W poprzednim artykule na ten temat, pod tytułem „Fajerwerki”, który pisałem na dwa tygodnie przed Magicznymi Świętami (kiedyś nazywanymi Świętami Bożego Narodzenia), przewidywałem, że temat ochrony – ochrony nas, ludzi, a także zwierząt, zostanie podniesiony w okolicach Sylwestra, gdy już wszyscy odpalą te fajerwerki. I tak się stało. Jednak temat wypalił się tak szybko, jak szybko wypaliły się te cudeńka na nocnym niebie. Wróci w mediach dopiero pod koniec tego roku, gdy znów zacznie się sylwestrowa gorączka.
Piszę o tym dlatego jeszcze raz, teraz, gdy te fajerwerki przestały być „tematem”, gdyż liczę, że może ktoś przeczyta jednak – a ten antyfajerwerkowy trend należy podtrzymywać. W przypadku fajerwerków mamy bowiem do czynienia z realnym zagrożeniem życia i zdrowia. Najbardziej chyba reagujemy na krzywdę zwierząt. Dziwne, ale prawdziwe: to, że na wojnach na całym świecie tracą życie i okaleczani są ludzie, tysiące ludzi, jakoś mniej przemawia do nas niż dramaty ginących zwierząt. Zacznę zatem od nich, jeśli chodzi o efekty tego minionego już Sylwestra 2024. Moje informacje pochodzą z internetu, nie podaję ściśle adresów www, gdyż chodzi mi bardziej o ogólny zarys, niż ścisłe dane i ich weryfikację.
Noc sylwestrowa jest dla zwierząt śmiertelnym zagrożeniem.
W Bułgarii, po tegorocznym Sylwestrze, naliczono 600 padłych osobników zięby. Można postawić pytanie: ile łącznie ptaków na sumieniu mają fani fajerwerków? Tego nie wie nikt. Tytuł posylwestrowej relacji o fajerwerkach: „Sarna zabiła się o ogrodzenie, ptaki wykończył stres. Jesteśmy bezradni wobec tej głupoty”. Zamieścił tę informację portal radia TOK FM. Przejmujące jest zamieszczone tam zdjęcie z padłymi zwierzętami (sarna, wiewiórka, ptaki). Taki „pokot”, używając myśliwskiego określenia na prezentację zdobyczy uzyskanej w wyniku polowania. Myślistwo to odrębna sprawa i pewnie po filmie Agnieszki Holland, pod tytułem „Pokot” właśnie, wiele osób z jeszcze większą dezaprobatą spojrzało na tę dziedzinę ludzkiej działalności.
Przy polowaniu mamy do czynienia z zabójstwem umyślnym. Natomiast w przypadku śmierci zwierząt będącej skutkiem zabawy (?) w fajerwerki, mamy do czynienia z zabójstwem niewątpliwie nieumyślnym. Nikt nawet o tym zasadniczo nie myśli, że mogą zginąć zwierzęta. Ani gdy kupuje się te sylwestrowe zabawki – tę pirotechnikę, ani wtedy, gdy w sylwestrowym już uniesieniu, własnoręcznie się je odpala. Lub gdy tylko, z zachwytem, przyglądamy się rozświetlonemu przez fajerwerki niebu. Jakże widowiskowo eksplodują te race i petardy!
Chyba tu jest największa szansa na to, abyśmy „odpuścili” sobie te fajerwerki – wskazywanie na szkody jakie czynią one naszym pupilom – zwierzakom domowym. Oraz szerzej: w całym świecie zwierzęcym, zagrożonym hałasem i w ogóle zakłócaniem spokoju, wywoływanym przez ten zwyczaj.
Ja widzę w tym ponadto także jakieś, niezgodne z moimi antywojennymi ideałami, przyzwyczajanie nas, ludzi, do strzelania, do wybuchów.
Do zakładania ładunków wybuchowych Krótko mówiąc – oswajanie nas z wojną! I nie tylko: zakładanie ładunków wybuchowych kojarzy mi się też ściśle z terroryzmem. Takie społeczeństwa chcemy mieć? Ale ten mój argument, kierowania społeczeństwa na idee pokojowe, a nie ku wojnie, mało kogo przekona.
Natomiast powszechna miłość do piesków i kotków może zdziałać cud. Na taki cud czekają ekolodzy, zieloni, ochroniarze (mam tu na myśli nie strażników w supermarketach, lecz licznych społeczników, którzy poświęcają się ochronie przyrody). Krzywdę zwierzątek troszeczkę omówiłem, więc przejdźmy do ludzi – tak, właśnie w takiej kolejności to przedstawiam, gdyż jak wspomniałem, ludzkie „straty” jakoś mniej działają na opinię publiczną.
Najpierw jeszcze o stratach materialnych. Były bowiem i takie. Nielegalne fajerwerki w Berlinie spowodowały „rany” na elewacjach domów, w które te fajerwerki trafiły. Donosił o tym serwis POLSAT NEWS, pisząc o „bombach kulistych” i postulując wprowadzenie całkowitego zakazu zabawy w fajerwerki. W Niemczech są dużo bardziej ostre normy co do siły, „eksplozywności” sprzedawanych tam fajerwerków. I w tamtejszym handlu jest to ponoć przestrzegane. Natomiast w Polsce kupić można dużo mocniejsze. I podobno te uszkodzenia są wynikiem eksplozji fajerwerków sprowadzanych z Polski, nielegalnie. Znowu jesteśmy na celowniku – niedobra Polska… Niestety… Uszkodzone zostały w Berlinie fasady domów. A 36 mieszkań było po Sylwestrze niezdatnych do użytkowania.
A jakie obrażenia odnieśli ludzie?
Tylko w jednym ze szpitali w Berlinie hospitalizowano w noc sylwestrową 35 osób. Najczęstszym urazem była tam trwała utrata słuchu. Gdy jedni wobec problemu fajerwerków żądają wprowadzenia ich zakazu, inni stają na barykadzie, gotowi ich bronić. Zakaz? Byłaby to odpowiedzialność zbiorowa – mówi jeden z polityków z FDP, były minister w rządzie niemieckim, a teraz sekretarz generalny tej partii. Jak zawsze: gdy chce się wprowadzić w nasze życie trochę ładu, porządku, odzywają się głosy, które są przeciw i powołują się na pryncypia: demokracja, konstytucja, prawa człowieka! Swoboda, dobrowolna decyzja… Policja w rzeczonym Berlinie zatrzymała 400 osób. Część z nich atakowała policjantów za pomocą materiałów pirotechnicznych – tak, właśnie: celowano tymi fajerwerkami w policjantów! We Włoszech także (źródło: ONET Podróże) fatalny finał nocy sylwestrowej: 300 osób rannych z powodu petard, rac, itp. Do tego 69 hospitalizacji. Straż pożarna interweniowała 900 razy w tym kraju. Jednak gdy chcemy poruszyć opinię publiczną to podawanie takich liczb zupełnie nic nie daje. Nie za bardzo nas wzrusza to, że każdego roku ginie na drogach, w wypadkach komunikacyjnych, ileś tam tysięcy ludzi. Ja się jednak na chwilę przy tej informacji liczbowej zatrzymam, gdyż pozwoli to na pewną refleksję ogólną, dotyczącą także fajerwerków. Jak podaje ten sam portal, w 2023 roku liczba wypadków drogowych spadła o 33 proc. – do poziomu 20 936. Mniejsza była też liczba ofiar śmiertelnych w wypadkach. Na drogach zginęły 1 893 osoby, z czego 143 na przejściach dla pieszych. W 2018 roku było to 285 osób. Właśnie: to porównanie ilości tragedii na przejściach dla pieszych jest dowodem na to, że przepisy prawa mogą jednak wiele zdziałać. W 2018 roku w polskiej ustawie Prawo o ruchu drogowym nie było jeszcze absolutnego pierwszeństwa dla pieszych. Teraz mają oni pierwszeństwo przed pojazdami nie tylko na przejściach dla pieszych, ale także gdy dopiero zbliżają się do nich. Już wtedy kierowcy muszą się zatrzymywać. I, jak widać ze statystyki, przyniosło to pozytywny efekt.
Nie można zakazać ludziom jeździć (choć niektórzy i do tego dążą, ale to inny temat). Natomiast wprowadzenie zakazu fajerwerków nie jest czymś, co jest nie do pomyślenia.
Fajerwerki to nie jest jakaś pradawna tradycja.
A jeśli nawet, to czasy się wciąż zmieniają i na przykład niektóre dawne zwyczaje ludowe można dziś zobaczyć, przeżyć tylko na pokazach w skansenach. Czasem wracają jeszcze, ale chyba wszyscy zgadzamy się, że hordy nastolatków pędzące z wiadrami z wodą po wielkomiejskich osiedlach w tzw. Lany Poniedziałek to nie jest godna podtrzymywania tradycja zwyczaju śmigus-dyngus, tylko aberracja. Co może i było zdrowym ludowym humorem kiedyś, dawno temu, na wsiach, to w dzisiejszych miejskich warunkach, stało się jakimś zamachem wręcz – na czyjeś dobro, na czyjeś zdrowie. A jeśli nie aż tak bardzo, to choćby tylko na czyjś komfort. Na dobrostan drugiej osoby. Że wspomnę te sceny, widziane przeze mnie, na szczęście tylko na jakichś nagraniach i już dawno raczej się niepowtarzające. Gdy np. tramwaj podjeżdżał na przystanek i rozsuwały się automatyczne drzwi, a w tym momencie z iluś tam wiader, kubełków itp. oczekującej na ten tramwaj hałastry, bluzgały na wychodzących z tramwaju strumienie wody. I gdzie ma się wysuszyć ten ktoś, kto akurat tu przyjechał? I może jest „w drodze”, może jest daleko od swojego domu? Ale to tylko woda… Wyschnie.
Chociaż sylwestrową noc przez kilka ostatnich dziesięcioleci uwieńczały pokazy fajerwerków, to wcale nie jest to znowu jakaś wielowiekowa tradycja, od której odstąpić nie wypada. Wręcz odwrotnie: ta „świecka tradycja” ma chyba dopiero z 30 lat. Przyszła do nas wraz z III RP, gdy sklepy zaczęły się zapełniać wszystkim, między innymi chińskim „badziewiem”, a w tej obfitości wszystkiego pojawiły się wtedy także fajerwerki.
Ja zetknąłem się z tym, jak pamiętam, ok. dziesięć lat wcześniej. Pierwszy raz oglądałem je na sylwestrowym niebie, gdy witałem w RFN Nowy Rok 1982. Przyjechałem akurat na tydzień przed 13. grudnia 1981 r. W Polsce ogłoszony został tego dnia stan wojenny i zostałem wtedy w Niemczech na dłużej. Właśnie wtedy, wraz z ówczesnymi kolegami, Polakami, którzy przyjechali, by popracować na czarno, zarobić i wrócić do Polski, ale też zostali tam, za granicą, przez ten stan wojenny, pojechaliśmy popatrzeć na fajerwerki. Było to w Siegen, mieście w środkowych Niemczech, otoczonym sporymi wzniesieniami. Wyjechaliśmy samochodem ponad miasto, na jakiś fajny punkt widokowy i te wybuchy świetlne w całej dolinie były dla mnie wielkim przeżyciem. I potem też zawsze już mi się to podobało. Już w Polsce, w czasach III RP, zaliczałem z przyjemnością, podróżując po kraju, różne pokazy fajerwerków. Z okazji np. „Dni” takiej, czy innej miejscowości, czy też na zakończenie jakiejś lokalnej imprezy. Ale z czasem zacząłem myśleć tak, jak ci przedstawiciele organizacji ekologicznych, chroniących dobrostan zwierząt – czyli: to jest głupota!
Fajerwerki to realne zagrożenie.
One ranią, one powodują poparzenia. Utratę wzroku, utratę słuchu, bywa, utratę co najmniej palców. A nawet i życia. Można podawać różne liczbowe dane, dotyczące wypadków z fajerwerkami, co też zrobiłem powyżej. Ale dopiero zindywidualizowane historie – dopiero te są dla nas przekonujące. Historie ludzi znanych nam z imienia, z nazwiska, z twarzy. Konkretne przypadki. Tutaj mam taką jedną historię. Tylko, że akurat o człowieku bez twarzy.
Krater zamiast twarzy
Tego opowiadania chyba nie zapomnę. Właśnie w ostatniego Sylwestra 2024/25 byliśmy u naszej córki w Niemczech. Ona i jej mąż są młodymi lekarzami. Akurat w ostatnim dniu roku 2024 mieli odwiedziny ich rówieśników, znajomej pary małżeńskiej, w której ona także jest lekarzem. Pracuje w Klinice Uniwersyteckiej w dużym niemieckim mieście. Wizyta szybko się kończyła, bo akurat czekał ją dyżur w tym szpitalu, 1. stycznia. Zapytałem, czy obawia się, że będzie dużo przypadków związanych z fajerwerkami? Odpowiedziała, że nie, bo ona zaczyna swój dyżur nie o północy, ale dopiero o godzinie 7 rano, więc większość przypadków (ranni, poparzeni) będzie już załatwiona przez koleżanki i kolegów lekarzy, którzy będą na dyżurze wcześniej, tj. w tę sylwestrową noc. Ale opowiedziała nam o przypadku, który zdarzył się na jej dyżurze sylwestrowym w poprzednim roku. Pogotowie ratunkowe przywiozło człowieka, który już nie żył. Wraz z nim przyjechała jego rodzina. To był mężczyzna w średnim wieku, miał żonę, dzieci. Na ich oczach odpalał jakiś zestaw fajerwerków, który wybuchł mu w rękach. Zginął na miejscu. Po tej eksplozji miał zamiast twarzy krater. Tak to określiła ta znajoma pani doktor. Lekarz pogotowia stwierdził zgon na miejscu, ale rodzina i uczestnicy sylwestrowego party, wszyscy po alkoholu, wszyscy zrozpaczeni, niemalże siłą wymogli na załodze karetki, aby denata zabrać jednak do szpitala. Ratować! Ale w szpitalu cud się nie wydarzył. Nie mógł.
W tej sylwestrowej relacji, którą przytoczyłem na początku artykułu, dotyczącej szkód wyrządzanych zwierzętom w trakcie naszych sylwestrowych zabaw, przedstawiciel organizacji „Leśne pogotowie” pyta w internecie, czy nie wystarczą zimne ognie, pokazy świetlne dronów, czy bezhukowe fajerwerki? I to jest pytanie zasadne. Wspomniałem już o alternatywie, czyli o pokazach świetlnych dronów. Właśnie!
Czy nie jesteśmy wręcz zacofani, wciąż trzymając się tego wybuchowego Sylwestra?
Przecież są już zupełnie inne możliwości i można stworzyć pokazy czegoś równie pięknego. Albo i bardziej.
W materiale na stronie Polsat News czytamy, cytuję:
„Warto, aby coraz więcej ludzi wiedziało, że są alternatywy dla tego „wybuchowego” zwyczaju. Podobno w tym roku w Toruniu miał miejsce dużo bardziej niezwykły (niż fajerwerki) pokaz. Dzięki setkom dronów na niebie wyświetliły się noworoczne życzenia w trzech językach: polskim, angielskim oraz ukraińskim oraz imponująca oprawa graficzna./../ – Pomysłem było to, żeby właśnie nie używać fajerwerków. Przy dronach nie ma tego hałasu, więc wszystkie osoby ze zwierzętami, psami i kotami, które się w tego Sylwestra boją będą mogły „spać w spokoju”, to też mniejsze zanieczyszczenie powietrza, ale moim zdaniem ogromną przewagą pokazu dronów jest to, że one mogą przekazać historię – powiedział Krzysztof Janowski z firmy Astranate, która odpowiada za pokaz dronowy, który odbędzie się o północy czym przywita nowy 2025 rok.”/../Niezwykły pokaz dronów na niebie był wyjątkową częścią Sylwestrowej Mocy Przebojów. Do widowiskowego spektaklu wykorzystane zostało niemal 200 dronów, obsługiwanych przez dwójkę pilotów.”
Można też dosadniej opowiedzieć się za zaletami pokazu dronów – w porównaniu z tradycyjnymi fajerwerkami, jak to ktoś napisał w komentarzu do tego materiału:
„I bardzo dobrze, że zmienia się na wersję „ekologiczną”. Jeśli komuś potrzebny huk, niech sobie wgra na komórkę i przez słuchawki słucha.”
Ja jestem jeszcze bardziej radykalny i powiem, że jeśli tak lubisz huk, wybuchy, to masz wspaniałą okazję: jedź na Ukrainę! Ukraińska Armia czeka na ciebie! Tam możesz „live” przeżyć swą przygodę życia. W rozumieniu: do końca twojego życia. Gdy już pokaz frontowych fajerwerków się zacznie, to ostatni huk, który usłyszysz może być tym kończącym twoje życie.
Drony na weselu!
Na tej stronie https://astranate.pl/ można poczytać o profesjonalnych pokazach dronów. Przyznam, że spodobało mi się promowane tam hasło: THE SKY IS NOT THE LIMIT. THE SKY IS YOUR STORY! Można to tak przetłumaczyć: Niebo nie jest limitem. Niebo jest miejscem dla twojej historii. Temu i podobnym artykułom towarzyszą obrazki, na których widzimy, co można za pomocą dronów wyczarować na niebie. Np. dwa rozświetlone serca, jedno zawarte w drugim. Można swojej ukochanej napisać „I love You”. To może być hit już teraz! – gdy to piszę nadchodzą Walentynki 2025! 🙂
Teksty poświęcone są omówieniu pokazu dronów jako innowacyjnej alternatywie dla tradycyjnych fajerwerków i nowym możliwościom, jakie otwierają się dla organizatorów imprez, dla par młodych, dla firm i miast, pragnących stworzyć niezapomniany „event”. Drony mogą tworzyć na niebie różnorodne kształty symbole, a nawet portrety. Każdy pokaz jest wyjątkowy i może być niepowtarzalny, spersonalizowany.
A jeśli chodzi o inne niż wesele imprezy, to fachowcy z nowo powstającej branży zapewniają, że drony uświetnią uroczystości miejskie i narodowe – mogą stworzyć imponujące pokazy na skalę, której nie są w stanie zaoferować tradycyjne fajerwerki. Pokazy dronów mogą być połączone z muzyką, laserami i innymi efektami wizualnymi, tworząc wielowymiarowe, sensoryczne doświadczenie.
Podkreśla się, że w przeciwieństwie do fajerwerków, pokazy dronów nie generują dymu ani hałasu, dzięki czemu są bezpieczne dla zwierząt i środowiska naturalnego.
Dodam tu jeszcze coś, co najwyraźniej umyka uwadze tak czujnych ekologów, wrażliwych na zaśmiecanie. Po fajerwerkach pozostaje też sporo śmieci – gdzieś spadają te wypalone, rozerwane resztki. Tego problemu przy tego rodzaju dronach nie ma. Chyba, że chodzi o drony bojowe, ale to inna zupełnie kategoria.
Ale co tam takie drobiazgi! Kiedyś już pisałem, że nie słyszałem by ekolodzy protestowali przeciwko zanieczyszczaniu ukraińskiej ziemi wojennym śmieciem, truciznami zawartymi w każdym pocisku, w każdym rozwalonym pojeździe. Choćby z tego powodu powinni przecież demonstrować wciąż przeciwko wojnie na Ukrainie. Od trzech lat! Nie słyszałem o żadnej takiej akcji. Zamilkli. Rozumiem, że za takie, propokojowe działania, promotorzy naszych NGO (organizacji pozarządowych), czyli korporacje i świat polityki „kolektywnego Zachodu” stojący „murem za mundurem” i wspierający wszelkimi możliwymi środkami tę obecną wojnę, nie dadzą ani grosza. Przecież nie podcina się gałęzi, na której się siedzi. A siedzi się na biznesie wojennym, na zyskach ze sprzedaży broni.
Zatem ekolodzy drodzy, Zieloni: powinniście być czerwoni ze wstydu! Milczycie! A ziemia „Planeta ludzi” (tu cytuję tytuł opowiadania Antoin’a de Saint Exupery) cierpi!
Ironią losu jest tu jednak to, że ta pozytywna zmiana, którą się proponuje, mianowicie aby zastąpić klasyczne fajerwerki czym innym, jest związana z dronami, które właśnie od czasu wojny na Ukrainie okazały się jednym z najbardziej śmiercionośnych środków bojowych. Podobno klasyczne czołgi, w starciu z dronami, nie mają szans. Niewielki dron może zabrać np. 800 gramów materiałów wybuchowych, a to wystarczy by zatrzymać czołg. I pędzi dron z szybkością 120 km na godzinę. A to za szybko by przed nim uciec. Operator drona wykorzystuje specjalne gogle, w których widzi obraz z kamery umieszczonej na latającym aparacie. Różnie bywa z tym, gdzie ten operator się znajduje. I on też może ryzykować życiem, gdyż często znajdują się operatorzy na tyle blisko celu, iż są w zasięgu ognia, np. atakowanego czołgu. Bezzałogowce, jak się też określa drony, są na Ukrainie „posłańcami śmierci”. Napisałem, że ostatnie, co żołnierz usłyszy to huk eksplozji. Czy świst wystrzału z karabinu. Ale teraz, często, zwiastuje żołnierzowi śmierć brzęczenie drona, który już jest naprowadzany na cel, czyli na niego. I „ściga” w terenie wybrany obiekt.
Skąd wzięła się nazwa dron?
„Nazwa ta, to w tłumaczeniu truteń lub brzęczenie. I po raz pierwszy użyta została przez konstruktorów, którzy samoloty Havilland Tiger Moth przerobili na zdalnie sterowane. Miało to być zapewne żartobliwe odniesienie do innej nazwy tych maszyn- „Queen Bee” czyli królowa pszczół.”
Tę informację zaczerpnąłem ze strony https://megadron.pl/pl/blog/zastosowanie-dronow-oraz-ich-historia-1536843674.html
De Havilland to nazwa firmy, a ten typ samolotu nazwano Tiger Moth, co można przetłumaczyć jako „tygrysia ćma”.
Poszedłem krok dalej i zapytałem Google o ten model samolotu.
I na stronie https://en.wikipedia.org/wiki/De_Havilland_Tiger_Moth, jest taka informacja:
Dron celowniczy
„W 1935 roku pojawił się DH.82 Queen Bee, bezpilotowy, sterowany radiowo wariant Tiger Moth, przeznaczony do szkolenia strzelców przeciwlotniczych. Użycie słowa drone, jako ogólnego określenia samolotu bez pilota, najwyraźniej pochodzi od imienia i roli Queen Bee (tj. słowo drone odnosi się do samca pszczoły, który wykonuje jeden lot w poszukiwaniu samicy królowej pszczół, a następnie ginie).”
Te samoloty służyły zatem do tego, aby można je było zestrzelić. Były bez załogi, bez pilota. Dziś to drony „zestrzeliwują” inne środki bojowe, a także zabijają po prostu żołnierzy. Ten pierwszy „dron”, jak rozumiem, sam był zestrzeliwany, a zatem ginął. I stąd ta nazwa – truteń, samiec pszczoły.
„Te samoloty zachowały normalny przedni kokpit do lotów testowych/../, ale miały też system sterowania radiowego w tylnym kokpicie do obsługi elementów sterujących za pomocą serwomechanizmów napędzanych pneumatycznie. Łącznie 400 egzemplarzy zbudowała firma De Havilland w Hatfield, a kolejne 70 – Scottish Aviation. Na początku II wojny światowej w służbie znajdowało się blisko 300 egzemplarzy.”
I to były pierwsze „drony” normalne (jak na tamte czasy, czyli lata 30-te ubiegłego wieku) samoloty. Dziś wyglądające bardzo retro, archaicznie: dwupłatowce, których wygląd kojarzy się nam raczej z pierwszą, niż z drugą wojna światpową. Znalazłem jednak informację, która powstanie pierwszych dronów datuje wcześniej. Na stronie https://www.iwm.org.uk/history/a-brief-history-of-drones napisano:
„Pierwsze pojazdy bezzałogowe zostały opracowane w Wielkiej Brytanii i USA podczas I wojny światowej. Brytyjski Aerial Target, mały samolot sterowany radiem, został po raz pierwszy przetestowany w marcu 1917 r., a amerykańska torpeda lotnicza znana jako Kettering Bug po raz pierwszy wzbiła się w powietrze w październiku 1918 r. Chociaż oba wypadły obiecująco w testach w locie, żaden z nich nie został użyty operacyjnie podczas wojny. W okresie międzywojennym kontynuowano rozwój i testowanie bezzałogowych statków powietrznych. W 1935 roku Brytyjczycy wyprodukowali szereg samolotów sterowanych radiowo, które miały być używane jako cele do celów szkoleniowych. Uważa się, że w tym czasie zaczęto używać terminu „dron”, zainspirowanego nazwą jednego z tych modeli, DH.82B Queen Bee „.
Tak, że „Truteń” z 1935 roku nie był pierwszy.
Drony bojowe wyglądają obecnie zupełnie inaczej. Ale tak jak ten ich pierwowzór, bardzo często giną. Ich atak jest swego rodzaju atakiem kamikadze. Nawet tak się je nazywa: „drony kamikadze” Roztrzaskują się na obiekcie, na który zostały skierowane i eksplodują. W akcjach bojowych zazwyczaj biorą udział dwa drony i dwa zespoły pilotów. Jeden obsługuje drona „rozpoznawczego” a drugi kieruje dronem „kamikadze”. Inne drony tylko przenoszą jakiś ładunek bojowy, np. zrzucane nad celem granaty. Drony wyglądają często jak dziecinne zabawki, ale to śmiercionośna broń. Z tym większą sympatią patrzę na pokazy świetlne dronów.
Może pokazy świetlne dronów odczarują nazwę dron, która zaczęła się kojarzyć ze śmiercią?
Wszystko bowiem zależy od tego jak wykorzystujemy nasze możliwości. Dobrze, czy źle. Przecież atom, to zarówno bomba atomowa, jak i energia jądrowa, możliwa do pokojowego wykorzystania. Jest jeszcze taki aspekt tej sprawy: fajerwerki są kupowane tysiącami sztuk i za grube tysiące złotych. Zatem jest to biznes – dla wielu ludzi. Dla producentów (to raczej nie są Polacy…) oraz dla handlowców. Jeśli chodzi o tych drugich, to jest to już problem naszej gospodarki. Nasi przedsiębiorcy na tym pewnie zarabiają, sprowadzając fajerwerki, prawdopodobnie z Chin… Ale czy naprawdę chcemy, czy też musimy, bogacić się, nie oglądając się na koszty społeczne? W tym przypadku także na koszty (straty) związane z ochroną środowiska. Fajerwerki to dla mnie po prostu materiały wybuchowe. Ale także i drony to w tej chwili także produkcja zbrojeniowa. Wiem, wszyscy chcielibyśmy, aby polskie firmy produkujące sprzęt wojskowy miały kontrakty i zarabiały. Tak jak zarabiają Amerykanie z USA na tych czołgach Abrahms czy Turcy na tych Bayraktarach, czyli na dronach właśnie, które produkuje turecka firma Baykar Makina. Myśląc o przestawianiu produkcji na inne tory, na zastosowania pokojowe, od razu widzimy te nasze zakłady produkcji zbrojeniowej w upadłości i zwolnienia grupowe ich pracowników. Ale z drugiej strony, ta produkcja broni i ten handel bronią, to dziedziny aktywności gospodarczej, które są co najmniej kontrowersyjne. Dla mnie równoznaczne z określeniem „handlarze śmiercią”. A produkcja fajerwerków i handel fajerwerkami to jakby wstęp, taka uwertura do tego handlu śmiercionośnym sprzętem. Ale przecież można zrezygnować w ogóle z fajerwerków i można produkować drony, które będą wykorzystywane pokojowo, np. właśnie do pokazów świetlnych. Można też zamiast czołgów produkować koparki, spychacze, dźwigi. Niestety, takiego kierunku myślenia teraz już nie ma.
Zapomnieliśmy już o tym powojennym (powstałym po II. wojnie światowej) haśle „Przekujmy miecze na lemiesze”.

