Olimpiada bez limitów, taki roboczy tytuł sobie napisałem, zaczynając ten artykuł. „No limits”, „Only sky is the limit” – to takie modne powiedzonka. Modne, bo po angielsku, a ten język staje się u nas w Polsce, jak i w innych krajach, wyznacznikiem nowoczesności. Jak chcesz błysnąć, to wtrącaj angielskie słowa, wyrażenia, powiedzonka. I druga rzecz, co do meritum tych wyrażeń: wciąż nas przekonują media, politycy, influencerzy, że nie ma limitów – nie ma ograniczeń! Wszystko jest możliwe. Wszystko zależy tylko od ciebie.
Nieprawda, nieprawda. Są ograniczenia. I nie wszystko zależy tylko od ciebie.
Limity w sporcie, to także rekordy – osiągnięcia naj-, naj- najwyższe. Wciąż padają nowe rekordy.
Wciąż przesuwa się granica ludzkich możliwości. Tylko, że już nie wiemy teraz nigdy, czy jest to tylko wynik naturalnych warunków, nazwijmy je osobniczych oraz determinacji w treningu, czy też, do tego niewątpliwie ważnego czynnika, jakim są indywidualne predyspozycje do niezwykłych osiągów w danej dziedzinie sportu, nie doszedł jeszcze jeden czynnik – czyli doping.
Środki dopingujące. Wszechobecne w dzisiejszym sporcie.
A w szerszym rozumieniu: nie tylko jakieś tam wspomagające wydolność czy refleks tabletki, zastrzyki, „kuracje” całe tymi specyfikami. Nie tylko ingerencja w ludzką fizjologię. Ale także i genetyka. A właściwie zmiany dokonane w tej genetyce – ingerencja w naturalny proces rozwoju. Dosłownie: hodowanie mistrzów. Już od dzieciństwa.
Tak, tak, to nic nowego. Jeszcze przed kilku dziesiątkami już lat, kiedy wciąż jeszcze fascynował mnie sport wyczynowy, mówiło się np. o tureckich ciężarowcach, u których w młodości, za pomocą jakichś tam chemikalii, hamowano wzrost ramion. I taki „spreparowany” zawodnik wyglądał potem dziwnie: nieproporcjonalnie krótkie ramiona, jak skrzydełka kurczaka. Gdy je prostował ponad swoją głową, trzymając w nich sztangę z niebotycznym ciężarem, to jej gryf (ta rura, na której z obu stron podwieszone są metalowe tarcze dźwiganych ciężarów) niewiele przewyższał czubek jego głowy.
U mnie czy u ciebie byłaby ta sztanga uniesiona dość wysoko nad głową. O tyle normalny człowiek musiałby tę sztangę dźwignąć wyżej. Im, dzięki tej budowie anatomicznej, wystarczało unieść ją na dużo niższą wysokość. I był rekord świata! I był złoty medal!
Dziś zaprzecza się ingerencji farmakologicznej i opisuje, że ówczesne sukcesy Turcji w podnoszeniu ciężarów były tylko efektem selekcji genetycznej. Chodziło o celowe dobieranie zawodników pochodzących z tureckiej mniejszości etnicznej charakteryzującej się właśnie taką budową ciała. Jak było naprawdę?
Kobietom, także już w tamtym czasie, podawano sterydy, które zmieniały gospodarkę hormonalną organizmu i powodowały często, że zawodniczka bardziej z wyglądu przypominała zawodnika. Nazywano to maskulinizacją. Niski głos, nadmierne owłosienie i umięśnienie…
Do anegdot przeszło zachowanie trenera pływaczek DDR (Deutsche Demokratische Republik – skrót w języku polskim: NRD), który podczas igrzysk olimpijskich w Montrealu w roku 1976, na pytanie, dlaczego jego zawodniczki mówią grubymi głosami, odpowiedział, że „One mają nie śpiewać, a pływać”. Żartowano wtedy też, że DDR to Deutsche Doping Republik.
Trenerzy w NRD nawet czasem jeszcze więcej wkładali sił w przygotowanie swoich zawodniczek. Gdy z jakichś badań ich instytutów naukowych wyszło, że wydolność pań uprawiających lekką atletykę zwiększa się w pierwszych okresach ciąży, zachęcali do tego, aby one w tę ciążę, w odpowiednim momencie zaszły – tak, aby szczyt formy przypadał na najważniejsze zawody: mistrzostwa świata, olimpiady. Więcej! Podobno i tak bywało, że taką ciążę sami, u tych swoich zawodniczek, nazwijmy to, prokurowali. Dowodów na to jednak chyba nie ma. AI nic na potwierdzenie tej tezy nie znalazła. Co nie znaczy, że tak nie było. AI jest, tak jak jej twórcy, bardzo poprawna politycznie. Albo (także) już tak mądra. Nie wie przecież, kto pyta. Może dziecko? Zatem „trudne” treści z założenia chyba cenzuruje. Ciąże, planowane u zawodniczek przed zawodami, w każdym razie były. To jest udokumentowane. Potem ciążę się usuwało…
Sportowcy niedozwolone środki przyjmowali często nieświadomie – zalecone przez lekarzy, trenerów jako wspomaganie diety, jako suplementy czy lekarstwa. I tak jest zresztą do dzisiaj.
Nie tak dawno współczuliśmy naszej mistrzyni narciarstwa biegowego Justynie Kowalczyk, gdy okazało się, że rywalizujące z nią zawodniczki z kadry norweskiej w większości są chore na astmę i muszą brać na tę przypadłość lekarstwa. Legalnie. W ten sposób zawsze się tłumaczą ci, których przyłapano na dopingu: byłam chora/byłem chory i lekarze przepisali mi leki. Nie wiedziałam/nie wiedziałem, że zawierają…
Dzisiaj są jednak ludzie, którzy mówią tak: i co z tego, że to doping? Najważniejszy jest wynik!
I ogłosili, że chcą zorganizować igrzyska, na których nikt nie będzie sprawdzał czy jakieś środki dopingujące bierzesz, ani co i ile bierzesz! Igrzyska bez granic, na które przyjadą wszyscy „koksiarze”, już nie ukrywając się. Już pewnie nawet dumni – w końcu to oni zaangażowali się w sport do końca. Kosztem własnego zdrowia. Bo dziś jest już ewidentne jaki wpływ ma doping na zdrowie.
Np. te zawodniczki z NRD: po latach okazało się, że wiele z nich ma olbrzymie problemy.
W niemieckim „Die Zeit” opublikowano wyznania dawnych sportowców, do których dotarli dziennikarze tego czasopisma. To powinny być nie wyznania lecz zeznania. Niestety większość poszkodowanych wybiera milczenie. Raczej nie ma procesów przeciwko tym, którzy odpowiadają za szkody wyrządzone ludziom, którzy wtedy byli młodzi, niedoświadczeni, żądni sukcesów, sławy i często nie wiedzieli rzeczywiście, co łykają. A jeśli nawet są takie sprawy sądowe, to sprawcy faszerowania młodych ludzi dopingiem, za np. dystrybucję testosteronu wśród zawodniczek, dostają łagodne wyroki, typu kilkanaście miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu. Ich ofiary pozbawione są natomiast zdrowia na całe swoje życie.
Młodzi sportowcy czasem wiedzieli, że „biorą”, ale nie przewidywali dalekosiężnych skutków tego dopingowego procederu. Dziś, gdy weszli już w wiek mocno dojrzały, ale przecież nie starczy, są wręcz inwalidami. Zacytuję fragment opisu dolegliwości, na jakie cierpiała 44-letnia (wtedy – artykuł jest z 2018 roku) była dyskobolka z NRD: „Arytmia, przerost lewej komory sercowej, uszkodzona wątroba, niedoczynność tarczycy, przewlekłe żylaki, depresja, insulinooporność”. I komentarz dziennikarza: „To naprawdę nie jest nawet połowa (!) wszystkich problemów, z którymi musi zmagać się na co dzień”.
Niektórzy już jednak nie muszą się z takimi problemami zmagać. Zmarli po prostu. Przedwcześnie.
Pierwsi, którzy definitywnie odpadali z wyścigu, to byli chyba kulturyści. Ci z czasów Arnolda Schwarzeneggera, gdy „bodybuilding” było niezwykle modne i niektórym, zapatrzonym właśnie w karierę Arnolda – gwiazdy filmowej Hollywood, wydawało się, że i oni to powtórzą. Arnold nigdy chyba nic na temat sterydów, anabolików, testosteronu nie powiedział… Zamiast tego zapamiętałem zabawne jego powiedzenie: „Brzuch należy katować do końca”. Tak..
Jakby tylko trening czynił Mistrza… Jednak nie…
Jeszcze jeden cytat, pośrednio – z tego artykułu z „Die Zeit”, a bezpośrednio z portalu o tematyce sportowej „ZEN.COM”, gdzie w 2018 r. w tekście pt.: „Owoce zatrutego drzewa. Doping w NRD bez tajemnic” autor Kamil Gapiński napisał:
„Wśród badających zagadnienie niemieckich lekarzy, sportowców takich jak Hoffman (jedna z poszkodowanych osób – przyp. mój) może być nawet 10 lub 15 tysięcy. Wiadomo, że na skutek przyjmowania dopingu będą przeciętnie żyć od 10 do 12 lat krócej i grozi im o 2,7 razy wyższe ryzyko zapadnięcia na poważną chorobę. Zdecydowana większość tych osób to tacy, którym nie udało się zarobić na sporcie luksusów – dziś pozostają na marginesie, skazani na zapomnienie niczym ofiary nieudanych eksperymentów medycznych.”
I te słowa „eksperyment medyczny”, w kontekście, że działo się to w NRD, czyli niestety znowu w Niemczech, skojarzyło mi się z tym, co w hitlerowskiej III Rzeszy praktykowali lekarze pokroju osławionego doktora Mengele – dręczyciela więźniów obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. On i inni lekarze – zbrodniarze w ówczesnych Niemczech. Gdyż nie tylko ta jedna ludzka kreatura nazwana „Aniołem Śmierci” prowadziła eksperymenty – wystarczy kliknąć, a ukazują się także inne nazwiska. Wszyscy oni tłumaczyli swoje nieludzkie czyny tym, że prowadzili badania naukowe nad szczepionkami, nad sterylizacją. Wspólnym motywem było to, że zmierzali do poprawy rasy ludzkiej.
I tu, mając już tylko tych kilka informacji o dopingu w sporcie (a wszystkie te informacje są niestety zawsze tak samo smutne) można przejść do tematu, czyli „Igrzysk na dopingu” – jak określono nową imprezę, która oficjalnie ma nazwę „Enhanced Games”.
„Wzmocnione gry” – tak można by to dosłownie przetłumaczyć.
To słowo „enhanced” to przymiotnik używany do opisania czegoś, czego jakość, wartość lub możliwości zostały poprawione. Albo właśnie: Igrzyska bez żadnych granic.
One już się odbyły. Organizatorem ich jest grupa osób o znanych w biznesie nazwiskach: współzałożyciel PayPal Peter Thiele, niemiecki miliarder biotechnologiczny Christian Angermayer oraz syn Donalda Trumpa, Donald Trump jr. Znów niepokoją mnie te niemieckie nazwiska „ojców założycieli”. Mają coś Niemcy w genach, jeśli chodzi o dążenie do realizacji tej wizji „ulepszonego człowieka”? W historii XX wieku niestety właśnie niemieckie nazwiska pozostaną w pamięci potomnych – III Rzesza nie kryła swoich poglądów na temat ras ludzkich. Oraz planów co do ich przyszłości.
Odpowiedź na pytanie, kto to wszystko sponsoruje, kto stoi w tle, byłaby bardzo ciekawa. Gdyż to jest zasadnicze pytanie.
We wszystkim chodzi o pieniądze.
Nie o nas, zwykłych ludzi. Choć wmawia się nam, że to dla nas, dla naszej lepszej przyszłości. A w istocie rzeczy chodzi o zysk. Tak samo jest z wojnami: co z tego, że na Ukrainie, a teraz i na Bliskim Wschodzie giną setki tysięcy ludzi: właściciele przemysłu zbrojeniowego kontynuują bezsens wojen. Dla nich to kolejne miliardy dolarów zysku. Ale nam wmawia się, że Ukraina walczy za nas.
Dramat w sensie militarnym, humanitarnym – finansowe eldorado w sensie monetarnym.
Taki wierszyk. Proste rymy czasem lepiej się utrwalają w głowie, niż zawiłe zdania podrzędnie złożone.
Jeśli okaże się, że taki czy inny preparat sprzyja naszej wydolności, poprawia u nas coś tam i po nim będziemy silniejsi, szybsi, bardziej sprawni, jeśli chodzi o refleks, to znajdą się tacy, którzy nawet przy niepewności, co do tego, jak to będzie potem, na stare lata, dziś go kupią i zastosują. Dla efektu, dla kariery i sławy. I niekoniecznie chodzić tu będzie o karierę sportową. Także o karierę w biznesie, gdzie przy pracy non-stop, terminach typu deadline, a choćby także przy przemieszczaniu się między kontynentami, co wiąże się z tym jetlag, czyli rozregulowaniem wewnętrznego zegara, uciążliwym negatywnym efektem długich lotów i zmiany czasu – takie „wspomagacze” pozwolą być lepszym, zwyciężać w wyścigu szczurów. A potem bronić przez długie lata uzyskanej pozycji, gdy „młode wilki” będą atakować.
Zatem być może sponsorami tej nowożytnej olimpiady XXI. wieku są koncerny farmaceutyczne?
Gdzie bowiem najlepiej sprawdzić możliwości wynalazków? Właśnie w sporcie wyczynowym. Tylko, że tu nie chodzi o nowe rozwiązania konstrukcyjne samochodów, sprawdzanych najpierw, zanim wejdą do masowej produkcji, w różnych rajdach i wyścigach. Tu chodzi o żywych ludzi. Ale stara rzymska zasada prawna głosi, że „Chcącemu nie dzieje się krzywda” („Volunia not iniuri”). I mamy do czynienia z taką jakby grą: z pozoru czystą (choć to brzmi a rebour – przecież to igrzyska na dopingu). Ale jednak nikt tutaj nikogo nie okłamuje. Sprawę dopingu postawiono jasno: jest dozwolony.
Igrzyska już się odbyły. Najbardziej kontrowersyjne zawody świata. A gdzie? No, gdzieżby indziej! W stolicy światowego blichtru – w Las Vegas! Neony hoteli bijące w oczy, w tle palmy i sterydy. A może właściwie te sterydy plus inne środki dopingujące, były na pierwszym miejscu. Inne, czyli np. testosteron, hormon wzrostu, EPO, peptydy. Jakże poetycka ta nazwa, ta EPO – skrót od erytropoetyna.
Można ocenić, że początek był skromny. Tylko trzy dyscypliny sportu. Uczestników też nie za wielu. Rekordów nie było wcale. No, może jeden…
Trzeba tu zaznaczyć, że wszystkie światowe federacje (np. MKOL i WADA) ogłosiły zgodnie, że żadne z wyników które na tych igrzyskach zostaną uzyskane, choćby były te czasy, kilogramy, metry i centymetry lepsze niż obecne rekordy świata, za takowe nie zostaną uznane. A uczestnicy tych igrzysk nie będą już dopuszczeni do żadnych „normalnych” zawodów. Dla większości z nich jest to jednak chyba niewielka strata, gdyż coś mi się zdaje, iż nie skusili się na tę imprezę ci, którzy jeszcze mają szansę błysnąć w rywalizacji zgodnej z przepisami antydopingowymi.
Wzięli udział w tych zawodach sportowcy z medalowymi osiągnięciami, ale pewnie i tacy zawodnicy jak jedyna uczestniczka z Polski. Pływaczka w wieku lat 27, a więc raczej zaawansowanym dla tej dyscypliny sportu, która zresztą już przed dwoma laty zakończyła swoją zawodniczą karierę. I teraz przystępując do „Enhanced Games” wznowiła treningi. Występowała dotychczas bez większych sukcesów. Była bardzo dobrze zapowiadającą się sportsmenką we wczesnej młodości, ale jako seniorka nie zdobywała medali, nie miała spektakularnych sukcesów. Swój udział w tych igrzyskach motywowała tym, że chciała skorzystać z zaawansowanej opieki medycznej, która ma na celu optymalizację zdrowia i regenerację sił.
Być może także z takich osób rekrutują się też inni uczestnicy tych igrzysk? Byłoby to zrozumiałe: tyle lat poświęceń, ciężkiego treningu, tyle niespełnionych nadziei… I szansa by sobie to teraz powetować. Używając sportowego porównania: niejako „rzutem na taśmę”. Raz chociaż zabłysnąć! Może pobić czyjś rekord? Albo przynajmniej swój najlepszy wynik? A także zarobić duże pieniądze. Oraz, żeby przynajmniej raz o mnie usłyszano! Nie odmawiajmy jej zatem tego – ta polska pływaczka, to Natalia Fryckowska. Zajęła ostatnie, czwarte miejsce zarówno na 50, jak i 100 metrów stylem dowolnym. Zauważmy: tylko cztery zawodniczki ścigały się na „olimpijskiej” pływalni. Zatem kilka torów było jeszcze wolnych w oczekiwaniu na następnych odważnych.
Odważnych, czy desperatów?
Co do pieniędzy… Za pobicie rekordu świata organizatorzy „Enhanced Games” oferowali 1 mln dolarów, za zwycięstwo 250 tysięcy dolarów. Nasza Natalia zarobiła podobno 100 tys. dolarów.
„Miał być hit – wyszedł sheet”, „Miała być rewolucja – wyszedł kapiszon” – takie tytuły mają relacje z tych odbytych już gier i igrców ze zdrowiem i z naszą dotychczasową moralnością.
Dotychczasową moralnością – gdyż rzeczywiście można się zastanawiać, co też z nami teraz będzie?
Te igrzyska, to jak to się mówi, fragment większej całości. Nasz świat stale się zmienia. Kiedyś mieliśmy gladiatorów w rzymskim Koloseum, którzy walczyli o większą stawkę – o własne życie.
Nowożytny sport aż takich ofiar nie wymagał. Przegrany pozostawał przy życiu. Czyżby historia zatoczyła jednak koło? Bowiem uwzględniając efekty długoterminowe „kuracji dopingowych” – negatywne dla zdrowia – ci zawodnicy Enhanced Games też stawiają swoje życie na szali.
„Dotarliśmy do głównego nurtu kultury” – przekonywał dyrektor generalny Enhanced Games, Maximilian Martin. „Zostajemy na dłużej. Dziś wieczorem zmieniliśmy świat”.
Podczas igrzysk rozegrano konkurencje pływackie, w podnoszeniu ciężarów i w lekkoatletyce. Najlepszy wynik należał do greckiego pływaka Kristiana Gkolomeeva, który wygrał 50 m stylem dowolnym w czasie 20,81 s. Popłynął o 0,07 s szybciej od oficjalnego rekordu świata Australijczyka Camerona McEvoya z marca tego roku. I dostał ten 1 mln dolarów za „rekord świata”. Tylko, że jego wynik nie zostanie uznany oficjalnie. Ponieważ korzystał z substancji zakazanych przez Światową Agencję Antydopingową (WADA) i płynął w zabronionym poliuretanowym stroju. Ten ciuszek, bardziej „opływowy” niż ludzka skóra (nawet wygolona na całym ciele) – jak się szacuje – daje około 2 proc. przewagi.
Były też zastrzeżenia natury technicznej, co do pomiaru czasu: są obserwatorzy, którzy twierdzą, iż Gkolomeev dotknął ściany już po tym, jak na ekranie wyświetlił się czas 20,81, co podważa wiarygodność pomiaru. Enhanced Games odrzuciły te zarzuty jako „całkowicie bezpodstawny internetowy bełkot”. Podkreślono, że pomiar czasu prowadziła firma Primetime Timing, a jest to według nich „uznany, renomowany, certyfikowany w systemie ISO dostawca, używany na niezliczonych imprezach międzynarodowych i nigdy niekwestionowany”.
Wbrew swoim publicznym zapowiedziom, że „zmiażdży” rekord świata Usaina Bolta (9,58 sek.), amerykański sprinter Fred Kerley pobiegł 100 m w czasie 9,97 s. Miał dużo lepszy wynik na igrzyskach w Paryżu dwa lata temu (wtedy uzyskał 9,81 i zdobył brąz).
Swoją drogą – okropna jest ta retoryka przemocy, która już na stale opanowała relacje sportowe: zmiażdżyć, zdeklasować!
Brak szacunku dla przeciwnika. A ulega on rywalowi często tylko jednym-dwoma punktami, albo setnymi częściami sekundy. Wyniki biegów, skoków, dzielą ułamki sekund i centymetry. A mimo to w naszych głowach pozostaje zakotwiczona niemal wojenna terminologia, która niestety coraz bardziej nas odczłowiecza. Skutki? Właśnie te toczące się wojny, na które już niemal nie reagujemy. Mylę się? Reagujemy?
A gdzie są choćby pojedyncze demonstracje antywojenne w Polsce?
Potrafimy iść tłumnie w czarnych marszach, które w imieniu kobiet żądają przywrócenia im prawa do decydowania o sobie – czyli przywrócenia prawa do nieskrępowanej aborcji. Przeciwniczki i przeciwnicy tego światopoglądu idą z kolei w pochodach, których hasłem jest ochrona dziecka poczętego. Ale gdy na Ukrainie i w Palestynie tysiącami, setkami tysięcy giną ludzie, my spokojnie wyjeżdżamy na kolejny długi weekend.
Sport współczesny zmienia nam postrzeganie świata, które mamy w naszej głowie: zamiast szlachetnej rywalizacji, zamiast szacunku dla pokonanych – jest kult zwycięzców, pogarda niemal dla przegranych.
Tak! Czymże są bowiem w istocie te słowa o deklasacji przeciwnika?
Wraz z zaistnieniem Enhanced Games zjawiają się jednak także o wiele jeszcze większe problemy etyczne.
M.in. na jednej ze stron internetowych przytoczoną taką wypowiedź:
„Oferowanie sportowcom – w większości o niskich dochodach z uprawiania sportu – takich pieniędzy przypomina werbowanie osób z uboższych warstw społecznych do udziału w badaniach za gotówkę. To naprawdę nieetyczne według wszelkich standardów”.
Ktoś zatem trafnie zauważył, że znaleziono sposób na pozyskanie ludzi jako tzw. królików doświadczalnych. Chyba tańszy dla koncernów niż płacenie tym ludziom za udział eksperymentach medycznych.
Być może najważniejsze pytanie po niedzielnym wieczorze w Las Vegas brzmi jednak: co stanie się dalej?
W Las Vegas, w siłowniach, w szatniach i w mediach społecznościowych na całym świecie. Czy środki dopingujące zaczną być traktowane jak aspiryna lub jakiś inny „Dolgit”? Ich reklama opiera się na takim najprostszym przekazie: boli – weź! A tu, poprzez te igrzyska, trafi się szczególnie do młodych ludzi, bo w tym wieku zainteresowanie sportem jest największe – przekona się ich wynikami. I taką zachętą, ukrytą jakby w podtekście: ty też możesz zaimponować koleżankom, kolegom. Wszystkim!
I wcale nie będzie to ograniczone do sportu na najwyższym, światowym poziomie. Na fb czy na instagramie liczą się też fotki z lokalnych zawodów, np. amatorskich wyścigów kolarskich czy innych tego typu imprez sportowych. Kolegom chodzącym „na siłkę” też zaimponuje wyciśnięcie stu- iluś tam kilogramów.
Zwraca się uwagę na to, że media społecznościowe i kultura fitness już dziś wywierają ogromną presję na wygląd i formę. Masz być „wyrzeźbiony”.
Sylwetki takie są pożądane i jeżeli wsparcie farmakologicznie stanie się jeszcze bardziej oswojone, to coraz większa liczba ludzi po nie sięgnie. Odpowiednia reklama wyjaśni młodym ludziom, że ich oczekiwania wcale nie są nierealistyczne.
Już teraz są środowiska, w których zdrowie schodzi na dalszy plan wobec wyglądu, liczby wyświetleń czy krótkoterminowych efektów. Istnieje realne ryzyko, że pogoń za „optymalizacją” przysłoni troskę o dobrostan, o zdrowie. W dzisiejszym rozumieniu tego słowa.
Już ponad 10 lat temu zdarzyła się w mojej rodzinie śmierć trzydziestoletniego wtedy mężczyzny. Zdrowy, nie chorował. Zmarł nagle w swoim mieszkaniu. A kilka lat wcześniej zaczął „pakować”. To było modne w środowisku, w którym zaczął przebywać. Jego matka pokazała nam kiedyś, co on regularnie zażywał do posiłków, uspokajając wszystkich, że niby to nie jest nic takiego. On twierdził, że to tylko tzw. „suplementy diety”. Postawiła na stole metalową okrągłą puszkę, przypominającą pojemnik na kawę. Otworzyła wieczko i wyciągnęła z niej sporej wielkości, okrągłą tabletkę, która miała formę białego pionka warcabów. Z puszki buchnął wręcz okropny zapach przypominający woń karbidu. Załamana matka oznajmiła, że do syna nic nie dociera, żadne przestrogi: on chce mieć wygląd jak jego koledzy, prezentujący potężne mięśnie w obcisłych koszulkach.
Byli na jego pogrzebie. Trzymali się jakby na uboczu żałobników z rodziny zmarłego. Młodzi, najczęściej postawni ludzie, wtedy – było to na wiosnę – wszyscy w skórzanych kurtkach. Wyglądali na jakby zmieszanych, wyciszonych. Pewnie przez krótki czas trwał ten ich stan zadumy, nad tym co się stało. Ale zapewne szybko wrócili do swoich „suplementów”.
Zatem, niniejszym, napisałem artykuł, który, mam nadzieję, odczytany zostanie, jako jeszcze jedna przestroga: nie idźmy w ten sztuczny świat, w ułudę fantastycznych wyników sportowych, które prędzej czy później będą przyczyną niepełnosprawności, przedwczesnych zgonów.
Tylko, że dobrze znamy to dość brutalne, ale trafne powiedzenie:
„Psy szczekają, a karawana jedzie dalej”.
Zastosowanie znajduje i w tej sprawie.
Można nawet słowo „karawana” zamienić na „karawan”.
Karawan pogrzebowy.

