Sprawdziłem.
Tyle czasu Ci to zabierze. Można szybciej, ale zakładam (optymista!), że będziesz starał/a się czytać ze zrozumieniem, a to wymaga by trochę zwolnić i nie pędzić ponad zdaniami lotem ślizgowym. Tym tytułem mogę Cię tylko zniechęcić. Na jakimś internetowym portalu spotkałem się z tego rodzaju promocją zamieszczanych tam treści: przy każdym artykule wyliczono czas jego czytania. Ale tam najczęściej był to czas kilkuminutowy tylko (np. 3 minuty czytania). Taka reklama skierowana jest chyba do tzw. młodych. O ile wiem, to najmłodsze pokolenie ogranicza się do skrolowania tytułów. Najczęściej, jeśli czyta, to tylko początek materiału. I dalej! Myślę tu o aktualnym pokoleniu młodych ludzi, jeszcze potrafiących czytać. Bo następne generacje raczej nie będą zadawały sobie takiego trudu – dla przekazania im jakichś treści konieczna będzie wersja audio. O ile nie wystarczy piktogram, którego pojemność w zakresie przekazywanej treści może być przecież nieograniczona. Weźmy chociażby ten rysunek dłoni z wyprostowanym środkowym palcem. Ileż to znaczeń, ileż sugestii, ocen, jakiż mocny przekaz zawarty jest w takim jednym obrazku!

Dobra reklama wskazuje też na to, ile zaoszczędzisz, wchodząc w to (np. kupując dany produkt). Oraz jakie uzyskasz korzyści (np. podwójna korzyść!). Zatem już Ci podaję (tu korzyści są wymierne). Masz 10 minut czytania, a oszczędzasz sobie oglądanie zapisu transmisji z antywojennej demonstracji „Polki za pokojem” – antywojenny marsz w Warszawie – która odbyła się w dniu 9 marca 2024 r. w Warszawie. Filmowa relacja z niej trwa 2h i 10 min. Wiem, wcale byś tego nie oglądał/a. Nawet gdyby Twój internet Ci to podsunął. Ale powinieneś/powinnaś to obejrzeć! A najlepiej wziąć udział w takiej demonstracji. Ja żałuję, że nie ma takiej akcji gdzieś w pobliżu (jestem z Dolnego Śląska). Do Warszawy mam jednak za daleko. Chociaż…. Czy jest to zbyt duże wyrzeczenie, zbyt duży koszt, gdy chodzi o nasze życie?
Wracając do korzyści: A więc oszczędzasz, odliczając czas poświęcony na czytanie tego artykułu, 2 godziny oglądania zapisu video z warszawskiej manifestacji. Dużo więcej oszczędzasz czasu, wliczając w to dojazd, gdybyś chciał/a w manifestacji w Warszawie uczestniczyć na żywo. Na żywo… Tak, to słowo mówi tu najwięcej. O to w tym wszystkim bowiem chodzi! Abyśmy dalej mogli żyć! Nie zdajemy sobie z tego sprawy. Widać to też po tym, jak niewielu z nas zadaje sobie trud uczestnictwa w takich propokojowych inicjatywach. Komentator oceniał, w fazie początkowej, tj. startu na Placu Zamkowym w Warszawie, że grupa manifestantów liczy trochę ponad 100 osób. Przede wszystkim były to kobiety. Później, w trakcie przemarszu, ilość osób zwiększyła się do kilkuset. Ale nie do np. 800-900, lecz raczej może tylko do ok. 200, może 300 osób. Chyba nikt nie policzył tego dokładnie (poza tajnymi służbami, które z pewnością analizują już te materiały pod kątem danych osobowych). Ci, którzy brali udział, to przecież „działający na zlecenie Moskwy”, to „ruskie onuce”. I jeszcze jeden bonus, jaki Ci oferuję: w tej relacji z manifestacji masz „dwa w jednym”! Do mojej relacji z tego wydarzenia, przypomnę, z dnia 09 marca 2024 r., dodaję jeszcze krótką informację o podobnej manifestacji, jaka miała miejsce w dzień później, czyli 10 marca 2024 r. w Lublinie.

Drogi Czytelniku! Czy napotkałeś gdzieś informację o wydarzeniu, które chcę tu opisać? Od dawna nie oglądam telewizyjnych wiadomości, a radiowe słucham tylko, gdy korzystam z radia w samochodzie. Nie dotarła do mnie jednak żadna informacja o tych dwóch manifestacjach pokojowych. Gdyby nie internet który, jak napisałem już kiedyś, mnie zna (on zna każdego z nas) i podsyła automatycznie, na podstawie analizy aktywności w sieci to, co może nas zainteresować, nie dowiedziałbym się o tym wydarzeniu. Ale Internet wie, że mnie pacyfistę, pokojowa manifestacja może zainteresować. Wdzięczny jestem Internetowi oraz portalowi internetowemu pod nazwą eMisjaTv za zrobienie materiału z tej warszawskiej demonstracji pod tytułem „Polki za pokojem”. Oglądając relację, już po upływie kilku dni, popatrzyłem też na liczbę wyświetleń. Wtedy było to 72 tysiące i 6,1 tysiąca polubień oraz ok. 1,5 tys. komentarzy. Jak to się mówi: „szału nie ma”. Jednak te tysiące już coś znaczą. Oby kiedyś zaowocowały milionami. Milionami przeciwników każdej wojny, każdego konfliktu zbrojnego. Milionami ludzi, którzy czynnie wspierają pokój. A paniom, które rzeczywiście dominowały w tym pokojowym przemarszu od Placu Zamkowego, Krakowskim Przedmieściem, Nowym Światem, aż na ul. Wiejską pod budynek Sejmu RP, jestem wdzięczny, że poświęciły swój czas, energię, aby to wydarzenie przygotować i poprowadzić. W dzień po 8-marcowym Dniu Kobiet zaprezentowały nas, Polaków, jako naród dążący do pokoju. Szkoda niestety, że mimo ich starań, świat postrzegać nas będzie jednak inaczej – przez pryzmat wystąpień naszych wojowniczych przywódców, którym pokój nie jest miły. Dziwne to, bo większość z tej naszej klasy politycznej deklaruje się jako katolicy. Często także oznajmiają nam, iż są katolikami praktykującymi, czyli że uczestniczą w mszach świętych i nabożeństwach. A stałym fragmentem katolickiej liturgii jest przecież to wezwanie kapłana: „Pokój nam wszystkim. Przekażcie sobie znak pokoju!”.
Manifestacja ruszyła.
Na czele banner, taka wstęga niesiona przez chyba 8 pań, trzymana przed nimi, z wielkim napisem „Polska za pokojem” na żółtym tle obramowanym od góry biało-czerwoną wstęgą oraz łowickimi wzorami na obrzeżach – taki ludowy, polski akcent. Sympatyczne. Tuż przed nimi, idzie organizatorka i prowadząca tę manifestację, pani Diana Ruchniewicz, która przez megafon zachęca do wspólnego skandowania: „Polki za pokojem” i innych kolejnych haseł. Sam jej ubiór jest jakby „okolicznościowy”: ma na sobie czerwone wysokie buty, czerwone spodnie i białą kurtkę. Do tego szal w biało czerwone szachownice. Wszystko zatem w naszych barwach narodowych! Wygląda świetnie: zgrabna, ładna. Fantastyczna reprezentantka Polek. Do tego w krótkim wywiadzie, którego w czasie przemarszu udziela dla kanału eMisjaTv zaprezentowała się też bardzo sympatycznie. I merytorycznie zarazem: za pokojem na świecie! Za tą czołówką spora grupa z polskimi sztandarami. Z innym sporym banerem o treści „To nie nasza wojna”. Na trasie skandowane są różne hasła. Najpierw te piękne antywojenne wezwania, bardziej ogólne, te z bannerów: „Polki za pokojem”, „To nie nasza wojna”, „Polacy szanujmy pokój”. To drugie powtarzane jest wiele razy w wersji śpiewanej na melodię „Guantanamera”. Podobnie jak „Polacy chcemy pokoju”. Wybrzmiało też „Ręce precz od naszych synów”. Potem już zawołania są bardziej konkretne, np.: „Hołownia w kamasze, a nie dzieci nasze”. To hasło, jak zauważa komentator telewizyjny, wprost nawiązuje do wystąpienia pana Marszałka Sejmu, który „zasłynął” ostatnio tym prowojennym zdaniem, że „Już niedługo wgnieciemy Putina w ziemię”. Manifestanci mają następne hasła: „Tusk i Morawiecki na front doniecki”, „Tusk i Kaczyński na front ukraiński”, „Polak w Polsce gospodarzem”, „Precz z podżeganiem do nie naszej wojny”, „Tutaj Warszawa – nie Bruksela. Tutaj wojny się nie wybiera”.
Potem, już pod Sejmem, pojawi się jeszcze jedno ciekawe hasło: „Nas do wojny popychają. Dezerterom pomagają”. Nie ma wątpliwości o co chodzi w tym zawołaniu: Mamy tu w Polsce setki tysięcy, jak nie miliony młodych mężczyzn z Ukrainy. Bajki o tym, że wszyscy oni chcą z bronią w ręku bronić Ukrainy już przestały obowiązywać. Nawet w main-streamie, gdzie z lubością je rozpowszechniano. Ja nie uwierzyłem w nie nawet w lutym 2022 roku, gdy zaczęła się ta wojna. Wtedy akurat z rusztowań przy budynku, w którym mieszkam zniknęli młodzi ukraińscy robotnicy, których polska firma zatrudniała tu przy pracach zw. z tzw. termomodernizacją – ociepleniem ścian bloku. Zapytałem kierownika tych robót:
– „Wrócili na Ukrainę? Chcą walczyć?”.
Odpowiedział mi:
– „A skąd! Każdy chce żyć! Pojechali tylko na dwa dni na granicę polsko-ukraińską odebrać swoje kobiety, które właśnie uciekły do Polski”.
Faktycznie, za dwa dni wrócili, ale do pracy. Na rusztowania. Nie na Ukrainę.

Komentujący wyraża – i słusznie – pewien żal, że manifestacja nie zatrzymała się przechodząc obok Pałacu Prezydenckiego. Bo tam naszemu Panu Prezydentowi, który tak bardzo prze do wojny, a w kwestii pomocy Ukrainie zatracił już wszelki umiar, należałoby pokazać, że nie jest tak, jak próbuje nam on i inni nasi przywódcy wmówić: że my wszyscy mamy taki sam pogląd na wojnę na Ukrainie – mianowicie taki jak nasza klasa polityczna. Otóż nie! Manifestanci wciąż powtarzają „To nie nasza wojna!” i dodają kolejne hasło: „Wojna globalistów”. I ponownie skandują: „Tu Warszawa, nie Bruksela – tu się wojny nie popiera”.
Komentator TV przypomina, że tylko szczęśliwym zbiegom okoliczności zawdzięczamy, że już nas ci nasi politycy w tę wojnę nie wmanewrowali. Mianowicie np. wtedy, gdy podobno chcieli oni, aby z polskich lotnisk startowały do boju ukraińskie myśliwce. Lub wtedy, gdy bezpodstawnie, ale ze 100% pewnością przyjęto, że rakietę, która spadła w Przewodowie wystrzelili Rosjanie. To były przypadki, gdy w ostatnim momencie, na skutek interwencji Zachodu, który tak naprawdę decyduje o naszej polskiej polityce, ostudzono rozgorączkowane głowy naszych ministrów gotowych ruszyć na Moskala i naszego Prezydenta, który jak wiadomo bardzo odważny jest. I każdemu jest w stanie powiedzieć „Nie strasz, nie strasz, bo się./../”.
Nie znam Warszawy, ale manifestacja być może przechodzi w tym momencie obok jakiegoś budynku, kościelnego, może jakiegoś kościoła? Ktoś bowiem pyta (mikrofon telewizyjnej kamery nagrywającej pochód to wychwytuje): „Dlaczego Biskupi milczą?”
Właśnie… Dlaczego milczą? Dlaczego od czasu rozpoczęcia obecnej fazy wojny między Ukraina a Rosją, czyli od lutego 2022 r. jedynym głosem naszego Kościoła w sprawie wojny na Ukrainie jest jedna z intencji w czasie modlitwy wiernych podczas mszy świętej: „I módlmy się o pokój, szczególnie dla Ukrainy”. Tylko tyle! Nic w kwestii zachowania pokoju, nic w kwestii nieprzystępowania do wojny, nic w kwestii niezabijania. Nie rozpoznał nasz Kościół powszechny w ciągu 2000 lat, że Chrystus był pacyfistą. Nie zrozumiał jego wezwania „Miłuj bliźniego swego. Jak siebie samego”. Kościół broni w Polsce każdego życia „od poczęcia do naturalnej śmierci”. Ale nie widzi młodych chłopaków, którzy giną na wojnie. Ukraińscy i rosyjscy żołnierze, którzy na Ukrainie zabijają się nawzajem mówią nawet tym samym językiem – językiem rosyjskim.
Tam naprawdę brat tam zabija brata.
A zresztą giną już także ich ojcowie. Giną starsi mężczyźni także, odkąd na Ukrainie branka i łapanka do wojska obejmuje wszystkich, którzy nie mają „układów” lub dość pieniędzy, aby uciec stamtąd za granicę. Kościół powinien wkroczyć z antywojennym przesłaniem. Wkroczyć, tak jak Jezus dwa tysiące lat temu wkroczył w ten starotestamentowy świat ze swoim przesłaniem miłości bliźniego. I nawet w ostatnich dniach tak się stało. Papież Franciszek wypowiedział się wreszcie konkretnie, za pokojem. Powiedział, że należy wywiesić białą flagę i przystąpić do negocjacji pokojowych. Jakie gromy na niego spadły! Jakże zdyskredytowano tę jego wypowiedź! W katolickim kraju, w Polsce, potępili go ministrowie, publicyści spleceni ze sferami rządowymi, cały w zasadzie ten nasz establishment, który czy to, do niedawna w ramach rządu PIS, czy to teraz, w ramach koalicji PO&Comp., jednomyślnie jest za militarnym wspieraniem Ukrainy. I ani myśli o dążeniu do zakończeniu wojny w sposób negocjacyjny. Nie, Ukraina musi wygrać!
Tylko, że Ukraina przegrywa.
A Ukraińców ubywa. Takie są fakty. Strat wojennych nikt nam nie chce podać. Ale to są setki tysięcy zabitych. Być może i dalsze setki tysięcy rannych, trwale okaleczonych. Głos Papieża powinien być potraktowany jako powrót do ewangelicznych źródeł. A tymczasem spotkałem się w Internecie nawet z takim potępieniem Papieża, jakiego dokonał dziennikarz pan Jacek Pałasiński, specjalista od spraw watykańskich (niegdyś wieloletni sprawozdawca m.in. z Watykanu) który stwierdził, w kontekście papieskiej wypowiedzi o „białej fladze”, że „Papież przekreślił swój pontyfikat”. Ja uważam, że raczej Polska, głosami swoich obecnych przedstawicieli, dążących niemal wprost do udziału w nie naszej wojnie, przekreśliła 1000 lat swojego chrześcijaństwa. Wiary, której podstawy mówią, że zło należy dobrem zwyciężać i starać się miłować nawet nieprzyjaciół swoich.
Pod Sejmem uczestnicy demonstracji pokojowej zaczynają od chwili ciszy, aby uczcić tych, którzy zginęli na Ukrainie. To wyraz tego hasła, które także było wywoływane w czasie przemarszu:
„Wszystkie matki cierpią tak samo”.
Ludzi zebrało się już więcej. W trakcie przemarszu zainteresowani przechodnie dołączali do grupy tworzącej pochód. Natomiast poza tymi, w sumie nielicznymi, dodatkowymi uczestnikami, manifestanci nie wzbudzali żadnego zainteresowania. Przechodnie, ludzie w kafejkach po drodze, którzy obserwowali przemieszczający się pochód – wszyscy byli kompletnie obojętni wobec tej demonstracji. Cała Warszawa. Cały kraj również. Jak to jest z nami, Polakami? Wszyscy zachowujemy się, jakby nic nam nie groziło! Skąd taki optymizm, że unikniemy wojny? Nieświadomi jesteśmy jako Naród? Wierzymy, że to się nie wydarzy, liczymy na to, że to tylko takie gadanie polityków? Przecież Premier Tusk mówił ostatnio wprost (wypowiedź z 8 marca 2024 r. na kongresie w Bukareszcie w Rumunii): „Czasy pokoju się skończyły. Żyjemy w epoce przedwojennej”. A nasz „jastrząb”, nasz Radek Sikorski, Minister Spraw Zagranicznych, którego syn jest żołnierzem (chyba zawodowym?) w armii USA, powiedział przy okazji obchodów 25-lecia naszego uczestnictwa w pakcie NATO, cytuję z pamięci: „Obecność sił NATO na Ukrainie to nie jest rzecz nie do pomyślenia”. Być może dla sporej części naszego społeczeństwa przyzwyczajonego do krótkich SMS i prostych tekstów na Twitterze, zdanie z podwójnym przeczeniem jest nieczytelne. Dla nich zatem wyjaśnienie: Tak! Pan Minister Spraw Zagranicznych, Radosław Sikorski, jest za tym, aby NATO weszło na teren Ukrainy. Czyli niezaatakowane wprost, weszło na teren poza obszarem państw należących do NATO. Rosja mówi na takie dictum: wojna (patrz ostatnie wypowiedzi Putina na ten temat). I tak nam ci politycy cedzą jakieś informacje, licząc, że społeczeństwo nie zorientuje się, nie zrozumie. Gdzieś padły słowa o „Twórczo określonej i asymetrycznej eskalacji”. Bełkot. Ale za tym stoi poważne zagrożenie. Oni naprawdę mogą nas wepchnąć do wojny. Mam tu na myśli te nieodpowiedzialne wypowiedzi i opcję, iż Polska może sama, w drodze umowy dwustronnej z Ukrainą przystąpić do wojny jako strona. Takie pomysły były już rozważane. Ci co śledzą wypowiedzi polityków europejskich oraz tych z USA, wiedzą o tym. Taką umową można ustalić formy pomocy wojskowej Ukrainie. Wtedy możemy znaleźć się w stanie wojny z Rosją „indywidualnie”. I ten punkt 5 czy 6 traktatu NATO o obowiązku udzielenia natychmiastowej pomocy państwu napadniętemu „nie zadziała”. Bo nikt nas nie napadł! Wtedy przyjaciele z Zachodu powiedzą nam sorry, ale radźcie sobie sami, bo to wy sami przystąpiliście do tej wojny. Do nie swojej wojny – jak powtarzają wielokrotnie w skandowanych hasłach uczestnicy warszawskiej manifestacji, która jeszcze trwa.

Na zaimprowizowanej scenie przed Sejmem dzieci wypuściły właśnie z kartonu dwa białe gołąbki. Gołąbki pokoju. Poleciały w niebo. Zapomniany już symbol – teraz nie mamy już gołębi pokoju. Mamy tylko jastrzębie – tych naszych pewnych wojennego zwycięstwa polityków. Choć oni sami patrząc w lustro postrzegają się zapewne jako polskie orły. I chyba lecą już nad Moskwą. Pewni zwycięstwa wbrew temu, że Ukraina już w zasadzie wyczerpała swoje możliwości obrony, a Polska jest do wojny całkowicie nieprzygotowana. Rozbrojona przekazaniem wartościowego uzbrojenia na Ukrainę, pozbawiona obrony cywilnej, o której od dziesiątków lat zapomniano, z armią zawodową, której daleko do tej magicznej, postulowanej liczebności 300 tysięcy żołnierzy. Zmniejszającą się nawet, bo podobno „zawodowcy” w obliczu zagrożenia wojną masowo chcą „do cywila”. Z młodym pokoleniem, które owszem, jest za Ukrainą. „Bo ją Rosja napadła”. Tylko tyle im internet powiedział w main-stream’owych nagłówkach: Rosja jest zła a Ukraina jest dobra. Większość chyba nawet nie wie nic o Wołyniu. Ale walczyć za Ukrainę na froncie nikt z nich przecież nie chce. Reprezentatywna dla tego pokolenia, była choćby wypowiedź jednego z takich ludzi, który przyglądał się manifestacji i poproszony powiedział parę zdań do mikrofonu. Treść ich była jak wyżej. Uwagi Komentatora TV, także te natury ogólnej, to atut tego sprawozdania. W swojej narracji towarzyszącej wypowiedziom uczestników manifestacji, mówi że najczęściej, gdy przy naszych granicach pojawiały się zarzewia konfliktów, to prędzej czy później mieliśmy wojnę. Ma rację. Ostatnio (w 1939 r.) mieliśmy rzeczywiście pełnoskalową wojnę. Nie taką jak na Ukrainie, gdzie w Kijowie, Odessie czy we Lwowie, spokojnie się mieszka. Ba, nawet można się bawić na dyskotekach! I tylko daleko na froncie, na linii Doniecka i Donbasu toczy się ta wojna. Aktualnie pozycyjna. Gdy w 1939 r. niemiecki Wehrmacht zaatakował Polskę, to od pierwszych dni wojny niszczono infrastrukturę, a rozkazy Führera nakazywały wprost atakowanie ludności cywilnej i eksterminację, na początek polskiej inteligencji. Efekt tej wojny – po kampanii wrześniowej – był taki, że Warszawa już wtedy częściowo znajdowała się w gruzach. Po Powstaniu Warszawskim w 1944 roku i po styczniowej ofensywie Armii Radzieckiej w 1945 roku, nasza stolica była już tylko rumowiskiem. Podobnie jak większość polskiego terytorium. Gdy tylko Polska rosła w siłę, to tak się w historii naszej składało, iż zaraz mieliśmy taką czy inną wojnę. I całe pokolenie Polaków składało ofiarę życia na ołtarzu Ojczyzny. Kraj wychodził z wojny kompletnie zniszczony i trzeba było zaczynać wszystko od nowa.
Tego chcemy?
Wszystkie wojny prowadzone w XX wieku na polskich terenach niszczyły nas. I były przez nas przegrane. Chyba za wyjątkiem tej Bitwy Warszawskiej w 1920 r. Podobno Matka Boska wtedy pomogła. Znowu liczymy na jej opiekę? Skąd to irracjonalne przekonanie, że tym razem, ta wojna, skończy się dla nas inaczej? Pokojowa, dość pogodna w swojej pozytywnej wymowie manifestacja miała dla mnie jednak także pewien element wręcz grozy. Na scenie, kolejno zapraszane przez organizatorkę panie, mają krótkie, antywojenne przemówienia. Pani, która przedstawia się, że jest z Dolnego Śląska, podaje informacje, które rzeczywiście mogą wskazywać, że zbliżanie się do nas wojny, w której my Polacy weźmiemy czynny udział, nie jest jakimś urojeniem: podobno szpitale w Rzeszowie masowo kupują czarne worki, a w zakładach odzieżowych w Łodzi przestano nagle realizować normalne zamówienia i szyje się tam teraz setki tysięcy podkoszulek i kalesonów dla wojska. Ktoś, już nie pamiętam – może Komentator TV (?), cytuje powiedzenie, którego nie znałem:
„Nie ma nic dobrego w wojnie, z wyjątkiem jej końca”.
Autor: Abraham Lincoln. I tym mądrym bon motem mógłbym tę relację zakończyć, ale chcę jeszcze wspomnieć o politykach, którzy zjawili się tam, tj. na manifestacji w Warszawie, oraz na tej drugiej – w Lublinie. Przybyli z pewnością także dlatego, że jak zwykle była to okazja do zdobycia popularności, zaistnienia w mediach, itp. Ale to normalne. Ważne jest, że ci akurat zjawili się, podczas gdy innych żadne pokojowe manifestacje nie obchodzą. W Warszawie był Grzegorz Braun. I można się z nim w wielu sprawach nie zgadzać, ale nie można mu odmówić tego, że w sprawach wojny i naszej pomocy Ukrainie ma niezmiennie rzeczowe i patriotyczne stanowisko: stop ukrainizacji Polski, stop wojnie. Podobne tezy od początku konfliktu Ukrainy z Rosją prezentuje pan dr Leszek Sykulski, twórca „Ruchu Antywojennego”, który z kolei przemawiał na antywojennym wiecu w Lublinie. Mówił tam między innymi o wzrastającej gotowości do negocjacji, mających zakończyć tę wojnę. Podobno Szwajcaria zaprasza do stołu strony konfliktu. Prezydent Turcji Erdogan podobnie.
Idea pokoju jeszcze się tli. A może nawet jednak zajaśnieje znowu? Rozsądne kraje, poprzez ich przedstawicieli, chcą coś zrobić dla pokoju. Lub przeciwko wojnie – jak np. Prezydent Słowacji, który publicznie powiedział, że nie zgodzi się wysłać na wojnę na Ukrainę słowackich żołnierzy. Nawet gdyby miał przestać być prezydentem. Nam natomiast nasi przywódcy wciąż wtłaczają ten frazes „Za wolność waszą i naszą”. My mamy walczyć! Polscy politycy wciąż potrząsają tą sarmacką szabelką, jak zabaweczką. I śmieszni są jak duzi chłopcy, chcący się bawić w wojnę. Śmieszni, gdy nie widzą, gdy jakby zapomnieli, że przeciwnik, którego chcą wgnieść w ziemię, dysponuje nuklearną potęgą.
Jest dosłownie kilka nazwisk – nieliczne to osoby na polskiej scenie politycznej i publicystycznej, które występują przeciwko kontynuowaniu tej bezsensownej wojny. Oprócz wymienionych, z pewnością wielkie zasługi ma tutaj pan redaktor Maciej Maciak, twórca „Ruchu Dobrobytu i Pokoju”. Mają Ukraińcy to swoje wielkie zawołanie „Sława Ukrainie!”. A ja powiedziałbym: Sława tym właśnie ludziom, którzy wbrew temu, że oczernia się ich w mediach, nazywa poplecznikami Putina, (i jeszcze gorzej), alarmują jednak Polaków o zagrożeniach i mówią po prostu: stop wojnie! Szkoda, że jak to w polskim piekiełku, nie potrafią się te osoby dogadać i nie stworzą jednego Polskiego Ruchu Antywojennego – razem, w ramach wspólnoty interesu. Interesu nas wszystkich, pragnących przecież pokoju.

