Ziemia, planeta ludzi

Poprzez obejrzany niedawno na TVP Kultura film dokumentalny pod tytułem „Antoine de Saint-Exupéry – Ostatni romantyk” wróciła do mnie postać tego słynnego pisarza. Wyjąłem z półki jego najsłynniejszą książkę, którą można też nazwać bajką. To „Mały Książę” – bajka dla dzieci a zarazem moralitet dla dorosłych. Przeczytałem ją w tych dniach jeszcze raz. Popularność tej opowieści jest olbrzymia na całym świecie (co najmniej 160 przekładów na różne języki i dialekty). W Polsce przyczyniała się kiedyś do tej popularności także piękna piosenka, znana pod tym samym tytułem, śpiewana kiedyś przez Kasię Sobczyk – naszą muzyczną gwiazdę z lat 60-tych ubiegłego wieku. To piosenka o miłości, ale „Mały Książę” traktuje i o innych ważnych sprawach – książka ta łączy mi się także z rozważaniami o wojnie. Tej na Ukrainie i innych. I wiąże mi się z tym tematem także inna książka Antoine de Saint-Exupéry’go: wydana w 1939 roku „Ziemia, planeta ludzi”. Powtórzyłem jej tytuł w niniejszym artykule.

24 lutego 2025 r. to dzień, który jest już trzecią rocznicą inwazji Rosji na Ukrainę. 

Czytałem „Małego Księcia” już ze dwa razy, lecz dawno, w moich czasach młodości. Teraz czytając ją znowu, po latach, zwracam uwagę na być może inne zdania, inne słowa i szczegóły. 

Mały Książę, opuszczając swoją własną planetę, gdzie zostawił tę trudną miłość, jaka łączyła go z piękną Różą, wędrował po mikro planetkach. Malutkich lub tylko trochę większych. Aż trafił na naszą Ziemię. To była jego siódma planeta, a polecił mu ją Geograf, żyjący na planecie nr 6. Ciekawe, że zachęcając Małego Księcia do zwiedzenia Ziemi powiedział mu, że ona (Ziemia), cytuję: „Ma dobrą sławę”.

W tym samym rozdzialiku bajki Geograf wyjaśnia Małemu Księciu, co znaczy słowo efemeryczny – mówi, że znaczy to: „zagrożony bliskim unicestwieniem”. I potem radzi mu odwiedzić Ziemię. 

A mnie, podczas czytania tego fragmentu, te dwie uwagi połączyły się w takie stwierdzenie: „Ziemia zagrożona unicestwieniem”.

I zacząłem się zastanawiać, dlaczego autor napisał o „dobrej sławie” naszej planety? Dlaczego po osobistych jego doświadczeniach, jakie musiał mieć w związku z pierwszą i drugą wojną światową, pisze jednak Antoine de Saint Exupéry, że Ziemia ma dobrą sławę? 

Pisarz żył w latach 1900-1944, był Francuzem, zatem wiedział wszystko o kilkuletniej rzezi całej generacji europejskiej młodzieży na polach bitewnych w latach 1914-1918. We Francji, we Flandrii. A i na naszym Podkarpaciu i na Mazurach – choć te, pewnie równie okrutne bitwy tej wojny, nie są tak dobrze znane jak słynna wojna pozycyjna pod francuskim Verdun. 

Nie tylko kwiat europejskiej młodzieży ginął, bo do wojny przystąpiły też USA. A w armii Brytyjczyków walczyli młodzi ludzie z całego Commonwealth: w tym Hindusi oraz Australijczycy.

Podczas drugiej wojny światowej, w której Antoine de Saint-Exupéry sam uczestniczył w działaniach bojowych (latał samolotami rozpoznawczymi), widział on nie tylko klęskę i ofiary armii francuskiej. Zakładam, że potem, w okupowanej przez Niemców Francji, widział także zagładę tamtejszych Żydów. Musiał też wiedzieć o represjach hitlerowców wobec francuskiego ruchu oporu. Czy zatem te słowa o dobrej sławie naszej planety, to przejaw optymizmu pisarza, czy jego ironia?

Niestety z planetą Ziemia rzeczywiście wiąże się to użyte w „Małym Księciu” słowo „unicestwienie”. 

W wojnach światowych unicestwionych zostały miliony ludzi. Naród żydowski, który skazany był na zagładę, dał światu nowe, tragiczne słowa: Holocaust i Shoah. Wiemy, co one oznaczają. Ludobójstwo. Programowe. Hitlerowski nieludzki plan „Ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Dobrze, że świat się tego wciąż wstydzi. Niemcy wstydzą się, że to oni byli mordercami. Inne narody wstydzą się lub powinny się wstydzić, że nie zrobiły wszystkiego, co było możliwe, aby temu przeciwdziałać. Aby uratować więcej istnień ludzkich. 

Ciekawym, mało znanym ubocznym elementem tego wstydu, jest pewne słowo. Zakazane w języku niemieckim słowo „Endlösung”, choć tylko nieformalnie. Nie używane, poza jego tragicznym kontekstem historycznym od czasu II wojny światowej do dziś. W zakłamany sposób określało ono planową eksterminację Żydów. „Endlösung”, a dokładniej „Endlösung der Judenfrage”, w tłumaczeniu na język polski „Ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”, zniknęło z języka niemieckiego. Choć samo w sobie było bardzo przydatną konstrukcją językową, Jak i inne typowe w tym języku złożenia dwóch wyrazów, dające nowy wyraz i bardzo precyzyjnie coś wyrażające, np.: Endeffekt (efekt końcowy). Tak, efektem ostatecznego, czy też końcowego rozwiązania było unicestwienie milionów ofiar, czego symbolem dla świata stały się nazwy niemieckich, hitlerowskich obozów śmierci: Auschwitz oraz Birkenau (Oświęcim i Brzezinka). Nasza pisarka Seweryna Szmaglewska zbiór swoich opowiadań o życiu i śmierci w tych obozach koncentracyjnych poprzedziła słynnym już motto, lapidarnym stwierdzeniem: „Ludzie ludziom zgotowali ten los”. 

Skąd zatem u Saint-Exupéry’go wzięła się ta „dobra sława” planety Ziemia? Można się zastanawiać….

Moja córka, znająca dobrze język angielski i pracująca w tym języku za granicą, opowiedziała mi, że także w tym języku nie wolno używać tego złożenia słów. Mianowicie pewnego razu podczas firmowej videokonferencji, w której brali udział pracownicy z oddziału niemieckiego i oddziału angielskiego spółki, w której była zatrudniona, zniecierpliwiona długą, nieprowadzącą do żadnych konkretów dyskusją, zaproponowała, aby wypracować w końcu wspólnie ostateczne rozwiązanie problemu, użyła angielskich słów „final solution”. W chwilę po zakończonej konferencji miała telefon od kolegi z Londynu, który życzliwie wyjaśnił jej, nie będącej tzw. native speaker, że „final solution” nie wypada używać. Właśnie ze względu na te historyczne „zaszłości” tego sformułowania – związane z unicestwieniem (niemal) całego narodu.

Po II wojnie światowej, wraz z powstaniem „arsenału nuklearnego”, nie tylko ludziom, czy całym narodom, ale całej ludzkości zagroził atom.

Całej naszej planecie grozi wciąż unicestwienie. 

Oswoiliśmy się z tym. Nikt już nie wierzy, że ktoś naciśnie ten „czerwony guzik”. Przekonanie tak bezpodstawne, jak to, że prowadząc samochód, zawsze nad nim zapanujemy. Przecież do tej pory zawsze jakoś wychodziliśmy z poślizgu! Niektórzy jednak zaliczyli już to „bum” – np. w drzewo lub w inny pojazd i wiedzą, że w pewnym momencie nic już nie można zrobić. Tylko czekasz. Na uderzenie. Nieuchronne. I nie wiesz, jakie będą jego skutki. 

Warto zauważyć, że w trakcie aktualnej wojny, którą toczy Ukraina z Rosją – mocarstwem atomowym, wszyscy zakładają, jakby a priori, że broń nuklearna nie zostanie użyta. Oby nie było tak, że to się tylko tak wszystkim wydaje.

Takim „poślizgiem”, z którego świat jednak wyszedł, był tzw. kryzys kubański (1964 r.), uważany za apogeum tzw. „zimnej wojny” trwającej przez powojenne dziesięciolecia między światem socjalistycznym a komunistycznym – dwoma blokami państw, które rywalizowały z sobą po II. wojnie światowej. Gdy Rosjanie chcieli na zaprzyjaźnionej z ZSRR, komunistycznej już Kubie, na której rządził Fidel Castro, rozmieścić swoje rakiety z ładunkami jądrowymi, Amerykanie postanowili do tego nie dopuścić, gdyż w ten sposób wróg stałby już „u bram” USA. Na szczęście, dyplomatyczne rozmowy między ZSRR a USA, doprowadziły do zażegnania tego kryzysu. 

Właśnie! 

Dyplomacja! Ona jest środkiem na uniknięcie wojen.

Słynne jest powiedzenie byłego prezydenta USA Billa Clintona „Economy, you fool” (pol. Gospodarka, głupcze), co miało wtedy (1992 r.) podkreślić pierwszoplanowe znaczenie gospodarki w świecie ogarniętym kryzysem.

Chciałbym sparafrazować to hasło, w odniesieniu do kwestii wojen: „Dyplomacja, głupcze!”

W obecnym czasie, gdy rozpoczyna swoją kadencję obecny prezydent USA, Donald Trump, słyszymy od niego, że tej trwającej wciąż na Ukrainie wojny mogło w ogóle nie być. Gdyby strony ze sobą zechciały rozmawiać. Gdyby skupiono się na wysiłkach dyplomatycznych. A nie na militaryzacji, na przemocy. Gdyby spróbowano uwzględniać interesy wszystkich stron. 

Akurat w przeddzień dnia 24 lutego 2025 r. mamy niedzielę i takie oto „Słowo na niedzielę” w czytanej w kościołach Ewangelii według Świętego Łukasza:

Lecz powiadam wam, którzy słuchacie: Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają. Jeśli cię kto uderzy w [jeden] policzek, nadstaw mu i drugi! Jeśli bierze ci płaszcz, nie broń mu i szaty! Daj każdemu, kto cię prosi, a nie dopominaj się zwrotu od tego, który bierze twoje. Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie! Jeśli bowiem miłujecie tych tylko, którzy was miłują, jakaż za to dla was wdzięczność? /…/. Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze /../ A wasza nagroda będzie wielka”

Skróciłem ten tekst, ale wszyscy w zasadzie powinniśmy go przecież już znać na pamięć! Czytany jest co roku, przytaczany wielokrotnie przy różnych okazjach.

Te słowa, w zderzeniu z tym, co stało się na Ukrainie, co dalej tam się dzieje, są jak ironia.

Mimo 2000 lat tej historii Zbawienia – wciąż wojny! Gdy w rozmowie czynię taką gorzką uwagę, że Kościół Katolicki nie zrealizował głównego przesłania swojej wiary („Miłuj bliźniego swego”) to, bywa, słyszę, że gdyby nie ten Kościół i te krzewione zasady wiary, to byłoby jeszcze gorzej. No, nie wiem… Mogło być w ciągu tych minionych 2000 lat jeszcze gorzej? 

Wojny, wybuchają średnio co 20 lat. Popatrzmy tylko na wiek XX. i XXI. i te związane z nami, z Europą, względnie z USA. Pomijamy konflikty, nazywane lokalnymi, które wciąż wybuchają lub się tlą, na całym świecie. Jak np. wojny, które toczyło i toczy państwo Izrael ze swoimi sąsiadami. Chociaż te lokalne konflikty, też są ważne, bo każdy z nich to tragedia ludzi. I każdy może być zarzewiem końca świata. 

Kiedy kończyła się jedna, to zaczynała druga wojna: 1914-18 (I. wojna światowa), 1939-45 (II. wojna światowa), 1955-1975 (wojna amerykańsko-wietnamska – czyli proxy war z ZSRR), 1992-95 (wojna w Jugosławii – Bośnia, Serbia, Hercegowina) , 2022 – ? (wojna rosyjsko-ukraińska, czyli proxy war między „kolektywnym Zachodem” a Rosją). 

Te wojny (I. i II. światowa) zrujnowały Europę – dwa razy odbudowywaną w XX wieku. A doliczając Bałkany – trzy razy! Nacjonalizmy grały w nich pierwszorzędną rolę. Na pozór!

Bo wreszcie powinniśmy zrozumieć, że istotą wojny są pieniądze.

Chciwość. Chęć ich zarabiania. Zatem powodem, przyczyną numer jeden, ten słynny Nr. 1 – to jest bezwzględna „żądza pieniądza”. Niestety, powtarzam tu „komunistyczną” tezę ekonomii politycznej kapitalizmu. Ale cóż? Czy to właśnie nie jest tak? Jest!

Przypomina mi się przepięknie mądra i dowcipna wstawka z jakiegoś amerykańskiego filmu o bezwzględności świata biznesu: wizerunek banknotu dolarowego ze zmienionym napisem. Zamiast amerykańskiej oficjalnej (od 1955 r.) dewizy „In God we trust” (Bogu ufamy) widzimy na nim dewizę „In greed we trust” (Ufamy chciwości).

Nacjonalizm jest natomiast doskonałym środkiem do tego celu. Eufemistycznie możemy go też określić jako patriotyzm. Gdzie jest granica między nacjonalizmem a patriotyzmem. Płynna? I to jest właśnie problem. Idąc w „patriotyzm” nagle okazuje się, że mamy w kraju nacjonalistów. I oni nam mówią, że jeżeli nie jesteśmy tacy jak oni, to nie jesteśmy patriotami!

I wychowały społeczeństwa kolejne patriotyczne pokolenia. I poszły one na rzeź. Brzmi jakby cytat ze Starego Testamentu, prawda? 

Za Ojczyznę walczyły te pokolenia. Każdy za swoją. W każdej wojnie. Dzięki zaszczepionemu młodzieży patriotyzmowi, najpierw na front idą ochotnicy. Funkcjonuje to świetnie. Oczywiście ironizuję.

Młodzi chłopcy walczą. Walczą ale nie rozumieją, o co idzie gra. O pieniądze!

Pokrótce:

  1. W I. wojnie światowej chodziło nie tyle o nowy przebieg granic w Europie, co o nowe rozdanie w zakresie „panowania” nad światem. Wzrastające w siłę Prusy były gotowe zastąpić wytracające impet rozwoju Królestwo Brytyjskie. O ówczesne „kolonie” chodziło wtedy. Czyli o zamorskie krainy bezwzględnie eksploatowane przez Europejczyków w zakresie znajdujących się tam surowców i siły roboczej, która była wykorzystywana niemal niewolniczo. Ale Amerykanie, przystępując do I. wojny światowej, kalkulowali już zyski raczej z tego, że po tej wojnie oni, jako mocarstwo, zapanują nad światem finansowo. Pieniądz, ich dolar, zwyciężył w tej wojnie Brytyjską Marynarkę Wojenną (która do tej pory była gwarantem panowania przez Imperium Brytyjskie nad krajami Afryki i Azji).
  2. W II. wojnie światowej chodziło o zmianę granic, poprowadzonych dla przegranych w I. wojnie światowej Niemiec rzeczywiście fatalnie (w szczególności poprzez reaktywowanie Państwa Polskiego). Ale w istocie rzeczy chodziło, jak zwykle, o pieniądze. Można napisać też: w istocie Rzeszy, III Rzeszy (taka gra słów…). Chodziło zatem o odzyskanie terenów, które przegrane Prusy utraciły w 1918 roku. Ale też o zapewnienie zamówień dla potężnego niemieckiego przemysłu zbrojeniowego, który już uzyskał, stłumione po I. wojnie światowej, pełne moce produkcyjne i potrzebował ekspansji. I to się stało. Potem jednak, w 1945 roku, tym zwycięskim przemysłem zbrojeniowym okazał się przemysł amerykański, który w latach tej wojny dostarczał broni i amunicji i w ogóle techniki wojennej zarówno Aliantom Zachodnim jak i ZSRR (deal znany jako „Lend lease” – sprzedaż uzbrojenia, pojazdów, itd. Rosjanom na warunkach odroczonej płatności). 
  3. Wietnam. Ta wojna na Półwyspie Indochińskim była także o podporządkowanie sobie świata. Przez USA. Proxy war przeciwko ZSRR, które wciąż zamierzało dążyć do rozszerzania socjalizmu na inne państwa świata. Nazywało się to wtedy internacjonalizmem socjalistycznym. Czasem się to udawało. Vide: Kuba. Przy okazji o mało co nie wybuchła już wtedy 3. wojna światowa (1964 r.) Ale koncerny Boeninga, Lockhead’a, GMC i inni amerykańscy potentaci na rynku lotnictwa i uzbrojenia mieli się w latach tej wojny wietnamskiej świetnie! Money, Money, Money…
  4. Jugosławia. Rozpadało się państwo socjalistyczne i trzeba było objąć te pozostałe po nim krainy strefą amerykańskich wpływów. Znów Proxy War z Rosją. Zrujnowano ten przepiękny kawałek Europy, ale kto miał zarobić (Wall Street), to zarobił!
  5. Teraz Ukraina. Też proxy war, to nowy termin, ale chyba już wszystkim interesującym się polityką znany: wojna zastępcza. Jak właśnie teraz ta na Ukrainie. Walczą Ukraińcy, ale tak naprawdę wojnę wywołał kolektywny Zachód, a ściśle rzecz biorąc: USA. Zachodni „sojusznicy” z NATO tylko po prostu realizowali dyrektywy z Waszyngtonu, bo od czasów zakończenia II. Wojny światowej Europa Zachodnia nie jest już samodzielna. Realizuje mocarstwową politykę USA. 

Wciągnięto w tę ukraińską wojnę, biedną, nierozumną Polskę.

Także innych pomniejszych „sojuszników”. Niektórzy się wcześniej opamiętali. Węgry cały czas były wobec zbiorowej histerii i głupoty zdystansowane. Mądry ich premier Orban wybrał neutralność. Także, w pewnym stopniu, Słowacja i jej mądry prezydent, pan Fico, który najpierw, jako pierwszy powiedział, że nikt ze Słowacji na tę wojnę nie pójdzie. Nasi politycy mówili (i wciąż jeszcze mówią) „nie przewidujemy wysłania naszych wojsk do Ukrainy”. Jest w tych stwierdzeniach zasadnicza różnica. Stanowcze jest „nie wyślemy”. A nieostre „nie przewidujemy”. Jutro może się to „nie przewidywanie” zmienić. I wyślą!

Później Prezydent Słowacji postawił też Ukrainie jasno zarzuty odnośnie blokady dostaw gazu.

Inne rządy milczały. Lub, jak w szczególności polskie, bagatelizowały problemy związane choćby z zalewaniem naszego rynku produktami rolnymi z Ukrainy. Przez co polskie rolnictwo zostanie doprowadzone do upadku. Zarobi na tym międzynarodowy kapitał (ale nie polski, bo takiego po prostu nie ma – ten nie liczy się w skali Europy, nie mówiąc już, w skali świata). Kapitał, który już dawno ma na Ukrainie latyfundia rolne i korzystając z taniej siły roboczej produkuje tanie zboże i inne produkty. Teraz w czasie wony, może je nadto wprowadzać na rynek Unii. Z pominięciem ceł.

Węgry i Słowacja to chwalebne wyjątki w europejskim szaleństwie wspierania Ukrainy czyli kraju, który na to nie zasłużył. Tę opcje (węgierską, czyli neutralności) mogli, powinni, wybrać nasi, polscy „przywódcy”. 

Nie rozumiem, jak Polska, tak doświadczona II. wojną światową, może, poprzez naszych aktualnie rządzących polityków, bez żadnego wstydu, wręcz z jakąś niepojętą dumą, podsycać wojnę na Ukrainie, oddając na cele jej prowadzenia całe swoje uzbrojenie i płacąc na rzecz Ukrainy olbrzymie kwoty?

A jednocześnie wmawiając nam, obywatelom, że to dla naszego dobra, bo inaczej Rosja nas zaatakuje! I uwierzyli biedni Polacy, od lat wytresowani przez TVP i TVN i POLSAT – trzy telewizje, które są tu jak Trójca Święta i kształtują umysłowość rodaków. Włączasz ich wiadomości i w tym samym momencie wyłącza się Twoje samodzielne myślenie. Niestety po pewnym czasie już się to przestaje zauważać. I ten syndrom, nazwę go, „umysłowości głównego nurtu” jest już w Polsce przeważający. Leczenie jest już absolutnie nieskuteczne. Każde uzależnienie, w fazie ostrej, powinno być bowiem poprzedzone tzw. „odstawieniem” – należy najpierw przestać dawać się indoktrynować partiom „telewizyjnym”. Niestety, niewielu zdecydowało się na jakąś terapię. Widzę to po moich znajomych. Już nic mądrego do nich nie dociera. Putin zły. Trump teraz – też już zły. 

Wracając do przyczyn wojny na Ukrainie, nie chcę powtarzać tu w szczegółach tych realiów (o których milczy tzw. główny nurt, zwany inaczej też: „główny ściek”). 

Zatem tylko w skrócie o nich, tak „hasłowo”: bombardowanie przez Ukrainę Donbasu od 2014 roku, szalone dozbrajanie Ukrainy i wmawianie „Azowcom”, że są niezwyciężeni, zabranianie rosyjskojęzycznym i rosyjskiego pochodzenia mieszkańcom Ukrainy mówienia w ich ojczystym języku. 

Warto wspomnieć o tym, że omamiono Ukrainę obietnicami przyjęcia do UE i do NATO, a jednocześnie w ten sposób, wbrew mądrości politycznej, która zakłada taką stabilizację, aby wszyscy czuli się bezpiecznie spowodowano, że Rosja nie mogła dłużej czekać i musiała zareagować na jawne akty wrogości: koncentrację sił zbrojnych Ukrainy przy granicy z Rosją już pod koniec 2021 roku. 

Czy ja tu piszę coś, co jest nieprawdą? Polacy, przypomnijcie sobie, jak to było! Jaki amok panował w tych „naszych” mediach! O tym nawet Papież Franciszek mówił! W maju 2022 roku mówił o tym „szczekaniu NATO pod drzwiami Rosji”. Czyli o tych ukraińsko-NATOwskich prowokacjach przy granicy. Najłagodniejszym, co wtedy Papieża, ze strony Polaków, podobno katolików, spotkało, to były komentarze o „szokujących słowach papieża Franciszka” (źródło: Radio ZET Wiadomości 03.05.2022 r.). A gdy powiedział nadto, że należy „wywiesić białą flagę” i przystąpić do rozmów pokojowych, czyli jako głowa Kościoła przełożył wyżej cytowaną Ewangelię na nasze czasy, posypały się na głowę Franciszka gromy! 

Co natomiast budziło poklask ludu bożego w Polsce? A takie oto wypowiedzi naszych polityków (stosując zalecane przez Ewangelię miłosierdzie, nie wymienię ich nazwisk), że „Putina należy wdeptać w ziemię”. 

W tych dniach dopiero do świadomości Kowalskich, Schmidtów, Smith’ów, Martin’ów (to najpopularniejsze nazwisko we Francji) zaczyna się przebijać inny przekaz. Wreszcie niemożliwy do stłumienia ze względu na światową pozycję prezydenta USA, Donalda Trumpa. Mianowicie ta prawda, że wojnę wywołały właśnie USA pod rządami Joe Bidena, wraz z krajami Zachodu. Tzw. „kolektywny Zachód” wspólnie za tę wojnę jest odpowiedzialny. A dokładnie? 

Wojnę wywołał międzynarodowy kapitał z umowną siedzibą na Wall Street w Nowym Yorku, gdzie zbiegają się nitki krwioobiegu całego świata. 

Może tylko Chiny i Rosja już jakby mają swoje odrębne systemy krwionośne. Nawet (wraz z Brazylią, Indiami i RPA) stworzyły w 2010 roku nową, wspólną organizację, która od pierwszych liter nazw ich krajów nazywa się BRICS. Ale to inny temat, choć też mocno powiązany z przyczynami tej ostatniej, aktualnej wojny. Która jest wojną o dominację w świecie. Ale oczywiście w gruncie rzeczy o pieniądze. A nie o honorowy dyplom z napisem: „Nr 1. The Best”.

O pieniądze przyszłe, czyli aby nadal wszystkie arterie zysków płynęły na Wall Street (a nie do krajów BRICS). Oraz o pieniądze aktualne: czyli te ze sprzedaży uzbrojenia Ukrainie oraz europejskim sojusznikom z NATO, które dzielnie realizując wolę Waszyngtonu, wsparły Ukrainę wszystkim, co miały w swoich koszarach, magazynach, na poligonach. I teraz nie mają tam nic, więc muszą w trybie pilnym kupić wszystko w USA. 

I niespodziewanie teraz mają problem: USA wojnę zaczęło, a teraz USA chce ją skończyć. A biedni politycy Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii (Małej już Brytanii; mówmy więc lepiej już tylko: Anglii), nie mówiąc już o naszych biedakach, nie mają pojęcia jak się do tego faktu „ustawić”.

Prezydent Donald Trump być może nie zakończy tej wojny tak szybko, jak obiecał. Może zresztą jest tu jakieś drugie dno? W sumie ten mądry polityk właśnie bezpośredni udział USA w tej „Biden-wojnie” zakończył. Ogłosił, że Ukraina już od USA kasy bezpośrednio nie dostanie. Więcej! Zażądał od Zyłynskiego, aby Ukraina spłaciła w przyszłości wszystko, co dostała od USA. Spłata miałaby nastąpić poprzez swoje bogactwa naturalne (udział dla USA w eksploatacji surowców z Ukrainy). 

Patrzmy i uczmy się! To jest właśnie ten „bussines as usual” – biznes jak zwykle! A Polska oddała Ukrainie wszystko. Za darmo. I nie usłyszała nawet „Dziękujemy”.

Zatem wobec Amerykanów, którzy go wybrali – Trump jest OK. Wiarygodny. Obywateli USA mało obchodzi, że na tę wojnę wykosztowują się narody Europy Zachodniej i Środkowej, w szczególności Polska. Ważne, że u nich finanse będą się „zgadzać”. A będą! Od tego D. Trump ma świetnego fachowca od pieniędzy – Elona Musk’a. Zatem, cóż im tam problemy ekonomiczne takich kraików jak Polska?

Natomiast, jeżeli europejscy przywódcy postanowią nadal trwać przy Ukrainie (polscy wciąż to powtarzają!), to Amerykanie nadal będą zarabiali na dostawach uzbrojenia. I to jest być może ta ukryta przed światem, na razie, opcja. 

Putin podziękuje Trumpowi za dobrą wolę, ale nie skorzysta. I jeszcze rok, może dwa i „dojedzie” Ukrainę do końca. Nie wiem, gdzie ten koniec będzie, ale fachowcy od geopolityki widzą już, że Odessa może się stać rosyjska. Ukraina zostanie całkiem odcięta od morza. Jeżeli pozostanie jako odrębny twór państwowy, to już taki, który pozbawiony swych najbogatszych regionów, wykrwawiony, z fatalną demografią powojenną, nie zdobędzie się, w dającej się „ogarnąć” przyszłości, na jakieś militarne zagrożenie wobec Rosji. Tym bardziej, że już obecnie Ukraińcy walczyć dalej nie chcą.

Kształtowano tych Ukraińców, wpatrzonych w swoich idoli: w Stepana Banderę i Romana Szuchewycza, w przestępców odpowiedzialnych za ludobójstwo na Wołyniu i w Małopolsce, na zaciekłych wrogów Rosji. Ale jak zwykle, te nawet skutecznie na Ukrainie wszczepiane pseudo ideały, wyczerpują się po paru latach. Po trzech latach wojny zwykli Ukraińcy mają dość trwogi i nędzy, która jest udziałem zarówno żołnierzy frontowych, tych w okopach na pierwszej linii frontu, jak i ich rodzin: osieroconych dzieci, wdów, krewnych skazanych do końca życia na zajmowanie się bliskim, którzy wrócili do domu jako inwalidzi wojenni. Wielu obserwatorów politycznych nie wyklucza, że rozgoryczeni Ukraińcy mogą sami zakończyć swój udział w tej wojnie czymś w rodzaju nowego majdanu, leżącego przecież w tradycjach tego kraju.

Nie za długo trwa wojenny zapał. Ten patriotyczny. Ukraina nie chce już walczyć.

Może w końcu media głównego nurtu pokażą to, co od dawna można zobaczyć w internecie na kanałach, które starają się być niezależnymi: te łapanki na ulicach, gdy z zaskoczenia, często podstępem, a zawsze siłą, zatrzymuje się mężczyzn, by zaraz odesłać ich na front. Z użyciem siły, gdyż młodzi Ukraińcy się bronią, próbują uciekać, szarpią się. Koniec zawsze ten sam. Zatrzaskują się przesuwane drzwi busa. Ten rodzaj pojazdu ze względu na przesuwane drzwi idealnie się nadaje do tego celu. Ciekawe, czy zrobiły już polskie Komendy Uzupełnień przetargi na te pojazdy? Może i nie: bowiem, gdy ze względu na konieczność pilnych zakupów, będzie legalna możliwość odstąpienia od procedur przetargowych, to będzie można takie pojazdy zakupić z tzw. wolnej ręki. Czyli bez przetargu. Tak przecież nasz rząd zakupił czołgi i inne uzbrojenie w latach wojny na Ukrainie. Pisano gdzieś o przetargach na czołgi? 

I pisząc to prawie jesteśmy już w domu. Czyli przy kwestii korupcji. Czyli na Ukrainie, gdzie ta korupcja, jak to się mówi, kwitnie. Dziś, gdy Trump pyta Zełenskiego, gdzie są pieniądze, które Ukraina dostała, a przynajmniej ich spora część, której nijak nie daje się doliczyć, świat zaczyna patrzeć inaczej na tę wojnę. I na Ukrainę…

Ale niektórym w Polsce chyba wciąż jeszcze się marzy ten wspólny dom, unia ukraińsko-polska? Przecież już nawet nazwę próbowano dla tego stworu stworzyć. Ukropol? „Ukropnie” mi to brzmiało. I wciąż jeszcze brzmi. W jednym państwie z „braćmi”, którzy zasłynęli z okrucieństwa, z Wołynia! Z korupcji! Z fascynacji faszyzmem! I to, że się im to zdarzyło, to jedno. Niemcy też dopuścili się ludobójstwa. Ale po wojnie stanęli w prawdzie. Wyrazili żal za grzechy. I swoją neutralną pro pokojową postawą, odcięciem się od nazizmu i jego symboli, udowadniali, że chcą znowu przynależeć do demokratycznego świata.

To jest ta różnica między postawami powojennych Niemiec i Ukrainy powstałej po rozpadzie ZSRR. 

Władze Ukrainy postawiły na ideologię banderyzmu. I niebywałe: państwa Europy udają, że tego nie widzą. Przynajmniej do teraz nie widziały. 

Niestety, wśród tych „niektórych”, którzy nawet dziś, gdy USA zaczęły mówić prawdę o tym, co działo i dzieje się na Ukrainie, nie przyjmują jakby tego do wiadomości, są polskie władze państwowe. I to „od lewa do prawa” – czy PIS czy PO, wszystko jedno. W sprawie Ukrainy mówiono i wciąż mówi się jednym głosem. 

Gorzej, bo tłumiono każdy inny głos. Za pomocą „ruskiej onucy”. Bohaterami byli Ukraińcy. Rosjanie natomiast to podli agresorzy. Nikt w głównym nurcie medialnym nie chciał nic napisać o trwających od 2014 roku atakach ukraińskich nacjonalistów na cywilną ludność w Donbasie. Z wielką ilością ofiar. Bohaterem był Zełenski. Przestępca to Putin. Czarno-biały świat. Dla uproszczenia. Żeby Kowalski nie musiał myśleć. I Kowalski nie myślał. Zresztą, wciąż jeszcze trudno przeciętnemu Polakowi (i Europejczykowi też) wrócić do normalności, do posługiwaniu się rozumem, zamiast powtarzania medialnej papki, w której wszystko jest tylko czarno-białe i np. tylko Rosjanie to przestępcy wojenni. A Ukraińcy to tylko ich ofiary. 

Świat jest bardziej skomplikowany i geneza wojny na Ukrainie też.

Ale Polakom, więcej: Europejczykom, nie chciano tego powiedzieć. Większość została „sformatowana” przez Unię Europejską i USA pod przywództwem Joe Bidena. Zdziecinnieli Europejczycy w swoim uproszczonym myśleniu tak jak ten amerykański prezydent, który pod koniec kadencji sprawiał wrażenie, że już ma Alzheimera.

I tu mam pytanie do ludzi słynnych, znanych, nam współczesnych. Do tych sławnych, dziś w dobie internetowej informacji, rozpoznawalnych powszechnie – jeszcze bardziej niż w dotychczasowych czasach informacji telewizyjnej, gdzie raczej zasięg ograniczony był nadajnikami naziemnymi do jednego kraju. Dziś cały świat do nas mówi. A jakoś nie słychać, żeby gwiazdy Hollywood, albo światowej sławy piosenkarze i piosenkarki, zespoły rockowe „na topie” – aby ten cały show-biznes wypowiedział choć parę zdań wzywających do pokoju. Mają takie możliwości oddziaływania, są tak popularni! Gdy to i owo bożyszcze filmu, estrady, sceny, boisk piłkarskich, stadionów i hal sportowych zmienia choćby swój outfit, pokaże się w nowym ekstra ciuchu, albo kupi sobie nowy bolid Ferrari, czy inny – cały świat to komentuje. Nie mówiąc już o tym, gdy zmienia partnera! Przecież, gdyby oni zaczęli mówić nam, zwykłym śmiertelnikom, że wojnę trzeba natychmiast zakończyć, że cierpią, myśląc o ofiarach wojny, to miałoby to wielki efekt medialny! 

Cóż, można powiedzieć tak: za wiele nie można od nich wymagać. Od tych celebrytów, aktorów, piosenkarzy, sportowców – w sumie, często prostych ludzi, zafiksowanych na sukces ich kariery. Z natury rzeczy wybitnie egoistycznie patrzących na świat. Ale znane postacie, to także wybitni pisarze, poeci, reżyserzy, ludzie nauki, biznesu. Ci powinni więcej rozumieć, jako ludzie światli, wykształceni. Często są to Nobliści lub osoby w inny sposób słynne na całym świecie. Zarazem są to często twórcy, osobistości o szerokich horyzontach. Czy w ciągu tych trzech lat wojny ukraińsko-rosyjskiej ktokolwiek z tych zacnych przecież ludzi protestował przeciwko wojnie? Chciałbym mieć takie zestawienie nazwisk takich postaci. Tym ludziom należałoby złożyć podziękowania i wmurowywać tablice pamiątkowe na ich cześć. Na cześć jedynych sprawiedliwych.

Ja, przeglądając tylko niektóre newsy w internecie, mogę podać w tej chwili jedynie cztery takie, znane szeroko na świecie, postacie. Zasłużone poprzez ich głosy na rzecz Pokoju. 

Pierwszą jest Papież Franciszek, którego już wymieniłem. Drugi to Prezydent Donald Trump, o którym też już powyżej była mowa. Wymienię jeszcze dwa nazwiska. Roger Waters (82) kiedyś frontmen legendarnego zespołu rockowego Pink Floyd, a drugi to Jeffrey Sachs (70), zaliczany do top 5 światowej sławy ekonomistów. Wspólnie wszystkich wymienionych desygnowałbym jako kandydatów do Pokojowej Nagrody Nobla. Więcej napiszę o nich następnym razem.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry