Zakochaj się w Polsce

„Zakochaj się w Polsce” to tytuł serii filmów.

Kiedyś określano takie obrazy jako „filmy krajoznawcze”. Nakręcono je w latach 2016 – 2024 dla Telewizji Polskiej. Reżyseria: prywatny producent, firma WiernikPro, na zlecenie publicznej telewizji. W każdym z odcinków można zapoznać się z jakąś małą cząstką naszego kraju. Łączyła ten serial tematyka, oraz, aż do tych już niemal ostatnich odcinków, nakręconych w 2024 roku, osoba „gospodarza” tego programu – aktora Tomasza Bednarka. Przyznam się, że nie znam go z żadnej aktorskiej roli – może gra w serialach, których ja w ogóle nie oglądam? To też jest poniekąd serial: nakręcono chyba ponad 340 odcinków. Produkcję zakończono w 2024 roku. A szkoda, bo formuła programu była bardzo dobra: każdy odcinek to film o jakimś mieście, miasteczku albo nawet o dzielnicy danego miasta. Lub o jakimś regionie, jakimś małym fragmencie naszego kraju. Gdy film obejmował większy obszar, prezentowano w jednym odcinku dwie lub więcej nawet miejscowości.

I można się było zakochać w Polsce, przedstawianej w tym, jak to się teraz nazywa, formacie!

Pięknie prowadzone przez gospodarza programu rozmowy z mieszkańcami danej miejscowości, z jej miłośnikami. Dziś i oni uzyskali nową nazwę: regionaliści. Efektowne zdjęcia filmowe. Całość narracji wyrażająca życzliwość i sympatię do poszczególnych zakątków naszego kraju. Często zachwyt!

Być może brak kontynuacji tego formatu czy też projektu, jak się to też już od wielu lat określa, można tłumaczyć tym, co zawsze. Czyli: jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze… Ktoś na tym zarabiał i może ktoś inny zazdrościł? Albo „panowie się nie dogadali”? Ktoś komuś nie dał pozwolenia, praw autorskich, itp. To tylko przypuszczenia i moja ogólna refleksja:

Dlaczego nie potrafimy kontynuować dobrych inicjatyw?

Zawsze jest u nas w tej Polsce tak, że jak zmienia się ekipa rządząca (a zmieniła się właśnie w tym 2024 roku) to wszystko, co robiła poprzednia, trzeba wykasować. Nawet gdy obiektywnie było to dobre! Czy w ogóle jest jeszcze taka kategoria jak obiektywizm? Jak nasze dobro wspólne? W tej Polsce plemiennej, podzielonej na dwa zwaśnione obozy. Wszystkich ludzi z tamtej ekipy zwolnić, zatrudnić swoich. Polskie piekiełko. Podział łupów. Telewizja publiczna jest tego świetnym przykładem. Wszyscy prezenterzy, redaktorzy, itd., pracujący tam za poprzedniej ekipy (PIS), zniknęli. Powrócili teraz dawni znajomi – gwiazdy telewizyjnego ekranu z czasów poprzednich rządów PO, która znowu jest od 2024 roku u władzy.

I jak tu się w takiej Polsce zakochać?

Program „Zakochaj się w Polsce” można by kontynuować niemal w nieskończoność. Miast w Polsce mamy 1020 (stan na 1 stycznia 2025 roku), czyli trzy razy więcej niż odcinków, które dotychczas nakręcono. A gmin w Polsce jest prawie dwa i pół tysiąca (dokładnie: 2479). I o każdym mieście, o każdej gminie, każdej dzielnicy w większych miastach, o wielu wsiach nawet czy o wielu regionach – o każdym miejscu można nakręcić filmik „Zakochaj się w Polsce”.

Zresztą, gdy pierwsze filmy z tego cyklu powstawały, był rok 2016, zatem teraz, po 10 latach, można w te miejsca jechać ponownie i rejestrować obrazem i słowem, co od tego czasu się tam zmieniło.

Zmieniło się wiele. Ale czy na lepsze?

Wychowałem się na szkolnych podręcznikach i czytankach z języka polskiego, z których np. ta, chyba do VIII klasy szkoły podstawowej, miała tytuł „Ta ziemia od innych droższa”. O ile pamiętam, jest to cytat z wiersza Władysława Broniewskiego. Może i nie było to tak ultra patriotyczne wychowanie w tych szkołach okresu PRL-u (dla młodych: skrót od Polska Rzeczpospolita Ludowa), jak to, które według przekazu historyków było w okresie sanacji, czyli przed II wojną światową, gdy kształtowało się w ówczesnych gimnazjach i liceach już legendarne pokolenie „Kolumbów rocznik 20-ty”. Ale jednak wydaje mi się, że w latach 70-tych kończyliśmy szkoły z poczuciem, że kochamy naszą Ojczyznę. Wtedy ludową (PRL). Można było być nawet z niej dumnym.

Tak, wiem, to była socjalistyczna propaganda sukcesu.

Każdy „Dziennik TVP” czy Polska Kronika Filmowa (obowiązkowa wtedy w kinach przed każdym filmem fabularnym) pokazywały obrazy unowocześniającego się wtedy kraju. Powstawały nowe zakłady przemysłowe, na ulicach już jeździły nowoczesne, na tamte czasy, autobusy „Berliet”. A w M-2, M-3 i M-4, w blokowiskach z wielkiej płyty (podobno licencja z Francji – dziś mieszkają tam migranci), a nawet w pierwszych, budowanych po II. wojnie światowej domach jednorodzinnych, coraz bardziej realne były marzenia.

O dobrobycie i pokoju.
O małym Fiacie 126p, a nawet dużym Fiacie 125p.
O wycieczkach zagranicznych.

Co z tego, że tylko do krajów tzw. „demoludów”, skoro socjalistyczna Bułgaria nad Morzem Czarnym i pół na pół socjalistyczno-kapitalistyczna Jugosławia nad Adriatykiem – to były przecież także miejsca piękne i atrakcyjne! Dla młodych: „demoludy” to była trochę kpiąca nazwa krajów socjalistycznych – od skrótu „DEMOkracja LUDowa”, bo tak nazywano państwa Europy Wschodniej – przeciwieństwo kapitalistycznej Europy Zachodniej.

Powstawały wtedy już w Polsce dla tej coraz bardziej powszechnej, ale jeszcze nie masowej motoryzacji pierwsze drogi szybkiego ruchu (słynna „Gierkówka” czyli trasa Katowice- Warszawa). Mieliśmy któreś tam, ale czołowe miejsca w świecie – w wydobyciu węgla, miedzi, produkcji tego i owego.

Te osiągnięcia kraju, bezlitośnie wyniszczonego w czasie II. wojny światowej i odradzającego się na naszych oczach, dopełniały dumy z naszego kraju.

W sklepach w epoce Gierka (lata 70-te) zrobiło się nawet momentami kolorowo. Przaśny i skromny, a właściwie ubogi czas Polski gomułkowskiej powoli mijał. Dziś obowiązująca narracja dyskredytuje ten okres. Cały PRL. Chociaż, i to należy podkreślić, był to niezwykły okres awansu kulturowego całego naszego społeczeństwa. Wreszcie wszyscy Polacy chodzili do szkół i je kończyli. To wtedy zlikwidowano dopiero w Polsce analfabetyzm! A dzieci robotników i chłopów studiowały na uczelniach wyższych. Wreszcie mogły! Nie pamiętamy. Mamy o tym nie pamiętać!

Potem, tak, było 10 lat stagnacji. Czasy stanu wojennego i po stanie wojennym, czyli po 13 grudnia 1981 roku. Okres zakazanej „Solidarności” i stracona dla rozwoju Polski dekada 1980-1989.

I już wtedy powoli mijała mi duma z mojego kraju. Tak, raczej mijała. Bo wprawdzie poklepywano nas wszędzie na świecie po plecach: 'Ja, ja, Yes, Yes, Walesa…, i ten wasz papież, (Jan Paweł II)”… Ale za tymi symbolami Polski, znanymi szeroko w świecie, już nie było kraju, który z nadzieją szedł w przyszłość. Jakieś iluzje tylko, że mamy demokrację, że mamy wolność.

Szybko okazało się, że ta nasza demokracja to walka wszystkich ze wszystkimi.

Najpierw wróg był jeden: komuna! Potem ci wspaniali mężczyźni z tym ich wspaniałym gestem zwycięstwa – dwoma palcami podniesionym jak litera V (Victory) – świętowali przez kilka lat swoje zwycięstwo i z lubością obdzielali się ministerstwami i rządowymi Lanciami (gdy lud wciąż jeszcze gniótł się w autobusach i małych Fiacikach). A w końcu się ostatecznie pokłócili i podzielili. A wraz z nimi zrobił to cały naród.

My, ludzie prości, obudziliśmy się do życia w wolnej Polsce symbolicznie w dniu 4 czerwca 1989 roku – powstali jak to miasteczko z westernu „W samo południe”, gdzie po pokonaniu złych ludzi miało być już tylko dobrze. Słynny plakat „Solidarności” ze zwycięskim szeryfem Kane’m – Garym Cooperem z tego amerykańskiego filmu, stworzony na okoliczność mających miejsce w tej dacie pierwszych demokratycznych wyborów do Sejmu, symbolizować miał nasz polski przełom.

Koniec złych czasów. Odtąd mamy podobno wolność. Wolność od dyktatury, od komunizmu.

Notabene, pomimo 50 lat indoktrynacji właściwie społeczeństwo nasze nigdy nie zrozumiało, co to komunizm i tym jednym słowem wciąż określa się kilkadziesiąt lat historii PRL nie bardzo wiedząc, o czym się mówi. Ale wszyscy zgadzają się, że to było złe.

Ja też przez około 30 następnych lat, po tym przełomie roku 1989, wierzyłem, że dla Polski nastąpił dobry okres. Że trudno, ale warto. Trzeba ponieść koszty „transformacji ustrojowej”. I pogodzić się z tym, co negatywne. I że to, co złe, jest tylko przejściowe. Minie bezrobocie. Coś powstanie w miejsce kolejnych polskich przedsiębiorstw, które upadały jak klocki domina w latach 90-tych. Wszyscy czekaliśmy najpierw na wejście Polski do NATO (rok 1999), potem do Unii Europejskiej (rok 2004).

I, rzeczywiście, jakieś tam odbicie się od dna, od załamania gospodarczego w latach 90-tych, nastąpiło.

Wpłynęły do polskiego budżetu najpierw fundusze preakcesyjne, potem dotacje unijne. Ale szybko okazało się, że nie mamy i nie będziemy już mieć własnego przemysłu. Tylko, co najwyżej, montownie, magazyny i galerie handlowe, w których składamy i sprzedajemy towary przysyłane tu nam ze świata. Możemy być, co najwyżej, podwykonawcą. To nie my mamy zarabiać lecz nasi dobroczyńcy z Zachodu. Taki po prostu mamy status. Neokolonialny.

Poprawił się wygląd miast i miasteczek, ale to tylko kosmetyka.

Dużo ryneczków na nowo wybrukowano. Trochę to taka betonoza, niestety. Makijaż, pod którym wciąż mnóstwo starych kanalizacji, rur wodociągowych do wymiany. Starych ujęć wodnych, których i tak za niedługo zacznie nam brakować. A nowych nie ma. Teraz, w związku z wojną na Ukrainie, zjawił się temat zastępczy schronów, których też nie ma. Ale nawet gdyby były, to w końcu trzeba z nich wyjść i pójść po wodę! Ta trzecia wojna światowa miała być, jak niektórzy pisali, o wodę. Na razie ta wojna, która już jest (Ukraina-Rosja), jest o „metale ziem rzadkich” i inne bogactwa naturalne, jak ukraiński czarnoziem. Ale wody do picia jest na świecie coraz mniej. Za wyjątkiem mediów głównego nurtu, gdzie wodolejstwo jest niezwykłe. Gorzej, bo to są, w tym main stream’ie, wody zatrute. Wpuszczane ostrym strumieniem lub tylko sączące się, niemal niewidoczne. Ale niszczą! Niszczą naszą umysłowość, która ma być jak uniwersalny żołnierz, który nie pyta o nic.

Po co?
Dlaczego?
Czy to prawda?

My mamy nie mieć wątpliwości. Mamy wykonywać rozkazy. Z Zachodu. Aktualny polski spór polityczny dotyczy tylko tego, czy ważniejsze są rozkazy z Brukseli czy z Waszyngtonu. Wszczepiony nam przez rządową propagandę chip reaguje na hasła. Np. wystarczy powiedzieć „ruski”, a już jest na twarzach Polaków grymas wrogości. I zbitka negatywów w umysłach. Zaczyna się ona i kończy na jakże chwytliwym rymie: „wina Putina”…

„Pozytywy” też Polakom zaprogramowano: dzielna Ukraina. Bohaterski prezydent Zelenski. Tak, wierszyk mi niemal wyszedł:: „Wina Putina. Dzielna Ukraina”. Funkcjonujemy w jakimś telewizyjno-internetowym oderwaniu od rzeczywistości.

Ale wróćmy na naszą piękną ziemię polską. Cieszą nas autostrady i ekspresówki. Tylko jakby nie uzmysławiamy sobie jeszcze, że wjeżdżamy nimi do zakorkowanych miast bez wystarczającej ilości miejsc parkingowych. I nikt w naszych największych miastach, poza Krakowem, nie ma ochoty metra u siebie budować.

Mądrzy tacy różni twierdzą, że nie stać nas na to. Ale na włączenie do polskiego budżetu drugiego państwa – Ukrainy – nas stać? Na przeznaczanie 5% PKB na zbrojenia, czyli, czytaj: na wydatki prowojenne, nas stać?

Włodarze miast bajdurzą coś o szybkich tramwajach lub o sieci szybkiej kolei miejskiej. No tak, można poprowadzić te linie tunelami i wiaduktami – wtedy nie będą wstrzymywały ruchu na drogach. Ale czy aby na pewno? Wiadukty w centrum, w ścisłej zabudowie, w starówkach miast… Ja wiem swoje: tylko metro, tak naprawdę, rozwiąże problemy komunikacyjne wielkich aglomeracji. Niech mi wolno tu będzie użyć tego chyba najbardziej nadużywanego w języku polskim zwrotu „tak naprawdę”. Właśnie! Napiszę o tym wyrażeniu (?), zwrocie (?), wypełniaczu frazeologicznym (?) osobny artykuł. Niedługo. Bo bardzo mnie to „tak naprawdę” irytuje. Jak i cała ta nasza nowa Polska, gdzie nieprawdę spotykamy na każdym kroku. Bardzo jest ta polska, zakłamana narracja głównego nurtu irytująca.

A co do Krakowa i jego planów budowy metra to, cóż, życzę realizacji, ale to miasto tonie w długach. I bez pomocy Państwa nie przeprowadzi takiej inwestycji. A Państwo woli zamiast metra budować schrony (też w końcu pod ziemią…). Oraz przygotowywać się do wojny, która wszystko, co zbudowane, nam zniszczy. Wydając wszelkie pieniądze na zakup uzbrojenia.

Przenieśmy się może z zatłoczonych, zakorkowanych miast na prowincję.

Najpierw musimy przedrzeć się (jeśli jedziemy samochodem) przez „satelitarne” osiedla, które narosły wokół wielkich miast. A także wokół tych mniejszych miast. Wzorem Amerykanów z USA, którzy promowali nam to w każdym hollywoodzkim filmie. Ten szczęśliwy nasz domek z trawnikiem, wiatą lub garażem. Obok, za żywopłotem, szczęśliwi sąsiedzi. W polskiej wersji płot jest bardziej konkretny – nie same roślinki lecz solidne ogrodzenie. To podobno świadczy o kondycji społeczeństw. My sobie nie ufamy, dlatego płoty wysokie, z drewna, metalu, betonu.

A jeszcze bardziej wyraża nasze marzenia idea domku pod lasem.

Tylko jakoś tak szybko i tam zjawili nam się pod tym lasem sąsiedzi. Też tanio kupili działki od rolnika. Wyprowadziliśmy się z kamienic w centrach. Każdy chciał (i nawet wciąż chce!) zrealizować marzenie o domku pod samym miastem. Bo miało być to tylko 10 minut jazdy do City! Jest niestety 110 minut. Jest chroniczny korek w godzinach porannego i popołudniowego szczytu. Gdyż wszyscy tak zrobili, jak ty! „Wybudowali się” pod miastem. Amerykanie już widzą, że ten pomysł się nie udał. Ich miasta już wymierają od środka. Nasze zaczynają wymierać.

Jedźmy dalej w Polskę, dalej od zatłoczonych dużych miast i ich obrzeży. Może na tzw. prowincji czekają na nas piękne krajobrazy? Może tam nietknięta natura woła nas?

Niestety! Można tu sparafrazować „Stepy akermańskie” Mickiewicza: „Jedźmy, nikt nie woła!”. To są „Sonety Krymskie”, czyli cytat wybrałem aktualny do współczesności, gdzie od Krymu się w 2014 roku zaczęło.

Powszechny w Polsce bezład przestrzenny (choć wszyscy mówią o ładzie przestrzennym) jest już zauważalny wszędzie. 

Jeszcze kilka lat temu spotykałem na Ziemi Kłodzkiej, gdzie mieszkam, puste, niezabudowane, wręcz nietknięte ludzką ręką przestrzenie, przypominające XIX-wieczne pejzaże – bez śladów cywilizacji. Ale to już historia. Wszędzie gdzie tylko otwiera się ładny widok, gdzie da się dojechać, bo jest jakaś droga, powstają domy. Najpierw, jak to się mówi, wolnostojące. Ale najczęściej dość szybko ich przybywa – chyba, że ktoś kupił wokół swego domu wielki teren – wtedy ma szansę zostać tam rzeczywiście sam. Czy ma to gospodarczy sens? Nie ma żadnego: te domy nie mają dostępu do wodociągu, nie odprowadzają swoich ścieków do kanalizacji. Podobno mają własne szamba – oczyszczalnie „bio”. Można sobie tu zaśpiewać starą szantową piosenkę „Kto zechce niechaj wierzy, kto nie chce, niech nie wierzy, nam na tym nie zależy, więc wypijmy jeszcze!” Miałem nie kończyć tym wezwaniem do spożywania alkoholu, ale to będzie też ciąg dalszy moich refleksji o Polsce AD 2026, więc niech to będzie tytułem wstępu.

W moich okolicach nowe domy powstają przy odcinkach dróg między miejscowościami. Wszystkie tuż przy drodze. W szybkim tempie dotychczas odrębne wsie i miasteczka łączą się w jakby kilkukilometrową ulicę. Powstaje nowy teren zabudowany. Zarządca drogi ustawia więc odpowiednie znaki i już nie można tam jechać szybciej niż maksymalnie 50 km/h. To dodatkowy negatyw tego stanu rzeczy, w którym budować domy mieszkalne można wszędzie – spowolnienie komunikacji drogowej.

Wracając do domów pod lasem, to rozwinęły się na Ziemi Kłodzkiej usługi wiercenia studni przydomowych. Jest sporo firm, które przy domach, powstających w dziewiczym krajobrazie, bez dostępu do infrastruktury (poza energią elektryczną), zapewniają wodę z odwiertu. Na razie. Moi znajomi, mający domy, w tym poniemieckie, opowiadają, że gdy kupowali te domostwa była tam studnia np. na 2-3 metry, a w niej pełno wody. Potem musieli studnię pogłębić. O kilka, potem kilkanaście metrów! Poziom wód gruntowych wciąż spada. Sorry, taki mamy klimat? Niemal nie wierzę, ale podobno już wielu właścicieli takich domów, gdzie zaopatrzenie w wodę daje tylko przydomowe ujęcie, ma te studnie pogłębione na nawet ponad 50 metrów. Często pewnie nielegalnie, bo według prawa wodnego na czerpanie wody z głębokości większej niż 30 metrów wymagane jest pozwolenie wodnoprawne.

Co będzie, gdy wody i tak zacznie brakować?

Budowanie domów gdzie popadnie oprócz niszczenia krajobrazu będzie też miało nieciekawy praktyczny negatywny wyraz w czasach ekologicznych przemian. Eleganckie domy – w mojej gminie już tak jest – będą czekały na beczkowóz, który raz na tydzień przywiezie im wodę. Do picia. Do mycia.

Ale na razie jeszcze się tego tak bardzo nie zauważa i kolejne domki powstają pod lasem, na wzgórzach. Gdy swego czasu miałem z racji pełnionej zawodowo funkcji pewien wpływ na gminną politykę w tym zakresie i proponowałem skoncentrować budownictwo na działkach w granicach miasta, w granicach wsi, zostałem przegłosowany. Z uzasadnieniem: „Pozwólmy się ludziom budować!”. Mniejsza o to, że tak naprawdę bardziej chodziło o to, aby pewni ludzie mogli sprzedać z dużym zyskiem swoje do tej pory rolne nieruchomości – po ich przekształceniu na parcele budowlane. To tylko kolejny aspekt tego, że w naszym rozumieniu polskich spraw dobro wspólne się nie liczy. To wszyscy wiemy.

Mnie boli jeszcze bardziej, że tracimy najpiękniejsze zakątki kraju, które zabudowujemy do cna, do imentu, do końca!

Spróbujcie, będąc na Gubałówce, popatrzeć na Tatry: prawie już ich nie widać zza pawilonów, bud, budek, kramów, wybudowanych przeważnie bez żadnych pozwoleń i uzgodnień, które skutecznie zasłoniły góry i skutecznie obnażyły niemoc władz publicznych i polskiego prawa. W myśl tego już niemal przysłowia: „Prawo budowlane na Podhalu i w Zakopanem się nie przyjęło”. Tzw. planowanie przestrzenne też nie.

I jak tu zakochać się w Polsce, gdy jeden po drugim znikają piękne krajobrazy?

Mieszkając na pograniczu polsko-czeskim mam okazję obserwować, że po drugiej stronie granicy takiego rozpasania budowlanego nie ma. Nowe domy powstają wewnątrz lub na obrzeżach istniejącej zabudowy i piękne sudeckie krajobrazy pozostają nietknięte. A nowe budynki w miasteczkach i wioskach mają zapewnione wodociągi i kanalizację. Czyli to, co dla ekologii tak ważne.

A w Polsce nic się nie zmieniło od ponad już chyba 30 lat, gdy nasz wspaniały ustawodawca unieważnił dawne plany zagospodarowania przestrzennego. Złe, bo socjalistyczne. I zobowiązał gminy, aby utworzyły nowe. Ale za brak uchwały w sprawie stworzenia nowego planu żadnej sankcji nie ma. I do dziś trwa stan wygodny dla wszystkich inwestorów. I wszystkich burmistrzów. Gdyż tam, gdzie rada miejska czy gminna planu nie uchwaliła, o tym, czy wolno na danym terenie budować czy nie, decyduje burmistrz. Na wniosek zainteresowanej osoby, która ma tytuł prawny do nieruchomości. I wydają burmistrzowie i wójtowie tzw. wz-ki, czyli decyzje w sprawie warunków zabudowy terenu. W ten prosty sposób można wybudować wszystko i wszędzie! Cudowna wolność! Niech żyje! Gdyby ktoś podejrzewał w tym jakieś pole do korupcji, to trudno – nic na to nie poradzę. Powinniśmy ufać naszym przedstawicielom, wybieranym przecież tak demokratycznie.

A co do planów zagospodarowania przestrzennego, to właściwie są one już nieistotne.

Pamiętam wywiad z ogólnopolskiego dziennika. Chyba było to w drugiej dekadzie naszego wieku – wywiad z działaczem społecznego stowarzyszenia mieszkańców Wilanowa, znanej warszawskiej dzielnicy. Powiedział mniej więcej tak: Dwadzieścia lat walczyliśmy, aby powstał plan zagospodarowania przestrzennego Wilanowa. Ale nie powstał. A teraz nie jest już nikomu potrzebny. Deweloperzy już wszystko zabudowali. Bez planu. Tak, jak chcieli.

I taką mamy tę polską urbanistykę: miasta bez koncepcji rozwoju, bez terenów na parkingi, bez terenów zieleni miejskiej, zabudowane „betonozą”. Bez korytarzy powietrznych, ważnych dla właściwego ukształtowania miejskiej ekologii. Bez rezerwy terenowej na sensowne rozwiązania komunikacyjne – na nowe drogi. Stąd dramatyczne spory, protesty i niemoc władz, gdy pora jednak rozpocząć w końcu ich budowę. Gdy trzeba już wyprowadzić ruch samochodowy ze śródmieścia, zbudować kolejną obwodnicę. A nie ma wolnych terenów!

Za co jeszcze powinniśmy kochać nasz kraj? 

Za nas, za rodaków? Wspaniałych Polaków? Z tym też mam problem. Już nie tylko rodacy są przecież w moim kraju. W 2022 roku zmieniono strukturę demograficzną Polski. W ciągu kilku dni czy tygodni od daty wybuchu wojny Rosja-Ukraina oraz w następnych miesiącach kilka milionów Ukraińców osiedliło się w Polsce. Już na dobre. Oby nie na złe. Nie chcą wracać na Ukrainę. Ostatnie sondaże mówią, że tylko co najwyżej 10% z nich wyraża jakieś zainteresowanie powrotem. Wojna na Ukrainie kiedyś się skończy. Ale uchodźcy, zwani już też nachodźcami, zostaną z nami. Podobno (według rządu) to żaden problem, gdyż jesteśmy tak zbliżeni kulturowo, że problemów nie będzie.

Nastąpi integracja? To, czego zabrakło w Europie Zachodniej?

Gdy okazało się, że integracja nie nastąpi, Niemcy, Francja i inne kraje liczyły jeszcze na miłe multi-kulti. Ale miło już było i się skończyło – jak to się mówi. Dziś zamieszki z udziałem imigrantów są na ulicach Francji i Niemiec czymś wręcz normalnym. Na co my liczymy? Tzn. nasze władze, które nie pytając Polaków, czy tak chcemy, zdecydowały za nas. Na co liczą? Że przybysze wraz z nami będą trwali w tzw. wartościach? Jakich? Czy nasi pisarze i poeci, Mickiewicz, Słowacki, Sienkiewicz, Wyspiański, będą dla nich wieszczami narodowymi? Czy też raczej będzie to ich Taras Szewczenko, który o Lachach, czyli o nas, nie wypowiadał się dobrze. Mało powiedziane. Ale nie będę przytaczał tych słów, tych jego strof. Wszyscy wiemy, że już mamy problemy. A będą większe. Bo i imigracja do Polski jeszcze wzrośnie, gdy tylko zwolnieni z ukraińskiego wojska mężczyźni przyjadą tu w poszukiwaniu kobiet. Własnych i cudzych. Naszych także. I czy wtedy Bandera, przez Polaków przeklęty, będzie dla nich żołnierzem wyklętym? Obawiam się, że będzie…

Czy my się kiedyś z Ukraińcami porozumiemy, pogodzimy? Przez 20 lat drugiej RP, do 1939 roku, to się nie udało. Czy uda się teraz?

Rozmawiam z mieszkańcami Wrocławia. Słucham i czytam reportaże o tym mieście. Powtarzający się motyw relacji: w centrum częściej obecnie słychać język ukraiński czy rosyjski niż język polski. Podobnie jest w Krakowie, szczególnie w rynku. Nasza nowa imigracja zdominowała niektóre części miast. I takim osobom jak ja, przyzwyczajonym, że mieszkańcy Polski mówią po polsku, trudno jest zaakceptować nową rzeczywistość. Hasło „Polska dla Polaków”, to już przeszłość. Czy potrafimy zaakceptować zmiany? W duchu tolerancji? I kochać taką, już trochę inną, Polskę?

A z drugiej strony, moich rodaków, mówiących tym samym językiem polskim, też nie mogę już zrozumieć. I coraz częściej zgadzam się z tym określeniem „polskojęzyczne media”. Zawarta w nim ironia wskazuje na to, że nie reprezentują one polskiego interesu narodowego. Czy ten przymiotnik dotyczy już także polskich władz?

Nie wiem bowiem, co się dzieje z polskimi władzami. Nie potrafią rozpoznać, gdzie jest polski narodowy interes? Zachowują się jak ludzie bez elementarnego rozsądku albo ubezwłasnowolnieni. Ale to, co mówią, naród niestety „łyka jak pelikan”, by użyć tego kolokwialnego powiedzonka. Bo jak inaczej ocenić to, że żadnych refleksji nie budzą u większości Polaków brednie o „pełnoskalowej wojnie na Ukrainie” – która pełnoskalowa jest tylko w wymiarze finansowej (i wszelkiej innej) polskiej pomocy dla tego kraju.

Przynajmniej do tej pory, bo właśnie Rosjanie zaczynają „odcinać” Ukrainie infrastrukturę. Mer Kijowa doradza mieszkańcom stolicy opuszczać to miasto, gdyż po rosyjskich atakach na początku stycznia 2026 roku przestały działać systemy centralnego ogrzewania.

Ile razy można tłumaczyć, czym charakteryzuje się pełnoskalowa wojna?

Może teraz dopiero Polacy zrozumieją, że do tej pory wojna na Ukrainie ograniczała się do linii frontu, zatem pełnoskalowa nie była. Zresztą ataki na infrastrukturę paliwową, ciepłowniczą, ataki na centra dowodzenia w głębi kraju, a nawet ataki na siedziby władz danego państwa, to wciąż jeszcze nie będzie ta pełna skala, która była zastosowana przeciwko Polsce w czasie II. wojny światowej, gdy zabijano w sposób planowy nie tylko żołnierzy, ale i ludność cywilną. Według wszelkich analiz dotychczas w wojnie Ukraina – Rosja ilość cywili, którzy w związku z działaniami wojennymi stracili życie jest minimalna. W stosunku do innych wojen.

Ile razy mam się jeszcze zdziwić, że zadłużona kosmicznie Polska znów bierze na siebie gwarancje spłaty długów Ukrainy? Gdzie tu rozsądek? Gdzie dobro Polaków?

Władze naszego kraju można w związku z takim ich postępowaniem podejrzewać o wszystko. Sam nie chcę takich oskarżeń wysuwać, ale internetowa wyszukiwarka z wpisanym słowem „zdrada” pokaże, jak wielu już publicystów tzw. antysystemu nie wahało się użyć tego określenia wobec polskich polityków.

Jednak takich ocen rzeczywistości dokonuje tylko antysystem – przeciwieństwo tzw. main streamu, który powtarza bzdury o rosyjskim zagrożeniu, ukraińskiej walce za naszą wolność i temu podobne tezy. Tylko w antysystemie jest jeszcze logiczne myślenie. W tzw. głównym nurcie – nie istnieje. I tu zadaję sobie pytanie, skąd się bierze ten brak logiki, brak wiedzy? Czy aby nie jest to już konsekwencja tego, że mamy społeczeństwo, które zajmuje niechlubne, bo czołowe miejsce pod względem spożycia alkoholu? Zależy, kto i jak liczy, ale jest to od 9,2 do 11,6 litrów rocznie na jednego mieszkańca. I nawet 8 miejsce w świecie!

I jak się tu w takiej przepitej Polsce zakochać? Po każdym weekendzie statystyki zatrzymanych pijanych kierowców budzą grozę.

Długo można wymieniać różne polskie problemy. Bardzo ważny jest poziom szkolnictwa. Nieudany eksperyment wprowadzenia do systemu szkół gimnazjów. Wciąż zmieniane podstawy programowe. Powstanie wielu słabych uczelni prywatnych, szczególnie na prowincji, poza dużymi ośrodkami akademickimi. Żartowano kiedyś: WSI w każdej wsi (WSI – Wyższa Szkoła Ekonomiczna). Oczywiście, wszędzie mogą być wspaniali wykładowcy, pracownicy naukowi. Chodzi jednak o całość. To wszystko odbija się potem na poziomie naszego społeczeństwa. Ten stan poziomu nauczania krytykują sami przedstawiciele środowisk szkolnych i akademickich. W światowych rankingach najlepszych uczelni wyższych nawet nasze najbardziej prestiżowe uczelnie jak Uniwersytet Warszawski czy Uniwersytet Jagielloński w Krakowie, zajmują co najwyżej miejsca w środku trzeciej setki.

I jeszcze jedno: jakim my językiem mówimy? Do siebie wzajemnie. To jest jeszcze polski, ten język?

Ten slang powszechny na ulicach, podwórkach, wszędzie: z „q”, „ch” i „p”? Właściwie, gdy nie jest to sytuacja oficjalna, urzędowa, medialna, to nasz polski język stał się plugawym narzeczem, w którym te odnośniki genitalne i seksualne zastępują już wielu Polakom każde inne słowo. Już nie reagujemy na młodzież, która chyba tylko jeszcze na lekcjach tych słów nie używa. Bo w domu, z rodzicami, chyba już tak? Nie ma potępienia dla polityków, przyłapanych, nagranych w jakiejś kawiarni, gdzie rozmawiali tym „językiem”. Jeszcze się wprawdzie zamiast „q”, „ch” i „p” wstawia „piii” lub kropki. Ale to wszystko. Ten prymityw, jeden z drugim, dostanie w kolejnych wyborach znowu głosy wyborców. Może nawet jeszcze więcej będzie miał poparcia: w końcu „swój chłop”!

Jakoś nie mogę się w tej nowej Polsce zakochać. Stara miłość jeszcze trochę daje o sobie znać. Ale coraz bardziej staje się wspomnieniem.

I nie ma szans na nowe uczucie. Nawet gdy znów przyjdzie maj.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry