MO(R)TOCYKLIŚCI

Jeżdżę motocyklami od 18 lat.

Staż taki sobie. Ale jednak trochę doświadczeń. Nie najwięcej – nie najmniej.

Tylko 3 własne motocykle w tym czasie i kilka, na których jednorazowo, pojeździłem – zamieniając się na chwilkę moim motocyklem z kolegą lub korzystając z jazdy próbnej u dealera. A te własne to były kolejne Yamachy a teraz Suzuki. Z taką gradacją mocy: pierwszy miał 62 KM, drugi 95 KM. A jeszcze „najpierwszy”, na kursie na prawo jazdy kat. „A”, miał tylko ok. 18 KM.

Trzeci, mój aktualny motocykl, to Hayabusa, zwana pieszczotliwie Hayką. Ma 175 KM i prędkość maksymalną 300 km/h.

Tak że wiem, jak szybko można jechać i mam czym. Ale AŻ TAK SZYBKO nie jeżdżę.

Może jednak instynkt samozachowawczy przestrzega mnie przed tym, do czego nawiązuje tytuł tego artykułu? „Morte” w języku włoskim i francuskim oznacza śmierć, zgon. Także z języka łacińskiego znamy rdzeń tego wyrazu, bo np. „post mortem” to „po śmierci”. 

Motocykl często z nią, ze śmiercią, jest kojarzony.

Bardzo rozpowszechnione jest określanie motocyklistów słowem „dawcy” – dawcy narządów do transplantacji organów. I skądś się to bierze. Mianowicie według statystyk wypadków drogowych ryzyko śmierci motocyklisty w przeliczeniu na przejechany kilometr jest średnio 20 do 30 razy wyższe niż kierowcy samochodu osobowego. Średnio, wg danych z Europy: jest to ryzyko 27-krotnie wyższe niż dla pasażera auta.

I nie raz słyszałem, dalej słucham, wypowiedzi, przyznaję zdroworozsądkowych: Nie, nie jeżdżę, bo to dla mnie za duże ryzyko. Chociaż mi się to podoba. Albo: W młodości jeździłem, ale potem ożeniłem się, mam dzieci. Żona nie chciała, abym dalej jeździł, ryzykował zdrowie i życie.

Ryzyko.. .To przewija się także w opiniach tych, którzy nie jeżdżą motocyklami, ale oceniają to zjawisko. Sami motocykliści wolą tego jednak nie rozważać. Nie myśleć o tym. Nie można by jeździć, mając wciąż te obawy i wciąż bać się, że tak łatwo się może coś złego stać. Na jednośladzie wystarczy ślad oleju na asfalcie. Wystarczy za szybko wejść w niewidoczny zakręt…

Ale ja od czasu do czasu wracam do tych myśli.

Dziś akurat w kontekście ryzyka, jakie na nas czeka na wojnie.

I tu taka ciekawostka: gdy chciałem porównać prawdopodobieństwo śmierci na motocyklu z „szansami” na śmierć na wojnie, to dość długo AI wymigiwała się od udzielenia odpowiedzi. Pomimo, moim zdaniem, precyzyjnych pytań, które jej zadawałem. Wymigiwała się usprawiedliwieniami, że każda wojna jest inna, że są różne systemy ochrony na motocyklu i różne poziomy ryzyka na wojnie. No tak, inna jest przecież jakaś wojskowa misja stabilizacyjna czy pokojowa, a inne działania na pierwszej linii frontu. W końcu jednak wydusiłem z niej odpowiedź taką: 

„Jeśli porównasz jeden dzień walki w otwartym konflikcie typu II wojna światowa vs jeden dzień na motorze, to wojna wygrywa.”

Wciąż jeszcze nie było to dla mnie jasne: wygrywa, czyli co?

Zapytałem więc jeszcze inaczej. I AI wreszcie była konkretna. Przytaczam odpowiedź:

„Żołnierze na froncie: przebywanie na linii frontu w trakcie regularnej wojny (np. trwającej wojny w Ukrainie) jest znacznie bardziej śmiertelne niż jazda motocyklem. Wiele zależy jednak od tego, czy pełnisz funkcje na pierwszej linii (np. piechota szturmowa), czy na tyłach.”

I najważniejsze, czym chciałbym się tu podzielić, to ta dziwna, choć dobrze znana prawda. Absolutnie żadne moje odkrycie:

Boimy się tego, co wizualizujemy, lub tego, co mamy dosłownie przed oczami.

Te wypadki drogowe. Widzieliśmy albo potrafimy sobie je wyobrazić. Każdy niemal musiał już przejeżdżać obok takich miejsc: wywrócony do góry kołami samochód w rowie albo leżący na jezdni, w plamie jakichś płynów, rozbity motocykl. Karetka pogotowia na sygnale. Niebieskie migające światło wozu policyjnego. Korytarz życia, który robimy dla „służb”. Czasem ten parawan ustawiany wokół reanimowanych ofiar albo ofiar już ostatecznych… Tych ofiar więc nie widzimy, ale nawet wtedy wyobrażamy sobie wszystko konkretnie – to, co zostało zasłonięte. To jest tragedia jednostkowa. Jedna, dwie, kilka osób zabitych, poszkodowanych. Łatwo nam wyobrazić sobie nas samych – na ich miejscu. To jest do „ogarnięcia”. Nawet Janusz i Grażyna potrafią.

Co innego z wojną.

Wojny nie to, że nie są wyobrażalne. Tyle jest przecież filmów wojennych, tyle zdjęć korespondentów wojennych, tyle opisów bitew w książkach. Wyobrazić sobie wojnę potrafimy. Ale już nie tak ostro mamy ten obraz przed oczami.

Wojny są dla nas – tych którzy sami ich nie przeżyliśmy – jednak nierealne.

Codzienna papka medialna w głównym nurcie nie pokazuje nam okropności wojny. Mowa jest tylko o „technice wojennej” – drony, Starlinki, MIG-i. 

O żołnierzach nie ma prawie nic w prasie, w telewizji. Czasem trochę jest w internecie. Opowiadają o niej uczestnicy wojny. Najczęściej napotykam na YouTube rozmowy z polskimi najemnikami. To są według polskiego prawa przestępcy, gdyż udział w wojnie w obcej armii bez zezwolenia polskich władz jest przestępstwem. Zgodnie z art. 141 § 1 polskiego Kodeksu karnego, obywatelowi polskiemu, który podejmuje taką służbę bez zezwolenia grozi kara od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności.

To piękny przepis antywojenny – w swoim pomyśle miał ograniczać wojny.

Ale właśnie ustawą sejmową Polska tych naszych najemników, biorących udział w wojnie na Ukrainie, objęła abolicją – nie będą ścigani, nie będą karani.

I tak szczytna idea powstrzymywania się od udziału w wojnach została zniweczona.

A nasi posłowie są dumni, iż taką ustawę uchwalili – przecież zrobili to w obronie zaatakowanej Ukrainy! W obronie prawdy, sprawiedliwości, demokracji! Tak im przygotowano ich umysły, że w to wszystko wierzą. Ostatnio tylko jakby nieco mniej, gdy okazało się jednak, że Bandera to duchowy przywódca naszych braci Ukraińców. 

To, co opowiadają ci najemnicy, też nie daje obrazu i odczuwania wojny przez zwykłego człowieka. Gdyż ci ludzie są inni. Oni się na wojnie „realizują”. Charakterologicznie, psychicznie. Czasem należą do tych 2-3 procent (tak się to szacuje) populacji, która po prostu lubi się bić. Wojna czy bójka pod barem – zawsze ten instynkt agresji w nich się w nich odezwie. Oni wojnę akceptują. 

Media nie mówią nam o zwykłych żołnierzach. Tych, często już, „z łapanki” na ulicach – bo oni dobrowolnie na wojnę iść nie chcieli. I gdyby mieli swobodę wypowiedzi, to powiedzieli by nam to, czego nasi przywódcy nigdy nam nie zechcą powiedzieć.  

Nie opowiada się nam o zwykłej piechocie. Która już zresztą mało chodzi – bo wyjście z ziemianki grozi jej ujawnieniem i natychmiastowym zniszczeniem. Drony obserwacyjne „wiszą” sobie w powietrzu nad linią frontu. I są niemal jak Pan Bóg: widzą wszystko! Operator drona, jak Pan Bóg, decyduje o życiu i śmierci.

Takich scen, które wprawdzie są w Internecie, na YouTube, takich „rolek” z filmikami o prawdzie wojny, trzeba jednak szukać. Internet ich nie „podpowiada”. Czasem pokaże je ktoś z tzw. antysystemu. Ale tego prawdziwego. Ten pozorny antysystem zachowuje się jak jego mocodawcy z systemu i takich przykrych rzeczy jak śmierć i kalectwo na wojnie nie pokazuje. Nie pokazuje się na przykład inwalidów, których front na Ukrainie „produkuje” na masową skalę.

Nie! Mamy iść na wojnę, jakbyśmy odpalali grę komputerową – żadnych obaw, że się nam coś na tej wojnie stanie! To tylko wojna – na ekranie monitora giną inni, a jeśli przypadkiem my, to zaraz zaczynamy tę grę w wojenkę, strzelankę, bitwę czołgową od nowa, prawda? Teraz to pewnie już walczą z sobą w tych grach wojennych stada dronów? Czołgi okazały się przestarzałym żelastwem. I tylko polski rząd czeka wciąż na te Abrahmsy zamówione w USA. Odnawiane po kilkudziesięciu latach magazynowania ich na pustyni. Podobno Amerykanie sprzedali polskim naiwnym politykom stare skorupy, które teraz wypełnią nowszymi urządzeniami – taki techniczny remastering, jak to się ładnie nazywa. Żeby nie powiedzieć brutalnie: wskrzeszenie trupa. Choć przy tych ostatnich słowach jesteśmy w istocie rzeczy najbliżej tematu wojny. Czyli usankcjonowanego prawem międzynarodowym zabijania na masową skalę. A także prawem kościelnym! Przecież „wojna sprawiedliwa” jest już od średniowiecza według Kościoła dopuszczalna. Tak to się ma ewangelia miłości bliźniego i Nowy Testament do realiów świata.

Dlaczego zacząłem od motocyklistów? Aby uwidocznić jeszcze raz wadę naszego myślenia. Zwyczajnie ludzkiego:

Przeraża nas to, że niemal codziennie giną na drogach motocykliści, ale spokojnie przechodzimy „do porządku dziennego” nad tym, że żołnierzy na linii frontu na Ukrainie (i innych na frontach) codziennie ginie dużo więcej.

Dodałem do tej nazwy motocykliści tę literkę „r” od słowa „morte”, aby wprost nazwać rzecz po imieniu. Tak się nam tylko wydaje, że bliżej jesteśmy śmierci na jednośladach. Naprawdę bliżej niej, tuż obok, będziemy z chwilą, gdy wbiją nas w mundury. 

Na motocyklu najczęściej więcej od nas samych zależy. To prawda: czasem nic, bo mamy pecha. Nieszczęśliwe zbiegi okoliczności zawsze istnieją. Jednak zwykle to my decydujemy z jaką szybkością, gdzie jedziemy, czy w ogóle jedziemy, czy zatrzymamy się, by np. przeczekać ulewę.

Na wojnie nic od nas nie będzie zależało – zadecydują za nas. I wypchną nas z okopu do ataku, choćby to była pewna śmierć.

Taki rozkaz! Najpierw „odłowią” obywateli na ulicach – gdy nie stawią się wszyscy, jak nakazuje ustawa o obronie Ojczyzny, w wojskowym centrum „uzupełnień”. Tak się eufemistycznie to chyba nazywa – ta wojskowa instytucja ds. poborowych. Szczególne ma zadania po tym jak pustoszeją okopy, bo poprzedni wojacy zginęli. Lub już, po odniesionych obrażeniach, nie wrócą – są niezdolni do dalszej służby wojskowej. Co tam niezdolni do służby – niezdolni w ogóle do samodzielnego życia: bez rąk, nóg, oczu. Państwo przestaje być wtedy „przyjazne dla obywateli” i sięga po rezerwistów. Na tę brankę w jasyr na ulicach oficjalnej nazwy nie ma – ale ona trwa właśnie na Ukrainie.

A tu w Polsce nic z tego do ludzi nie dociera.

Nie ma w Polsce żadnych społecznych protestów przeciwko wojnie: żadnych demonstracji, żadnych pochodów, żadnych wezwań do zbiórki podpisów pod petycjami do władz „Nie idźcie tą drogą”. „Nie wysyłajcie nas na wojnę”. „Nie stwarzajcie zagrożenia dla naszych miast, w których lokujecie produkcję zbrojeniową dla Ukrainy”. Nie ma programów w mediach „telewizyjnych”, do których zapraszano by przeciwników wojny, przeciwników zbrojeń i przeciwników polityki prowojennej – agresywnej wobec Rosji (słynne zawołanie naszych wodzów: „wdepczemy Putina w ziemię”).

Zapraszani są za to z w o l e n n i c y wojny, propagatorzy zbrojeń… Zgodni co do tego, że wojnę na Ukrainie trzeba wygrać. Jest to absurd, który udało im się wmówić wielu ludziom. Nawet chyba sami już w to uwierzyli. 

Wyobraźcie sobie taką sytuację: ofiara przyparta do muru, śmierć już zagląda jej w oczy. Ale trzyma jednak w ręku, jakimś cudem, pistolet. Naładowany nabojami, odbezpieczony. Do tej pory go nie użyła. I jest to osoba potrafiąca z tego pistoletu strzelać. I co? Nie strzeli w końcu do napastnika z tego pistoletu? Pozwoli się zabić? I zabić swoją rodzinę? Z tym pistoletem w dłoni?

Podstawcie sobie w miejsce tej ofiary Rosję – z jej arsenałem atomowym. Mocarstwo atomowe nękane aktualnie atakami dronów, które uderzają w największe miasta, w tym w stolicę – Moskwę. Nie wykorzysta Rosja w ostateczności tej broni? Wobec Ukrainy lub gorzej jeszcze – także wobec tych, co pomagają tej wojny nie zakończyć. Czyli np. wobec Polski, która przekazuje Ukrainie swoje zasoby uzbrojenia. Wobec Niemiec, które chyba już wyposażyły Ukrainę w rakiety dalekiego zasięgu, które spadną na Moskwę i inne rosyjskie miasta, położone daleko od linii frontu.

To chciałem w tym artykule jeszcze raz powiedzieć. Bo to jest najważniejsze:

Zatrzymajmy ten absurd wojny. Nie akceptujmy dalszego przekazywania broni na wojnę.

Wreszcie i my, i cały świat kolektywnego Zachodu, te państwa „koalicji chętnych”, powinien to zrozumieć. Czy do Polaków dociera, że koalicja chętnych to grupa państw chętnych zabijać ludzi? Tak to trzeba odczytywać. Gdyby nie ciągłe utrzymywanie tonącej Ukrainy na powierzchni, gdyby nie dostawy broni (teraz już coraz bardziej ofensywnych – rakiety dalekiego zasięgu), to rozmowy pokojowe już dawno zakończyłyby ten konflikt. W jakiś sensowny sposób. Zgodny z prawem ludzi do samostanowienia o sobie – referenda pod nadzorem międzynarodowym rozstrzygnęłyby w sposób pokojowy, jaka jest wola mieszkańców Donbasu. Do jakiego państwa chcą oni należeć.

Moje rozważania jak zwykle idą w kierunku moich zainteresowań, czyli do spraw związanych z pokojem na świecie, do zagrożenia militaryzmem. I jeszcze do tego tu wrócę. Pod koniec.

Ale ponieważ zacząłem od motocykli i tym tytułem, nawiązującym do tego tematu, mogłem do czytania niniejszego artykułu przyciągnąć kogoś, kto sam jest motocyklistą lub się tym interesuje – a teraz będzie zawiedziony, że o motocyklach i jeżdżeniu na nich niewiele tu było, to teraz jeszcze parę uwag o tym coraz bardziej w Polsce popularnym hobby. 

Jest ono także moim bardzo lubianym zajęciem. Trochę także napiszę o samochodach – co też każdy facet lubi (ale i panie, bywa, już też).

W ciągu tych blisko już dwóch dekad jeżdżenia „na motorze” zauważyłem, jeśli chodzi o motocyklizm (tak to też można nazwać), wiele zmian na lepsze. I trochę zmian na gorsze. Jednym i drugim chciałbym się podzielić.

Większość, tak jak i ja, na początku traktuje to jako przygodę – „przygodę” z motocyklem. I w tym kierunku poszedł rozwój tego społecznego zjawiska. Kilkanaście lat temu, gdy zaczynałem, to „liczyły się” tylko dwie gałęzie tego hobby, dwa typy motocykli: ścigacze, czyli szybkie motocykle sportowe, wzorowane na tych torowych oraz cruizery, czyli wielkie ciężkie, ociekające chromami „Harleye”. Te pierwsze zawładnęły wyobraźnią młodych, zapatrzonych w MOTO GP i gwiazdy tych torowych wyścigów. Każdy chciał w zakrętach „schodzić na kolano” a nawet trzeć po asfalcie także łokciem. Jak 9-krotny mistrz świata Valentino Rossi lub jego równie słynni wtedy rywale. Dla starszych alternatywą były motocykle typu Harley Davidson & Company, czyli wszystkie te cruisery, choppery, dające posmak luksusu i nawiązujące do tej idei „Easy Rider” – amerykańskiej drogi Highway – prostej jak strzała, kończącej się na horyzoncie widokiem gór. W stanie Montana? Marzenia o Route 66. Droga jest celem…

Dziś marzenia motocyklistów zdominował inny typ motocykli.

Wszyscy niemal chcą mieć Adventure, czyli właśnie taki, jak samo to określenie wskazuje, motocykl na wielką przygodę. I najlepiej, żeby był to duży GS. Czyli BMW GS, w obecnej wersji już 1300. Wielkie to, ciężkie, obudowane kuframi wielkimi jak skrzynie posagowe. I często zbyt wysokie i za ciężkie dla lekkiej jazdy, czyli jeźdźców raczej niewysokich. Gdy jeszcze z tyłu usiądzie partnerka (a „plecaczek” choćby szczupły i zgrabny też cokolwiek jednak waży), to gdy się jezdni dotyka samymi palcami stopy, dość ciężko utrzymać równowagę w stójce na skrzyżowaniu przed światłami… A jeszcze mogą być tam koleiny, które dosłownie pogłębią ten stres. 

A co do przygody… Nieliczni tylko właściciele tych „Adventure” realizują motocyklowe „wyprawy”, objeżdżając Europę i przyległości. Większość jeździ „wokół komina”. A w kufrach ma tylko drugie śniadanie. W prawdziwy teren zresztą takim ciężkim motocyklem też się lepiej nie pchać. Za ciężkie są, by pokonać piaski Sahary i błota jakiegoś Polesia. Szutrowe drogi i łatane asfalty to raczej już kres ich możliwości. Ale wyglądają „bojowo”.

Podobnie jak samochody, które udają „terenówki”, a nie mają nawet napędu na 4 koła. 

Taka moda. Tacy jesteśmy. Podatni na reklamę. I pozujący na macho.

Automobiliści od wielu już lat kupują najchętniej SUV-y, choć dla jednej osoby lub dwojga pasażerów auta wystarczyłby kompakt typu Golf. A nawet małe Polo. Prestiż. Plus moda właśnie. O to głównie chodzi. Chociaż starsi tłumaczą się kiepskim już kręgosłupem. Swoim lub żony. I mówią, że kupili tego Tucsona czy Dustera, bo łatwiej do niego wsiadać.

Gdy zaczynałem swoją przygodę na motocyklu, to podobał mi się ten zwyczaj pozdrawiania się na drodze – riderzy, gdy się mijają, podnoszą w górę lewą rękę. Przyjęło się to w motocyklowym światku. 

Moi rodzice opowiadali mi, że w latach 60-tych ubiegłego wieku nieliczni w PRL-u posiadacze prywatnych samochodów osobowych też tak robili – na drogach poza miastem. Pozdrawiali się zza kierownicy. Zanikł ten zwyczaj u automobilistów już dawno, dawno temu. Wrócił na chwilę w pewnym kręgu. Dość zabawnym. Otóż zaczęli się pozdrawiać właściciele nowej wersji Fiata Multipla, który kontynuował w latach 90-tych legendę małej 600-ki Fiata, którą w roku 1956 wydłużono, dodając jeszcze jeden rząd siedzeń. I stworzono ten sposób 6-osobowy samochodzik. Nowa Multipla, która zadebiutowała 4 dekady później też miała 6 miejsc, ale rozmieszczonych nietypowo: 2 x 3. Czyli z przodu usiąść mogły też trzy osoby. Nadwozie i wnętrze zaprojektowane były wyjątkowo designersko. Nie spodobały się jednak. Aż do tego stopnia (np. te reflektory jak oczy żaby), że uznano to auto za najbrzydszy samochód świata. I mało kto kupował to brzydkie kaczątko. Ale jego kierowcy byli zadowoleni – było wygodne, szerokie i jeździło się tym podobno świetnie. A oni, na przekór całemu światu, pozdrawiali się, widząc „kolegę” czyli inną Multiplę na drodze. Czy też była to tylko solidarność w tej wspólnej biedzie?

Te pozdrowienia motocyklistów istnieją do dziś.

W weekend, aby na wszystkie odpowiadać, musiałbym niemal cały czas trzymać kierownicę mojego motocykla jedną ręką – tyle tej „braci” motocyklowej wtedy jest na drogach. Tylko jaka to brać? To pozdrowienie straciło już swój sens – znak przynależności do jakiejś wyjątkowej grupy. Nie mam zresztą żadnego poczucia wspólnoty z tymi weekendowymi jeźdźcami, którzy wypadają na drogi jak stado dzikich i jedynie to się liczy, by cały czas – można, czy nie można – wyprzedzać wszystkich innych. Mistrzowie prostej i pogromcy podwójnej ciągłej.

Dlatego jeżdżę już raczej tylko w zwykłych dniach i tak po prostu – gdy muszę gdzieś jechać. Motocykl jest dla mnie zwyczajnym środkiem transportu. A nie zabawką na niedzielę.

Z tym zwyczajem pozdrawiania się, wciąż trwającym, wiąże się też ciekawe zjawisko wykluczenia.

Ci na cruiserach nie pozdrawiali tych na „sportach” („ścigaczach”) i odwrotnie. A wszyscy nie pozdrawiają tych, co jadą skuterami lub innymi małymi motorkami, motorowerami. Choć to właśnie ta kategoria kierujących jednośladami jest, jak dla mnie, szczególnie godna podziwu. Oni jeżdżą często, bo muszą. Bo nie mają samochodu. Do pracy, po zakupy, deszcz nie deszcz, zimą też – dla nich sezon się nie kończy. Nie celebrują powitania i pożegnania sezonu motocyklowego.

Co jeszcze ciekawego u motocyklistów? Wciąż trwa moda na outfit typu „black rider”.

Pamiętam, jak na samym początku, a więc dawno, dawno temu, chciałem kupić kask i kurtkę motocyklową, albo chociaż kamizelkę, w kolorach jaskrawych, najlepiej też z fluoroscencyjnymi odblaskami. Sprzedawcy w sklepach motocyklowych wyjaśniali mi, że nie mają takich – nie zamawiają, bo na to nie ma popytu. Wszyscy chcą mieć czarne ubrania. Taki styl. Trochę się przez te lata zmieniło. Sporo już widać motocyklistów w ubraniach widocznych z daleka. W żółtych czy białych kaskach. Ale standard pozostał ten sam: motocyklista, którego sylwetka zlewa się z asfaltem i krajobrazem. Wciąż nie doceniają kierowcy jednośladów korzyści z tego, że jest się z daleka widzianym. Bardziej wierzą w akcesoryjny wydech, czyli tłumik, który działa odwrotnie: nie tłumi, lecz generuje jeszcze głośniejsze dźwięki. Mocniejsze niż te, które „fabryka dała”. To ma podobno pomóc (usłyszą mnie…). Złudne przekonanie, gdyż to trochę jak z falą dźwięku za ponaddźwiękowym samolotem – taki samolot i takiego motocyklistę słychać dopiero, gdy już obok nas przeleciał. A nie wtedy gdy się zbliża. 

Tymczasem w Austrii od paru lat, na krętych alpejskich drogach, na odcinkach szczególnie popularnych wśród motocyklistów, wprowadzono albo całkowity zakaz jazdy motocykli w weekendy, albo tamtejsza policja rygorystycznie sprawdza, czy ilość generowanych przez te pojazdy decybeli jest zgodna z normą.

Mieszkańcy domów przy takich trasach, gdzie „upalano” co sobotę i niedzielę, szalejąc na zakrętach, mieli dość. Właśnie wtedy, gdy oni chcieli odpocząć po tygodniu pracy i pić w spokoju piwo i kawkę na tarasie, zjeżdżali tam tłumnie żądni wrażeń motocykliści. Nie dość, że hałas silników („wiertarki” – to jeszcze inna nazwa sportowych modeli motocykli), to jeszcze do tego co jakiś czas rozlegało się tam przeciągłe wycie syren pojazdów uprzywilejowanych – gdy na miejsce wypadku spowodowanego przez motocyklistów zjeżdżały pojazdy ratunkowe, czyli karetki, straż pożarna, policja.

Need for speed…

Szczególnie na dwóch kołach jest ta potrzeba przekraczania bezpiecznej szybkości ryzykowna. Od tego zacząłem pisać ten artykuł. Porównując dane statystyczne o wypadkach drogowych z danymi dotyczącymi wojen. 

I na tym skończę powtarzając, że mimo wszystko te problemy z wypadkami motocyklowymi to nic w porównaniu z wojną. Przerażają nas relacje w mediach, podsumowujących po kolejnym letnim weekendzie wypadki drogowe z udziałem motocykli. A wobec żniwa śmierci, będącej wojenną codziennością na Ukrainie, przechodzimy obojętnie. 

I pozwalamy naszym politykom coraz bardziej nakręcać spiralę zbrojeń, kontynuować bezsens wojen.

„Dziwny jest ten świat, na którym wciąż jest tyle zła”.

Oraz świat, w którym „człowiekiem gardzi człowiek”. Tak śpiewał nasz polski, XX-wieczny wieszcz. Czesław Niemen. Znamy? Tak, przynajmniej ci z mojego pokolenia. Ale wciąż nie słuchamy ze zrozumieniem.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry