Lecą drony (wojna idzie)

Tak, ten tytuł to pewne skojarzenie.

Mamy w Polsce słynny obraz Józefa Chełmońskiego. Namalowany przez artystę w 1900 roku. Można go oglądać w Muzeum Narodowym w Warszawie. Znany jest jako „Bociany” Chełmońskiego.

Nie wszyscy wiedzą, że pełny tytuł tego obrazu brzmi: „Bociany (wiosna idzie)”. Ja do niedawna też nie wiedziałem.

Skorzystam tu z opisu tego obrazu, zamieszczonego w Wikipedii:

Oracz wraz z towarzyszącym mu synem przypatrują się bocianom na niebie. Mężczyzna siedzi pośród zielonej, pełnej kwiatów łąki, odpoczywając i posilając się z dwojaków w przerwie od wiosennej orki. Na horyzoncie widać rząd brązowych wiejskich chałup krytych strzechami, wraz z topolą i z bocianim gniazdem. Z boku stoją dwa woły na zaoranym już kawałku pola. /…/ Krytyka chwaliła obraz za uchwycenie specyficznie polskiego charakteru przyrody, typów ludzkich oraz za nastrój.

Nastrój, właśnie… Na tym obrazie mamy nastrój, opisany jakby tymi słowami: „Wsi spokojna, wsi wesoła”. To cytat z „Pieśni” renesansowego poety polskiego Jana Kochanowskiego.  I jeszcze jeden cytat, niech się nam tu przypomni, z „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego: „Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś spokojna”. 

I już jesteśmy właściwie we współczesności: drony lecą nad Polską. Wojna idzie? 

Kilka dni temu (w nocy z 9 na 10 września 2025 roku) na teren Polski wleciały drony w liczbie (nie za bardzo się potrafią polskie władze ich doliczyć) ok. 21 sztuk. Z tego zestrzelono trzy albo cztery. Imponujący wynik naszych sił powietrznych czy też naszej obrony przeciwlotniczej? Raczej tych pierwszych, gdyż Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych podało, iż „poderwano” myśliwce polskie F-16. I to chyba te F-16, rakietami „powietrze-powietrze”, trafiły w te trzy czy cztery drony. Jeśli to w ogóle prawda, że taką ich liczbę „zneutralizowano”. Swoją drogą przepiękne są te eufemizmy: wyeliminowano, zneutralizowano. Nowy elementarz wojny. Polecam Bertolda Brechta i jego poetycki album „Kriegsfibel”. To właśnie znaczy „Elementarz wojny”. Stary komunista przynajmniej „nie owijał słów w bawełnę”. Jak ci kłamcy z demokratycznego, humanitarnego i postępowego nadzwyczaj świata kolektywnego Zachodu, którzy boją się nam powiedzieć, że wojna to śmierć, zniszczenie i krew w piach. Np. w piasek pustyni, gdzie dotychczas toczyli swoje wojny. Albo w ukraiński czarnoziem (gdzie teraz wytoczyli wojnę Rosji). 

Albo nawet nie dzielni polscy lotnicy zestrzelili te parę dronów, tylko może Holendrzy? Podano, że wsparli nas podobno, lecąc z naszymi na akcję, na swoich samolotach, następnej już generacji, czyli na F-35. 

Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych… Warto się zatrzymać nad tą pompatyczną a zarazem śmieszną nazwą. Śmieszną, gdyż jej akronim brzmi – DORSZ. A dorsz kojarzy mi się z czymś, co z góry skazane jest na przegraną. Dorsza się łowi, wędzi i je. Jak już chcemy nazwać coś, co związane jest z wojną czy techniką wojenną, to róbmy to tak, jak Amerykanie, którzy swoje wojenne twory nazywają np.: Thunderbird (ptak burzy) albo Tomahawk. Tej nazwy nie trzeba na polski tłumaczyć. Czy też Javelin – po polsku: oszczep. To taki współczesny amerykański „Panzerfaust” (pancerna pięść) – przenośna wyrzutnia pocisku, którego głowica termowizyjna naprowadza go samodzielnie na czołg lub pojazd opancerzony. Burza, oszczep, pięść – brzmią takie nazwy groźnie? No, raczej… jak to się teraz mówi. 

A skoro wspomniałem też jedną niemiecką nazwę, to jeszcze dwie inne, też niemieckie. Nazwy ich czołgów: kiedyś Panzerkampfwagen Tiger (II w. św.), a teraz Leopard. Groźne drapieżniki!

A my sobie kontynuujemy tradycje II RP. Tej sprzed września 1939 r.

Wtedy był ten nasz, podobno wspaniały jak na tamte czasy, bombowiec, którego produkcję rozpoczęto tuż przed II. wojną światową (i pierwsze sztuki zdążono tylko wyeksportować; gdzieś tam – zamiast przekazać polskiemu lotnictwu). Nazwano go „Łoś”. Tak, łoś! To takie zwierzę do odstrzału. 

A teraz polski Departament Obrony, nasz PENTAGON, nazwaliśmy DORSZEM. 

Już tylko to słysząc, można się przestraszyć. Jaki los nas czeka.

Ktoś określił tę strzelankę do dronów nad Polską, w nocy z 9 na 10 września 2025 roku, że to jakby strzelać z armaty do komara. Gdyż taki dron to wartość kilkuset, no niech będzie, nawet kilkunastu tysięcy dolarów. Natomiast jedna rakieta wystrzeliwana z samolotu, ma cenę idącą w dziesiątki tysięcy, czy nawet setki tysięcy dolarów. Albo i więcej. W artykule na money.pl, pt. „Ogromne koszty strącania dronów. Ekspert podaje kwoty” napisano nawet tak, cytuję: „Dron wabik z plastiku i ze styropianu kosztuje od 10 do 20 tys. dol. Natomiast pocisk AMRAAM to koszt 2-2,5 mln dol. Widzimy, jaka jest różnica w kosztach zwalczania tych celów /../”. Ale koszty samych rakiet to nie wszystko… Ten sam artykuł podaje, że godzina lotu F-16 kosztuje ok. 77 tys. zł. Na razie jednak mamy tanio. Polska zamówiła już (jest kontrakt) 32 myśliwce F-35A produkcji Lockheed Martin i pierwsze maszyny dostaniemy w 2026 r. A koszt lotu takiego F-35 trochę się zwiększy: wynosi (na dziś) 130-150 tys. zł.

Można by pewnie trochę taniej te drony zwalczać, ale Polska nie ma ani dronów, ani żadnego systemu antydronowego.

Jednak nasi dzielni wojskowi i politycy, mimo to, że skutecznie rozbroili Polskę, przekazując prawie wszystką broń na Ukrainę, chlubnie kontynuują tradycje przedwrześniowe. Przypomnę: chodzi mi o Ministra Józefa Becka i jego przemówienie z 1939 r., przed wybuchem II. wojny światowej, gdy mówił o honorze, który nie ma ceny. Teraz Szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego gen. Wiesław Kukuła stwierdził, że „życie Polaka nie ma ceny”. „Nie liczy się wartość rakiety użytej do zestrzelenia drona, liczy się wartość tego, co ten dron ma zniszczyć.” Cytuję dalej: „Użyjemy sto razy droższej rakiety, jeśli uratujemy życie choć jednego Polaka, więc nasze myślenie jest kompletnie odmienne”. Cytaty za portalem radia „ZET” Wiadomości.

Tak, panie generale: wasze myślenie jest zupełnie odmienne. Gdyby nie ta prowojenna wasza narracja, nie byłoby dla Polski żadnego zagrożenia wojną, prowadzoną na dalekim wschodzie Europy. Więcej! Nie byłoby już dawno tej wojny, bo na samym jej początku, czyli na wiosnę 2022 roku zakończyłyby ją rozmowy pokojowe w Teheranie. Przerwane przez prezydenta Ukrainy W. Zelenskiego na rozkaz premiera Wielkiej Brytanii, czy też całego NATO.

A co do tego, że życie Polaka nie ma ceny – też pełna zgoda! Czy rodziny dwóch osób, które zginęły w Przewodowie, miejscowości na lubelszczyźnie, na którą w dniu 15 listopada 2022 r. spadła rakieta otrzymały odszkodowanie? Otrzymały. Od ZUS-u. A od rządu? Od Ukrainy? Na ten temat można przeczytać artykuł. Ale nawet sam tylko jego tytuł, mówi jednak już wszystko: „Dostaliśmy jałmużnę. Mieszkańcy Przewodowa o otrzymanej pomocy” (portal wp wiadomości). Mieszkańcy, poszkodowani, mówią, że nie można się doprosić tej pomocy. 

No, ale ja tu o odszkodowaniach pieniężnych, a pan generał o życiu, jako najwyższej wartości. 

Jeśliby się nasi politycy i generałowie rzeczywiście tak troszczyli o nasze życie, to nie robiliby tego wszystkiego, co od trzech lat wyczyniają, gdy swoimi najróżniejszymi działaniami, przybliżają nas do wojny. Wojny, w której zginąć może nie kilka, nie kilkanaście osób lecz setki tysięcy, a nawet miliony Polaków. 

Wojny nie wiadomo o co, bo nikt nas nie atakuje. I wojny beznadziejnej. Bo na skutek tych działań, całej naszej klasy politycznej, zostaniemy sami. Sam na sam z Rosją. A może i z Ukrainą – jako naszymi przeciwnikami. Na nic nam art. 5 NATO (o udzieleniu pomocy zaatakowanemu członkowi NATO), bo zachodni koalicjanci cały czas tak manewrują, żeby to Polska samodzielnie zaatakowała Rosję. A wtedy ten artykuł nie zadziała. 

A wśród naszych „szabelkowców” nastroje znów arcywojenne. Cieszą się! Nareszcie strzelamy! (Polecam na YouTube „Drony nad Polską. Szabelkiści w ekstazie” pana Łukasza Warzechy).

Wciąż dominuje narracja, że Rosję trzeba pokonać.

Nie dociera do polskiej klasy politycznej prosta prawda wynikająca z prostych faktów: przez trzy lata wielkie mocarstwo, czyli Rosja, prowadząc wojnę „na ćwierć gwizdka” (bo nawet nie na pół), pokonuje na Ukrainie cały kolektywny Zachód. A sama Ukraina już właściwie zamieniła się w bankruta, utrzymywanego przy życiu tylko poprzez podłączoną kroplówkę z Zachodu. Do której płyny ustrojowe pompuje przede wszystkim Polska. Czyli my, Polacy. 

Ale pan generał może sobie (tu użyję wojskowego języka z aż pięcioma generalskimi gwiazdkami) pier***** te swoje buńczuczne ćwierćprawdy (bo nawet nie półprawdy), gdyż kieruje je do społeczeństwa, które zostało wspaniale sformatowane. Sfabrykowane przez partie „telewizyjne” i main-stream internetowy. A ten, który to pisze, czyli ja, oraz Wy, którzy to jeszcze, być może, czytacie, należycie do absolutnej mniejszości. Wobec main-streamu, czyli głównego nurtu (zwanego też głównym ściekiem) jesteśmy jak strumyczek. Takie drobniutkie ruczaje, nazywano kiedyś „ponik”. Zapomniane określenie na wodę, która znika, gdy susza się zwiększa. 

Ale bywa też i odwrotnie. Opady powodują , że strumyczki wzbierają. Życzyłbym sobie tego! By te strumyki stały się właśnie głównym nurtem! By społeczeństwo zaczęło się budzić i patrzeć, co z Polską i Polakami zrobiono.

Na razie spadły drony. I z jednej strony podniosło się znacznie zagrożenie wojną.

Ale to jest też, z drugiej strony, jak ten ożywczy deszcz, bo wielu ludzi zaczęło mieć wreszcie wątpliwości. 

I ta rządowa narracja, w którą dotąd bezkrytycznie wierzono, że jest to atak ze strony Rosji, rosyjska prowokacja, itd., napotkała wreszcie, na razie bierny, ale jednak opór. Obserwuję ten pozytywny trend przynajmniej w internecie, do którego ogranicza się moje czytelnictwo i oglądactwo publicystyki. 

Napotykam na coraz więcej materiałów, w których ich autorzy włączyli myślenie i mają co najmniej wątpliwości, czy aby to Rosja te drony wysłała. A jest też coraz więcej takich, którzy, tak jak ja, wątpliwości nie mają: jedynym krajem, który skorzystał na tym nalocie dronów na Polskę jest Ukraina. Zatem? Ten jest sprawcą, kto odnosi korzyści. To prosta policyjna czy detektywistyczna zasada, gdy się prowadzi śledztwo w sprawie popełnionego przestępstwa.

Jaka to korzyść? Przestraszono polskie społeczeństwo.

I teraz łatwiej będzie pod pozorem obrony Polaków, wciągnąć Polskę do tej wojny. Już rząd oznajmia, że polscy „specjaliści” będą się szkolić u ukraińskich specjalistów w zakresie obrony przed dronami. I zdaje się, że mają się szkolić na Ukrainie! Tam będą zajęcia praktyczne ze strącania rosyjskich dronów. Ludzie! Przecież to tak jakby już oficjalnie przystąpić do wojny z Rosją! Na razie mówi się to w sposób zawoalowany, nie wprost; wieloznacznie można to interpretować. Wielowątkowa analiza jest na portalu pana Tomasza Piekielnika pt. „Zamieszanie ws wysłania wojsk na Ukrainę? Czy media nas oszukują”. Nota bene, prowadzący portal nie cofa się już nawet przed używaniem słowa „zdrajcy”. W odniesieniu do kogo? Polecam ten materiał. Sam, zgodnie zresztą z procedurami ostrożnościowymi, które zresztą ten publicysta osobiście zaleca, powstrzymam się od dalej idących wyjaśnień. 

Ten autor jest, moim zdaniem, po właściwej stronie – po stronie prawdy. Ale niestety: inni są od niej odwróceni tyłem. Jakiś profesor, poseł, członek sejmowej komisji obrony, czy jak to gremium się nazywa – zasłońmy jego nazwisko kurtyną miłosierdzia – co prawda w sumie wie, że jesteśmy zupełnie do wojny nie przygotowani, w szczególności na ataki dronów, ale bajdurzy mimo to. Zgroza: twierdzi, że pierwsze uderzenie według polskich wojennych planów mają przyjąć na siebie Wojska Obrony Terytorialnej Kraju, ten słynny WOT. Czyli amatorzy, których nawet nie ma, bo „powoływani” są tylko na szkolenia. Od czasu do czasu. Jeszcze lepiej! Szanowny profesor szansę obrony widzi taką: wyposażyć myśliwych przy granicy w amunicję przeciwdronową. Chyba śrutem – jak do kaczek? Dobrze panie profesorze, to akurat jest skuteczne. Rosjanie już mają takie strzelby na wyposażeniu. Ale żołnierze rosyjscy. A pan mówi o cywilach. No to już blisko, blisko: od razu nam tworzyć oddziały partyzanckie. Np. każde koło myśliwskie to taki oddział! Pan profesor idzie dalej w las i twierdzi, że nie ma problemu, z takim oddaniem obrony kraju w ręce nieprofesjonalistów, bo zestrzeliwanie dronów jest bezpieczne: celuje się w górę pod kątem 45 stopni. Super, panie profesorze! Tylko, że potem ten dron spada jednak gdzieś w dół. To prawo ciążenia. Czy grawitacji ziemskiej? Pan jako profesor powinien to znać. Inny cywil też podchwytuje w internecie (YouTube) tę inicjatywę: „Pomóżmy wojsku niszczyć drony! Obywatelska sieć wykrywania dronów”. Idea jest taka: sieć (rój!) smartfonów, współpracujących z armią osób cywilnych, które będą „nasłuchiwały” dźwięków wydawanych przez nadlatujące drony i łączyły się z centrum, już wojskowym. A tam fachowcy od cyberwojny będą weryfikowali te informacje i „uśredniając” je, za pomocą formuł matematycznych, będą lokalizowali drony i ich trasy oraz cele. To wprawdzie jest realny system, funkcjonujący podobno na Ukrainie, ale mnie przypomina to inną historię. Przypomina mi się rok 1939. Też całe społeczeństwo było z armią. Oddawano pierścionki, obrączki ślubne. Kupowano wojsku karabiny, nawet chyba i armatki?

Jakoś to niespecjalnie pomogło.

Tylko dyplomacja głupcze!

Panie Prezydencie Nawrocki, który tu nam miłościwie rozpocząłeś dopiero panowanie, a już zasłynąłeś jakże wspaniałym pomysłem, aby nie 2,5% PKB, nie 4% PKB, ale 5% (brawo!!!) PKB przeznaczać na zbrojenia! A może jednak zamiast tego dyplomacja? Rozmowy pokojowe. Może by wtedy pan zasłynął jak Prezydent Clinton z tym „The economy, stupid”. Pan przeszedłby do historii z „Only diplomacy, stupid”.

Co do wysłania polskiego wojska na Ukrainę, to tak się właśnie ten temat teraz stopniuje. Na razie pojadą tylko wspomniani „specjaliści”. Czyli kto? Cywile?

To jest właśnie to słynne „gotowanie żaby”.

Pomału zwiększa się temperaturę w garnku… Żaba nie zauważa. Gdy już jest za gorąco – wtedy nie daje rady wyskoczyć. Ta żaba to my. Jak już dostaniesz, chłopcze, kartę mobilizacyjną czy kartę powołania na Ukrainę (jak zwał tak zwał), to już będzie za późno. Dla ciebie. Nie, nie wyjedziesz za granicę. Tak ci się tylko wydaje. Jeśli nasze władze nie zablokują granicy RP skutecznie, to z pewnością dokładnie to zrobią nasi sąsiedzi. Na niemiecką perfekcję (na przykład) zawsze można liczyć!

Istotne w tym incydencie z dronami nad Polską jest też jeszcze kilka innych rzeczy, które – nie wszystkie – pokrótce omówię.

Przede wszystkim te drony nie miały ładunków wybuchowych. Różnie te drony określać można: jako zwiadowcze czy też jako tzw. „wabiki”. Tym porównaniem określa się na froncie rosyjsko-ukraińskim drony, które mają ściągnąć na siebie obronę przeciwlotniczą, po to by te inne drony, te już uzbrojone w śmiercionośne ładunki, mogły, nieatakowane, dotrzeć do celu. Te tzw. „technikalia”- podniecają fanów techniki wojennej, którzy zapominają, że za tymi cudami techniki, za tą wojną hybrydową, elektroniczną, czasem wręcz kosmiczną, stoi jednak na końcu jej „łańcucha pokarmowego” człowiek. Człowiek z krwi i kości. I tylko tyle z niego często zostaje, gdy już ta technika wojenna zostanie zastosowana. Gdy się zapasy wspaniałej broni, amunicji, zapasy wszystkiego skończą, wtedy zostaną okopy, trupy i może jeszcze ostatni beznadziejny atak na bagnety. A kończą się kiedyś te zapasy, kończą się zasoby ludzkie. Tak jak na Ukrainie, która już nie ma rekruta. Zresztą nigdy nie miała. Od dawna trwają łapanki na ulicach. I tylko pod przymusem walczą jeszcze ci Ukraińcy. Wojny kiedyś się kończą – gdy już wszystko zniszczone, zrujnowane, gdy fabryki, w tym te produkujące uzbrojenie, legną już w gruzach. Gdy żołnierze nie wiedzą już, po co tam są, na tym froncie. Tak to się kończy. Obejrzyjcie sobie, szczególnie Młodzi, którzy zupełnie nie czujecie zagrożenia wojennego, zamiast gier wojennych, film „Na zachodzie bez zmian”. Jest kilka wersji. Polecam!

Głównym tematem, po tym nalocie na Polskę, był spór dotyczący odpowiedzi na pytanie, kto te drony na nas wysłał. Kto i gdzie je odpalił.

Media głównego nurtu odpaliły od razu swoją tezę: jest to atak Rosji na Polskę. 

Niestety nikt, wzorem terrorystów, którzy czasem dzwonili do jakiejś redakcji i z dumą oświadczali, że ten zamach bombowy w centrum stolicy, to ich dzieło, do tych dronów się nie przyznał. 

Gdy na początku wojny UA-RUS spadła w Polsce rakieta i zabiła naszych dwóch obywateli, nasi politycy od razu wiedzieli, że to rakieta rosyjska i byli gotowi wypowiedzieć Rosji wojnę. Gdyby nie to, że Prezydent USA stwierdził, że to nie była jednak rakieta rosyjska i chłopcy w Warszawie posłusznie zrobili to, co amerykanie od nich zażądali, a co się po angielsku nazywa „calm down” (ochłoń…).

Różnica między tym, co było wtedy, na początku tej bezsensownej wojny, a tym, co teraz, polega na tym, że wtedy, gdy rakieta okazała się nie rosyjska, nie śmiano wręcz pisać i mówić, że skoro tak, skoro ona nie rosyjska, to czyżby ona była ukraińska? Takie sugestie pojawiały się wtedy, ale „tylko z taką pewną nieśmiałością”. Gorzej: tylko niektórzy ryzykowali takie przypuszczenie. Grożące owinięciem takiego delikwenta w „ruska onucę”. Ukraina była wzorowym państwem, walczącym o wolność swoją i naszą, a jej przywódca Zełeński był po prostu bohaterem. Dziś dyskusja jest już bardziej otwarta. Mamy już niejako stan fifty-fifty. Przynajmniej w publicystyce. Rząd jednak wciąż upiera się, że te drony to prowokacja i akt agresji Rosjan. 

Podobnie uważa chyba wciąż większość naszego społeczeństwa, która została tak głęboko zindoktrynizowana, że uwierzy we wszystko co złe, to stamtąd. Czyli z Rosji. Ale coraz więcej ludzi już nie boi się myśleć, nie boi się również tych myśli wypowiadać. I mamy przekonujące (mnie) analizy, że te drony z Rosji po prostu by nie doleciały. Za daleko! Ich zbiorniki na paliwo były zbyt małe, by tę odległość pokonać. Oczywiście rządowe media znalazły odpowiedź: Rosjanie wystrzelili je z Białorusi! I znów „prawomyślni” mogą wierzyć polskiemu rządowi i naszym innym politykom, zaślepionym niechęcią albo i nienawiścią do Rosji… I nieważne, że Białoruś nawet nas ostrzegała przed tymi dronami w momencie gdy przelatywały one przez teren Białorusi. Potwierdził to zresztą, któryś z naczelnych generałów polskich Sił Zbrojnych.

I to daje jakąś kropelkę optymizmu (choć czara goryczy pełna). Troszeczkę optymizmu: że jednak jest trochę współpracy.

Trochę działań minimalizujących wojenne zagrożenie, ostrzegających przed pochopnymi działaniami, które mogą doprowadzić do eskalacji, rozszerzenia konfliktu. Który na razie formalnie jest tylko konfliktem rosyjsko-ukraińskim. I niech takim pozostanie.

Albo inaczej: i niech jak najszybciej się zakończy.

Do tych różnych analiz i wątpliwości, skąd wystrzelono, co wystrzelono, ile kilometrów przeleciały, ile paliwa miały, ja, całkowity laik, dorzucę swoje trzy grosze: już sporo lat temu, widziałem film fabularny USA , nakręcony w 2014 roku, który w szczegółach pokazywał prace operatora dronów. Piękny tytuł tego filmu „Dobre zabijanie” („Good Kill”). Polecam. W skrócie: doświadczony pilot zaczyna kwestionować moralność swojej pracy, co prowadzi do poważnych zmian w jego życiu. Ale ja nie o tym, choć ten problem – zabijania – to istota człowieczeństwa. Mnie chodzi tu o fakt, iż pokazywano, jak bohater tego filmu, były pilot myśliwca, po misjach w Iraku czy w Afganistanie, gdzie latał prawdziwymi samolotami, za coś tam, karnie, zostaje przeniesiony do służby jako operator bezzałogowca. I siedzi sobie w bazie gdzieś tam w środku USA (w Nevadzie) i steruje dronem stacjonującym w Afganistanie. I tam  likwiduje tym dronem cele. Pokazano jak na ekranie monitora, za pomocą zdjęć satelitarnych, ten pilot może z odległości tysięcy kilometrów rozpoznawać poszczególnych ludzi. Na innym filmie, o polowaniu na Bin Ladena, widziałem też podobne rzeczy: z satelity można rozpoznać najdrobniejsze szczegóły. I co, USA, które monitorują tę wojnę UA-RUS od początku, a Ukrainie dostarczają całe wsparcie wywiadowcze, logistyczne i jeszcze kto wie, jakie, nie potrafią ustalić, gdzie, skąd te drony wystartowały? Nie wierzę… Przypomina mi się ta dziecięca zabawa, ze słowami: „Siała baba mak. A dziad wiedział nie powiedział. A to było tak!”.  Jak zapytałem googla AI o ten wierszyk, to odpowiedział mi, że ten „dziad, co nie powiedział” symbolizuje problemy w komunikacji i brak chęci dzielenia się wiedzą.

Napisałem wyżej, że ta wojna jest bezsensowna, ale przecież wiem, że ma ona jednak wielki sens ekonomiczny. Jak zwykle. Każda wojna służy do pomnożenia zysków. Bogacą się na niej ci, którzy na wojnach zarabiają. Brutalne to prawdy. 

Jeśli chodzi o drony, to kilka dni wcześniej mieliśmy inną sensację. Według naszych rządowych i prorządowych mediów telewizyjnych Rosjanie zaatakowali budynek rządowy w centrum Kijowa (jakieś tam Ministerstwo). Piszę jakieś tam, bo to nie ma żadnego znaczenia: ministerstwa na Ukrainie się nie liczą – jest jeden wódz, żeby nie powiedzieć Fü***. Czyli Zelenski. Oraz oligarchowie. I oni tam rządzą. Reszta to „figuranci”. Zatem teza, że Rosjanie chcieli kogoś z tamtejszego rządu „zneutralizować”, już z tego tylko powodu jest nieprzekonująca. Obecnie Ukraina ma panią Premier. Lub Premierkę, jeśli ktoś woli feminatywy. Ktoś tę panią zna, z imienia i nazwiska? No właśnie… 

Najpierw skłamano, że to była rosyjska rakieta. Ale, gdyby tak było, to tego budynku by nie było – tylko sterta gruzów. Potem zatem Ukraińcy zmienili narrację/informację i już mówili o jakimś dronie, który zniszczył jedno czy parę biur poprzez wywołany tam pożar. To już się bardziej „trzymało kupy”. Ale jeśli tego dnia Rosjanie wystrzelili ponad 800 dronów, to jak to możliwe, że tylko jeden dotarł do centrum Kijowa? 

A tak w ogóle, po co się bawić w jakieś drony, gdy ma się słynną hipersoniczną rakietę o miłej nazwie „Ariesznik” (Orzeszek), która jest podobno nie do wykrycia, nie do strącenia, a siłę ma taką, że pod siedzibą Zyłynskiego wryje się w sześć pięter pod ziemię i zniszczyć by mogła już dawno całą tę kwaterę główną bohaterskiego Prezydenta?

Proste pytania. I prosta odpowiedź: nie, możni tego świata nie polują na siebie. Na front wysyłają poddanych. To oni giną.

A władcy i ich dwory nie zabijają się nawzajem – ubijają między sobą kolejne interesy. I jak trzeba to usiądą do rozmów. Na Alasce, czy w Dubaju. A prostym ludziom pozostaje tylko prosty krzyż. Gdzieś w polu… 

Zacząłem od sielskiego, wiejskiego obrazka – te „Bociany” Chełmońskiego. I optymistycznie, bo ten przelot bocianów oznaczał, że lato idzie. Pora słońca, ciepła, żniw, dobrych zbiorów. 

Ale skończę mniej łagodnie. Przelot dronów oznacza, że idzie wojna.

A potem znów będziemy śpiewać: 

„Tylko w polu biały krzyż, nie pamięta już, kto pod nim śpi”.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry