Tę książkę – „Elementarz wojny” – kupiłem przypadkowo, dawno temu, jeszcze w młodości, na targu staroci. Chyba nie była nikomu potrzebna. Wojna już wtedy była pomału zapominana. Przynajmniej tu, w Polsce. Książka miała duże, czarno-białe fotografie. Wtedy, w ostatniej kwadrze dwudziestego wieku nie było to nic niezwykłego. Raczej standard. Tak jak dziś to, że zdjęcia są kolorowe. I tylko artyści fotograficy wracają do tych dawnych czasów, właśnie z koloru rezygnując. Dla uzyskania lepszych efektów, innego odbioru ich dzieła.
Zdjęcia z tego „elementarza” najpierw zwróciły moją uwagę. Same w sobie są przejmujące. Nie tworzyli ich raczej wybitni artyści. Autor książki sam też tych zdjęć nie robił. To są zdjęcia prasowe. Po prostu z gazet.
Autorem „Elementarza wojny” (niem.: „Kriegsfibel”), wydanego po raz pierwszy w roku 1955, a więc dopiero 10 lat po II. wojnie światowej, jest Bertolt Brecht. Pisarz, dramaturg i poeta. Dziś, niesłusznie raczej, mało przypominany (i grany). Stworzył takie dzieła sceniczne jak „Matka Courage” czy „Opera za trzy grosze”. A jego songi z tych musicali, z muzyką Kurta Weila, mają status „evergreen’ów”. Np.: ”Macky Majcher” (ang. tytuł: „Macky the Knive”).
Po II wojnie światowej wybrał jako swoje miejsce do życia socjalistyczną NRD – Niemiecką Republikę Demokratyczną. Zamiast kapitalistycznej RFN – Niemieckiej Republiki Federalnej.
I na Zachodzie przypisano mu „łatkę” (a raczej łatę – wielką szmatę!) komunisty. Tak, jakby te określenia, komunista czy też socjalista, zawsze oznaczały tylko samo zło! A przecież ktoś powiedział, że jeśli się nie jest socjalistą za młodu, to zostaje się świnią na starość.
Choć nie znam szczegółów jego życiorysu, ani nie wiem, jakim Bertold Brecht był naprawdę człowiekiem, to ten jego wybór ówczesnych Niemiec socjalistycznych, widzę raczej jako przejaw wiary, że można jeszcze coś zrobić. Ulepszyć świat. Wbrew temu, co sam napisał, w tym słynnym wierszyku:
Der Mensch ist eher gut als roh,
nur die Umstände, die sind nicht so..
Czyli, po polsku, w wolnym tłumaczeniu, które jednak świetnie oddaje sens oryginalnego sformułowania myśli:
Człowiek bardziej hołduje dobru niźli złu,
tylko okoliczności nie sprzyjają mu.
Może szukał w tym NRD, które miało być „państwem robotników i chłopów” (niem.: Arbeiter- und Bauernstaat) sprawiedliwości społecznej? Próby zaprzeczenia tej niesprawiedliwości, którą widział u źródeł wybuchu II. wojny światowej: tej chęci zysku, tego okłamywania społeczeństw, tego wyzysku człowieka przez człowieka. Tu „kłania się” stary żarcik. Pytanie: „Czym różni się socjalizm od kapitalizmu?” I odpowiedź.: „Kapitalizm to wyzysk człowieka przez człowieka, a w socjalizmie jest dokładnie odwrotnie…”.
Brecht chyba wierzył, że można coś zrobić.
Z hitlerowskich Niemiec musiał uciekać. Całą wojnę przebywał na emigracji. Najpierw w Danii. Potem były inne państwa, a w końcu udało mu się dostać do USA. Ale nie był zachwycony tym krajem. W każdym razie wrócił stamtąd, po wojnie, do Europy. I właśnie na emigracji tworzył swój elementarz z wierszami i zdjęciami dokumentującymi okropności wojny. I źródła tej wojny także. Wykorzystywał aktualne wtedy gazety i wycinał z nich fotografie przedstawiające zdarzenia z drugiej wojny światowej. Wklejał je do albumu i każde zdjęcie opatrywał swoim, poetyckim komentarzem. Czterowierszem nawiązującym do obrazu. Lub do ukrytej treści, do sensu sceny, sytuacji uchwyconej na zdjęciu.
W rymowanych wersach piętnował to, co się stało i sprawcę tego, co się stało: człowieka.
Tak, bo jak napisała inna pisarka, nasza, Zofia Nałkowska: „Ludzie ludziom zgotowali ten los”.
Takie motto poprzedza jej słynne „Medaliony” powstałe tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej, w roku 1945 (wydane rok później). Ta niewielka książeczka to zbiór jedynie ośmiu króciutkich opowiadań. Ale to wystarczyło, aby pokazać ogrom zbrodni hitlerowskich oraz nieludzkie wprost cierpienie ludzi znajdujących się w różnych obozach zagłady.
Bertoltowi Brechtowi wystarczyło niespełna 70 fotografii i tyle samo komentarzy do nich, aby ukazać nam także w pełni grozę, strach, nędzę, głupotę i bezsens całej wojny. Oraz te ludzkie cechy, które leżą u podłoża konfliktów zbrojnych: chciwość, nienawiść, poczucie wyższości. Długo można by te ujemne strony natury ludzkiej wymieniać. Te kompozycje, złożone z tekstu i obrazu, Brecht określał mianem foto-epigramów. Każdy jest opatrzony numerem kolejnym (od 1 do 69) i składa się z gazetowej fotografii umieszczonej na czarnym tle. Czasem jeszcze wraz z pierwotnym (gazetowym) podpisem. Oraz z czterowiersza, autorstwa Brechta.
Bertolt Brecht ukazuje nam człowieka takiego, jakiego wychowały współczesne mu społeczeństwa. Jest w tych podpisach jasna teza, że to wychowanie jest złe. I jest ironia – smutna, wręcz tragiczna. Czy jest nadzieja? Podobno miał zamiar napisać potem „Elementarz pokoju”.
Na swój użytek, postanowiłem przetłumaczyć te 69 czterowierszy – komentarzy. A dwa z tych moich tłumaczeń chciałbym tu umieścić. Wierszyki o o żołnierzach, ociemniałych wskutek działań wojennych, w których brali udział. Zamieszczone zdjęcia przedstawia akurat Amerykanina pochodzenia japońskiego oraz Niemca. Ale to może być każdy. Każdy ranny żołnierz lub cywil. W każdej wojnie. Ukrainiec, Rosjanin, Arab ze Strefy Gazy.
Brecht, pisząc to, miał z pewnością na myśli ofiary wszystkich niepotrzebnych wojen.
A każda wojna jest, z punktu widzenia zwykłych ludzi, niepotrzebna.
Niesie śmierć i kalectwo. Dziś media głównego nurtu absolutnie tego nie pokazują. Żadnych reportaży z cmentarzy. Żadnych reportaży ze szpitali, z ośrodków rehabilitacji, gdzie trafiają ludzkie wraki. Media radośnie za to obwieszczają nam kolejne dostawy śmiercionośnego sprzętu. Czy te idące na Ukrainę, czy te docierające do Polski, która ma podobno być uzbrojona „po zęby”.
Ukraina była świetnie uzbrojona. Nawet jest nadal, bo przecież wciąż docierają tam kolejne transporty czołgów, rakiet, dronów, etc. Tylko, podobno, już nie ma tam kto do tych czołgów wsiadać. Nie ma kto obsługiwać tego sprzętu. Nie ma ochotników, co chcą iść na wojnę. Zresztą nigdy nie było ochotników – to tylko prowojenna propaganda wmawiała Europejczykom, że dzielni Ukraińcy wszyscy ruszą do walki. Ruszyli, ale za granicę! Na zachód! I dziś próbują wydostawać się z Ukrainy, ścigani na ulicach ich miast przez funkcjonariuszy tzw. „Wojenkomatów”, polujących na rekruta, jak kiedyś kolonialni handlarze polowali na czarnoskórych Afrykanów, aby uczynić ich niewolnikami.
Społeczeństwa szeroko rozumianego Zachodu (także Europy Środkowej), w tym też nasze, polskie, zatraciły lęk przed wojną. Ktoś kiedyś powiedział, że wojny wybuchają, gdy umrze ostatnie pokolenie, które nędzę wojny pamięta z własnych, osobistych doświadczeń. W tym roku mamy „okrągłą” rocznicę: 80 lat po zakończeniu II. wojnie światowej. Nastąpiło to w 1945 roku – datę podaję dla Młodych. Już tylko nieliczne osoby, zbliżające się do wieku 100 lat, mogą zatem coś „od siebie” opowiedzieć o wojnie. I tylko one się jej boją. Młodsi sądzą, że skoro dożyli tych np. kilkudziesięciu lat ich życia i wojny koło ich domu nie było – to i dalej nie będzie. A jeszcze młodsi świetnie się bawią wojnami. Na joysticku, na monitorze komputera każdą wojnę można wygrać. Bez strat! Co najwyżej będzie, to strata czasu. Nie wierzymy już, że może być inaczej.
No to posłuchajmy Brechta, patrząc na jedno ze zdjęć zamieszczonych w „Elementarzu wojny”.
Zdjęcie żołnierza. Siedzi cierpliwie na łóżku. w piżamie i szlafroku. Oczy ma zaklejone opatrunkami. Podpis: Szpital w Charleston. Młody amerykański żołnierz pochodzenia japońskiego (Japanese-American Boy), oślepły we Włoszech podczas przekraczania rzeki Volturno,
Nie będzie już miast. Morza. I migotania gwiazd
Ani żony, ani syna. I nieba jasnego, ani ciemnego
Czy nad Japonią, czy nad Oregon, nie zobaczysz
Ociemniały żołnierzu, siedzisz cierpliwie, nie płaczesz
Ten tekst poruszył mnie szczególnie. Znów nie umiałem oddać jego treści 1:1. Ani zmieścić się w rymowanym czterowierszu z tymi wzorowymi rymami ab/ab – tak jak to świetnie się udawało Brechtowi. Ale próbuję ująć sens i odczuć sytuację zatrzymaną na fotografii. I myślę o tym żołnierzu, któremu nie dane było to, co każdy powinien mieć w podobnym wieku. W młodości. Radosne poznawanie świata. Miłość. Te sprawy…
Jemu dotychczasowe życie skończyło się.
Wiem, mogło się tak stać, że w dalszym życiu odnalazł się w tej nowej dla niego rzeczywistości. W tej ciemności, która dla niego zapadła na zawsze. On przecież jednak nie zginął. Na polu bitwy. Notabene: te pola po bitwie, pełne trupów, pełne jęczących z bólu rannych, z których wielu też umrze, tylko najpierw jeszcze się nacierpi, pełne kalek – te pola przypominające rzeźnie (tak wygląda krajobraz po bitwie, niestety!), w tradycji naszej, naszego języka, nazywa się polami chwały…
Nawet język ma nas wyprowadzić w pole. Nomen omen – w pole bitwy. W błąd.
Tyle przynajmniej, że nie zginął – ten żołnierzyk, który stracił wzrok. Wracam do wątku. Może jednak pokochała go później cudowna kobieta? Może jednak, wbrew pesymistycznej prognozie Brechta, miał dobre życie? To nie jest wykluczone.
Jeszcze jedno podobne zdjęcie zamieścił Brecht w swoim „Elementarzu wojny”. Na szpitalnym łóżku leży młody mężczyzna. Widać jego twarz, dłoń z papierosem podnoszonym do ust. Jedno oko zamknięte. Drugie obandażowane grubą warstwą materiału opatrunkowego. Podpis: Ociemniały niemiecki żołnierz w moskiewskim lazarecie.
Pod Moskwą straciłeś swój wzrok
O biedny ślepcze, teraz rozumiesz, co to znaczy.
Ten pomyleniec Moskwy nie zdobył.
A gdyby zdobył – ty byś tego i tak nie zobaczył.
Ten pomyleniec to… Hitler. Teraz chętnie tym mianem i podobnymi epitetami określa się Putina. Czy, aby jednak na pewno, to tylko on jest ten Zły?
A my, my wszyscy, którzy nad wojną przeszliśmy już do porządku dziennego? Wręcz szykujemy się na nią, tu, w Polsce! W Polsce zmasakrowanej w czasie II. wojny światowej. Znów wierzymy, że „Nie oddamy ani guzika”. W 1939 roku też sanacyjne władze wmawiały ówczesnemu społeczeństwu, że jesteśmy wspaniale uzbrojeni, a nasza kawaleria zdobędzie Berlin. Teraz też w podobnym duchu opowiada się nam o „Abrahmsach”. Już płyną do nas z USA. I będziemy bezpieczni. O tym, że wszelkie polskie doktryny obronne przewidują opór „na linii Wisły”, nie przypomina się Polakom.
Państwo, które najbardziej ucierpiało w czasie II wojny światowej powinno być orędownikiem pokoju.
A nie „prymusem” w zakresie prezentowania się jako zwolennik prowadzenia wojny na Ukrainie „aż do zwycięstwa”. Zastrzegam, że mówię o największych stratach po stronie Polski, mając na uwadze ich wymiar w stosunku do liczby ludności przedwojennej Polski, do stopnia zniszczenia miast i całego kraju. Wiadomo, że więcej milionów ofiar było po stronie ZSRR, wiadomo, że dla Żydów tamta wojna to był Holocaust – hitlerowska zbrodnia dążenia do wytępienia całego ich narodu. Ale i my, Polacy, mieliśmy zniknąć. Dlatego naszą obecną rolę na arenie międzynarodowej widziałbym jako propagatorów pokoju. Pokoju za wszelką cenę. Polska jako inicjator konferencji pokojowych. Polska jako lider pomocy humanitarnej. A nie dostaw broni i amunicji! A, niestety, jest inaczej. To my innych „zagrzewamy do boju”, do „niewątpliwego zwycięstwa”. Za wszelką cenę: za cenę milionów istnień.
Niestety, na razie Polska zaprzepaściła tę szansę, aby być krajem, który w naturalny sposób (jako Słowianie) mógłby być mediatorem między Ukrainą a Rosją. Tym to smutniejsze, że przecież mieliśmy realizować dzieło Jana Pawła II. I gdzie jest jego przesłanie? Czy ktoś wspomniał przez ostatnie już zaraz trzy lata, od lutego 2022 roku, o tym, że nasz Papież był przeciwnikiem wszelkich wojen? Że nie zgadzał się na tę w Iraku, którą USA wywołały jeszcze za jego życia.
A czy my w ogóle rozumiemy przesłanie Chrystusa, podobno Króla Polski? Mamy go w każdym Kościele. Patrzy na nas z Krzyża. Powtarzają nam księża „Miłuj bliźniego swego”.
Ma też Chrystus Król olbrzymi pomnik w Świebodzinie, przy drodze ekspresowej S-3. Patrzy na Zachód. My też zapatrzeni jesteśmy na Zachód. Zamiast realizować swoją politykę, realizujemy imperialną politykę USA i „kolektywnego Zachodu”.
Wstrząsające są te postacie młodych ślepców. Czym jest, w porównaniu do ich losu to, co my, zwykli ludzie, przeżywamy w czasie pokoju? Czym jest nasze spokojne życie wobec takich dramatów? Nie mówię tu o ludziach dotkniętych chorobami, wypadkami, niepełnosprawnością – to wszystko zdarza się też, pomimo że wojny nie ma. My, zdrowi, omijani przez pechowe zdarzenia, najczęściej jednak właśnie dlatego, że wojny w naszym życiu nie było, „pożyliśmy” sobie. I może nam nawet „zamigotały gwiazdy”. Dlaczego zatem teraz tak wszyscy wokół spokojnie mówią o wojnie? Zapomnieliśmy tego, jeszcze w mojej młodości tak oczywistego hasła, „Nigdy więcej wojny!”.
Dobrze byłoby zrozumieć tragizm tych i innych wierszy z „Elementarza wojny”. Oraz zrozumieć antywojenny sens tego utworu Bertolta Brechta.
Powinniśmy zrealizować jego plan. Już wspomniałem, że B. Brecht chciał stworzyć drugą część tego dziełapod nazwą „Elementarz pokoju”. Jeśli on nie napisał, to ktoś inny powinien jak najszybciej to zrobić. A „wszyscy ludzie dobrej woli” powinni oba te elementarze, „Elementarz wojny” i „Elementarz pokoju”, umieścić w kanonie lektur obowiązkowych. W szkołach na całym świecie.


