma tam grobu jego ojca, który zginął jako żołnierz, tuż przed końcem II wojny światowej.
Ten mój znajomy był małym dzieckiem, miał tylko rok lub dwa, gdy ostatni raz widział swojego ojca, który w roku 1942 czy 1943 wyruszył do polskiego wojska tworzącego się w ZSRR (ten szlak bojowy od Lenino…). Ojca więc nie pamiętał. On sam i jego matka zostali na wschodzie, gdzieś na Syberii. Byli tam wywiezieni przez Rosjan, z dawnych polskich Kresów. Do Polski wrócili dopiero w latach 50-tych. Takie „polskie drogi”. Zaraz po wojnie dowiedzieli się tylko tyle, że ojciec zginął. Później, już w Polsce, odwiedził ich jakiś towarzysz walki ojca i opowiedział, jak to było.
Mniej więcej taka to historia: Byli żołnierzami na froncie. Wiosną 1945 r. armia radziecka i II armia Ludowego Wojska Polskiego stały już w rejonie Wału Pomorskiego, czyli hitlerowskich umocnień terenowych, bunkrów itp., mających zagrodzić Armii Czerwonej drogę na zachód. Zbliżała się kolejna ofensywa. Na Berlin. Drużyna zwiadowców wyszła na rozpoznanie w kierunku linii wroga. Siedzieli na skraju lasu, ukryci, każdy za „swoim” drzewem. Czekali. Dłużyło się. Postanowili zapalić. Jeden z nich, nie miał „ognia”. Więc ojciec mojego znajomego wyciągnął do niego rękę z zapalniczką, czy z papierosem do odpalenia. Wychylił się wtedy trochę zza tego osłaniającego go drzewa. Padł strzał. Zginął na miejscu. Trafił go prawdopodobnie niemiecki snajper. Zwiadowcy wycofali się, ciało musiało zostać. I tak się stało, że nie wiadomo gdzie (czy w ogóle?) został jego ojciec pochowany. Mój znajomy, jego syn, gdy już był dorosły, szukał informacji o tym w archiwach MON-u w Warszawie. Nic nie było. Wtedy przeszukiwał te cmentarze, mając nadzieję, że natknie się na tabliczkę, napis, z nazwiskiem ojca. W 1990 r., gdy już upadł ZSRR, pojechał nawet do Moskwy, aby szukać w tamtejszych archiwach wojskowych, ale tam chyba go nie wpuszczono…
Taka jednostkowa historia. Taka banalna śmierć. Można ponuro zażartować, że nałóg palenia jest zgubny. Ale ja byłem wtedy poruszony tą historią z innych powodów. Znam te piękne tereny Pojezierza Drawskiego – gdzieś tam zginął ten człowiek. Właśnie wiosną. Może było tak jak w tej pieśni Bułata Okudżawy, która ma tytuł „Piosenka o piechocie”:
Wybaczcie piechocie,
że tak nierozumna, że braknie jej tchu.
My zawsze w pochodzie,
gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu.
Jak długo tak można?
Bezdroża, mokradła i błoto, i piach,
i wierzba przydrożna
jak siostra pobladła zostaje we łzach.
Nie wierzcie pogodzie,
gdy deszcze trzydniowe zaciągnie wśród drzew.
Nie wierzcie piechocie,
gdy w pieśni bojowej odwaga i gniew.
Nie wierzcie, nie wierzcie,
gdy w sadach słowiki zakrzyczą co sił –
wy jeszcze nie wiecie,
co komu pisane i kto będzie żył.
Uczyłaś ojczyzno,
że żyć trzeba umieć i słyszeć twój głos…
Kolego mężczyzno,
a jednak niezgorszy przypada ci los.
My zawsze w pochodzie
i tylko to jedno nas zrywa ze snu:
dlaczego w pochodzie,
gdy wiosna nas ziemią szaleje od bzu?
Dlaczego w odwrocie,
gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu?
Dlaczego ginąć, gdy jest już wiosna i za miesiąc, może dwa, będzie 8 maja 1945 roku? Będzie podpisany akt kapitulacji Niemiec. I będzie można wrócić do swoich, do rodziny…
O tym wtedy myślałem. I o tych wielkich cmentarzach wojennych.
Najbliższy taki mam we Wrocławiu, na Krzykach. Choćby z szacunku dla tych, którzy polegli, warto nadać odpowiednią rangę tej 80. rocznicy. I przestać prowadzić narrację, że wojna za wszelką cenę, że Rosjanom nic nie zawdzięczamy.
Gdybyśmy prowadzili mądrą politykę przyjaźni, a przynajmniej równej neutralnej sympatii do wszystkich naszych sąsiadów…
Proszę sobie wyobrazić, że gdybyśmy chociaż uhonorowali tych poległych Rosjan (i Polaków walczących z nimi ramię w ramię), przez nadanie odpowiedniej rangi tej rocznicy, to już zdobylibyśmy przychylność wielu milionów zwykłych Rosjan, dla których ta ich nazwa tej II. wojny światowej – Wielka Wojna Ojczyźniana – jest częścią składową ich poczucia tożsamości. My tu w Polce naszą własną tożsamość narodową odmieniamy przez wszystkie możliwe przypadki. Czy nie możemy uznać, uszanować, tożsamości naszych sąsiadów? W pokonaniu Hitlera i w zakończeniu wojny (każdej!), nie ma nic złego.
I chyba lepsza taka tożsamość, wiążąca się z wyzwoleniem Europy spod jarzma hitleryzmu, niż ta tożsamość, do której wprost nawiązują władze innego naszego sąsiada – Ukrainy. Tej tożsamości, czyli mówiąc wprost banderyzmu, nie chcemy chyba wspierać? Ale nasze władze milczą i każą nam o tym milczeć, bo „musimy wspierać Ukrainę”. Nie! Musimy tylko wspierać Pokój!
Nigdy więcej wojny!
I nie przez zbrojenia prowadzi droga do bezpieczeństwa, jak to nam wmawiają nasi politycy. Propagowanie idei siły i wojny, militaryzacja może wręcz sprzyjać konfliktom, zarówno przez zwiększone ryzyko wybuchu wojny, jak i poprzez utrudnienie procesu negocjacji i zakończenia istniejących konfliktów.
Wojna na Ukrainie już mogła się zakończyć. Tylko, niestety, „kolektywny Zachód”, już teraz bez USA, postanowił właśnie, że dalej będzie utrzymywać ukraińską zdolność do walki.
Nie spodziewam się niestety, aby coś się zmieniło i zechciano jednak, u nas w Polsce, 8 maja 2025 roku świętować 80. rocznicę życia w Pokoju. Szkoda.

