Silni, zwarci, gotowi.

Tyle tych wojen USA prowadzi, że już się gubię. A wszystkie poza granicami tego państwa. Ostatnia, która była u nich, na terenie ich kraju, to chyba ta secesyjna, z początku drugiej połowy XIX wieku. Reszta działań – zawsze u kogoś. My, Polacy, nie mamy tyle szczęścia. Przez stulecia przetaczają się te wojny przez nadwiślańskie ziemie. Z wiadomym skutkiem. Nasze dzieła sztuki są na całym świecie – tam, gdzie trafiły zagrabione artefakty, te łupy wojenne na Polsce. W Szwecji (cóż, szwedzki Potop…), w Niemczech, Austrii, na Wschodzie (konkretnie: na Ukrainie, która przejęła nasze Kresy). Zapominamy, że III Rzesza to było wspólne państwo Niemców i Austriaków, więc pewnie i ta druga nacja ma udział w tych łupach. A wcześniej grabiły nas Prusy, habsburska Austria i Rosja, które brały co chciały ze swoich części podzielonej rozbiorami Polski. Ten słynny kilka lat temu zaginiony „Złoty pociąg”, który wypełniony skarbami wyjechał pod koniec wojny z zagrożonego już oblężeniem Wrocławia (Breslau) może i wcale nie istniał, ale istniały dziesiątki składów wagonów, którymi okupanci wywozili w czasie II wojny światowej z Polski nasze dobra. Splądrowana ziemia polska. Wywiezione dzieła sztuki. Mamy takie mądre powiedzenie: „Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy”. Trawestując: nie czas żałować dzieł malarstwa, rzeźby, sztuki jubilerskiej, gdy zrównane z ziemią zostały polskie miasta. Nasza stolica Warszawa przede wszystkim… Zapominamy ten bezkres gruzów, te oczodoły wypalonych kamienic. Miasta, które dostaliśmy na Ziemiach Zachodnich i Północnych też często taki widok prezentowały. Na przykład właśnie „Festung Breslau”, czyli Wrocław zamieniony w twierdzę, a potem w morze gruzów. Zapomnieliśmy, że odbudowa, usunięcie tych zniszczeń, trwała co najmniej dwie dekady, bo jeszcze w latach 50-tych ubiegłego wieku straszyły w naszych miastach wojenne ruiny.

Ale co tam dobra doczesne!

Kwiat narodu polskiego, jego najlepsi „synowie i córki”, zginął w boju, często z góry skazanym na klęskę jak Powstanie Warszawskie, gdzie „piękni dwudziestoletni” wykształceni i wspaniale ukształtowani jako młodzież w II. Rzeczpospolitej, po prostu polegli. Całe międzywojenne pokolenie ginęło w walce lub w masowych egzekucjach, w masowych wywózkach do obozów koncentracyjnych lub na Syberię. 

Z wiadomym skutkiem dla przyszłej Polski, która kadr dla odbudowy kraju musiała szukać na wsiach i w małych miasteczkach. Pokolenia miną, zanim te nowe kadry, ta nowa inteligencja zacznie dorównywać tamtej. Podobno „Frak dobrze leży dopiero w trzecim pokoleniu”… 

Patrząc na dzisiejszą scenę polityczną, ale nie tylko, bo i także np. na środowiska uczelni wyższych, na naukowców jakich dziś mamy, można smutno skonstatować, że to się chyba jeszcze nie stało. Sukmana wciąż wystaje spod fraka. Albo dosadniej: słoma z butów wychodzi. Nie odrodziła się ta klasa wyższa, z której moglibyśmy być dumni. Nie mamy światłych polityków, uznanych na arenie międzynarodowej, z których moglibyśmy być dumni. Wręcz przeciwnie: nie raz przychodzi nam wstydzić się za nieporadność naszego „establishmentu”: w słowach (szczególnie, gdy starają się je wypowiedzieć w języku angielskim), w gestach i w czynach. Naukowcy nagradzani na forum światowym? Nie ma tam Polaków. Nasze Noble to tylko poezja i proza. I wspomnienie Marii Skłodowskiej-Curie. Te straty w zaborach, zsyłkach, wysiedleniach, powstaniach, wojnach, masowych egzekucjach były zbyt wielkie, by zdrowa warstwa inteligencji polskiej mogła się odrodzić. 

Wojna to najgorsze co się może nam zdarzyć.

To zdanie chciałbym podkreślić, powtórzyć: Wojna to najgorsze co się może zdarzyć, szczególnie tym, którzy ją przegrają. Niechby się to stwierdzenie wryło w naszą pamięć, w naszą świadomość. Bo z tą świadomością nie najlepiej jest. Całkiem źle jest. 

Znów się niektórym marzy ta „wojenka-panienka”. Czytam, słucham, ze zgrozą o jakichś „prewencyjnych” marszach na Kaliningrad, o decydującym znaczeniu zagrożonego Przesmyku Suwalskiego, a więc naszego terenu wokół Suwał, Augustowa i Sejn. To fake być może, z tymi prewencyjnymi uderzeniami, OK. Ale fakt, że Polska kupuje uzbrojenie, które fachowcy (ja się na tym nie znam) oceniają jako broń szturmową, służącą raczej do ataku niż do obrony, to już nie jest fake. Podobnie jak przeznaczanie w budżecie RP na cele „obronności” kwoty już równej lub wyższej niż 4% PKB.

A czy my kiedyś wygraliśmy jakąś wojnę?

Bitwę może i tak. Ale całą wojnę? Nawet po Grunwaldzie, nic nam raczej nie przybyło, jak mówi historia. A dziś Polacy jakby znowu zapominają o tych przegranych wojnach. Znowu mamy (mamy mieć) „najsilniejszą armię w Europie”. To chyba cytat z Błaszczaka & Comp. On odszedł, ale następcy chyba nie zamierzają nic zmienić. W szczególności prowojennej narracji. Nadal jesteśmy „zwarci, silni, gotowi”. To znane hasło, którym władza II. RP zagrzewała przed rokiem 1939 Naród do wysiłku wojennego, między innymi zachęcając plakatem z takim napisem do „Pożyczki Obrony Przeciwlotniczej”. Silni, zwarci, gotowi – tacy mieliśmy być. Plakat (zbiory Biblioteki Narodowej, sygn. DZS IV A 20) przedstawia polskie samoloty wojskowe lecące w szyku bojowym. Pełno ich na niebie – na tym plakacie. Okazało się wkrótce, że niewiele ich Polska miała w porównaniu z armadą Luftwaffe). Na skrzydłach lecących samolotów biało czerwone szachownice, a na niebie stylizowane skrzydła polskiej Husarii i ten słynny napis „Silni…”. 

Tak to się zawsze zaczyna: rozbudzenie patriotycznych uczuć, wpojenie w społeczeństwo wiary, że czyn zbrojny jest konieczny. I że wygramy! Polecam tu relacje z uroczystości i z defilady wojskowej, jaka odbyła się w dniu 6 sierpnia 1939 r. na krakowskich błoniach – w 25 rocznicę wymarszu z krakowskich Oleandrów pierwszej kadrowej Legionów Polskich. To była ostatnia defilada w II. RP. Tłumy falują manifestując na cześć Wodza Naczelnego marszałka Śmigłego Rydza. Entuzjastyczne okrzyki stutysięcznej rzeszy „Niech żyje!”. Marszałek wjeżdża Rolls-Royce’m na teren zgromadzenia. Wygłasza płomienne przemówienie, w którym w innej formule powtarza znane stwierdzenie ministra Becka, iż nie ma „pokoju za wszelką cenę”, mówiąc: „Cenimy i szanujemy pokój tak jak inne narody, ale nie ma takiej mocy, która by nas przekonała, że pokój, to jest słowo, które dla jednych oznacza brać, a dla drugich dawać.” Tak, piękne słowa. Z pozoru. 

Powiedział także, że „Polska ma wśród narodów szczerych przyjaciół”.

Z tą wiarą wzywał do obrony Ojczyzny. Jak szczerzy byli ci nasi przyjaciele, Anglia i Francja, już wkrótce miało się okazać.

Czy ten automobil na krakowskich Błoniach to był ten sam samochód Pana Marszałka, którym w miesiąc później, już we wrześniu 1939 roku, uciekał on z Polski do Rumunii, przez niestety niesławnej pamięci Zaleszczyki? 

Tak się skończyły ówczesne sny o potędze. A dziś znowu nakręcane są jakieś mrzonki, jakieś fantazje. Znów mają Polacy uwierzyć we wspaniałą i zwycięską armię. I w sojuszników z NATO.

Faktem jest, że przebieg wojny za naszą wschodnią granicą uspokaja polskie społeczeństwo bardzo skutecznie, gdyż dziwna ta wojna na Ukrainie nie niesie z sobą zniszczeń takich jak te, których doświadczyła Polska i Polacy w 1939 roku. W pierwszych tygodniach wojny na Ukrainie wiele pisano o ostrzale artyleryjskim, rakietowym, atakach dronów. O rosyjskich mordach na ludności cywilnej Ukrainy, np. w Buczy. Choć w niezależnych mediach kwestionuje się jednoznaczną ocenę sprawstwa tej tragedii, jaką prezentuje propaganda ukraińska. To wszystko przypominało dramatyczną kampanię w Polsce w 1939 roku. Jednak po pierwszych tygodniach aktualnie toczonej wojny okazało się, że obie strony, czyli Rosja i Ukraina walczą teraz prawie wyłącznie na linii frontu. Sporadycznie i raczej tylko propagandowo (wykorzystując fakt, iż ostrzał dotyczy niekiedy także niektórych celów wojskowych w głębi kraju takich jak magazyny broni, centra logistyczne itp.), nagłaśnia się w mediach głównego nurtu zdarzenia dotyczące skierowania poszczególnych ataków rakietowych na miasta, np. Lwów, czy inne miejscowości z dala od frontu. Polacy mają świadomość, że przybyli do nas uciekinierzy z terenu Ukrainy, przede wszystkim kobiety i dzieci, są w dużej mierze po prostu emigrantami, którzy wykorzystali wojnę jako okazję, aby przenieść się do naszego kraju, lub dalej na zachód Europy. A nie ludźmi rzeczywiście, tam na wschodzie, zagrożonymi unicestwieniem. Oczywiście są i tacy, ale sądzę, że w zdecydowanej mniejszości. Znane są fakty powrotów Ukraińców na kolejne święta do ich domów pozostawionych na Ukrainie i ponowne przyjazdy tutaj. 

Jak się ma ta, według polskich mediów głównego nurtu, „pełnoskalowa wojna” do polskich wspomnień z 1939 roku, gdy Niemcy nie pozostawiali u nas kamienia na kamieniu? Gdy bombardowane były całe miasta, począwszy od Wielunia już w pierwszym dniu wojny? Gdy atakowane były wszystkie drogi z uchodźcami, a celem nalotów była bezpośrednio ludność cywilna?

Niemiecki najeźdźca niszczył systematycznie całą infrastrukturę, tak aby całkowicie obezwładnić przeciwnika, czyli Polskę. I to mu się udało. Na Ukrainie natomiast atakowane są tylko cele wojskowe. I poza nimi kraj funkcjonuje normalnie. Ukraińcy bawią się w dyskotekach a nawet jeżdżą sobie na Zakarpacie na narty w sezonie zimowym! No, może teraz przestali, bo w internecie ukazały się filmy, pokazujące że funkcjonariusze z tzw. Wojenkomatu i tam teraz trafiają, gdy już zabrakło dobrowolnego „rekruta”. Wręczają na stoku narciarskim karty mobilizacyjne w ramach przymusowego poboru na front. Co to jest zatem za wojna? Inna… Wcale nie pełnoskalowa – taka, właśnie totalna, to była wojna/kampania 1939 roku.

I tak uspokojeni tymi dosyć monotonnymi doniesieniami zza wschodniej granicy, gdzie ta wojna toczy się w sposób niezbyt spektakularny, wyobrażamy sobie my Polacy, że wojna to taka spokojna sprawa: wszystko dalej funkcjonuje, w zasadzie niewiele się zmienia.

Poza tym, że cmentarzy przybywa na Ukrainie.

Ale tego akurat, tych hektarów nowych grobów – ba, tych całkiem nowych cmentarzy, które zakłada się na Ukrainie, aby pomieścić tysiące poległych – tego się akurat u nas w Polsce w oficjalnych doniesieniach aprobowanych przez publiczne media nie pokazuje. I mamy takie a nie inne wyobrażenie. I już nie boimy się wojny. 

Trochę teraz poruszenia wzbudziło opublikowanie przez MON nowego wzoru karty mobilizacyjnej, gdzie na stawienie się do jednostki jest tylko 6 godzin, a za niestawienie się nawet kary więzienia. Tak, to trochę przemówiło chyba do wyobraźni młodych ludzi: tak nagle, nawet bez „wieczoru kawalerskiego”, trzeba stawić się do armii? Ale przecież to tylko rejestracja jakaś, to tylko ewentualnie ćwiczenia! Nie, wojny przecież nie będzie. 

Znowu polecam gazety, filmy z sierpnia 1939 r. Był okres urlopowy, wracano do pracy, dzieci już tęskniły za szkołą, wszyscy żyli normalnie i nikt nie wierzył, że wojna wybuchnie. A jeżeli nawet, to zwyciężymy! Wszystkie wojny tak wybuchały: wśród wiwatów i entuzjazmu tłumu, słuchającego płomiennego przemówienia Naczelnego Wodza. A potem płomienie to była już tylko wojenna pożoga, płonące miasta i wsie. Jeszcze długo po zakończeniu II. Wojny światowej w obiegu publicystycznym, na plakatach, na pokojowych zgromadzeniach ludzi cieszących się, że zapanował i trwa pokój widać było i słychać popularne wtedy hasło:

Napis: Nigdy więcej wojny

Nigdy więcej wojny! 

Dziś powtarzająca się mantrą w wielu publikacjach jest teza o nieuniknionej wojnie. Przygotowuje nas się na nią, oswaja. Ten słynny przykład z gotowaniem żaby. Temperatura powoli wzrasta. Ale jest jeszcze łagodnie ciepło. Nie zauważamy, że posadzono nas na tej płycie, która stopniowo jest rozgrzewana. Że robi się gorąco. Po pierwszych obawach, że Rosjanie mają przecież broń atomową i mogą jej użyć, przyszło uspokojenie i zapomnienie o tym prostym fakcie, że ten czerwony guzik gdzieś tam jest. I w historii świata był już Neron, który podpalił Rzym, aby właśnie wejść do tej historii. Mamy jakieś gwarancje, że tak się znowu nie stanie? I że to właśnie Polska nie stanie się tym „pasem spalonej ziemi”? Rozważania specjalistów od geopolityki jednoznacznie i logicznie wskazują, że taka może być niestety nasza rola w przypadku „lokalnego” użycia broni atomowej. Bo wszyscy zgodnie raczej twierdzą, że jeśli dojdzie do ataku nuklearnego to właśnie w taki „punktowy” sposób. I teren na wschód od linii Wisły jest najbardziej zagrożony. Ten „punkt”, wraz ze strefami skażonymi, będzie miał wielkość połowy Polski. Odwetowego uderzenia, eskalacji konfliktu nuklearnego nie będzie. Wszyscy sądzą (i to jest logiczne!), że po takim fakcie, po uderzeniu jądrowym, dojdzie do natychmiastowego zaprzestania działań wojennych. Strony ogłoszą rozejm i przystąpią do rozmów pokojowych. 

A scenariusz każdej wojny konwencjonalnej też jest wszystkim znany – prędzej czy później musi się ona zakończyć. Jak wszystkie wojny w historii ludzkości. Zatem dlaczego nie już? Dlaczego nikt nawet nie wspomina o tym, aby nakłaniać strony do zawieszenia broni, do negocjacji i zakończenia konfliktu. Nie, przedstawiciele polskiego rządu, zarówno dotychczasowego (PiS) jak i obecnego (PO) zgodnie nawołują na arenie międzynarodowej do dalszej pomocy militarnej Ukrainie. Czyli do wojny. Zapomniano to hasło, tę prawdę wynikającą z historii kolejnych pokoleń: „Nigdy więcej wojny”. Trzeba nam, aby Polska znowu doświadczyła rzeczywiście „pełnoskalowej operacji militarnej” na swoim własnym terenie? 

Czy Polacy chcieli w tej wojnie pomagać militarnie? Nikt się nas o to nie zapytał. A przecież nie zostało zaatakowane państwo wchodzące w skład NATO. Nie mieliśmy takiego prawnego obowiązku, aby finansować tę wojnę. Był moralny obowiązek pomocy uciekinierom. I ten obowiązek Polacy wypełnili wspaniale w pierwszych tygodniach konfliktu. Niejako w czynie społecznym, jeżeli można użyć tego określenia, kiedyś powszechnego, a które także nam niejako zabrano, zastępując je słowem „społecznościowy”. Również w zakresie tej pomocy humanitarnej Państwo Polskie nie wykazało jakiejś szczególnie sprawnej organizacji. Przede wszystkim nie zarejestrowało tych ludzi, przybyłych do Polski z Ukrainy, jako uchodźców, przez co dobrowolnie zrezygnowało z ubiegania się o wsparcie Polski z finansów Unii Europejskiej w zakresie poniesionych przez nas kosztów ich utrzymania.

Co do istoty sprawy, czyli możliwości wciągnięcia nas w wojnę, uśpieni zostaliśmy teraz tak samo skutecznie, jak przed II. wojną światową. W jakimś letargu wszyscy lewitujemy. Mówi się nam, że kupimy tyle i tyle czołgów, tyle i tyle samolotów bojowych, śmigłowców, dronów. A kto pamięta tę smutną konstatację, że schronów dla ludności cywilnej wystarczy w Polsce tylko dla niecałych 3% ludności? Było to potwierdzone chyba przez raporty NIK. I jeszcze na początku wojny na Ukrainie kilku publicystów przypominało tę smutną prawdę. Dodając, że nie mamy alternatywnych ujęć wody dla wielkich miast, aglomeracji, nie mamy skutecznego systemu obrony terytorialnej. Wiesz gdzie jest ten najbliższy Twojego domu schron? Nie mamy systemu obrony przeciwlotniczej. Te kilka rakiet, o których wiadomo, że lecąc od wschodu naruszyły polskie terytorium, nie zostało zestrzelonych. Więcej! Nawet nie wiadomo było gdzie one spadły. I czy w ogóle spadły. Za wyjątkiem jednej – gdyż gdzie spadła niestety zabiła ludzi. Inną rakietę podobno znaleźli przypadkiem cywile spacerujący po lasach. Gdzie są nasze systemy lokalizacji obiektów latających?

Nie mamy nic. Nie mamy nic na naszą obronę.

Sojusze? Zapomnieliśmy o tym wszystkim czego nauczyła nas historia. Uspokojeni dumnymi meldunkami naszych wodzów, że już w Korei zamówiono czołgi, już w USA zamówiono rakiety. Że znów jesteśmy silni, zwarci, gotowi.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry