Wydrenowani i wydronowani prekariusze

Proletariat, proletariusze… Prawie zapomniane słowa. Trzeba je chyba przypomnieć, zanim zacznę pisać o prekariuszach. Gdyż te dwa słowa – proletariat i prekariat – łączą się z sobą.

W czasach, jak to się mówi, słusznie minionych, czyli w epoce Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (w latach 1944-1989 – w skrócie: PRL), w okresie schyłkowym tej epoki, słowo proletariat już też wyszło praktycznie z użycia. Takie przestarzałe było, że gdy ktoś chciał być współczesny, to raczej go unikał, w mowie i w piśmie. Używano jednak często określenia „ludzie pracy”, podczas gdy słowo „proletariusze” kojarzyło się raczej z XIX-wieczną literaturą naukową, szczególnie z tym słynnym wezwaniem „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!” z opublikowanego w Londynie, w 1848 roku, Manifestu Komunistycznego napisanego przez ideologów ruchu robotniczego – Karola Marksa i Fryderyka Engelsa. Manifest zaczyna się słowami „Widmo krąży po Europie – widmo komunizmu”. A kończy się tym hasłem – wezwaniem jak wyżej: łączcie się!

I ta idea łączenia się robotników towarzyszyła uprzemysłowionym krajom Europy oraz USA przez całe następne prawie 150 lat.

Łączyli się najczęściej w ramach związków zawodowych, które stawały się z czasem realną siłą w walce o ich prawa. Po drodze było trochę „kamieni milowych”:

  • strajki robotników USA w latach 80-tych XIX wieku (1886 rok), których upamiętnienie przez lata obchodzone było uroczyście w dniu 1 maja jako Święto Pracy (piszę w czasie przeszłym, bo dziś wielu ludzi już chyba nic już o tym Dniu Święta Pracy nie wie, poza tym, że 1 maja, o ile pracują na umowę o pracę, to mają wtedy wolne);
  • Rewolucja Październikowa w 1918 roku, która doprowadziła do powstania pierwszego na świecie państwa socjalistycznego (Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich), w którym wywłaszczono posiadaczy ziemskich i przemysłowców przekazując formalnie całą ziemię oraz wszystkie środki produkcji bogactwa naturalne, przemysł, itd. w ręce robotników jako klasy od tej pory panującej;
  • zakończenie II wojny światowej i powstanie w krajach tzw. Bloku Wschodniego szeregu państw socjalistycznych, w tym Polski (PRL) – pozostających potem, tj. do końca lat 80-tych ubiegłego wieku pod wpływem ZSRR i realizujących w założeniach zasady sprawiedliwości społecznej przez co rozumiano uspołecznienie polegające na tym, że właścicielem majątku całego kraju stało się państwo.

Socjalizm stawiający sobie za zadanie realizowanie interesów ludzi żyjących z własnej pracy, wychodząc z marksistowskiej teorii o istnieniu i walce klas społecznych, stał zatem w ideologicznej i praktycznej konfrontacji z kapitalizmem, w którym co do zasady maksymalizacja zysku jest celem i tworzy klasę posiadaczy. Burżuazja, czy jak jeszcze inaczej nazwać tych, którzy w kapitalizmie są głównymi właścicielami środków produkcji, jest w tym ustroju na pierwszym miejscu, o czym się ludowi raczej nie przypomina – zastępując to narracją o demokracji, wolnym rynku i swobodach gospodarczych.

I tak sobie jedni ludzie żyją z pracy innych ludzi, tworząc swoją zamożność poprzez zawłaszczenie powstającej w wyniku pracy wartości dodatkowej (zysku) – czyli są kapitalistami.

Oprócz klas robotników i chłopów wyróżniano także np. w PRL klasę inteligencji, zaznaczając: inteligencji pracującej. Czy też nie klasę lecz raczej warstwę, gdyż tak określano mniejsze grupy społeczne, będące częścią tych grup większych, podstawowych – czyli klas.

Różni teoretycy starali się nam socjalizm naukowo „podrobno wytłumaczyć” – jak mówiono na dawnych polskich Kresach Wschodnich. Ale były też bardziej popularne definicje:

  • socjalizmu – że mianowicie polega on na tym, iż „od każdego według jego zdolności – każdemu według jego pracy”,
  • komunizmu – jako systemu, w którym można będzie dać już „Każdemu według jego potrzeb”.

Był też żart nie pozostawiający żadnych złudzeń, że zawsze w efekcie jest tak samo – cobyśmy nie tworzyli. Takie niby pytanie to było:

„Czym różni się kapitalizm od socjalizmu?”

I odpowiedź na to pytanie:

„W kapitalizmie człowiek wyzyskuje człowieka. A w socjalizmie jest dokładnie odwrotnie”.

Wszystkie definicje socjalizmu podkreślały rolę pracy oraz to, że najważniejsi mają być ludzie pracy. Czyli proletariat.

Kapitalistów miało nie być. Miało być natomiast pięknie. Właśnie według potrzeb – gdy już zbudujemy sobie w kraju socjalizm i przejdziemy do jego wyższej fazy, tj. właśnie komunizmu.

Polacy z właściwym sobie poczuciem humoru i nigdy nieprzekonani, że socjalizm i komunizm jest dla nich dobry, wymyślali na temat socjalizmu kabaretowe skecze, które czasem cenzura potrafiła „przepuścić” na scenę, do filmu, radia lub tv, nie zauważając (jakby) zawoalowanych antysocjalistycznych treści. Raczej jednak traktowano to jako wentyl bezpieczeństwa (niech się ludzie pośmieją, to zdrowo, a rano pójdą i tak do pracy). Naród wymyślał dowcipy i słowa przyśpiewek, typu: „Bez picu, bracie bez picu, komunizm jest na księżycu”.

Tak w maksymalnym uproszczeniu przedstawiłbym te uwarunkowania socjalizm-kapitalizm.

Siermiężny był ten nasz socjalizm. Bloki z wielkiej płyty i autobusy dowożące ludzi do pracy.

Niemcy Zachodnie, z pomocą USA, odbudowały się ze zniszczeń wojennych II wojny światowej i coraz częściej zwykły pracownik fabryki mógł sobie tam pozwolić na domek z ogródkiem, a w garażu stał mały, ale jednak nowy samochód. Wtedy socjalistyczny świat ludzi pracy zaczął patrzeć na Zachód z zazdrością. Ludzie zastanawiali się, dlaczego u nas tak nie ma?

I to chyba jest odpowiedź na pytanie, dlaczego się u nas ten socjalizm nie przyjął. Za ładne były te obrazki z Zachodu. I zbyt krótka pamięć społeczna. Ludzie szybko zapomnieli jak uboga (wbrew sanacyjnej propagandzie) była Polska przedwrześniowa i oczekiwali, że u nas ma być tak jak na Zachodzie. Zaraz!

I tak te lata realnego socjalizmu nam Polakom zleciały.

I przyszła Wielka Zmiana. Powiał wiatr Historii.

Pewna, znana wtedy młoda aktorka, Joanna Szczepkowska ogłosiła nam w Dzienniku Telewizyjnym 4 czerwca 1989 roku, że w tym dniu upadł w Polsce komunizm. Był to dzień pierwszych demokratycznych wyborów parlamentarnych w zaczynającej swoje istnienie „III RP”. I większość Polaków myślała, że kapitalizm, wchodzący w drzwi wejściowe za oddalającym się w przeszłość socjalizmem, będzie co najmniej tak ładny jak ona, ta młoda wtedy aktorka… Nie był. I dziś też nie jest. Taki ładny. Ale wszystkim wmówiono – czyniły to media, politycy, cały establishment – i nadal wmawia się kolejnym młodym pokoleniom, że jest pięknie. I piękniej nie może być.

Minęło 35 lat… Dużo się zmieniło. Na lepsze. Rzeczywiście ładniej jest. Tylko czy to naturalna uroda, czy płynie z głębi duszy i ciała naszego ustroju społeczno-politycznego, czy też jest to puder, szminka i „chirurgia estetyczna”?

Opisywanie zalet nowego ustroju i naszego współczesnego życia, w którym każdy może sobie już jeździć samochodem (i mniejsza o to, że najczęściej starym, mocno już zużytym), bo go stać – pozostawiam innym. Cieszę się też, że Polska wypiękniała – w sensie porządku, czystości, zadbania. Nasze miasta, przynajmniej centra miast, wyglądają nie gorzej niż te w zachodniej Europie.

Dziś jednak trochę jeszcze, po tym omówieniu historii, kilka refleksji na temat smutny. Jakby ukrywany, zamiatany pod dywan.

Wszyscy chyba mieliśmy na to nadzieję i chcieliśmy być klasą średnią.

Z nieograniczonymi możliwościami. Np. aby potem przejść do upper middle class, a nawet jeszcze wyżej – na sam szczyt. Amerykański mit pierwszej połowy XX wieku „od pucybuta do milionera” lub ten nowy mit – o cudownych młodych ludziach z Doliny Krzemowej – miał się realizować też u nas.

A co jest? Jest od pierwszego do pierwszego.

Są raty kredytu. Na samochód, na mieszkanie. Jest umowa kredytowa z bankiem – współczesna forma niewolnictwa. Jest „życie w kredycie”. Tylko nawet ta nowa, ironiczna wersja określenia istoty tego kapitalizmu ludowego, też odchodzi gdzieś w nicość. Większość młodych ludzi nie ma bowiem nawet zdolności kredytowej. I nie dla nich kredyt na mieszkanie. Komórkę mogą sobie w kredycie kupić – smartfona. I finito! I basta! Pozostaje im żyć od pierwszego do pierwszego. I dalej pracować za płacę minimalną. Podobno najwyższą w Europie.

Ci co jednak zarabiają tę średnią krajową lub lepiej i kredyt dostali są wprawdzie posiadaczami mieszkań w deweloperskich osiedlach, ale czują, że wisi nad nimi topór niespłaconego kredytu i groźba utraty lokum. Pozostaje im mieć nadzieję, że ich nie zwolnią z pracy. Ale sztuczna inteligencja już się skrada… Do ich biur w wieżowcach z aluminium i szkła.

I takie już to życie młodych jest – radość, bo bank dał kredyt, a potem te np. 30 lat czasu oczekiwania na tę chwilę, gdy przestaną być zakładnikami trzymanymi w szachu przez bank. Czy to jest ta wymarzona wolność?

Ogłoszono nam niedawno, że jesteśmy, my Polska, w top twenty – wśród dwudziestu najlepiej rozwijających się państw świata. Śmiać mi się chce. Przypomniało mi się wtedy jak ta ikona III RP, imć pan Lech Wałęsa, chyba przemawiając w amerykańskim kongresie, użył tego słynnego „We people” – My Naród…

Tak nas w dumę wbijano i wciąż nadal się to czyni. A refren z „Wesela” naszego wieszcza Wyspiańskiego niestety niezmiennie pobrzmiewa: „Chciało by się wielkich rzeczy, a tu pospolitość skrzeczy”. I ten „złoty róg” demokracji, wolności, szczęścia, gdzieś zgubiliśmy po drodze. „Ostał ci się jeno sznur”…

Podobno wszyscy w Europie zazdroszczą nam sukcesów.

Polski cud gospodarczy i propaganda sukcesu – wróciła wyśmiewana przez ostatnie dziesięciolecia polska polityka informacyjna lat 70-tych XX wieku. Jest ona tylko, w dobie informatyki, mediów społecznościowych i powszechnego dostępu do smartfona, nieco zreformowana. Ale znów święci triumfy w Polsce. Wsparta teraz dodatkowo przez AI.

Media głównego nurtu trzymają umysły Polaków tak mocno, że nie dociera do nich inny przekaz. Czasem tylko jakieś bezsilne pomiaukiwania słychać ze śladowego antysystemu, czyli tych partii mikro – w porównaniu z potęgą partii telewizyjnych. Te małe partyjki i ich przywódcy przejęli właściwie funkcje, jakie w latach socjalizmu pełniły kabarety, gdzie próbowano coś wtedy powiedzieć trochę prawdy – w zawoalowany sposób, na wesoło. To im było wolno.

Teraz też wolno sobie trochę pogadać, ale tylko trochę. Po to, aby się nic nie zmieniło i dalej naród siedział cicho.

I jeszcze wręcz był dumny, że np. wspieramy Ukrainę, kosztem narażania polskiej gospodarki, mało: wręcz polskiej niepodległości, polskiego bezpieczeństwa.

Co kilka lat wybory – jak igrzyska.

A niech się wtedy ludziska nacieszą pyskówkami, połajankami, sensacjami, skandalami! W efekcie tych niby demokratycznych wyborów dochodzi tylko i wyłącznie do wymiany personalnej – jedna ekipa, tak samo widząca wszystko, zastępuje poprzednią. Napisałem „niby wybory”, gdyż alternatywy dla dwu partii, które zdominowały polską scenę polityczną, wciąż nie ma. A mądrzy, rozsądni, uczciwi ludzie, bez poparcia kapitału, czyli Wall Street, nie mają w tych partiach z polskiej I ligi żadnych szans. I nic się od lat, od ponad trzech dziesięcioleci, nie zmienia. Jedynie pozorne zmiany. Raz tzw. prawica ma władzę i dzieli pieniądze między swoje elity, a raz lewica.

Gdy było już bardzo źle i lud mógł już zacząć szemrać, to dostał 500 plus. I znowu zasnął.A co niby miałoby się zmienić, skoro jest przecież tak dobrze?

Mało kto z Polaków, podobno najdłużej pracujących według średnich europejskich (chodzi o czas poświęcany na pracę zawodową), a więc zapracowanych niemożebnie, ma jeszcze czas i siłę by zastanowić się, gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy?

Jednak naukowcy, badając naszą społeczną kondycję, i nie tylko naszą – w całej Europie, zdiagnozowali to, co mamy tu i teraz, jako czasy prekariatu. Nowe słowo. Bardzo przypominające proletariat. Tę zapomnianą nazwę oznaczającą najbardziej upośledzoną kiedyś część społeczeństwa.

Zacznijmy więc wyjaśniać i uzmysławiać sobie, co to jest prekariat. Najkrócej:

Prekariat oznacza grupę ludzi żyjących w niepewności ekonomicznej.

Pracujących na umowach tymczasowych (na czas określony), umowach zlecenia, umowach o dzieło lub po prostu „na czarno”. Nieodprowadzających składek na ubezpieczenia społeczne. Bez stabilności zatrudnienia, bez szans na własne mieszkanie czy choćby jego wynajęcie (zbyt niskie mają zarobki). Często są bez prawa do bezpłatnej opieki zdrowotnej. Bez perspektyw na jakąkolwiek emeryturę w przyszłości. Nie mówiąc już o emeryturze godziwej.

Słowo to spopularyzował na początku naszego wieku Guy Standing, profesor ekonomii University of London. Opublikował szeroko komentowaną pracę zatytułowaną „Prekariat. Nowa niebezpieczna klasa” (The Precariat: The New Dangerous Class”).

Po raz pierwszy pojawiło się to określenie jednak już w latach 80-tych ubiegłego wieku. Powstało ono z połączenia dwóch słów, tj. precarious (niepewny) i proletariat (biedna klasa pracująca), dla określenia sytuacji takich ludzi.

I co, widzicie takich ludzi wokół siebie? Nie widzicie? Nie ma takich? Dają radę? Przebijają się jednak, znajdują pracę, dostają kredyt, kupują od deweloperów te nowe mieszkania?

Tylko jakoś tak jest, że ci, co nawet dają radę, nie mają odwagi np. aby się z nikim związać. No, chyba że z bankiem, umową kredytową. OK. Są w związkach partnerskich. Dzieci… Hm… Raczej nie. Stresy, nerwice, załamania, depresja – tendencja wzrostowa… „Małpeczka” przed pracą? Podobno to już polska norma w wielkich korporacjach.

Browar po pracy. Albo antydepresanty. Aby przetrwać do jutra. Przybywa młodych na „kozetkach” u psychologów. Czasem i to już za mało – potrzeba psychiatrów. Te weekendy z piwem i grillem, by na chwilę odreagować stres, już nie wystarczają. Ale wciąż jeszcze jeżdżą po świecie, latają, udowadniają, że należą do klasy średniej – czyli do tej klasy bez kasy. Tylko z kredytami. Na Instagramach i WhatsAppach pełno zdjęć ze wspaniałych miejscówek. Jest dobrze! Amerykański model życia to także „Keep smiling”. In spite of all (bez względu na wszystko…).

Gdy w 2008 roku Guy Standing opublikował tę pracę o prekariacie, wywołał sporą dyskusję. Także w Polsce.

Przeczytałem duży fragment jego książki i kilkanaście artykułów o prekariacie jako zjawisku społecznym. Wysłuchałem też iluś tam podcastów o prekariacie, raczej polemicznych w stosunku do Standinga. Większość komentatorów „szuka dziury w całym” lecz podstawowej jego tezy, czyli że taka klasa prekariuszy już jest, nikt nie zaprzeczył. Mają tylko pretensje, po co to nowe słowo, skoro są już te tradycyjne określenia, takie jak właśnie proletariat czy klasa robotnicza. Oraz nowsze, szersze: klasa pracująca. Te pierwsze dwa terminy za bardzo kojarzą się z prostymi robotnikami wielkiego przemysłu: huty, stalownie, kopalnie, fabryki, włókiennictwo. To tam byli robotnicy. Przestarzałe to i już niespotykane niemal w Europie. Nastąpiła relokacja takich zakładów na Daleki Wschód, do krajów Azji.

Ale klasa pracująca istnieje nadal. Globalnie i lokalnie. U nas w Polsce też. To wszyscy ci, którzy żyją ze swej pracy – pracownicy najemni. Na usługach finansowej elity – tych najbogatszych ludzi świata.

Pracujemy, jak zawsze! Czyli jesteśmy klasą pracującą. A dodatkowo: często właśnie prekariuszami. Pracujemy, bo jakże inaczej? Pracujemy coraz dłużej – taka jest kara za wyższą średnią przeciętnej długości życia.

O ile nie jesteśmy akurat na bezrobociu. W szczególności na bezrobociu strukturalnym, bo i taką nazwę nam wprowadzono. Przyzwyczaja się nas do tego, że bezrobocie jest to dopust Boży, wola nieba. A z nią, jak mówi przysłowie, zawsze się zgadzać trzeba. Kościół zawsze wspierał bogatych, tłumacząc prostemu ludowi, że inaczej nie można. A porządek świata jest boski.

Pracujemy, tylko już teraz w innych dziedzinach przemysłu, handlu, usług, niż kiedyś. I inny jest już też podział na poszczególne klasy. Tym, którzy twierdzą, że podział na klasy już nie istnieje – ja nie wierzę.

Oprócz elity na samym szczycie drabiny społecznej, profesor Guy Standing proponuje, wyodrębnia następujące współczesne klasy społeczne:

  • Salariat, czyli tych którzy mają stabilne zatrudnienie w korporacjach czy w administracji, w oparciu o uregulowane prawem umowy o pracę i wypłacane względnie wysokie stałe pensje (od ang.: salary – wynagrodzenie);
  • Warstwę wyższą – wykwalifikowanych fachowców, wykształconych, z wyższymi dochodami, którzy nie mają umów o pracę, bo często sami tak wolą, gdyż cenią sobie swobodę jako freelancerzy;
  • Warstwę niższą – pracowników fizycznych, inaczej mówiąc: robotników. Nie bójmy się tego słowa. Pracują oni jeszcze z umowami o pracę przewidzianymi w Kodeksie pracy czy innym akcie prawnym i cieszą się względnie stabilnym zatrudnieniem.
  • I wreszcie, na samym dole, jest prekariat. W Polsce – około 2 miliony ludzi.

Prekariat. To właśnie ta cała reszta pracujących ludzi. Są na tzw. „śmieciówkach”.

To pejoratywne określenie jest Polakom aż za dobrze znane. To może być krótkotrwała umowa o pracę na czas określony (czyli jesteśmy jeszcze w ramach Kodeksu pracy) albo umowa zlecenia lub umowa o dzieło. Tych umów, tzw. cywilnoprawnych, dotyczy już tylko Kodeks cywilny – bez żadnych dobrodziejstw z Kodeksu pracy typu urlop wypoczynkowy czy płatne chorobowe.

Można też jako prekariusz tyrać w ogóle bez umowy – „na czarno”. Wchodzi tu w grę także tzw. samozatrudnienie, czyli zgłoszenie jednoosobowej działalności gospodarczej. Najczęściej przymusowe, gdyż jeżeli nie „założysz” działalności, to nie będziesz zatrudniony. Pracodawca przerzuca w ten sposób na pracownika wszelkie składki na ubezpieczenia społeczne i podatki.

Jest też, szacuje się, z milion ludzi, dla których pracodawcą są potężne w Polsce Agencje Pracy Tymczasowej. To one zatrudniają pracowników i „dostarczają ich” do firm. Pracownika z firmą, w której rzeczywiście pracuje, nic nie łączy. Takie współczesne wyalienowanie, wykorzenienie, wyobcowanie. I właśnie niepewność jutra. Jeżeli jest nawet jakaś umowa, a w niej jakiś okres wypowiedzenia – to nie dłuższy niż dwa tygodnie. A może być to tylko 3 dni. Albo i natychmiast. I planuj wtedy swoje życie! Dlatego ta nazwa – prekariat – w której treści zawarta jest niepewność, obawa, strach przed bezrobociem.

Abstrahuję od szczegółowej analizy samego pojęcia prekariatu i różnych niuansów z tym związanych – to zrobiło już wielu, świetnie do tego przygotowanych naukowców i publicystów lepszych niż ja. Ja chcę zwrócić uwagę na tylko jeden z aspektów dotyczących recepcji tego pojęcia „prekariat”. Czyli, jak się ono ulokowało w naszym społeczeństwie, w naszej przestrzeni medialnej, w dyskursie publicznym.

Guy Standing ten problem prekaryjności współczesnych relacji związanych z pracą dostrzegł jako pierwszy i alarmował! Co z tego jednak, że on, a także już i inni, alarmują? Nie dzieje się nic! Idziemy, jako społeczeństwo, jeszcze dalej w tym kierunku, który on opisał i ocenił jako negatywny.

A najciekawsze: mało kto popularyzuje to, co pan profesor nam unaocznia. Wręcz przeciwnie: poza dyskusjami w wąskich kręgach naukowców, socjologów, ten temat – prekariatu – jest nieobecny w dyskusji w mediach. W szczególności w internecie nie za wiele znajdzie się na ten temat. I tu moje spostrzeżenie: komuś musi chyba na tym zależeć. Komu?

Ano tej umownej Wall Street. Tym pięciu czy może tylko trzem procent najbogatszych ludzi na świecie, którzy stworzyli współczesny system niewolnictwa ekonomicznego. I z tym systemem jest dobrze! Komu? Im!

Mają (te 3, czy 5 procent nielicznych) 90 czy 95 procent światowego majątku. Nigdy tak niewielu nie korzystało ze wszystkiego – zaprzęgając do pracy tak wielu.

Można w ten sposób sparafrazować to słynne powiedzenie Winstona Churchilla, który doceniając (chwilowo…) zasługi polskich lotników w powietrznej Bitwie o Anglię w czasie II. wojny światowej, w 1940 roku, miał wtedy powiedzieć o polskich lotnikach latających na samolotach myśliwskich RAF-u (Royal Aircraft Forces) i broniących Londynu przed hitlerowską Luftwaffe wysyłająca hordy swoich bombowców na stolicę Anglii: „Nigdy w dziedzinie ludzkich konflików tak wielu nie zawdzięczało tak wiele, tak nielicznym” (w oryginale: „Never in the field of human conflict was so much owed by so many to so few”.

Sytuacja jaką dziś mamy w światowej ekonomii, nie jest jednak żadnym novum. Istnieje w historii wciąż i wciąż się odnawia. Tak samo było w czasach niewolnictwa, w systemie feudalnym oraz później – w systemie pańszczyźnianym. I następnie w drapieżnym, rodzącym się na przełomie XIX/XX wieku kapitalizmie przemysłowym.

Był wprawdzie krótki (druga połowa XX wieku) okres, gdy te nierówności społeczne, ten bezlitosny wyzysk wielu przez niewielu zelżał trochę. Pojawił się po II wojnie światowej kapitalizm „z ludzką twarzą”. Na to właśnie zapatrzyli się Polacy jeżdżący do pracy „na czarno” do Niemiec. To był ten dobrobyt: pewna praca w fabryce, świadczenia socjalne, zasobne mieszkanie lub zgrabny domek z ogródkiem, garażem i dobrym samochodem – spełnione marzenie klasy pracującej. Wszystko w standardach przewyższających to, co znane było nam w naszym kraju. Ale to już jest przeszłość. To były złote lata sympatycznego kapitalizmu.

Dziś proletariusze zamienili się w prekariuszy, a ta „mała stabilizacja” tzw. świata pracy odchodzi w zapomnienie.

I chyba o to chodzi w tym medialnym fakcie, że na temat prekariatu nic się nie mówi. Gdy spróbowałem „wygooglować” sobie materiały na ten temat, to ukazywały się same „starocie”, np. sprzed kilkunastu albo przynajmniej sprzed już dziesięciu lat. A przecież problem narasta: kolejne młode pokolenia wchodzą w życie i wraz z pełnoletnością, czy po ukończeniu studiów, wchodzą na tzw. rynek pracy. Jako prekariusze!

W jednym z takich zarejestrowanych w 2016 roku wykładów, w nagraniu na temat prekariatu, trwającym 1 godzinę i 42 minuty, najistotniejsza wydała mi się krótka wypowiedź młodego człowieka. Już po przedstawieniu różnych aspektów problemu przez prelegenta, zresztą bardzo interesująco opowiadającego o prekariacie, przewidziano tam możliwość zadawania pytań. I zgłosił się młody człowiek, przedstawił się jako 25-latek i powiedział, iż pojawienie się słowa prekariat, wyjaśnienie sobie jego konotacji, zapoczątkowało u niego i u jego znajomych, będących rówieśnikami, dyskusję na temat własnej kondycji społecznej.

Kim jesteśmy i dokąd to wszystko zmierza.

Ten młody człowiek i jego koledzy i koleżanki, pracujący właśnie w warunkach prekaryjnych, zredukowani do pisania setek aplikacji w procesach rekrutacji pracowników, po to by potem, koniec końców, znów pracować na śmieciówkach za najniższą krajową i nie mieć żadnych perspektyw na lepszą przyszłość, gdy zaczęli sobie wyjaśniać istotę prekariatu, zrozumieli, że to jest o nich.

Nie zadał żadnego pytania w tej dyskusji. Był tego świadomy: wyjaśnił, że chciał tylko powiedzieć, iż dzięki temu nowemu pojęciu – dzięki słowu prekariat – on i jego grupa przyjaciół zaczęli się identyfikować jako prekariusze.

Coś się już wtedy zaczynało. Był rok 2016 i coraz więcej młodych ludzi próbowało zrozumieć swoją sytuację. Dla możnych tego świata zaczynało być niebezpiecznie. Kto jeszcze pamięta tę pieśń „Mury” barda „Solidarności” Jacka Kaczmarskiego? Ta melodia to był hymn przemian, hymn upadku „komuny” – ludzie wyrywali „murom zęby krat”. Tam jest zwrotka z tymi słowami:

„Aż zobaczyli ilu ich
Poczuli siłę i czas
I z pieśnią, że już blisko świt
Szli ulicami miast”

I chyba teraz też chodziło o to, żeby ludzie nie zobaczyli, ilu ich. Nie poczuli tej siły tkwiącej w nich, gdy zobaczą, że wokół nich są inni – tacy sami jak oni, sfrustrowani prekariusze. Nie chciano, aby szli ulicami miast.

W 2016 roku we Francji wybuchały protesty „żółtych kamizelek”. Ludzie mieli już dość tego, co oferowała im współczesność. Już tliła się, była w zarodku, jakaś rewolucja? Młodzi stwierdzali naocznie, że ich problemy nie są wyłącznie indywidualne, że za nimi stoją mechanizmy ekonomiczne, których nie stworzono dla nich – lecz dla tych 3-5 procent najbogatszych ludzi na świecie. I zaczynali pomału rozumieć, że tworzą pewną grupę społeczną.

Marksiści nazywali to rodzeniem się „świadomości klasowej”.

Zaaplikowano więc społeczeństwom „kurację wstrząsową”: najpierw pod koniec 2019 roku zaczęła się COVID-owa pandemia, a potem w lutym 2022 roku wywołano wojnę na Ukrainie. I jak na razie jest spokój. Ludzie pracują nadal nie wiedząc, że są prekariuszami. Są już wydrenowani ekonomicznie niemal do końca, ale póki jeszcze dadzą radę spłacać raty kredytu, to będzie nadal tak jak jest. A gdyby co, to zostaną „wydronowani” – pójdą na wojnę. Na tę nowoczesną wojnę, gdzie żołnierz nie liczy się – liczy się dron! Tylko on!

A jak wiadomo wojna to taki wielki „reset”. I wszelkie złe nastroje społeczne rozpłyną się w morzu większych tragedii, jakie niesie ze sobą walka już nie tylko o pieniądze, ale o życie.

Mediom, realizującym zadania stawiane im przez Wall Street, czyli kapitał, udało się całe nowe pokolenie spacyfikować takimi słowami jak:

  • elastyczny rynek pracy,
  • nowe modele zatrudnienia,
  • freelancing,
  • mobilność zawodowa.

Zauważyliście? Słowo prekariat usunięto z publikacji. Podobnie jak „umowy śmieciowe” czy „wykluczenie ekonomiczne”. Młodemu pokoleniu podsunięto to co najbardziej lubią: anglojęzyczne nowe terminy i teraz młodzi mówią najczęściej:

  • „burnout” (wypalenie zawodowe),
  • „quiet quitting” (minimalizowanie aktywności w pracy – robię tylko „od-do”),
  • „side hustle” (dorabianie na boku),
  • „B2B” (JGD – Jednoosobowa Działalność Gospodarcza zawiera umowę z firmą jako niby dwie równe strony biznesowe)
  • „housing crisis” (kryzys mieszkaniowy przejawiający się w braku możliwości pokrycia z mizernych zarobków astronomicznych czynszów czy rat kredytu na mieszkanie),
  • gig economy (to ten obecny rynek pracy – umowy-krótkie zlecenia, freelancer jako model zatrudnienia).

Jak to pięknie i trendy brzmi! Nawet nie chce mi się tego dokładniej tłumaczyć – tych poszczególnych terminów j.w., za którymi kryje się bieda, stres, rozgoryczenie.

Ale lekko się nimi żongluje i młodzi nie czują, że to oszustwo. Może tylko warto powiedzieć, że media oswajają w ten sposób problemy. Unikają zbiorowego konfliktu ekonomicznego, zamieniając go w indywidualne tylko trudności, na które mają dla młodych takie dobre rady:

  • musisz się przebranżowić,
  • rozwijaj kompetencje,
  • buduj markę osobistą,
  • bądź elastyczny.

I młode pokolenie wiąż myśli, że są tą wymarzoną przez ich rodziców klasą średnią, a przynajmniej, że za jakiś czas będą.

Nie będą. Bo już są prekariuszami.

Prekariuszami wydrenowanymi przez pracodawców i banki. Prekariuszami zagrożonymi zdronowaniem przez takie programy wojenne jak SAFE.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry