Wybrałem się do Zieleńca. Już na przełomie listopada i grudnia 2024 roku udało się trochę tam pochodzić na nartach biegowych. Wyciągi jeszcze nie „kręcą”. Ale trasy zjazdowe są już przygotowywane przez właścicieli „kanap” i „orczyków”.
I gdy z kolegą, już późnym popołudniem, gdy robiło się ciemnawo, wchodziliśmy obok stoku i wyciągu nazwanego „Nartorama”, patrzyłem na armatki śnieżne, strzelające strumieniami śniegu podświetlonego reflektorem znajdującym się z przodu tych agregatów. Wyglądało to w zapadającym mroku jak ogień. Jakby płomienie wydobywały się z tej grubej tuby. Tak chyba to wygląda, gdy bateria artylerii właśnie odpala swoją salwę. Tutaj huku nie było. Tylko jednostajny poszum silnik i wirnika maszyny i odgłos wydawany przez przecinające powietrze drobinki sztucznego śniegu. A chmura tych drobinek wyglądała jak dym – jakby to działo ziało ogniem.

Skojarzyło mi się to z tymi strofami, zapamiętanymi jeszcze w liceum, do którego chodziłem w niedalekim stąd mieście – w Dusznikach-Zdroju… Nieważne, gdzie uczęszczaliśmy do szkół. Wszyscy w Polsce czytaliśmy „Redutę Ordona” Adama Mickiewicza. Wiersz zaczynający się tymi strofami:
Nam strzelać nie kazano. – Wstąpiłem na działo
I spojrzałem na pole; dwieście armat grzmiało.
Proponuję tym razem analizę tego właśnie wiersza, ale inną niż ta szkolna. Odsuwam teraz tło historyczne i wymowę patriotyczną tego utworu.
Zajmę się tymi armatami. Trochę też nartami. I trochę ekologią.
Zieleniec, ze swoimi stokami schodzącymi z północnego grzbietu Gór Orlickich i najwyższym szczytem, który ma 1087 m. n.p.m. (Orlica) to znane w Polsce centrum narciarstwa. Znane właśnie pod tą nazwą. Nie wszyscy kojarzą to miejsce z uzdrowiskiem Duszniki-Zdrój, ale administracyjnie Zieleniec jest częścią tej miejscowości.
W zakresie możliwości jeżdżenia na nartach zjazdowych Zieleniec konkuruje na Dolnym Śląsku z wyższymi Karkonoszami (Śnieżka ma 1603 m. n.p.m.) i ich najbardziej znanymi centrami wypoczynku, tj. miastami Szklarską Porębą oraz Karpaczem. Oraz z ośrodkiem narciarskim Czarna Góra, położonym tak jak i Zieleniec, na Ziemi Kłodzkiej, ale po jej przeciwnej stronie – w także wyższym od Gór Orlickich Masywie Śnieżnika. Gdzie najwyższe wzniesienie, czyli Śnieżnik ma 1425 m. n.p.m., a Czarna Góra 1217 m. n.p.m.
Te podane wysokości najwyższych szczytów to niewiele – w porównaniu z alpejskimi ośrodkami, gdzie już same miejscowości są położone na wysokości ok. 1500 metrów. A kolejki linowe wywożą z nich narciarzy na wysokość 3000 metrów i wyżej. Także na lodowce.
Ale zmiany klimatyczne, konkretnie ocieplenie, powodują jednak, że już w tym roku zamknięto, np. w rejonie Grenoble we Francji, pierwszy alpejski „ski resort”. I ta tendencja będzie rosła. Specjaliści przewidują w najbliższych latach brak perspektyw dla dalszego utrzymywania się z narciarstwa dla tych miejscowości, które położone są poniżej umownej granicy ok. 1000 m. n.p.m. A na pytanie, czy w 2050 r. będziemy jeszcze w Alpach jeździć na nartach, liczne filmy dokumentalne dostępne na YouTube odpowiadają, że tak, ale: będzie się jeszcze jeździło, jednak tylko urlopując w tych najwyżej położonych miejscowościach. Tj. tych powyżej wspomnianej wysokości 1500 m. Czyli tam, gdzie jeszcze będzie na tyle zimno, iż gdy spadnie śnieg, to się będzie utrzymywał. A jak nie spadnie, to się go zrobi i też się utrzyma. Ale takich miejsc, aż tak wiele nie ma, aby ten sport, czyli narciarstwo alpejskie, mógł być nadal tak masowy jak jeszcze jest teraz. Krótko mówiąc: będzie tak drogo, że tylko najbogatszych będzie stać na tę zabawę.
Eskimosi mają podobno aż 100 wyrazów na określenie różnych gatunków śniegu, ale dla nas niech wystarczy to, że śnieg dzieli się na naturalny i sztuczny. Czyli ten lecący w zimowych miesiącach z nieba i ten sztuczny, który można zrobić pod warunkiem, że ma się wodę, odpowiedni sprzęt, energię elektryczną i właśnie niską temperaturę.
Zieleniec zawsze tę temperaturę miał wyjątkowo niską, jak na swoje niewysokie położenie. W skali mierzonej wysokością nad poziomem morza. Mówiono, że panuje w Zieleńcu klimat subalpejski. I nawet teraz, gdy już nie widać śniegu w okolicy, Zieleniec jest wciąż zaśnieżony. Tylko, że tego śniegu spada w naturalny sposób malutko. Już od wielu kolejnych zim. I jeśli kiedyś systemy naśnieżania były potrzebne zimą sporadycznie, tylko przy jakichś załamaniach narciarskiej pogody, lub po to, by trochę przedłużyć jeszcze sezon narciarski, to teraz potrzebne są one, aby ten sezon w ogóle zacząć. Bez armatek śnieżnych Zieleniec jako centrum narciarskie przestałby funkcjonować.

Obserwuję właśnie nową generację tych urządzeń, która pojawiła się na stokach. Nowoczesne armatki śnieżne. Obłe urządzenia, przypominające trochę swoimi kształtami silniki samolotu. Na ich korpusach dumnie podpisała się też znana firma „Pininfarina” – designer wielu pięknych nadwozi samochodowych, szczególnie włoskich i francuskich firm.
To są te tytułowe armaty na Zieleńcu. I patrząc na nie, pomyślałem niestety o wojnie. A nie o beztroskim jeżdżeniu na nartach. Ciekawe dlaczego tak się na nie mówi zdrobniale: armatki? Próbujemy chyba sobie zmiękczać twarde wyrazy, oswajać sobie te, które źle się kojarzą.
Zatem mamy to słowo wzięte z techniki militarnej, ale na potrzeby cywilne „rozbrojone” ze swej powagi. Nie armata! Groźna, plująca ogniem i żelazem, tylko armatka tryskająca śnieżkiem.
Kto to tak ponazywał kiedyś? Wszystko, co służyło do zabijania (np. sztylet, bagnet, pistolet, czy inny przedmiot, który wykorzystano by kogoś uśmiercić) w kryminalistyce określa się jako narzędzia zbrodni. Ale takie same przedmioty na wyposażeniu wojska, to już nie są narzędzia zbrodni – to broń! Mają nazwę pochodzącą od słowa określającego szlachetnego działanie – od obrony. Ten, który się broni, został przecież napadnięty! Zatem to nie on jest winny, lecz ten złoczyńca, co napadł. Jakaż ta ludzkość jest niekonsekwentna! Miesiącami, ba! przez kilka lat prowadzić się będzie śledztwa by wykryć, kto zabił jedną jedyną osobę. A potem miesiącami, a nawet lata całe, będzie prowadzony proces sądowy, aby skazać oskarżonego. Lub uniewinnić. Bo i tak bywa. Nie umniejszając tragedii tej zabitej osoby, jej bliskich, i wszystkich innych z tą osobą związanych, i nie umniejszając znaczenia jakie ma dla ludzkości fakt pozbawienia życia każdego człowieka – to jest tylko jedna osoba. Na wojnie natomiast giną tysiące ludzi. A w tych światowych – miliony. I nikt przyczyn ich śmierci nie bada! Polegli! Wojna po prostu.
Wojna wszystko usprawiedliwia? Zabijanie ludzi też?
W mediach w czasie tej wojny na Ukrainie podaje się codziennie, lub co jakiś czas, w zależności od intensywności walk, ilu tam tego dnia żołnierzy zginęło. Lub cywili. Informacja o stratach. Swoich i nieprzyjaciela. Te drugie straty to zresztą, dla strony przeciwnej, żadna strata! Wręcz zysk. Przecież zabijając ich wygrywamy!
Nie podaje się w ogóle ogólnej liczby zabitych w tej wojnie! Blokada informacyjna. Po obu stronach, gdyż nie robi tego ani Rosja, ani Ukraina. Tak, lepiej, żeby społeczeństwa nie zaczęły się zastanawiać nad bezsensem tej rzezi, zwanej wojną.
Oprócz armatek, widzi się jeszcze teraz coś nowego: wielkie kontenery, w których produkuje się śnieg. Snow Factory. Fabryka śniegu. Są już całe kopuły nagromadzone z tego sztucznie wytworzonego śniegu. Gdy przyjdzie pora, będą rozgarniane przez ratraki i „układane” na trasach zjazdowych. Na razie czekają.
Ekolodzy, tak czuli na punkcie przegrzewania się naszej planety, nieracjonalnego zużywania jej zasobów, postulujący ograniczenia zużycia energii, jakoś nie oprotestowują jeszcze tego „bawitka”. Bawitko to neologizm wymyślony chyba przez Andrzeja Poniedzielskiego” – jego strofy będą jeszcze na koniec tego artykułu. To bawitko, czyli tutaj narciarstwo bez naturalnego śniegu jest przecież zaprzeczeniem ich ideałów. Chociaż… Widziałem już w jakimś filmiku protesty „Zielonych” przed dolną stacją jakiejś kolei linowej, chyba gdzieś w Austrii. Narciarze wchodzili do budynku, by pojechać gondolkami na górę, a oni skandowali hasła proekologiczne i prezentowali do kamer przygotowane wcześniej tablice z tymi hasłami.
Mnie jednak bardziej porusza brak jakichkolwiek protestów tego środowiska, gdy chodzi o wojnę na Ukrainie.
A także inne wojny, które nieustannie gdzieś się toczą. Tylko, że zazwyczaj trochę dalej od nas. Przecież ostatecznym beneficjentem tej walki „Zielonych” o lepszą planetę ma być dobro człowieka, ludzkości całej, czyż nie? Mamy żyć dłużej i w dobrostanie. No, to czemu nie protestują przeciwko wojnie? Gdy żuczek, jakiś chrobotek, czy jak się tam ten rzadki okaz będzie nazywał, jest zagrożony, to aktywistki, aktywiści i aktywiszcza gotowi są przykuć się łańcuchami do barier ochronnych w poprzek autostrady. A gdy dwie skonfliktowane strony wysyłają na śmierć setki tysięcy ludzi, to wtedy ani słowa? Tak nam pięknie ten świat tłumaczą, jak ta dziewczynka ze Szwecji chyba, której przesłanie do ludzkości zasłynęło kilka lat temu w mediach. Tak chcą planetę zachować dla przyszłych pokoleń!
No, to czemu teraz nie protestują? Teraz, gdy użycie broni atomowej, jest podobno tak prawdopodobne, jak było to tylko raz do tej pory w historii świata. W latach 60-tych ubiegłego wieku. Gdy wywołanie wojny nuklearnej „wisiało na włosku” w czasie konfliktu mocarstw (USA i ZSRR), w związku z próbą rozmieszczenia na Kubie radzieckich rakiet mogących zagrozić bezpieczeństwu USA.
Artyleryi ruskiej ciągną się szeregi,
Prosto, długo, daleko, jako morza brzegi;
Jakże ten XIX-wieczny wiersz wieszcza Adama aktualny jest nadal w XXI. wieku!
Jest we współczesnych czasach wciąż artyleria. Są armaty! Teraz jednak uzupełnione przez czołgi, rakiety i najnowsze „bawitko” militarystów: drony.
Dałem temu pisaniu tytuł „Armaty w Zieleńcu”. I mam takie skojarzenia: Zielona Planeta, Zielony Ład. To nasza Ziemia!
Tak się nasi kochani ekolodzy troszczą o zachowanie przyrody, tej zieleni, tej Ziemi. Tak nam wszystkim miłej. A jakoś nie słyszę od 2,5 roku żadnego potępienia dla nafaszerowania pięknej ukraińskiej ziemi ornej, słynnego „czarnoziemu”, tym wojennym nieszczęściem. Nikt nie opłakuje w mediach setek tysięcy zabitych, których ciała „użyźniają” tę ziemię. Tak, mam wrażenie, że ekolodzy tracą jakby z pola widzenia swój cel: człowieka. Gdyby tak nie było, to oni właśnie powinni w tej chwili protestować we wszystkich krajach, niosąc ulicami transparenty „Nigdy więcej wojny!”.
A nie protestują. Tak jakby człowiek ich nie obchodził.
Ale przecież obchodzi ich gleba, drzewostan, świat zwierzęcy – to są te przedmioty ochrony, którym poświęcają swoje konferencje klimatyczne, sympozja, książki. Protestują, gdy ktoś tam zanieczyścił rzekę olejem. A te tysiące ton bomb, które wniknęły w ukraińską ziemię, jakoś nikogo z nich nie wzruszają. Przyczepiłem się do Ekoludków? Chyba tak. Ale czyż nie mam racji? Tak światli to są ludzie, a nie widzą, co się dzieje?
Ile z tych dział leciało bomb, kul i kartaczy.
Patrz, tam granat w sam środek kolumny się nurza,
Jak w fale bryła lawy, pułk dymem zachmurza;
Żelastwo i cała ta śmiercionośna chemia jak lawa zalała ziemię, „tę ziemię”, tę glebę. Potem, jak się będzie jadło żywność ze zbóż wyhodowanych na takich polach, gdy te wszystkie składniki, te pierwiastki chemiczne, w nas już wnikną, ta „cała tablica Mendelejewa „- to chyba będziemy w nocy świecić.
Ale już się nie będę pastwił nad ekologami. Są tacy, do których mam o wiele więcej pretensji. To politycy. Nasi. Polscy. Czy cokolwiek zrobili w ciągu 2.5 roku, aby powstrzymać to wojenne szaleństwo?
Nic. Wręcz przeciwnie: dozbrajali Ukrainę, aby konflikt mógł trwać. Naprawdę wierzyli w to zwycięstwo Ukrainy? Wmawiali nam, że Rosję można pokonać. Nas oszukiwali, czy siebie? Nie odrobili lekcji historii? Nie pamiętają, że już nie tacy jak Żołynski chcieli zdobyć Moskwę. Chciał Napoleon, chciał Hitler. Ci wiele państw wcześniej zdobyli. Ale spod Moskwy zawracali. I były to sromotne odwroty.
Nie odrobili też nasi politycy lekcji z literatury. Nie czytali „Reduty Ordona”? Wypada im zatem jeszcze raz powtórzyć:
Artyleryi ruskiej ciągną się szeregi,
Prosto, długo, daleko, jako morza brzegi;
Już zaraz miało „Ruskim” zabraknąć amunicji, czołgów, rakiet. Wszystkiego. A właśnie 21 listopada 2024 r. okazuje się, że wystrzelili w kierunku ukraińskiego miasta Dniepr pocisk hipersoniczny, którego „kolektywny Zachód” nie potrafił nawet chyba namierzyć. A co dopiero powstrzymać. Rosyjski „Oriesznik” (Orzeszek) to nowy typ pocisku rakietowego. Zupełnie nowy rodzaj broni. Wobec której najnowocześniejsze systemy obrony przeciwrakietowej, zainstalowane na Ukrainie przez NATO, okazały się bezbronne.
Politycy, siedząc w swoich cieplutkich biurach, nie wiedzą co to okopy, co to smród spalonych ciał, co to ten brud i chłód wojny. Nigdy nie siedzieli pod artyleryjskim ostrzałem, gdy człowiek jest tylko mięsem armatnim. Może się tylko modlić, aby jeszcze raz mu się udało. Aby nie trafiła w jego okop następna porcja artyleryjskiej „podgatowki” (w języku rosyjskim słowo to oznacza przygotowanie ogniowe przed właściwym atakiem). A wystarczy nawet tylko czytać klasyka, poetę Adama Mickiewicza. Czytać ze zrozumieniem, to co napisał:
Tam kula, lecąc, z dala grozi, szumi, wyje.
Ryczy jak byk przed bitwą, miota się, grunt ryje; –
Już dopadła; jak boa śród kolumn się zwija,
Pali piersią, rwie zębem, oddechem zabija.
Najstraszniejszej nie widać, lecz słychać po dźwięku,
Po waleniu się trupów, po ranionych jęku:
Gdy kolumnę od końca do końca przewierci,
Jak gdyby środkiem wojska przeszedł anioł śmierci.
To doprawdy dobry obraz pola bitwy. Tak właśnie to wygląda. A właściwie jeszcze o wiele gorzej. Warto poczytać choćby książki E.M. Remarque’a, na czele z „Na zachodzie bez zmian”.
I dobra jest też ta analiza poety:
Gdzież jest król, co na rzezie tłumy te wyprawia?
Czy dzieli ich odwagę, czy pierś sam nadstawia?
Nie, on siedzi o pięćset mil na swej stolicy,
Król wielki, samowładnik świata połowicy;
Zmarszczył brwi, – i tysiące kibitek wnet leci;
Podpisał, – tysiąc matek opłakuje dzieci;
Wciąż mamy tych królów w tych swych stolicach. Bezpiecznych na swych tronach.
Dwa przykłady tutaj podam. Niestety najbliższe. Pierwszy to Król Ukrainy. Mógł niedługo po rozpoczęciu wojny (bodajże w maju 2022 roku) przystąpić do negocjacji, bodajże w Ankarze. Podobno wszystko było przygotowane, aby usiąść tam do stołu i w rozmowach między Ukrainą i Rosją uzgodnić coś. Nie wiemy co, ale coś zamiast wojny! Wszystko lepsze niż śmierć tylu ludzi! Ale nie! Przybył wtedy do niego wysłannik angielskiego Króla, premier Wielkiej Brytanii. I podobno obiecał Ukrainie militarne wsparcie i polityczne poparcie. Walczcie dzielnie! Pokonamy wspólnie Rosję!
Po blisko trzech już latach bratobójczych walk Rosja nadal nie jest pokonana. Tylko coraz bardziej zdesperowana. I ostrzega znowu, że może być użyta broń atomowa. Znów nikt na Zachodzie w to nie wierzy! Pomimo, że nijak się mają te oceny zachodnich polityków i komentatorów do rzeczywistości. Rosja miała przecież, według nich, zostać pokonana. Pamiętamy? Ta zapowiadana przez miesiące ukraińska kontrofensywa latem 2023 roku. Nie ziściło się! Jeśli teraz nie wierzą w wojnę atomową, to oby się znowu nie pomylili!
A Król Polski przez cały ten czas wojny zagrzewał Ukraińców do boju, obiecując i dając pomoc wszelaką. I przekonywał Polaków, że trzeba oddać wszystko, byleby ten bój Ukraina wygrała. To ten Król, który zasłynął twardym ostrzeżeniem wobec wrogiego mu Króla Rosji: „Nie strasz, nie strasz, bo się… „.
A gdzieś w Polsce na poligonie, gdy Król Polski był obserwatorem ćwiczeń wojskowych (i stał w bezpiecznym miejscu ze swoją generalicją), niespodziewanie huknęła armata. Król Polski aż się skulił z przestrachu (jest w internecie nagranie tej bohaterskiej chwili).
Dziś (w grudniu 2024 roku) Król Ukrainy mówi już co innego. Ogłasza, że te ziemie, o które jego naród walczył, ten Donbas (i Krym chyba też?), to właściwie można będzie jednak Królowi Rosji zostawić. Przynajmniej na razie. Bo i cóż… Nie ma już sił Ukraina. Zmienił się też Król w USA i nie chce już przysyłać na Ukrainę czołgów, rakiet i dolarów. I nie ma już żołnierzyków na Ukrainie. Nie wrócili z zagranicy by iść na wojnę. Coś takiego… A przecież to sami patrioci! Nie utworzyli w Polsce Legionu, aby z iść z ziemi polskiej do ukraińskiej. Nie chcą już walczyć. Uciekają na ulicach ukraińskich miast łapaczom z Wojenkomatu. Ta służba (Wojenkomat) to ukraińska komenda tzw. uzupełnień, czyli zajmująca się wcielaniem ludzi do wojska. Kobiety bronią swoich mężczyzn przed tą branką, łapanką. Czasem nawet udaje im się wybronić męża lub ojca. Straszne sceny! Pokazuje je już telewizja main-streamu? Czy wciąż jeszcze nie? Nie wiem – nie oglądam. Ale na YouTube można to wszystko zobaczyć. I nie są to filmiki fabularne „Mosfilmu” (rosyjska wytwórnia filmów, założona w 1920 r.; ichni taki: „XXth Century Fox”). To są niestety filmy dokumentalne. Albo kiedyś nimi będą. W myśl cytatu „Spisane będą czyny i rozmowy”. Cytatu z innego wiersza. To Czesław Miłosz i jego wiersz zaczynający się od słów „Który skrzywdziłeś człowieka prostego”.
Tak. O to chodzi w tej opowieści o Królach: oni skrzywdzili człowieka prostego.
Nic prawie nie umiem z matematyki, ale policzyć straty ludzkie – w setkach tysięcy i milionach – potrafiłbym. Królowie nie potrafią. Milczą na ten temat. Ciekawe, że nikt nawet takiego pytania im nie zadaje: ilu żołnierzy zginęło na Ukrainie? Ilu ukraińskich, ilu rosyjskich? To ja tu zadam, powtórzę to pytanie:
Ilu żołnierzy zginęło na Ukrainie?
Z lekcji matematyki zapamiętałem niewiele, ale ten skrót, kończący jakieś matematyczne dowody, utkwił mi w pamięci: cbdu. Czyli: co było do udowodnienia. Wszystko się sprawdziło na Ukrainie. I nie trzeba było być wizjonerem, aby przewidzieć to, czym teraz kończy się, miejmy nadzieję, ta bezsensowna bratobójcza wojna. Oby się skończyła!
Tylko, że wciąż są te matki opłakujące synów. Żony i dzieci opłakujące mężów i ojców, którzy nie wrócili z wojny. Albo wrócili nawet, ale okaleczeni. Fizycznie i psychicznie. Można powtórzyć za poetą: „Tysiąc matek opłakuje dzieci.”
Tylko, że po tej wojnie nie będzie tych matek tylko tysiąc, a setki tysięcy. A może i więcej.
A skoro temat armat przewijał się w tym moim artykule, to na koniec jeszcze jeden cytat z poezji. Z wiersza (i piosenki) Andrzeja Poniedzielskiego pt. „Bawitko”:
Raz huczą brawa raz działa
Znów się gubimy w erratach
Na ile to mądre na ile starczy
Ktoś nas osądzi po latach
Polska, grudzień 2024


