Fajerwerki

Gdy to piszę, są jeszcze dwa tygodnie do Sylwestra. I znów będzie: „Niech żyje bal!”. Tak śpiewa nam wciąż Maryla Rodowicz. A w tę piosenkę wplecione są słowa:

„Bufet jak bufet jest zaopatrzony,
zależy czy tu, czy gdzieś tam”.

Taka zgrabnie zawoalowana aluzja do ówczesnych PRL-owskich problemów, gdy półki sklepowe były, bywało, puste. A chronicznie: pustawe. Dziś wszystkiego w bród. I fajerwerki są też. Te wszystkie race, rakiety, i inne wybuchowo-rozbłyskowe pociski. Każdy może wreszcie coś odpalić. I zobaczyć swoją krótkotrwałą chwałę na wysokościach. Burmistrzowie, w drodze specjalnego zarządzenia, wydają co roku informację o zniesieniu w ich gminie zakazu handlu tymi materiałami, bądź co bądź wybuchowymi. A w Sylwestrowy dzień i w sylwestrową noc hałas i inne uciążliwości związane z odpalaniem fajerwerków nie są uważane za wykroczenie przeciwko ciszy nocnej, czy też porządkowi w miejscach publicznych. A zatem co, wszystko w porządku? I tylko ot, taka piękna „świecka tradycja”, godna kontynuowania?

I znowu muszę, wbrew pewnie zdecydowanej większości, wypowiedzieć się przeciw. Już taki jestem antybohater. Fajerwerków też się boję. I nie lubię. Prawdziwi bohaterowie, czy to młodociani, czy już tatusiowie (wtedy na oczach dziatwy, dumnej z ojca), układają całe wiązki tych fajerwerków, pozycjonują wyrzutnie. To w godzinach poprzedzających godzinę dwunastą (nocną) i Nowy Rok. A wcześniej trwa szał zakupów tych chińskich ogni. Często ich sterty leżą na półkach jakichś prowizorycznych straganów, gdzie nawet zwykłej gaśnicy nie ma. Jakby co… Chociaż przy tych materiałach, to byle jaka gaśnica pewnie też nic nie pomoże. Jakby, co… A co jakiś czas się zdarza, że wybuchnie taki magazyn „amunicji”. Cóż, jeszcze jeden wypadek. O ile nikt nie zginie, nie będzie przy tym ranny, to raczej bezrefleksyjnie przeczytamy i pomyślimy „w przelocie”: no, pech!

Pierwszego stycznia serwisy informacyjne znów pokażą izby przyjęć w szpitalach, gdzie trafili nieszczęśnicy, którym te fajerwerki urwały palce, i nie daj Boże coś więcej. Jakoś to nas jednak „nie rusza”. Przecież nieszczęścia przydarzają się tylko innym. Poza tym, na pewno to jakieś niezdary i niezguły były. Nie potrafili się z tym obchodzić. My mamy doświadczenie. Tak…

Saper myli się tylko raz!

Zapominamy o tym powiedzeniu. A nie trzeba nawet samemu tego odpalać, aby doznać uszczerbku na zdrowiu. Spędzaliśmy kiedyś z rodziną „Sylwestra na stoku”. Na nartach w Poroninie, jeszcze gdy działał tam wyciąg orczykowy na górę Galicowa Grapa. My nie mieliśmy fajerwerków, ale nagle tuż obok głowy przeleciała mi raca odpalona kilkadziesiąt metrów dalej przez jakieś towarzystwo, już mocno podpite, sądząc po ich zachowaniu. Miałem szczęście.

Tak lubimy te rozbłyski na niebie? Piękne, gdy patrzymy z balkonu. I tak przyzwyczajamy się, że ten huk i błysk to nic złego. Kojarzy nam się z radością, z Sylwestrem, szampańskim nastrojem. Kiedyś też tak to odbierałem. Teraz jestem już przewrażliwiony. Widzę w tej sylwestrowej kanonadzie jeszcze jeden sposób na to, by nas przyzwyczaić do strzałów, wybuchów, do wojny.

Ale wojna wygląda inaczej. Ja na szczęście nie miałem swoich wojennych doświadczeń, jak bohaterowie Remarque’a w powieści „Na zachodzie bez zmian” (czy też w filmach nakręconych na motywach tej książki – polecam!). Ale dawno temu, będąc po studiach, jeszcze w czasach PRL-u, w obowiązkowym wtedy, także dla studentów, wojsku, na letnim poligonie, gdzieś koło Żagania, wracałem z 48-godzinnej przepustki do mojej jednostki. Mój pułk rozlokowany był w namiotach, gdzieś w plenerze. Tuż obok stacjonowały jednostki armii radzieckiej, sojusznika z Układu Warszawskiego. Sojusznik, tak samo jak ci obecni sojusznicy z NATO, poważnie nas nie traktował. Na przykład nie informował strony polskiej, kiedy sobie odbędzie ćwiczenia na naszym poligonie. Wracałem pieszo, szedłem z miejscowości, do której dowiózł mnie autobus. Potem „z buta”, bo żadnego transportu, czy komunikacji publicznej nie było. Wieczór, już po zachodzie słońca, zapadał zmrok, gdy nagle wokół mnie rozpętało się piekło. Na pełnym gazie czołgi, transportery piechoty (te: BWP – Bojowe Wozy Piechoty; jak to wszystko się ładnie, „bojowo”, nazywa!). Uskoczyłem w zarośla, licząc, że nie będą zbaczali z drogi, aby dla treningu rozwalić ten zagajnik z paroma mocnymi (ale nie na czołgi!) drzewami. Huk wystrzałów, serie z broni maszynowej, jakieś granaty wybuchające nie wiadomo, czy tam dalej, czy tu, blisko. Na niebie, już ciemnym, nagle jasność jakby w pełnym słońcu. Fajerwerki. Chyba bardziej prawdziwe, niż te sylwestrowe. Nie miałem pojęcia, czy oni mają ostrą amunicję, czy to tylko efekty akustyczne? Wszystko trwało może 15, może 20 minut. Przewaliła się ta kolumna pancerna. Oddaliły wystrzały i te rozbłyski były już jakby dekoracją na niebie. Przez te minuty po prostu się bałem. Jesteś nikim i niczym, gdy coś takiego dzieje się, a ty jesteś w „centrum wydarzeń”. Nic od ciebie nie zależy. Bezsilność. Pozostaje tylko liczyć na szczęście. Że nic cię nie trafi, że nie wgniotą cię w ziemię gąsienice.

Sporo lat później pytałem mojego znajomego, starszego już wtedy Niemca, który był w Wehrmachcie, jak to jest pod prawdziwym ostrzałem artyleryjskim? Joachim nie ukrywał, że walczył z bronią w ręku (jak inni, co opowiadali mi, że byli wprawdzie w Wehrmachcie, tak, ale oni tylko w zaopatrzeniu, albo w kuchni – nie strzelali…). Kiedyś został sam na ornym polu, bo nie zdążył za innymi. Jakoś tak wyszło. Zaczęła się kanonada. Pociski wybuchały tuż, tuż, wskoczył do większego leja, bo podobno drugi raz w to samo miejsce się nie trafia… Mówił mi, że starasz się w takiej chwili zdematerializować, wniknąć w ziemię. Jedyne co pozostaje, to drżeć i czekać. I mieć nadzieję. Do wieczora nie mógł się ruszyć. Ustała artyleria, ale bał się snajperów. Dopiero pod osłoną ciemności przeczołgał się do swoich. Trochę lepiej go może rozumiałem, po tym moim skromnym doświadczeniu z ćwiczeniami armii radzieckiej.

Czy ci, co odpalają fajerwerki, rozumieją to?

Większość, tych młodych, nawet na ćwiczeniach wojskowych nie była. Wojnę, wojsko, znają z filmów. I z gier komputerowych.

Fragment z „Die Zeit” – niemieckiego tygodnika o zasięgu ogólnokrajowym, który w numerze z 10 października 2024 roku zamieścił artykuł o tytule „Co robicie przez ten cały czas?” („Was macht ihr da die ganze Zeit?”). Siedmioro nastolatków wypowiada się o ich stosunku do własnych smartfonów. Fritz (14 lat) mówi, że takie gry komputerowe, gdzie tylko steruje się samolotem, to on uważa za zbyt monotonne. To co on lubi robić na tym smartfonie? W szkole, gdy jest przerwa w południe, gra razem z kolegami w „Brawl Stars”. Ta gra, to drużynowa lub indywidualna walka z innymi graczami. Fritz tak opisuje tę zabawę:

„Siadamy w kawiarence. Otwieramy na naszych komórkach wszyscy tę grę, szukamy sobie jakiś poziom (level) i każdy jakiegoś avatara. Ja najbardziej lubię takiego ludzkiego dinozaura, który nosi kaptur, który mu się zwiesza na twarz. On może uczynić się niewidocznym i stosować wyrzutnie gwiazd. Naciskam na ekranie dotykowym i steruję nim wzdłuż ścian i zarośli, mogę biec, mogę strzelać. Ale krwi nie ma. My wszyscy jesteśmy w tym samym świecie i próbujemy razem uśmiercić przeciwników. Siedzimy (z kolegami) w jednym kręgu i wołamy do siebie -Chodź, ja potrzebuję pomocy-, albo -To są ci źli-. Gdy tak gramy, znika stres, ponieważ wtedy nie myślę o szkole”.

Koniec cytatu.

Zauważyliście?

„Zabijamy…”. „Ale nie ma krwi…”.

Tak to pięknie tę grę zaaranżowali jej twórcy. Wielki sukces! Gra jest na rynku od 2018 roku. A według informacji z 2019 roku grę pobrano ponad 100 mln razy! (Wikipedia). Fajerwerki są dla tradycjonalistów. Też ich trochę oswoją z wojną. A młode pokolenie dostaje „Brawl Stars” i inne „strzelanki”. I tak się ludzi wdraża do wojny, do zabijania. Kiedyś jeszcze była szansa na to, że się młody zatrzyma na chwilę przy treści 10 Przykazań i zamyśli nad przykazaniem „Nie zabijaj!”. Teraz, w dobie laicyzacji Europy, już i nawet tej szansy nie ma. Szansy na Pokój. Młodzi wypisują się z lekcji religii w szkołach.

A takie gry, jak ta opisana powyżej, kształtują przekonanie, że strzelanie, zabijanie, to taka gra. I ma się te humorystyczne „siedem żyć”.

Nie, kochani młodzi: życie ma się tylko jedno.

Jak chcecie poświęcić tylko jedną minutę, to dobrze to opisał dość młody jeszcze człowiek, który na YouTube ma swój portal o nazwie „Moda wysoka”. Nie jest to portal o wojnie, czy tego typu poważnych sprawach społecznych – żeby was zachęcić: to wypowiedzi o sprawach męsko-damskich głównie. Ale w tym odcinku pt. „Powrót z wojny do domu – czy jest do czego wracać?”, który trwa tylko niecałe 9 minut, pierwsza minuta to opis tego, co się dzieje na wojnie, gdy ty, drogi czytelniku, drogi słuchaczu, uczestniczysz w konflikcie zbrojnym. Dobry opis. Poświęćcie tę minutę!

Chcę się chwilę dłużej tutaj nad tym zjawiskiem zatrzymać. Potraktuję je jako „fragment większej całości”. Może tego zwrotu ostatnio w myślach i rozmowach moich nadużywam, ale cóż poradzę na to, że wokół widzę „kulturę wojny”, czy też „kult wojny”. Zamiast „kultury pokoju” czy też „kultu pokoju”.

Świadomie nawiązuję tu do tych haseł antyaborcyjnych (o „kulturze śmierci”), wypowiadanych chyba przez naszego papieża Jana Pawła II. Słowa o kulturze śmierci są przeciwieństwem propagowanej przez niego „kultury życia”. W zasadzie mówimy tu o tym samym. Gdyż, aby móc żyć – potrzebujemy pokoju. Nie, nie identyfikuję się z ruchem antyaborcyjnym, chociaż niczym nie skrępowane przerywanie ciąży, to też moim zdaniem droga donikąd. Jestem zwolennikiem kompromisu aborcyjnego, który do niedawna jeszcze w Polsce obowiązywał. I choć może niedoskonały (w możliwościach jego praktycznej realizacji), to chronił kobiety przed czymś, co i mnie wydaje się niewyobrażalne (rodzenie dziecka pochodzącego z gwałtu, rodzenie dziecka z ewidentnymi wadami rozwojowymi, skazanego na skrajną niepełnosprawność).

Ale obserwując co jakiś czas te akcje protestacyjne, organizowane przeważnie przez aktywistki związane w Polsce ze stroną kościelną, gdy protestują one przeciwko przepisom umożliwiającym jednak legalną aborcję, zawsze wtedy zastanawiam się, dlaczego nie organizują one takich protestów przeciwko wojnie? Te panie i dziewczyny są przecież za ŻYCIEM!

A na wojnie mamy już, po obu stronach frontu, to życie. Już rozkwitłe. To są młodzi mężczyźni, (na razie raczej tylko mężczyźni – zanim przymusowy pobór na Ukrainie sięgnie i po kobiety). Mężczyźni w kwiecie młodości. Lub w sile wieku. Oni też powinni być chronieni. Aby mogli sami chronić życie swoich dzieci, rodzin.

Że niby chronią, ci żołnierze, strzelając do wroga, swoje rodziny?

Nie, nie wierzę w to!

Chronią interesy tych, których umownie pan Maciej Maciak nazywa „Wall Street” (polecam Na YouTube jego kanał „Musisz to wiedzieć”).

W każdej wojnie zwycięzcami są tylko ci, którzy na wojnie robią interesy.

Interesy doskonałe. A robią je wszyscy, którzy tych żołnierzy wysyłają na wojnę. Wojna na Ukrainie jest tego chyba najlepszym przykładem. Tu się robi interesy! Business as usual.

Czy wcześniej była taka „pełnoskalowa” wojna, w której przez terytorium walczącego w swojej obronie kraju (Ukraina) płynie rurociągami gaz sprzedawany przez wroga (przez Rosję). I sama Ukraina ten gaz od swojego wroga też kupuje! Chciałoby się w tym miejscu napisać: „ha, ha, ha” i dodać emotikon śmieszka, gdyby nie chodziło o rzecz śmiertelnie poważną: to jest jednak wojna, z setkami tysięcy ofiar! W czyim to jest interesie? Ta wojna? O co tu chodzi?

Użyję tego nielubianego przez mnie zwrotu: tak naprawdę. Nie lubię słów „tak naprawdę”, tego zwrotu retorycznego rozpanoszonego w mowie polskiej od pewnego czasu, gdyż sugeruje on, że teraz dopiero powiemy prawdę. Natomiast wcześniej, w tej naszej wypowiedzi, do teraz, to tak, no, może nie całkiem prawda to była? Okropny nawyk językowy! Ale zapytam: o co tu chodzi, tak naprawdę, w tej wojnie?

Brak powszechnej informacji o takich sprawach, jak fakt sprzedaży przez Rosję gazu dla Ukrainy jest także fragmentem „większej całości”, w której brak informacji wspiera kłamstwo. A wszelkie informacje medialne są z założenia propagandą sukcesu, fejkiem lub dezinformacją. A koniec końców: pospolitym kłamstwem. Nie bójmy się tego słowa: kłamstwem!

Wracając do wątku, o co w tej wojnie na Ukrainie chodzi? Chodzi o to, że wszystkie koncerny zbrojeniowe mają się doskonale. Produkcja broni jest rzeczywiście „pełnoskalowa”. A także ilość ofiar tej wojny. Jak najbardziej pełnoskalowo giną po obu stronach żołnierze.

A społeczeństwa Europy, tej kolebki cywilizacji, dumnie nazywaną cywilizacją śródziemnomorską, zostały już tak „sformatowane”, że tę absurdalną wojnę traktują jak coś, co jest: nieuniknione, normalne, wręcz konieczne. I jakby nic tu nie można było zrobić. Nie można tej wojny powstrzymać, nie można zakończyć. Tak twierdzono przez 2,5 roku. Po to, by teraz zacząć mówić, że owszem, wojnę trzeba już zakończyć. Ci sami dziennikarze, ci sami politycy! Doznali olśnienia, iluminacji! Cywilizacja europejska, w której Jezus mówi o miłości bliźniego, Renesans postawił w centrum Człowieka, a Rewolucja Francuska wprowadziła hasła „Wolność, równość, braterstwo”, zapomniała o swoich ideałach.

W szczególności o tym braterstwie. Jak to się powtarza w kościołach: wszystkich ludzi dobrej woli… Jeśli, to liczy się tylko „braterstwo broni” – żadnej solidarności ogólnoludzkiej nie ma. Ani żadnego prawa do życia w pokoju.

Przez dwa lata, za chwilę będą już trzy, przyglądamy się naszym politykom, którzy wmawiają nam niestworzone rzeczy o Ukrainie, faszerują nienawiścią do Rosji (czyli do ludzi), zabierają nam to, co wypracowaliśmy na nasz lepszy byt. Marnotrawią nasze podatki, nasz względny dobrobyt – aby kupić za to broń i nabić kabzę wszystkim tym, którzy na wojnie zarabiają (oprócz Wall Street są to też ukraińscy oligarchowie, którzy podobno sprzedają otrzymaną za friko broń krajom tzw. „trzeciego świata”).

A my, te europejskie społeczeństwa 2.0 – my milczymy!

Jak to się teraz modnie określa: wszystko, co nowe, jest 2.0. To nasze społeczeństwa sformatowane do poziomu smartfona i wiedzy niewykraczającej poza papkę medialną, którą nas politycy poprzez te smartfony karmią. Jakbyśmy byli doświadczalnymi królikami w klatce. Klatce, do której oni mają klucze. Większość społeczeństwa nie jest w stanie przeczytać nic więcej niż to, co im mignie, gdy scrollują serwis informacyjny w poszukiwaniu kolejnej sensacji na temat medialnych idoli. Pozostała część społeczeństwa (tego polskiego), ta starsza, ogranicza się do obejrzenia telewizyjnych wiadomości w TVP lub TVN – w zależności od przynależności plemiennej. Do przekonania o przynależności do jednej rodziny ludzkiej, pomimo 2000 lat chrześcijaństwa, jakoś społeczeństwa Europy nie dojrzały. Pomimo, że do niedawna były to społeczeństwa nominalnie chrześcijańskie a nawet katolickie. A „catholikus” znaczy przecież powszechny.

Jak to możliwe, że społeczeństwa, takie jak polskie, zagrożone wprost tym, że w którymś momencie ogłoszona zostanie mobilizacja i usłużni wobec Wall Street politycy wyślą „naszych chłopców” (potem także dziewczęta) na Ukrainę, nie wychodzą na ulice, nie demonstrują przeciwko wojnie? Gdzie te hasła: „Nigdy więcej wojny!”?

Nie demonstruje nikt u nas przeciwko militaryzacji kraju, która jest przecież bezsensowna! Nawet gdy będziemy wydawać 10% PKB na cele wojskowe (5% PKB już wydajemy) to i tak nie obronimy się przed państwami, które mają 2, 3 czy 5 razy więcej ludności (np. ludność Rosji to 143,8 milionów, w 2023 r.). I taka sama krotność to kapitały, terytorium, itd. tych państw – przewyższających Polskę pod każdym względem.

Jesteśmy małym środkowoeuropejskim państwem, skazanym, we wszystkich koncepcjach prowadzenia wojny na tym obszarze, we wszystkich strategiach, czy to była (kiedyś) strategia Układu Warszawskiego, czy też teraz strategia NATO, czy może Rosji, na to, że to na naszym terenie będzie główny „teatr” działań wojennych. Czytaj: zniszczenie i pożoga. Nie znam tych strategii, ale z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, zakładam, że taką rolę nam wszyscy sąsiedzi wyznaczają. I nic nam nie pomogą te Abrahmsy i inne czołgi, czy drony, zamówione gdzieś tam w Korei, czy w USA. Jak zwykle zresztą bez tzw. offsetu, czyli bez wsparcia technologicznego, bez zaplecza, bez amunicji podobno nawet. Politycy zapytani o to, odpowiedzą: później się dokupi. Pasuje mi tu do rymu takie słowo: głupi! Znów śmiechu to wszystko warte, gdyby nie była to sprawa śmiertelnie (dosłownie) poważna.

Zacząłem od fajerwerków i chcę też na koniec do nich wrócić. Kojarzą mi się z tym, od czego pochodzi ta ich nazwa: Ze słowami „Feuer”, „Ognia” , „Ogoń”! Nie z sylwestrową beztroską, lecz z wojną. Cieszyłbym się, gdyby moda na fajerwerki przeminęła tak jak, nie wiem… Jak gorsety w damskich strojach, albo kapelusze zakładane kiedyś obowiązkowo przez panów. Krawaty, jeszcze tak niedawno obowiązkowe, już właśnie chyba przemijają? Może zatem i fajerwerki będą za jakiś czas tylko wspomnieniem?

Jeszcze jeden argument, aby to sylwestrowe szaleństwo zniknęło: dobro zwierząt!

W Zakopanem, gdzie co roku TVP organizowała Sylwestra, transmitowanego na cały kraj, chciano organizować tę imprezę na terenie Wielkiej Krokwi. Czyli na granicy obszaru Tatrzańskiego Parku Narodowego, który tam się już zaczyna. Wtedy ekolodzy protestowali, że to za blisko lasów, że hałas (także te fajerwerki) będzie zgubny dla zwierząt. Ostatecznie robiono tego telewizyjnego Sylwestra z mega kolumnami i całym tym hałasem i wrzawą publiczności trochę dalej, bardziej w centrum miasta, na Równi Krupowej. Gdziekolwiek jednak strzela się na wiwat, to zwierzęta, zarówno te dzikie, jak i te domowe, nie są z tego powodu szczęśliwe. Już wiele lat temu słyszałem, że we Włoszech, według szacunków ekologów, sylwestrowe wybuchy radości, czytaj fajerwerki, powodują, że co roku 80 tysięcy psów i kotów w popłochu ucieka i nie wracają one już do swoich domów.

Tak jak i żołnierze. Oni też po tych frontowych fajerwerkach, często do domów już nie wracają.

A jeśli wracają, to już nie tacy sami. I niestety nie lepsi. Tu można by zacząć następny temat: o PTSD, czyli o stresie pourazowym po traumatycznych przeżyciach (Post Traumatic Stress Disorder). Ale to już może po Sylwestrze.

Fajerwerki w czerwieni

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry