Trwają rozmowy pokojowe. Prezydent Trump, na dwa dni przed końcem roku 2025, wyraża satysfakcję, że 95% kwestii, które będzie regulować przyszłe porozumienie między Ukrainą a Rosją zostało już wyjaśnionych. Tak usłyszałem dziś w radiu, w samochodzie, gdy trudno się było skupić na wiadomościach, bo akurat trzeba mi było uważać, aby ta współczesna „jazda polska” mnie nie rozjechała. Ale chyba tak powiedział? Trump zrobił majątek, liczony w milionach dolarów, to powinien się na matematyce, w tym na procentach, znać.
Prawie nigdy rozmowy pokojowe nie toczyły się z pominięciem państwa, które w konflikt jest zaangażowane.
Rozmawiały ze sobą rządy (czy też ich przedstawiciele) krajów biorących już udział w trwającej już wojnie – po to, aby tę wojnę zakończyć. Albo kraje będące w konflikcie – po to, aby tej potencjalnej wojny nie było.
Jednak raz się tak, co najmniej, zdarzyło. Tu przypomina mi się ten słynny brytyjski premier, Neville Chamberlain, który wracając z konferencji w Monachium, w 1938 roku, powiedział w Londynie te słynne słowa: „Przywiozłem wam pokój”. A dokładniej: „Przywiozłem wam pokój dla naszych czasów.”
Tak, ten, jak się okazało, bardzo chwilowy pokój dla Europy, został ustalony w rozmowach ówczesnych zachodnich mocarstw, tj. Anglii i Wielkiej Brytanii z, aspirującą do tej roli, III Rzeszą Hitlera. Kosztem Czechosłowacji, która nie brała udziału w tej konferencji (29-30 września 1938 roku). Podobno jej przywódcy stali na zewnątrz, ale nic do powiedzenia wobec dyktatu ówczesnych władców świata nie mieli. Podpisy pod układem złożyli Hitler, Mussolini, wspomniany Chamberlain i Daladier (w imieniu Francji). Mocarstwa zachodnie wymusiły na Czechosłowacji akceptację warunków, grożąc porzuceniem jej w obliczu konfliktu z Niemcami.
Ano tak to było. Mniej więcej. Historycy niech się wgłębiają w szczegóły tych ówczesnych rozmów, stanowisk, ich późniejszych konsekwencji.
Efektem konferencji w Monachium było to, że Czechosłowacja straciła swoje tereny w Sudetach. Wkroczyli tam Niemcy, co na krótki czas zahamowało hitlerowski Wehrmacht i pozwoliło mu się przygotować do wielkiego pochodu na wschód, już zbrojnie. Na Polskę (1939) a potem na ZSRR (1941). Nastąpiło to już po zajęciu całych Czech (1939) i utworzeniu Protektoratu Czech i Moraw. A z reszty podbitej Czechosłowacji „marionetkowej” Słowacji.
To samo zresztą zrobiły te mocarstwa światowe, ale już w innym składzie (USA, Wlk. Brytania, i ZSRR) z podbitą w 1939 roku Polską, gdy pod koniec II wojny światowej ustaliły, co Polska odda ZSRR, a co sobie weźmie od Niemców. To, że nie pytano o zgodę przegranych, czyli pominięto niemiecką III Rzeszę, to logiczne. A równocześnie „godne to i sprawiedliwe” było – jak mówi tekst kościelnej modlitwy. Ale już to, że nie pytano o nic nas, Polaków, którzy walczyliśmy z tą hitlerowską Rzeszą od początku, tj. od 1939 roku, a w 1945 roku byliśmy po stronie zwycięzców tej wojny – i to zbrojnie (polskie dywizje w ramach wojsk radzieckich i wojsk alianckich na Zachodzie) – to już nie było fair.
Ale taka jest polityka. Protokół dyplomatyczny może i jest elegancki, ale istota dyplomacji elegancka już nie jest. W relacjach między państwami liczy się prawo siły – prawo silniejszego.
Czyli precedens dokonywania ustaleń bez tych, których one dotyczą, już jest. Tylko że wtedy mocarstwa decydowały o maluczkich. Teraz bawią się w negocjacje bez gracza, który jest mocny. I już wygrywa. Czyli bez Rosji.
I dlatego właściwie śmiech powinien ogarnąć wszystkich nas, gdy patrzymy na te aktualne „negocjacje pokojowe”. A nie ogarnia! Wszyscy, ze zrozumieniem jakby, słuchamy o kolejnych rozmowach pokojowych na najwyższym szczeblu lub poprzez przedstawicieli. I poważnie kiwamy głowami, że dobrze, że tak, że trzeba rozmawiać! Trzeba dokonać ustaleń i zakończyć tę bezsensowną wojnę między Rosją a Ukrainą.
Tylko ja czegoś tu „nie ogarniam”. Jak można nazywać te rozmowy mianem rozmów pokojowych kiedy uczestnikami tych rozmów są jedynie Ukraina i USA? Czasem Prezydent Trump wysłucha też przywódców państw zachodnioeuropejskich lub też prezydent Zelenski, po kolejnym prztyczku od Trumpa, poleci na skargę do Paryża, Londynu lub Brukseli. A my nadal chciwie słuchamy, co nowego te „strony” ustaliły.
Właśnie! Jakie strony? Jedna strona tylko! Jedna, zachodnia strona! Bo tu akurat Ukrainę można potraktować jako część kolektywnego Zachodu – i to jest ta jedna strona konfliktu. Druga strona to Rosja.
Rosja, która w sprawie negocjacji pokojowych milczy albo wypowie (Prezydent Putin) dosłownie parę zdań. Czasem jakaś dłuższa wypowiedź Ministra Spraw Zagranicznych Siergieja Ławrowa lub Rzeczniczki Kremla pani Marii Zacharowej. I to wszystko.
Czyli co my tu mamy? Klasyczne „dzielenie skóry na niedźwiedziu”. Na rosyjskim niedźwiedziu.
Tego powiedzonka jakoś w przestrzeni publicznej, chwilowo, nie ma. Jest inne: rosyjska onuca. Mające deprecjonować Rosję, Rosjan i wszystkich, którzy o nich powiedzieć chcą cokolwiek dobrego. Używane powszechnie, aż do znudzenia. I nie sprawdzające się: ta bylejakość onucy, ta jej szmatławość, nijak się ma do tego, że Rosja, uważana za słabowitą, wygrywa. A świat, za wyjątkiem kolektywnego Zachodu, wcale się od Rosji nie odwrócił. I stopniowo Berlin i Paryż (Londyn pewnie dołączy, by nie wypaść z gry, gdy przyjdzie do podziału zysków), już znowu biorą pod uwagę, że z Rosją trzeba rozmawiać. Za duże interesy mogą ich ominąć. Trump znowu wyprzedził Europę i postawił tezę jasno: wojna to business as usual. Nie udało się niedźwiedzia powalić, to trzeba z nim żyć. U nas Putin to wciąż zbrodniarz, z którym nie siada się do stołu.
Rosyjski niedźwiedź stał się symbolem narodowym Rosji w polityce i kulturze. I ta wojna już potwierdza, że rosyjski niedźwiedź nie da się obedrzeć ze skóry.
Historia się powtarza: Rosja to wielki kraj. Dojść do Moskwy dwa razy się udawało (Napoleon, Hitler). Ale za Moskwą rozciągają się jeszcze przestrzenie olbrzymie. I olbrzymia determinacja zamieszkujących je Rosjan.
Wszyscy omawiają punkt po punkcie przedstawione w mediach szkice projektu porozumienia pokojowego Ukraina-Rosja.
Co na to niedźwiedź? Otóż niedźwiedź nic!
Czasem, po dość długim namyśle, coś na ten temat powie. Na przykład, że do dwudziestu iluś tam punktów kolejnego, wypracowanego (chyba w Pentagonie?) porozumienia, to on się odniesie, gdy zostanie mu ten tekst oficjalnie przedstawiony.
Albo gniewnie mruknie, jak ostatnio, przy okazji wizyty amerykańskich wysłanników Trumpa w Moskwie. Gdy Putin powiedział, przed spotkaniem ze Steve Witkoffem, że Rosja nie chce walczyć z Zachodem, ale jeśli Zachód by Rosję zaatakował, to oni są gotowi. Natychmiast.
Oczywiście, zinterpretowano to w mediach głównego nurtu jako groźbę Rosji wobec Zachodu.
Tak, jakby już zatracono na tym kolektywnym Zachodzie zdolność logicznego myślenia. Powiedział przecież prezydent Putin tylko i jedynie to, że jak ruszysz rosyjskiego niedźwiedzia, to on wtedy, w obronie własnej, machnie łapą. A łapsko ma potężne.
Pamięć też zawodzi kolektywny Zachód i jego media: rosyjski niedźwiedź ma w swojej gawrze silosy z wyrzutniami rakiet z głowicami termojądrowymi. Jest mocarstwem atomowym po prostu.
Macie pewność, wszyscy telewizyjni i internetowi mądrale, że przyparty do muru niedźwiedź, czy będzie się on zwał Putin czy jakoś już inaczej, nie użyje tego arsenału atomowego?
To, że teraz wojna na Ukrainie toczy się w wersji klasycznej, nieatomowej, nie daje żadnej gwarancji, że za którymś razem nie dojdzie do kataklizmu! Do końca świata albo jakiejś jego części. Oby nie była to ta część, gdzie znajdujemy się my. Czyli Polska. A z sytuacji ogólnej, z naszego też geopolitycznego położenia i naszych własnych działań (własnych w sensie polityki kolejnych polskich rządów) wynika, że celem tych rakiet może być Polska.
Prorokowane jest, w internetowych podcastach, że uderzenie taktyczną bronią atomową na tereny wschodniej Polski może być wystarczające jako demonstracja siły. Nie będzie kontruderzenia.
Nikt po nas, Polakach, nie będzie płakał. Niestety. I wojna się wtedy szybko skończy. Niestety, także Polska się skończy. Wypełni się to „Finis Poloniae”, do którego zresztą i bez ataku atomowego na nasze terytorium już blisko: polskie władze doprowadzają nasz kraj do ruiny. Finansowej, demograficznej, politycznej – już niemal nic nie znaczymy na arenie międzynarodowej. Jesteśmy tylko pionkiem na szachownicy.
Prezydent Polski ekscytuje się każdym „głaskiem” od Trumpa. Premier Polski woli głaski z Brukseli. Ale obaj czekają tylko jak niesamodzielni jeszcze chłopcy (niestety oni nigdy nie dojrzeją) na uznanie, na pochwałę ze strony możnych tego świata. A premier Węgier, jak prawdziwy facet, mówi tym wielkim w imieniu malutkich Węgier: Nie! Oj, nie tak panowie, nie tak!
Przykład? Węgierskie (a także czeskie i słowackie) veto dla takich głupot jak darowizna w postaci 90 mld Euro dla Ukrainy, którą my, Polacy, za sprawą naszej nierozumnej klasy politycznej, będziemy spłacać jeszcze pewnie w następnych pokoleniach. O ile przetrwamy… Prezydent Orban oświadczył natomiast, że Węgry „wypisują się” z koalicji chętnych do spłacania tej darowizny.
I małe Węgry mają wielkie znaczenie i poważanie. Dzięki mądremu premierowi Węgry mają szacunek u tych, którzy Polskę traktują dziś wyłącznie jako niesamodzielny, podległy kraj.
Kiedyś niechlubnej sławy komisarz ludowy spraw zagranicznych ZSRR nazwał Polskę „pokracznym bękartem traktatu wersalskiego”… Czy teraz nie odbija się to określenie gdzieś echem w brukselskich korytarzach gmachów Unii Europejskiej? Nie traktują tam Polski jak suwerena.
Winni inni? Wina Putina? A nie nasza własna? Przecież można mieć swoje, mądre, zdanie.
Jak Węgry… I gdzie ten polski sen o niezależności, o niepodległości? „Miałeś chamie złoty róg. Ostał ci się jeno sznur.”. To Wyspiański w „Weselu”. Klasyka. Wszystko jakby przepowiedzieli nam nasi właśni wieszczowie. Znali nas. Niestety…
A tymczasem niedźwiedź, zamiast zapaść w sen zimowy, powoli, niespiesznie (jak to niedźwiedź, zazwyczaj ociężały) idzie sobie w kierunku Odessy. Na razie jeszcze daleko. Ale drony i rakiety coraz częściej tam docierają.
A sam niedźwiedź, jego pancerne cielsko, pomalutku włazi do kolejnych wiosek, gdzieś tam na linii frontu. W grudniu Rosjanie zdobyli takie miejscowości jak Hulajpole, Pokrowsk, Szachowo, Konstantynówka, Siewiersk, Liman, Wołczańsk. Nic nam te nazwy nie mówią. Jakieś miasteczka? Wioski?
I ta linia frontu przesuwa się, niby niezauważalnie, ale jednak, na korzyść Rosji. Niedźwiedź jest uparty. Wciąż idzie w głąb ukraińskiego państwa. Konsekwentnie. Donbas już jest prawie zdobyty. Krym już dawno.
A to państwo, czyli Ukraina, wciąż twierdzi, że Krym i Donbas jest ukraiński. Wbrew twardym faktom.
I tak, dosłownie „w oparach absurdu”, gdzie z jednej strony prowadzi się jakieś negocjacje pokojowe bez udziału Rosji, a z drugiej prezentuje jakąś geopolityczną fikcję, która nie ma żadnego oparcia w faktach dotyczących utraconych już przez Ukrainę terytoriów, trwa ta wojna.
Nie wiadomo, czy jeszcze można nazwać państwem Ukrainę, żyjącą obecnie tylko dzięki Zachodowi, który działa jak SOR (Szpitalny Oddział Ratunkowy). I wciąż podtrzymuje Ukrainę kroplówką dostaw wszystkiego: sprzętu wojennego, innego, pieniędzy. Gdyby nie to, pacjent już by nie żył.
Obecne negocjacje prawdopodobnie zakończą się niczym. Rosja wyraźnie idzie w kierunku Odessy.
A internetowi komentatorzy, np. z USA, piszą o tym nadając artykułom tytuły „The Fall of Odessa” („Upadek Odessy”) lub podobne. Może oni, tam w USA, wiedzą więcej? Nasi komentatorzy, jak na razie, skupiają się na miasteczkach i wioseczkach (j.w.) oraz na negocjacjach. Nie chcą, aby polska opinia publiczna nawet pomyślała o tym. Mianowicie, że Ukraina przegra. Całkowicie.
A wygląda to właśnie tak, że wszystko, co dzieje się teraz na polu walki, związane jest z większym celem: odcięciem Ukrainy od Morza Czarnego. I odzyskaniem Odessy, gdyż Rosjanie uważają to miasto za rdzenną Rosję. Wtedy, rzeczywiście, tak osłabiona Ukraina nie będzie już stanowiła zagrożenia dla Rosji. A Putin być może planuje podpisanie traktatu pokojowego nie w obecnych warunkach, tylko z pozycji zwycięzcy: gdy przed 9 maja 2026 roku, przed tradycyjną w Rosji defiladą zwycięstwa w Moskwie, jego dowódcy złożą mu meldunek nie o zajęciu miejscowości Hulajpole, itp., lecz o zajęciu Odessy.
I tylko ludzi, tylko ludzi żal… Setek tysięcy, a może i milionów zabitych i rannych żołnierzy w wojnie na Ukrainie.
Pomimo najlepszych metod zbierania danych, pomimo komputeryzacji, pomimo prawa dostępu do informacji, nawet nie wiemy, ilu ludzi po obu stronach zginęło, ilu zostało inwalidami. Prawda została zabita. Jak zawsze była pierwszą ofiarą tej wojny. To jedno jest tylko pewne.
Wojna na Ukrainie udowadnia między innymi to, że cały ten system bezpieczeństwa, tworzony od 1945 roku, po zakończeniu II wojny światowej, oparty na Organizacji Narodów Zjednoczonych i jej Radzie Bezpieczeństwa, na której miała ciążyć główna odpowiedzialność za utrzymanie pokoju i bezpieczeństwa na świecie, okazał się bezradny. Świat potrzebuje nowych rozwiązań, skutecznych. A nie tej fasady, jaką jest dziś ONZ. Ale nikt ani słowem nie mówi w tej chwili, że w tej materii należy coś zmienić.
Ludzkość XXI. wieku, społeczeństwa cyfrowe, nowa era 2.0 – brzmi to dumnie. Ale na razie nic za tym nie stoi. Nic prawdziwie nowatorskiego w rozwiązaniach międzynarodowych, w szczególności w zakresie zapewnienia pokoju na świecie.
Wraz z rokiem 2025 tej, podobno, nowej ery, kończy się to wszystko tak samo, jak przed ponad stu laty, w czasie pierwszej wojny światowej i jak przed ponad 80 laty, gdy trwała druga wojna światowa – dramatem żołnierzy zimujących w okopach.

