Patriotyzm

Przyglądając się naszej obecności w Unii Europejskiej patrzę, jak wciąż w polskiej dyskusji politycznej omawia się temat tożsamości narodowej, patriotyzmu, potrzeby zachowania polskości, odrębności. Najczęściej w połączeniu z ostrzeżeniami i pretensjami, że Unia nas wchłonie, zunifikuje, odbierze tę tożsamość, rozluźni nasze więzy narodowe. 

Wciąż „Strachy na Lachy”. I obwinianie Unii. A fakty? 

To nie Unia relokowała do nas miliony emigrantów. Straszono nas tymi „kolorowymi”, przede wszystkim Muzułmanami. Ich inwazja jeszcze może nastąpi, ale do tej pory tak się nie stało. Natomiast, kierując uwagę polskiej opinii publicznej na te wszystkie pomysły Unii Europejskiej odnośnie wprowadzania obowiązku przyjmowania określonych kwot emigrantów, alarmując nasze społeczeństwo, omawiając wszystkie dotychczasowe akcje i reakcje dot. wysyłania do nas przymusowo emigrantów z zachodniej Europy, skierowano uwagę Polaków na tę emigracje spod znaku półksiężyca. A problemem staje się właśnie, dosłownie na naszych oczach, emigracja spod znaku Tryzuba.

Koncentrując uwagę opinii publicznej na tym, co proponowali Polsce urzędnicy unijni pragnący odesłać do nas część swoich przybyszów, zupełnie wyeliminowano w Polsce, jeszcze w latach „przed wojną” (przed wojną ukraińsko-rosyjską) dyskusję i namysł nad tym, co się stanie, jeśli nasz kraj zostanie zasiedlony przez przybyszów ze Wschodu. Konkretnie: przybyszów z Ukrainy.

A przecież już w chwili wybuchu otwartego konfliktu Ukraina-Rosja, czyli w dacie 24 lutego 2022 roku przebywało w Polsce około 2 miliony Ukraińców. Można było wtedy jeszcze o nich mówić „gastarbeiterzy”. Można było wtedy, przed tą wojną, jeszcze sądzić, że oni tylko tu popracują, zarobią pieniądze i wrócą do siebie.

Wrócą, tak jak Polacy, którzy w latach PRL-u zarabiali dobre niemieckie marki w RFN i dobre amerykańskie dolary w USA. A potem często wracali do Polski, by się tu „wybudować” i żyć trochę lepiej, niż można było za skromne „państwowe” wypłaty w PRL-u. Sytuacja Ukrainy, znacznie mniej rozwiniętej niż Polska i ze społeczeństwem raczej bardzo skromnie żyjącym, w porównaniu do Polski nawet (za wyjątkiem oczywiście oligarchów), pozwalała na traktowanie takich scenariuszy jako uprawnionych.

Ale 24 lutego 2022 r. rozpoczął się potop ukraiński. Mamy taką nazwę w naszej historii: Potop szwedzki. Wiadomo, z czym się nam to łączy: kraj zniszczony pożogą wojenną. Rabowany przez wiele lat podczas tej inwazji skandynawskich wojowników, kontynuujących łupieżcze wyprawy Wikingów. Skąd to określenie: „potop”. Przyjęło się, gdyż dobrze obrazuje, że Szwedzi podbili wtedy całą centralną Polskę, jakby „zalali” ją swoimi wojskami. Choć w istocie rzeczy był to po prostu zwycięski pochód ich armii.

Rzeczpospolita już nigdy potem nie była tak silna, jak wcześniej, przed tym szwedzkim potopem. A jaka będzie ta aktualna Polska, opisywana jako Trzecia Rzeczypospolita, gdy osiedlą się tu już wszyscy Ukraińcy, mający taki zamiar?

Już za niedługi czas obecny potop ukraiński osiągnie apogeum. Prawdopodobnie osiągnie, chyba że wprowadzimy blokadę na naszej wschodniej granicy. I nie tylko tam – bo przecież do Polski można też wjechać „na około”, poprzez granice objęte układem Schengen, gdzie kontroli granicznych nie ma. To apogeum będzie w chwili zakończenia działań wojennych i demobilizacji ukraińskich sił zbrojnych. 

Proszę zwrócić uwagę: nie ma żadnych legislacyjnych, ani administracyjnych przygotowań odnośnie tego, co niewątpliwie  nastąpi. Znowu wszystko odbędzie „na żywioł”. Jak w 2022 roku. 

Chciałbym, abym się kompletnie mylił. Ale jednak, w tej chwili, ważą się losy przyszłej Polski. Czy będzie nadal krajem względnie dobrze rozwijającym się, bez dramatycznych konfliktów społecznych, czy odwrotnie: czy te konflikty znowu się rozpoczną. Tym gorsze, że nie będą to już trochę wyimaginowane „waśnie plemienne”, między zwolennikami PO, a tymi po stronie PIS. Scena polityczna została podzielona w zasadzie na dwie części, lewą i prawą. To były jednak, to są, tylko spory o wartości. O nasze relacje do nowoczesności i do tego, co w dyrektywach zaleca nam Unia. Spory o aborcję, o pryncypia, a wśród nich o stosunek do katolicyzmu i Kościoła. O ekologię tak lub inaczej rozumianą. A jeśli Polacy po 1989 r. wychodzili protestować na ulice, to tylko w sprawach ekonomii bezrobocia, płac. Czasem wzburzenia powodowały jakieś ustawy, gdzie np. internauci lub rolnicy widzieli w nich zagrożenie, czy to w związku z z cenzurą i inwigilacją w sieci, czy z dostępem do rynku rolnego.

Nie mieliśmy natomiast sporów narodowościowych!

I tak naprawdę nikt się tej drugiej strony sceny politycznej, serio, nie bał. Odmienne poglądy nie groziły unicestwieniem. W granicach prawa były jednak te nasze relacje i te nasze dotychczasowe spory w III RP.

Tym razem grożą nam jednak spory na tle narodowościowym. A te są okrutne. I trwają latami: Irlandia Północna, Kraj Basków, Katalonia. A także i Szkocja. Już nie pamiętamy? Tam było we wrześniu 2014 roku szkockie referendum niepodległościowe w sprawie odłączenia się od Wielkiej Brytanii! I wynik tego referendum przesądził o pozostaniu Szkocji w ramach Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. 

Wyobrażacie sobie takie referendum w Polsce? Nie? A za jakiś czas, gdy Ukraińcy będą mieli tutaj już swoją partię polityczną, gdy np. w pewnych powiatach w Małopolsce osiągną już większość? Telewizję swoją już podobno mają. W tych dniach otwierana jest jakaś tego typu stacja w Polsce. 

Kiedyś (przed II. wojną światową), ten polski Lwów, ten „Leopolis semper fidelis” miał ok. 50 % ludności polskiej. Tak wyglądały proporcje ludnościowe w II Rzeczypospolitej: im dalej na wschód tym Polaków w składzie narodowościowym było mniej. Na Kresach wschodnich Polaków, wg danych z 1939 r., było tylko 43,1%.

A dziś mówi się, że do Wrocławia, w którym liczbę mieszkańców szacowano na ok. 600 tysięcy, już przybyło 150 tys. Ukraińców! Ta struktura ludnościowa będzie się zmieniać w naturalny sposób – Ukraińców będzie przybywać. Już nie tylko migracja. Także dynamika demograficzna! Po każdej wojnie obserwowano wyż demograficzny. Najpierw przybyły tu matki z dziećmi. Teraz dotrą ich mężowie, partnerzy, ojcowie. Te nastolatki, które przybyły tu z matkami, za chwilę będą już zakładać tu swoje własne rodziny. 

Wspomniane referendum może się ziścić. Niektórzy już dziś prognozują takie sytuacje. Poszukajcie w internecie: poważni publicyści przestrzegają, że tak może się stać: Ukraińcy założą swoją partię i staną się siłą polityczną zdolną przejąć władzę w Polsce.

W tej chwili, w marcu 2025 r. wojna na Ukrainie, być może, dzięki USA, zmierza chyba jednak ku końcowi. 

Wbrew absurdalnym, dla mnie, posunięciom polskiej ekipy rządowej, która igra z sojuszem polsko-amerykańskim. Na który to sojusz, jako na gwarancje naszego bezpieczeństwa, powołuje się polska „postokrągłostołowa” klasa polityczna od czasu przystąpienia Polski do NATO. I nie szanując wysiłków prezydenta Donalda Trumpa, który właśnie czyni wszystko, aby wojnę przerwać, nasz rząd jest znowu w pierwszym szeregu europejskich podżegaczy wojennych. Oto przykłady tych działań, tylko z początku marca 2025 r.:

  • „Wyliczanka” premiera Donalda Tuska przed wylotem na rozmowy w Londynie, gdy „stwierdzał, że „500 milionów Europejczyków, prosi 350 milionów Amerykanów o obronę przez 140 milionami Rosjan” – miało to nam Europejczykom uzmysłowić jakąż to potęgą (niby…) jesteśmy. Tylko że wrócił premier z Londynu i już inaczej „śpiewał”. Mianowicie, że Stany Zjednoczone są „kluczowe” w zakresie stabilizacji sytuacji na naszym kontynencie (jednak, panie Premierze?). „Koledzy” z Unii uświadomili naszemu „Kmicicowi”, że europejskie szabelki, to nieco zbyt mało. A poza tym i nikt aż taki „wyrywny”, jak polscy politycy, już do obrony Ukrainy nie jest. Era Bidena się skończyła. Pomału dociera do przywódców Europy Zachodniej, że wiatr historii się zmienił. Tylko polskie wyżły myśliwskie jakby zatraciły węch. I przykładem na to jest ta dostawa czołgów, o której poniżej.
  • 5 marca 2025 r., gdy Amerykanie właśnie wstrzymują wszelkie dostawy broni na Ukraine, a nawet wsparcie w zakresie danych wywiadowczych – czyli paraliżują zdolności wojenne Ukrainy, czytam, że „Polskie czołgi dotarły do Ukrainy”. Do Kijowa dotarła partia zmodernizowanych czołgów T-72 wysłanych przez Polskę. Według nieoficjalnych doniesień w liczbie ok. 60 sztuk. Co komentowane jest tak: „Liczba wysłanych wozów bez problemu powinna pokryć straty w tego typu sprzęcie, co najmniej z ostatnich dwóch miesięcy”. Ani wzmianki o tym, kto za to zapłaci. Darowizna. Czyli: zapłaciliśmy już my, Polacy. To sformułowanie „wg nieoficjalnych doniesień” urąga jawności życia publicznego i Polakom – których pieniądze wydawane są bez żadnej ich zgody. Czy w budżecie RP na 2025 rok, jest pozycja „czołgi dla Ukrainy”? Wielomilionowe decyzje finansowe powinny być w ustawie budżetowej – podstawie prawnej dla takich działań. Inaczej działania są bezprawne. Retoryczne pytanie. Czy mamy jeszcze państwo prawa? I drugie pytanie, bardziej dramatyczne: czy mamy jeszcze Państwo?

Wykosztowała się Polska na tę wojnę, tak jakby to była rzeczywiście nasza wojna. A nią nie jest. Choć przez trzy lata taka narracja panowała. Teraz Polacy, w kampanii prezydenckiej, wysłuchują od niektórych kandydatów na ten urząd, słów krytyki skierowanych wobec Ukraińców, a nawet Ukrainy jako takiej. Nagle, po trzech latach, dowiadują się, jacy ci Ukraińcy są źli. Często od tych, którzy jeszcze niedawno „owijali się w ukraińską flagę” – jak to obrazowo określił jeden z tych kandydatów; też dziś krytyczny wobec polityki władz Polski wobec Ukrainy.

Nasze rządy, wobec przybyszów z Ukrainy, stosują wręcz niczym nie ograniczone rozdawnictwo z naszego budżetu.  W ludziach wzbiera złość.

Ujawniać zaczęto informacje też o tym, że a to gdzieś jakiś napad, a to podpalenie. Najpierw sprawcami byli często Gruzini. Tylko skąd oni do nas przybyli? Czyż nie z Ukrainy? Aktywistka z Ukrainy, ta sama która kiedyś w tym amoku rusofobii zebrała brawa od Polaków za zaatakowanie rosyjskiego ambasadora w Warszawie czerwoną farbą, teraz już się tak nie podoba. Gdy w mediach, niemal wprost, grozi Polakom zamachami i podpaleniami. Wtedy nie poniosła za ten czyn żadnych konsekwencji. Obecnie jest ona już podobno obywatelką Polski (także). Więcej: podobno będzie „twarzą” tej ukraińskiej telewizji w Polsce.

Gdy się nie szanuje ambasadora – a szczególnie chroniona pozycja takich osób jest tradycją prawa międzynarodowego, gdy zapomina się, za co w kraju prawym, jakim przedstawiają nam historycy Polskę Jagiellonów, dzielnego Zbyszka z Bogdańca chciano dać pod topór katowski, to takie są później efekty. Gdy się nie dba o przestrzeganie prawa. I o obyczaje. Przypomnę: Henryk Sienkiewicz w powieści „Krzyżacy” opisuje scenę, gdy zapalczywy Zbyszko, zobaczywszy rycerzy z białymi płaszczami i czarnymi krzyżami rusza na nich z włócznią i mieczem – młokos nie mający świadomości, że poselstwa obcych państw są pod absolutną ochroną.

Przez trzy lata trwającej wony na Ukrainie uczono nas nienawiści. Rzucano na stronę rosyjską oskarżenia bez dowodów, łamano podstawowe humanitarne i prawne zasady. Takie w szczególności jak: wysłuchać obydwu stron, aż do wydania prawomocnego wyroku osoby oskarżone traktować jako osoby niewinne (domniemanie niewinności). A nie dających się usunąć wątpliwości nie tłumaczyć na niekorzyść oskarżonych. 

Jak ciężko będzie zobaczyć ludzi w tych, którzy do tej pory określani byli jako wrogowie. Jakże ciężko będzie też powrócić do prawdy. 

Przykładem takich wątpliwości których do tej pory obowiązująca narracja nie chciała widzieć jest ta słynna Bucza – miasteczko pod Kijowem, gdzie podobno Rosjanie dokonali mordu na ludności cywilnej. To ponura historia, bo ludzie rzeczywiście zginęli. Dziś przedstawiana jest jednak także inna wersja wydarzeń. To nie Rosjanie zabili tych cywili. Rosjanie wycofali się mianowicie stamtąd bez walki. Do miasta weszli z powrotem Ukraińcy. I w pierwszych dwóch dniach po odzyskaniu miejscowości nikt nie widział tam tych trupów na ulicach. Nikt o nich nie wspominał! Dopiero później pojawiła się ta hiobowa wieść. Jak to było możliwe? Kto tu ma rację? Kto jest mordercą? Można posłuchać w internecie wielu relacji. 

Logika przedstawianych faktów (udokumentowanych) wskazuje, że opinia publiczna świata została okłamana. Nie wiadomo jednak, czy zostanie ta zbrodnia kiedykolwiek wyjaśniona. To taki współczesny Katyń.

Ale jedno jest oczywiste już teraz. Przez trzy lata wspierano w społeczeństwach Europy dzikość: zabić, zniszczyć, „wdeptać w ziemię”, Putin zbrodniarz! I wróg był jeden: Ruscy! Posunięto się aż do tego, że przekreślono całą kulturę rosyjską, która jest przecież istotną częścią kultury europejskiej, ba! Światowej! Tak jakby chciano wykreślić z historii świata takie nazwiska jak Puszkin, Dostojewski, Czajkowski. Na Ukrainie burzono pomniki wspaniałych rosyjskich pisarzy, a jednocześnie stawiano pomniki Banderze. A polskie media o tym kulcie banderyzmu milczały.

I co teraz? Nie kochamy już przybyszów z Ukrainy? A tak każdemu serduszko rosło, gdy jechało pół Polski na wschodnią granicę, by im pomagać. Wtedy w lutym, w marcu, 2022 roku.

Z jednej skrajności w skrajność? Teraz już same złe rzeczy o nich? O Ukraińcach. I to kto? Kandydaci na Prezydenta RP. Ci kandydaci, to powinna być nasza elita. Nasi mądrzy przedstawiciele. Nasi zrównoważeni przywódcy. Autorytety moralne.

Nawet, jeżeli sobie właśnie gorzko zażartowałem, bo próżno wśród naszych aktualnych polityków jakichś autorytetów szukać, to jednak powinniśmy zadbać o absolutne minimum. Czyli o co? Postawię to pytanie tak: 

Czy w tej sytuacji, w jakiej się po tych trzech latach wojny na Ukrainie znaleźliśmy, nie powinniśmy jednak postępować ostrożnie i wyjątkowym wyczuciem? 

Mamy w tej chwili w Polsce kilka milionów tzw. uchodźców. Niektórzy nazywają ich „nachodźcami”. I najprawdopodobniej z większością z nich, a może nawet z jeszcze większa ich liczbą, przyjdzie nam stale tutaj żyć. Tu, w Polsce. I oby „Polska była Polską”, jak śpiewamy w znanej piosence. Bo zagrożeń jest dużo. Proszę zajrzeć do „internetów”: ile tam scenariuszy! Np. takie: Wrócą z frontu „bojcy” – do swoich żon, partnerek, matek, przyjadą. Do Polski przyjadą. Wrócą, bo przestrzegać trzeba choćby słynnej humanitarnej zasady „łączenia rodzin”. Zatem oni tu zamieszkają. A składy rozszabrowanej broni (z tej pomocy „kolektywnego Zachodu”) już tu z pewnością są. Wystarczy jakieś ognisko zapalne na linii Polacy-Ukraińcy i już rozróby gotowe. Mało, nie tylko jakieś tam gangsterskie porachunki! O powstaniach się już prorokuje! Proszę posłuchać różnych polityków i znanych publicystów w internecie. Oni o tym już mówią.

I dziś, gdy kandydaci na polskiego prezydenta, kierują swe krytyczne uwagi wobec Ukraińców, zastanówmy się, czy na tym należy budować popularność? Jeden z tych kandydatów nawet pojechał na Ukrainę, do Lwowa, tam zrobił nagrania i sesje zdjęciowe przy pomnikach Bandery i przy Muzeach czy Miejscach Pamięci i kultu banderyzmu. Dla niektórych może to być „odwaga”, zdecydowanie i oni poprą takiego „watażkę”. Szczególnie młodzi. Dla Polaków, tych młodych, którzy Ukrainę postrzegali do niedawna zupełnie ahistorycznie – ot, kraj sąsiedni, wprawdzie nie w Unii, ale można tam jechać, jak wszędzie – Ukraina to zwykły kraj. Tyle mniej więcej o Ukrainie wie pokolenie urodzone po 2000 roku. Wszystkie meandry naszych relacji na przestrzeni wieków są im zupełnie nieznane. Te kwestie polsko-ukraińskie, nazwijmy je krótko „Wołyń”, są skomplikowane. I być może coraz mniej zrozumiałe. A o dekadę starsi Polacy, wciąż z pokolenia nic już nie mającego wspólnego z tą historia naszą bolesną, wiedzą coś więcej może, ale tylko ciut więcej – o ile im coś opowiedzieli rodzice, dziadkowie. 

Tym bardziej dla młodych Ukraińców, których z kolei wychowywano w kulcie Bandery & Comp., jako ich bojowników o wolność i samostanowienie Ukrainy. Polskie traumy związane z Wołyniem czytelne nie są. Oni o Banderze i Szuchewyczu słyszeli tylko jako o bohaterach ich kraju. Dla nich np. jeden z tych polskich „mitów założycielskich”, te słynne „dzieci lwowskie” to po prostu młodzi ludzie strzelający do Ukraińców. A te walki o Lwów, to nie bohaterstwo (Polaków), tylko udaremnienie im założenia własnego państwa już wtedy, w 1918 roku.

I nagle teraz, wspomniani kandydaci na Prezydenta RP ruszyli z edukacją narodu. Bo to może zwiększyć słupki popularności, poparcia. Dla ostrego kandydata. 

Można skwitować lepiej później, niż wcale, tylko, że chyba już za późno na tzw. „splendid isolation”. Nie będzie już tak, iż my Polacy możemy sobie egzystować w swoim wyłącznie kraju, krzewić tu ultrapatriotyzm, bo przecież w końcu wszyscy tu jesteśmy Polakami, to nasza historia i basta. A oni są tam, za granicą. W takim razie niech tam, u siebie, mają tę swoją historię. Oni, Ukraińcy, i inne nacje, są jednak już tutaj! I często trudno rozpoznać, czy ci, z którymi rozmawiamy, to swoi, czy ci obcy… Młode pokolenie Ukraińców w Polsce bardzo szybko uczy się mówić w języku polskim tak dobrze, bez akcentu nawet, że język przestanie być kryterium, po którym się poznaje Polaka.

To wprost niesamowite, że większość osób zarejestrowanych kandydatów na urząd prezydenta RP, która była w taki lub inny sposób związana z polskim duopolem partyjnym, nic do tej pory nie zrobiła, aby sprawy relacji polsko-ukraińskich uporządkować. A dziś „odkrywają” zagrożenia! Rejestrowani kandydaci, za wyjątkiem takich osób jak pan Maciej Maciak, którego Komitet Wyborczy dopiero o tę rejestrację walczy, najczęściej albo są, albo byli, w kręgach dotychczasowej władzy. I są odpowiedzialni za stan dzisiejszy.

Czasem udają tylko, że nic ich z tym PO-PISem nie łączy. 

A łączy! Przykład: kandydat PISu, który formalnie do tej partii nie należy. To zresztą kolejne „udawanie głupiego” – udawanie „niezależności” wbrew faktom. Jak w ogóle uwierzyć w cokolwiek, gdy kampanię zaczyna się od takiej, mówiąc kolokwialnie, „ściemy”? Czyli: dajemy wam „niezależnego” kandydata!

Teraz wszyscy ci, „zasłużeni” dla chorego politycznego polskiego systemu, próbują się przedstawić społeczeństwu polskiemu jako politycy rozsądni, mądrzy, przewidujący. Gdzie oni byli i gdzie był ich potencjał myślowy, gdy 2022 r. wystarczyło tylko postępować zgodnie z prawem: zarejestrować przybyszów jako uchodźców. Wprowadzić jasne zasady i obwieścić je wszem i wobec: zostajecie na czas konfliktu. Po jego zakończeniu musicie wrócić do swojego kraju. I tyle!

Nic sensownego nie stworzono. Nawet tych Ukraińców nie policzono. Jeszcze raz zwyciężyło słynne polskie powiedzenie: „Na koń się siędzie i jakoś to będzie!” Mamy takie „zawołanie” narodowe, niestety. Wciąż wybrzmiewa. Cytaty z Tuska na lotnisku to chyba nowa odsłona tej tradycji. Niechlubnej! Mierzenia siły na zamiary.

Co do roli Ukraińców w naszym kraju, widzę proste rozwiązania, o których nikt nie mówi.

  • Po pierwsze: pilne ustalenie, ilu tych obcokrajowców jest teraz w Polsce. Ileż bowiem można słuchać tych ciągłych spekulacji, czy Ukraińców jest tutaj milion, a może dwa? Czy może pięć milionów? A może jeszcze więcej? Pierwszym działaniem powinien być zatem narodowy spis powszechny. Potrzebny z różnych względów, a na pewno po to, by zweryfikować te dane statystyczne, które są. A te, których nie ma – uzyskać!
  • Druga rzecz: skoro nie wykonano tego wtedy, to należy to zrobić teraz: ustalić status wszystkich obcokrajowców w Polsce. Jeżeli człowiek nie ma polskiego obywatelstwa, to kim on jest, pod względem statusu wobec Polski, w której zamieszkuje? Gościem na wizie turystycznej, rezydentem z Unii Europejskiej, który wybrał nasz kraj do stałego zamieszkania, gastarbeiterem, czy w końcu uchodźcą, w szczególności z Ukrainy? Dwie ostatnie kategorie (gastarbeiterzy oraz uchodźcy) wiążą się właśnie z Ukraińcami, gdyż wciąż się podkreśla, że przed 24 lutego 2022 r. mieliśmy także już miliony przybyszów z Ukrainy. Właśnie, ilu? Mówi się o milionie-dwóch, którzy przybyli tu do pracy. To nie są zatem stricte uchodźcy! Jak ci, co przybyli od chwili rozpoczęcia otwartego konfliktu na Ukrainie. Być może wszyscy oni powinni być jednak teraz już zakwalifikowani jako uchodźcy. I z chwilą zakończenia działań wojennych, zaprowadzenia pokoju, powinno stać się jasne, jakie będą kryteria odnoszące się do ich prawa, lub braku prawa, dalszego pobytu tutaj.

Co innego krytyka obecnej, zdegenerowanej rzeczywiście Brukseli, a co innego uporządkowanie we własnym kraju, samodzielnie, spraw związanych z tzw. uchodźcami. Przez co rozumiem zapewnienie im godnych warunków do pracy i życia, ale nie bezwarunkowe zrównanie ich w prawach z Polakami. Dobrym przykładem jest uregulowanie dostępu do polskich emerytur. Podczas gdy obywatele polscy swoje emerytury wypracowywali przez lata i nadal wypracowują, to po decyzjach polskiego parlamentu i rządu Ukraińcy podobno mogą je dostać u nas już po udokumentowaniu jednego miesiąca zatrudnienia tutaj, w Polsce. I pobierać to świadczenie  w wysokości znacznie wyższej niż przysługuje im na Ukrainie. Oczywiście dopłacamy do tego my wszyscy. Skoro wprowadziliśmy taki bałagan, to spróbujmy z niego wyjść.

A co do idei patriotyzmu, od której zacząłem ten artykuł, to wszyscy w Polsce powinni tę kwestię przemyśleć. 

Moim zdaniem nie ma już w naszym kraju miejsca na wspieranie idei ultrapatriotyzmu, a przede wszystkim na zrzucanie na inne nacje odpowiedzialności za wszelkie zło, które Polskę spotyka. A także na wywoływanie niechęci do obcokrajowców. Nie ma też już miejsca na dotychczasowe, skoncentrowane, np. w zakresie historii najnowszej, na polskiej drodze do niepodległości, nauczanie historii. Do naszych szkół uczęszczają setki tysięcy obcokrajowców! 

W jednym z moich poprzednich artykułów, wysunąłem ryzykowne stwierdzenie, że patriotyzm jest dobry, by ukształtować społeczeństwa w ten sposób, aby potem można było zarobić na wojnach, na które się te społeczeństwa wyśle. Ryzykowne, bo w Europie, od drugiej połowy XIX wieku trwa, jak na razie wciąż obowiązujący, model patriotyzmu, jako cnoty najwyższej. I w naszym kraju mamy wielu rodaków, którzy każdego wysuwającego najmniejszą wątpliwość, co do tego, iż taki model wychowania jest najlepszy, gotowi są „odsądzać od czci i wiary”. A nawet unicestwiać.

Ultrapatriotyczne wychowywanie społeczeństw, które przyniosło już fatalne skutki na polach bitew I. wojny światowej, a apogeum miało w czasach II. wojny, nie było cudownym środkiem na osiągnięcie szczęśliwości.

Bo cóż to jest szczęśliwość, cóż jest szczęściem świata? Jest nim Pokój.

Możliwość życia w Pokoju. I realizowania swoich planów. Planów na to jedno, indywidualnie niepowtarzalne życie. Realizowania dobrobytu, czy też dobrostanu. Nazywajmy to jak chcemy, ale wiadomo o co chodzi nam, zwykłym ludziom. Nie o wojnę! 

Ja właśnie mam taki, nazwę to, „umiarkowany” stosunek do patriotyzmu. Bardziej przemawia do mnie ujęcie tematu, które zawarte jest w twórczości Antoine de Saint Exupery’go. Czyli: Ziemia to nasza wspólna planeta, a my ludzie jesteśmy wszyscy jedną wielką rodziną. W sumie nic nowego. Nihil novi sub sole. Czyż nie o tym są wszystkie Ewangelie Nowego Testamentu, gdzie Jezus wskazuje nam, aby miłować bliźniego swego? On był chyba pierwszy, który tak myślał, bo to co było przez Nim, ten Stary Testament, to historia zbrodni i przestępstw. Myśl o takiej wspólnocie, powszechnej, obecna na każdej mszy świętej („Przekażcie sobie znak Pokoju..”) jakoś nie przyjęła się w Europie, którą przecież postrzegamy jako obszar kultury chrześcijańskiej. Ten wszczepiany nam patriotyzm państwowy też nie przyczynił się do szczęścia świata. Więzy narodowe są bowiem niestety podziałem na tych swoich i tych obcych.

Jakąś próbą wyjścia ponad te etniczne tylko więzy była, według mojej skromnej historycznej wiedzy, monarchia Austro-Węgierska, która pod rządami dobrotliwego (tak go określano; i rzeczywiście: lud go lubił!) cesarza Franciszka Józefa, przetrwała drugą połowę XIX wieku. Weszła jeszcze w wiek XX-ty. I dopiero wystrzał z pistoletu, ten słynny zamach na arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie, dał impuls do aktu końcowego tej pierwszej unii europejskiej. Tym finałem była I. wojna światowa, po której Austro-Węgry przestały istnieć. Tę monarchię, ten konglomerat krain i narodów, rządzony z Wiednia, trwający do 1918 r. nazywam sobie pierwszą unią europejską. 

Zupełnie dobrze się wtedy tam żyło. Nie tylko Austriakom, choć im z pewnością najlepiej. Monarcha był oświecony. Istniał nawet w Wiedniu parlament. Polacy z Galicji a także przedstawiciele innych narodów, zasiadali w tym parlamencie. Narody zgrupowane pod berłem Habsburgów nie były całkiem pozbawione możliwości wypowiadania się, współtworzenia Państwa. Na tamte czasy było to, uważam, bardzo wiele. Nawet nam, Polakom, z definicji niechętnym zaborcom, i tak kształtowanym od ponad stu lat na lekcjach historii (od 1918 roku, gdy Polska odzyskała swoją państwowość), sprawi chyba trudność wskazanie jakichś niecnych czynów tej monarchii wobec nas? Powtarzam – nie jestem historykiem. Ale z tego, co mi wiadomo, nie było w Galicji tych słynnych ekscesów, takich jak w zaborze pruskim, skierowanych przeciwko Polakom. Na przykład: tych prześladowanych „Dzieci wrzesińskich”, bitych za chęć używania języka polskiego, czy też „wozu Drzymały”, który walczył z rugowaniem Polaków z ich ziemi, względnie z niedopuszczaniem Polaków do nabywania nieruchomości w zaborze pruskim. W Galicji nie było tak, jak w pruskiej wtedy Wielkopolsce. Nie mówiąc już o zaborze rosyjskim, który gnębił dążących do wolności Polaków, umieszczając ich w tiurmach i zsyłając na Sybir. 

Często bywałem w ostatnich kilkunastu latach w Zakopanem i moim hobby stało się poznawanie nie tylko Tatr, ale i historii tego miasta. Szczególnie tej, gdy Zakopane było intelektualną „stolicą Polski” a zarazem częścią monarchii austriackiej. Gdy począwszy od doktora Tytusa Chałubińskiego, który przybliżył tę, wtedy wieś, tzw. „Warszawce”, najpierw elity Warszawy i Krakowa, a potem i inni zaczęli tu przyjeżdżać. Przedstawiciele polskich elit ze wszystkich zaborów. Czytając historie, barwne, tych słynnych Polaków, którzy wtedy do Zakopanego przybywali, a często wprost tu mieszkali na stałe, trudno się doszukać choć wzmianki o jakiś prześladowaniach, represjach, czy niechęci władz austriackich do tej kolonii artystów i myślicieli – do Polaków, którzy tam się wtedy spotykali, tworzyli. Twórców – zarówno w wymiarze dzieł sztuki, artefaktów, jak i wymiarze pisarstwa, poezji, myśli politycznej i społecznej. Tak, może trochę idealizuję, bo w końcu i ta enklawa była jednak pod czujnym nadzorem – świadczy o tym aresztowanie w 1914 r. przebywającego w Poroninie i Białym Dunajcu Lenina. Tym niemniej teza moja (nieśmiała) jest taka: można było stworzyć wielonarodowe społeczeństwo. Jeszcze nie obywatelskie (to modne określenie powstało dopiero pod koniec XX wieku chyba). Ale jednak w jakiejś mierze, mimo różnic kulturowych, zgodnie żyjące, współpracujące na wielkim obszarze od Adriatyku, przez Alpy i Nizinę Węgierską, po Czechy. U przez słowackie Karpaty, aż po Małopolskę z polskim Krakowem. I po Galicję Wschodnią z, kiedyś naszym, Lwowem. 

Ktoś, kto na stałe mieszka w Niemczech od ponad 40 lat i obserwuje tam przemiany związane z napływami kolejnych fal emigrantów, gdy z nim rozmawiałem o integracji różnych narodowości, poczynił uwagę, że zgadza się, iż teoretycznie jest to możliwe, ale tylko gdy mówimy o wspólnocie wywodzącej się z tej samej tradycji chrześcijańskiej. Gdzie, mimo różnic narodowościowych, jest wtedy ta sama podstawa, są te same wartości. Niektórzy poszerzają to, mówiąc o tradycji judeochrześcijańskiej. Taka ona była przez wieki, ta tradycja europejska. Czyli, że możemy także współżyć z naszymi braćmi starszymi w wierze, jak ktoś pięknie określił Żydów. Ja mam tu jednak wątpliwości. Niestety, nie tylko tragizm Holocaustu, tego zinstytucjonalizowanego hitlerowskiego morderstwa, ale i nazwijmy to, jak poeta Słonimski, „Elegia żydowskich miasteczek” i nie tylko nasza polska historia, ale cała europejska. Nie do końca potwierdzają te historyczne wydarzenia to, że tak dobrze razem funkcjonowaliśmy. Były smutne wydarzenia, pogromy. Na kanwie takich wydarzeń rozgrywa się na przykład historia „Skrzypka na dachu”, którym to musicalem wszyscy się  tak zachwycamy.

Przekonaniu o wspólnocie kultury europejskiej przeciwstawiane są wartości, które niesie z sobą islam. Który już jest w Europie. Z tymi swoimi wartościami, które nie są tożsame z miłością bliźniego. I nadal do Europy płynie ten lud Islamu… Nawet dosłownie płynie: płynie na pontonach wyruszających z wybrzeża Afryki, Azji i lądujących na Sycylii, lub na wybrzeżu Grecji. Oraz teza, że z wartościami, prezentowanymi przez Islam, wspólnoty europejskiej stworzyć się nie da. Chociaż? Chyba nie mamy już innego wyboru… 

Znów myślę o Saint-Exupery’m. Jak on to traktował, to marzenie o wspólnocie ludzi, na planecie Ziemia? Może jednak chodziło mu o wszystkich, niezależnie od wyznania, przekonań, koloru skóry?

Bywał przecież na kilku kontynentach: Europa, Afryka, obie Ameryki… Na ile, w takiej wspólnocie, trzeba, czy też można, być patriotą? Trudne pytanie…

Jakoś się jednak ci „Krakowiacy i Górale” odnajdywali w tym wielkim państwie Habsburgów. Co chcę przez to powiedzieć? Tylko tyle, że można inaczej. Że patriotyzm nie jest dla mnie szczytem doskonałości istnienia. 

Ideałem jest, gdy jesteśmy otwarci na innych i próbujemy budować wspólnotę szerszą.

Wiem, to ideał. Wiem, multi-kulti się nie udało. Ale czytając prozę Antoine Saint-Exupery’go można za taką „Ziemią, planetą ludzi” zatęsknić. Choć i on nawet nie mógł przypuszczać, jak bardzo ta jego Francja się zmieni. Gdy w XXI. już wieku, na kolejne mistrzostwa świata czy Europy w piłce nożnej wybiega na murawę stadionu piłkarska reprezentacja Francji, to wśród drużyny, tj. wśród 11 piłkarzy, 7-8 piłkarzy jest ciemnoskórych. Czy oni, ci nowi Francuzi, akceptują ideały, które Francuzi przyjęli za swoje już w XVIII wieku? Wolność, równość, braterstwo – hasła Rewolucji Francuskiej. Gdy stoją tam, na płycie boiska, wsłuchani w „Marsyliankę”, z dłońmi na sercu, wygląda to dobrze. Ale jak będzie w chwili próby?

Uważam jednak, wbrew zapewne głównemu nurtowi w Polsce i powszechnemu przekonaniu, że nasze wartości patriotyczne nie powinny przesłaniać nam wartości ogólnoludzkich. Nasz tzw. patriotyzm zaprowadził nas w jakieś rejony, których nie akceptuję. Jesteśmy skłóceni ze sobą i skłóceni ze wszystkimi sąsiadami. Obawiam się, że się nas, Polaków, nie lubi. Bardzo chciałbym się tu mylić! Nawet jednak, jeżeli inni (nasi sąsiedzi) nam tego jeszcze otwarcie nie mówią, to obawiam się, że już tak myślą. I często to nie jest ich wina, tylko nasza. A od teraz, mamy tu w Polsce już kilka milionów Ukraińców. I rozstrzygać się będzie nasz model koegzystencji. 

Na ile w takiej wspólnocie trzeba, czy też można, być patriotą? Trudne pytanie…

Nasze wartości patriotyczne, nakierowane tradycyjnie na walkę o specyficznie rozumianą polskość, na tradycję, której przekazanie innym narodowościom wydaje się niemożliwe, w dzisiejszej sytuacji Polski nie mogą być już absolutnym wzorcem obywatelskim. Potrzebny będzie jakiś kompromis. Spróbujmy zatem budować wspólnotę na jakichś nowych wartościach, akceptowalnych także dla przybyszów.

Inaczej spokoju w tym kraju już nie będzie.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry