UA Dezerterzy

Przez całe lata zjawiał mi się się ten tytuł: CK Dezerterzy. Czytałem o tym filmie w prasie lub w internecie. W artykułach o polskim kinie lub o  jakimś aktorze. Lub gdy przeglądałem YouTube  i podsuwano mi tam jakiś fragment z tego polskiego filmu. Film jest z 1986 r. zatem było dużo czasu, aby go sobie obejrzeć. Najłatwiej w telewizji, gdzie co jakiś czas też się zjawia, na którymś z tych wszystkich kanałów. Jakoś nigdy mi się jednak nie chciało. Choć lubię oglądać filmy.

I już wiem, dlaczego nie mam ochoty oglądać CK Dezerterów. Po latach, gdy zdiagnozowałem siebie ostatecznie jako pacyfistę i „stanąłem w prawdzie”, przyznając się do tego przed sobą, a nawet częścią moich znajomych, wiem już dlaczego nie włączyłem nigdy telewizora, aby ten film obejrzeć. Bo film jest „wojskowy”. A nawet wojenny. A ja wojny nie toleruję. Tak jak niektóre organizmy nie tolerują czegoś tam: laktozy, cukru czy lukru. Mam alergię na koszary, parady, poligony, wojny, pola bitew, cmentarze wojenne i pomniki bohaterów. Chyba wymieniłem to w prawidłowej kolejności? W kolejności, tak jak to się toczy: od powołania do służby wojskowej (przymusowo lub na ochotnika), do zwolnienia z tej służby – rozkazem w sprawie przejścia do cywila lub aktem zgonu.

Małe sprostowanie: tych prawdziwych bohaterów wojennych cenię. I podziwiam. Podziwiam tych zwykłych żołnierzy w szarych szynelach, maltretowanych przez lata wojny, trzymających się najczęściej dzielnie, próbujących zachować człowieczeństwo.

Ale im pomników nikt nie stawia. Oni mają jedynie nagrobki. I pomnik nieznanego żołnierza.

Dodatkowo wiedziałem, że ten film jest komedią. A tego to już w ogóle nie rozumiem. Wojna miałaby być komedią? To mi się „nie składa”. To mi się nie dodaje, jak to się teraz mówi.

Nawet zacząłem oglądać dzisiaj ten film na You Tube i mignął mi gdzieś w pierwszych scenach Marek Kondrat, wtedy jeszcze młody aktor. Wszyscy go chyba lubimy i zapewniamy mu przez to pogodną starość dzięki zyskom, które czerpie biorąc od lat za udział w spotach reklamowych jakiegoś banku. Ale jednak nawet on nie przekonał mnie, aby obejrzeć ten film (aby przejść do „jego” banku też nie).

Pomimo, że nie oglądałem CK Dezerterów, to jednak kojarzyłem, że akcja toczy się w Cesarsko-Królewskiej monarchii austriackiej. I stąd ten skrót CK. Skrót, który niedawno skojarzył mi się z dezerterami z Ukrainy. Jakoś tak pomyślałem w pierwszym odruchu, że ich skrót na tablicach rejestracyjnych ich samochodów to chyba UK – pierwsze dwie litery słowa Ukraina. Zatem będzie pasował taki tytuł, gdy chcę napisać o zjawisku dezercji z ukraińskiej armii: UK Dezerterzy. Tym razem na szczęście nie polegałem na swojej zawodnej pamięci. Bo bym poległ. Nomen omen – o tym zaraz będzie mowa. Zaświtało, że UK to raczej United Kingdom. Ukraina ma na tablicach rejestracyjnych UA. Niech będzie zatem. Piszę tym razem artykuł pod tytułem: UA Dezerterzy.

Na CK Dezerterów popatrzyłem tylko chwilę. Ten film to rzeczywiście komedia. Już pierwsza scena taka jest. Zatem, tak jak napisałem: wojsko i komedia? Nie! To zbyt poważna sprawa. Dziś sądzę, że potraktowanie tematyki wojskowej, wojennej w formie komediowej, to jest oswajanie nas z wojną. W gruncie rzeczy jest to indoktrynacja, której efektem jest to, że tzw. przeciętny człowiek nadal uważa wojnę za coś normalnego. Coś, co ze swej istoty powinno być traktowane jako nienormalne: wzajemne zabijanie się ludzi. Chyba nawet Dzielny Wojak Szwejk był jednak w istocie rzeczy poważny. To tylko my się śmiejemy, czytając o jego przygodach. I można zapytać, pozostając w kręgu klasyki literatury światowej: „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie…” To Gogol? Z „Rewizora” ten cytat? Nie sprawdzam w tej chwili, bo nie bardzo mam ułożoną treść tego, co chcę napisać, a chyba właśnie złapałem wątek. I nie chcę od razu go stracić.

Człowiek boi się utraty. Najbardziej chyba utraty życia. Chociaż złośliwy Machiavelli powiedział podobno (znów podaję to z pamięci, więc bez żadnej gwarancji, sorry), że ludzie prędzej przebaczą mordercy ojca, niż temu co pozbawił ich ojcowizny, czyli majątku. Dobrze, sprawdziłem jednak, prawie dobrze zapamiętałem. W dziele Niccolo Machiavellego brzmi to tak:

Ludzie prędzej puszczają w niepamięć śmierć ojca niż stratę ojcowizny.

Ale tak się dzieje wtedy, gdy umiera ojciec, a nie, załóżmy, my. My zostajemy. I dziedziczymy ten majątek. I głupio byłoby akurat wtedy umierać, gdy tyle tego majątku się ma.

Zatem zostawmy w spokoju bogaczy. Oni na wojnę po prostu nie idą. Oni ewentualnie mogą wojnę wywołać. To tak! Ale iść na wojnę? Nie…

I dlatego bogaci zdezerterowali z Ukrainy od razu.

Pojechali na Zachód swoimi wypasionymi furami już na samym początku inwazji Rosji na Ukrainę. Albo jeszcze wcześniej. Bo oni dobrze wiedzą, co będzie. W końcu sami to prokurują. Można ich zobaczyć w Polsce. Trochę wkurzające te mega SUV-y klasy premium z UA na tablicy rejestracyjnej.

Skoro o bogatych Ukraińcach, to czy ktoś słyszał o oligarchach, którzy wstąpili do ukraińskiej armii i poszli na front? Rozumieją, że (jak już się w niniejszym tekście powiedziało) głupio jest umierać, dysponując milionowym czy miliardowym majątkiem. Ja sam, będąc bardzo takim ludziom nieprzychylny, nie spodziewałem się z ich strony aż takiego poświęcenia. By osobiście poszli na wojnę. Ale gdy nasi polscy (czy polskojęzyczni?) politycy zaczęli udzielać Ukrainie wszechstronnej pomocy, w szczególności militarnej, oczywiście z naszych podatków, to zacząłem szukać w mediach jakichś informacji o pomocy wojskowej fundowanej Ukrainie przez jej najlepszych synów. Najbogatszych. Czyli przez oligarchów ukraińskich. Mogłoby to brzmieć np. tak, jak poniżej:

Witalij Ukrainienko, znany kijowski oligarcha, ufundował dla pierwszego pułku wołyńskiej piechoty „Czerwone i czarne”, 10 czołgów Abrahms, produkcji USA, wraz z zapasem amunicji na trzy lata.

Nazwisko fikcyjne – nie znam tych oligarchów. Jakoś przez prawie trzy lata wojny o takich „darach serca” nikt nas nie poinformował. Nie działa na Ukrainie Wielka Orkiestra Wojennej Pomocy?

Natomiast było trochę informacji, że ten i ów Ukrainiec kupił to i owo. Albo i Ukrainka, bo gdzieś wspominano też, że nabywcą nieruchomości na Zachodzie jest firma, w której udziały ma pani prezydentowa Żelenska. A to gdzieś na Lazurowym Wybrzeżu, a to gdzieś w Alpach – coś się tam kupi. Tylko, co tam można kupić! Rezydencję jakąś, hotel jakiś. Wszystko drogie! Zatem skromnie tylko. Zresztą, jest wojna! Dopiero ostatnio są już trochę większe zakupy. W Polsce. U nas taniej, więc można coś większego sobie nabyć. A to spółkę PKP Cargo, a to Zakłady „Ursus” w Warszawie. Znów mi się coś „nie dodaje”: „pełnoskalowa” wojna na Ukrainie, a Ukraińców stać na takie zakupy?

Zostawmy bogaczy. Oni na wojnie się jeszcze bardziej wzbogacą.

Pomówmy o zwykłych ludziach. A skoro o nich, to wciąż na nowo, zawsze i niestety chyba „do końca świata i o jeden dzień dłużej”, należy przypominać ten wiersz.

Wiersz Juliana Tuwima pt. „Do prostego człowieka”

Gdy znów do murów klajstrem świeżym
Przylepiać zaczną obwieszczenia
Gdy „do ludności” „do żołnierzy”
Na alarm czarny druk uderzy
I byle drab i byle szczeniak
W odwieczne kłamstwo ich uwierzy
Że trzeba iść i z armat walić
Mordować grabić truć i palić
Gdy zaczną na tysiączną modłę
Ojczyznę szarpać deklinacją
I łudzić kolorowym godłem
I judzić „historyczną racją”
O piędzi chwale i rubieży
Ojcach pradziadach i sztandarach
O bohaterach i ofiarach
Gdy wyjdzie biskup pastor rabin
Pobłogosławić twój karabin
Bo mu sam Pan Bóg szepnął z nieba
Że za ojczyznę bić się trzeba
Kiedy rozścierwi się rozchami
Wrzask liter pierwszych stron dzienników
A stado dzikich bab kwiatami
Obrzucać zacznie „żołnierzyków”

O przyjacielu nieuczony
Mój bliźni z tej czy innej ziemi
Wiedz że na trwogę biją w dzwony
Króle z panami brzuchatemi
Wiedz że to bujda granda zwykła
Gdy ci wołają „Broń na ramię”
Że im gdzieś nafta z ziemi sikła
I obrodziła dolarami
Że coś im w bankach nie sztymuje
Że gdzieś zwęszyli kasy pełne
Lub upatrzyły tłuste szuje
Cło jakieś grubsze na bawełnę
Rżnij karabinem w bruk ulicy
Twoja jest krew a ich jest nafta
I od stolicy do stolicy
Zawołaj broniąc swej krwawicy
„Bujać to my panowie szlachta”

Większość Ukraińców o Lazurowym Wybrzeżu może tylko pomarzyć. O wakacjach na Krymie też. To już zresztą przeszłość. Ukraina Krymu nie odzyska.

Ale ten kraj i tak był bogaty. W surowce, w doskonałe warunki dla rolnictwa, w słynny czarnoziem. Oraz przede wszystkim: w przywykłych do ciężkiej pracy ludzi. Miał szansę na spokojny, stały rozwój, z poszanowaniem dla sąsiadów, a przede wszystkim z poszanowaniem dla własnych, w dużej części (chyba przeważającej) rosyjskojęzycznych, obywateli. Ale dał się omamić szalonej, skompromitowanej już ideologii nacjonalizmu. Zabronił tym swoim obywatelom nawet mówić po rosyjsku! Kultywował i nadal kultywuje niechlubne tradycje banderyzmu. Efekt: teraz Ukraina jest zrujnowana. Obecnie chodzi tam już tylko o życie. O życie własne. O przeżycie!

Akcja filmu CK Dezerterzy, jak wiem z opisu jego scenariusza, toczy się w 1918 r. A więc w ostatnim roku I. wojny światowej. Austriacki porucznik von Nogay (Wojciech Pokora) jest służbistą i chce uczynić z wielonarodowej zbieraniny żołnierzy doborową kompanię. Wśród szeregowców znajduje się młody Polak (gra go Marek Kondrat). Wraz z przyjaciółmi planuje ucieczkę. Pomagają mu Węgier (aktor Zoltan Bezeredy) i Żyd (w tej roli Wiktor Zborowski).

Sądząc po aktualnych rozmiarach dezercji w armii ukraińskiej, to miejmy nadzieję, jest to teraz też już ostatni rok tej wojny. Taka prawidłowość… Zawsze to samo: najpierw młodzi ludzie nakręceni przez prowojenną propagandę dają się uwieść militarystom i wstępują do armii. Nawet na ochotnika. Najbardziej znana antywojenna powieść, „Na zachodzie bez zmian” E.M. Remarque’a, opowiada właśnie taką historię. Na moim blogu będzie można  przeczytać bardzo podobne w swej wymowie opowiadanie Alfreda Becka, niemieckiego księdza, do 1945 r. będącego proboszczem w Dusznikach-Zdroju (w Bad Reinerz), który przed powołaniem do kapłaństwa, jeszcze w wieku za młodym, by zostać przyjętym do pruskiej armii, poczuł przemożne powołanie do wojaczki. Był 1914 rok, a on miał lat zaledwie 17. Nie chciano go przyjąć. Niemal komiczne były te jego starania, gdy przemierzał wszystkie garnizony od Opola przez Kłodzko do Jeleniej Góry, prosząc by dano mu mundur. Bezskutecznie. Ale w nowym roku 1915 spełniał już wymagania wiekowe i wcielono go do wojska. Efektem 4 lat w okopach jest właśnie napisane przez niego, przejmujące, wspomnienie pod tytułem „Moje wojenne Boże Narodzenia”.

Kto chce iść na wojnę powinien najpierw takie książki przeczytać. Ze zrozumieniem.

Ukraińcy, chyba nie muszą już teraz czytać antywojennych książek. Wystarczą im chyba opowieści tych, co przeżyli. Wystarczą im widoki tych rozrastających się cmentarzy. Nam, tu w Polsce, media main streamu tego nie pokazują, ale oni tam po prostu przechodzą lub przejeżdżają obok tych nekropolii.

Podobno właśnie na Ukrainie, powstało nowe słowo, aktualne do tego, co się tam dzieje: „mogilizacja”! Na tych terenach, przez które przetoczyła się wojna, to nikt już chyba nikomu nie musi nic mówić: wszystko widać. Widać skutki wojny. Widać, słychać, czuć. Dosłownie.

Chyba jednak obecne pokolenia są mądrzejsze od tych rozentuzjazmowanych młodocianych bohaterów Remarque’a, którzy prosto ze szkoły, z radością biegli do koszar, by wreszcie być w upragnionej armii Kajzera. Dwieście lat pruskiego drylu, militaryzmu, niemieckiego nacjonalizmu dało wtedy, w 1914 r. efekty wspaniałe! Wszyscy chcieli iść na wojnę! Tak, nawet dramat Verdun i innych pól bitewnych i klęska w 1918 roku, nie ostudziły Niemców. W dwadzieścia lat później znów stali w mundurach, na baczność, z ręką wyprężoną w hitlerowskim pozdrowieniu. Znów ruszyli w 1938 i w 1939 r. i latach następnych na podbój Europy. Z wiadomym efektem.

Pomimo zmasowanej akcji propagandowej w mediach, pomimo bajek, baśni i legend, nie widziałem Ukraińców, aby tłumnie zgłaszali się do ich Komend Uzupełnień, aby pójść na front. Pomimo choćby tej najsłynniejszej legendy, czyli o obrońcach na Wyspie Węży, co mieli ponoć bohatersko umrzeć. A oni się poddali (za to jednak żyją!). Teraz już to wiemy. Ale dwa lata temu świat obiegła ta historia. Przy okazji wypromowano wulgaryzm, którym ci „bohaterowie” mieli odpowiedzieć rosyjskim agresorom. Padła kolejna bariera przyzwoitości. To był kolejny akt „zdziczania” nas. Dzikich łatwiej popędzić na wojnę. Chamski, prymitywny tekst, wklejano nam w głowy jako „kultowy”. Pamiętamy, to: „Sowieckij korabl idi na ch…”? Potem Ukraińcy mieli sobie tatuować te słowa. Dzisiaj chyba już ścierają te tatuaże.

Widział ktoś na Ukrainie takie patriotyczne sceny, gdy tłumy mężczyzn garną się, by iść na wojnę?

Owszem, słyszało się w mediach, że wszyscy chcą bronić Ukrainy, wszyscy chcą jej zwycięstwa. Na początku wojny taka była narracja main streamu. Ale nie pokazano nam, aby ochotnicy szturmowali te Wojenkomaty, bo już zaraz chcą na tę pierwszą linię. Nic mi nie wiadomo o takich reportażach. Proszę mnie wyprowadzić z błędu. Nie wykluczam, że nakręcono, gdzieś, jakieś, tego typu filmy propagandowe. W czasach II. wojny światowej cały przemysł filmowy zaprzęgnięto do machiny wojennej i gwiazdy amerykańskiego kina paradowały w Hollywood w pięknych, czyściutkich, wyprasowanych mundurach, „za którymi sznurem” szły najpiękniejsze amerykańskie panny. Władcy fabryki snów kręcili filmy, w których amerykańscy chłopcy zawsze byli bohaterami wojennymi. Dzisiaj specjaliści od kształtowania społeczeństw najwyraźniej doszli do wniosku, że to już nie przejdzie. Łatwiej uwierzy to społeczeństwo w jakieś na pozór autentyczne nagrania. Postawiono chyba na dokumentalne filmy. Te jeszcze są w stanie ludzi przekonać. Zachęcić do wojny. Fabularne, o optymistycznym wydźwięku, już nie: społeczeństwa jednak wyewoluowały. Trochę trudniej wprowadzić je w bojowy nastrój. W ten amok. Ale tylko trochę!

Na początku ukraińskiej wojny bardzo dobrze się to mass mediom udawało. Wygramy! Putina w ziemię wdeptamy. I kto to mówił? Pamiętamy? Nasi politycy. Znów zadziałali w myśl tych „przysłów” polskich: „Koń, szabelka i butelka, ot Polaka miłość wielka”. Oraz: „Na koń się siędzie i jakoś to będzie!”. Żadnej rzetelnej analizy sił. Przede wszystkim analizy możliwości obrony. Igrają naszym losem. Zatajają „doktrynę obronną”, która przewiduje, że polska armia będzie nas bronić na linii Wisły! Pozdrowienia dla rodaków mieszkających na wschód od tej linii! Nie mają nawet bladego pojęcia, ile jest w Polsce schronów przeciwlotniczych. A podobno tylko dla 3% narodu. Nie chcą przyznać, że art. 5 traktatu NATO daje Polsce takie same gwarancje pomocy ze strony Zachodu, jak traktaty z Anglią i Francją obowiązujące w 1939 roku. Każde z państw umawiających się w ramach NATO, udzieli pomocy według swojego uznania! Tak to mniej więcej jest tam zapisane. Ale nasi dzielni politycy, pomimo zerowych gwarancji bezpieczeństwa dla narodu polskiego, niemal nas wmanewrowali w tę wojnę. Wciąż jeszcze próbują! Śmieszne? A teraz? Gdy Ukraina wyczerpana, zniszczona, chce się już poddać, to co my na to? Nadal wiara w sukces, w wygraną?

Opowiedzcie to tym, którzy wrócili z wojny jako ludzkie wraki.

Bez rąk, bez nóg, jako niewidomi. Oraz ich rodzinom. I rodzinom tych, którzy już z tej wojny nie wrócą.

Skoro ochotników nie było, to tylko lepiej o współczesnych społeczeństwach świadczy. W tym przypadku o narodzie ukraińskim. To znaczy, że większość z nas jest jednak zdrowa. I na wojnę iść już nie chce.

Tylko część społeczeństwa zindoktrynowano. Aż do granicy obłędu. Bo kto przy zdrowych zmysłach chce ginąć? Cała ta prowojenna propaganda ma zatem za zadanie wytrzebić wbudowany w naturę człowieka instynkt samozachowawczy i zastąpić go czymś, co pozwoli ludzi posłać na wojnę. Nieważne co to będzie – efekt się liczy! I każdy środek dobry. Co jest pierwszą ofiara każdej wojny? Prawda. Tak, zaraz na początku wojny przypomniano jednak to powiedzenie. Gdy zjawiły się „fejki” i gdy pojawiły się dwie narracje, całkowicie sprzeczne ze sobą: ukraińska i rosyjska. Każda chciała zachęcić swoje społeczeństwo do walki. A narracje sojuszników Ukrainy zachęcały społeczeństwa zachodniej Europy do maksymalnych wyrzeczeń na rzecz tej wojny. Musimy! Oni walczą dla nas i za nas, więc my musimy im pomóc!

Przede wszystkim stawia się w tej grze o prostego człowieka na szlachetny patriotyzm. Najczęściej nie do odróżnienia od jego chorobowej odmiany, zwanej nacjonalizmem. Może to też być chęć zysku: łupy wojenne będziemy dzielić! Może być przynęta awansu: wojsko wywinduje cię na szczyty drabiny społecznej – każdy szeregowy nosi przecież w plecaku buławę!

Myśląc o tych korzyściach przez chwilę zapomina się, że przecież można zginąć. Albo i zostać kaleką. Tak bywa szczególnie na początku wojny, gdy jeszcze wszystko jest dość fajne i prezentuje się dobrze: mundury czyste, sprzęt wojskowy sprawny, towarzysze broni gadają jeszcze ludzkim głosem. Potem dopiero szmaty przesiąkną trupim zapachem, w okopach zalegną się szczury, które nawet tak się nazywają: szczury okopowe. A żołnierze, ci z własnej kompanii, będą myśleć tylko o jednym: jak ocalić siebie samego. Jeżeli się inaczej nie da: to twoim kosztem. Instynkt samozachowawczy wróci. Chyba ze zwariujesz. Na to jest teraz ładna nazwa: PTSM. Post Traumatic Stress Disorder. Zespół Stresu Pourazowego. Nawet jak wrócisz do społeczeństwa, nawet w sumie cały, nie na wózku inwalidzkim, ze zdolnością widzenia nadal – to i tak nie za bardzo będziesz umiał się w społeczeństwie odnaleźć.

Mnie zatem nie dziwi to, że po pierwszym, czy drugim roku wojny, gdy ludzie już wreszcie odzyskują rozum, to wtedy nie wystarcza wysłanie do nich zwykłej karty powołania, aby ich wysłać na front.

Aby zdobyć rekruta trzeba za nim wysłać łapaczy.

Przeklęty internet! Niestety można w nim zobaczyć te sceny. Jak kiedyś z afrykańskiego buszu, gdy Kunta Kinte uciekał przed łowcami niewolników. Mamy demokrację. Podobno na Ukrainie także. Przejawia się ona tym, że na ekrany telewizorów w oficjalnym przekazie państwowych stacji telewizyjnych, jak i w tzw. wolnych mediach, trzymanych na smyczy przez możnych tego świata, nie zobaczy się tych scen pościgów po ulicach ukraińskich miast. Tego wyciągania mężczyzn (na razie jeszcze nie kobiet; na razie..) z autobusów, z prywatnych samochodów. Z domów wreszcie. Wtedy na oczach rodzin. A gdy te ukraińskie żony i matki próbują zasłonić swoich mężów, czy synów, obronić ich, wtedy zaczyna się już tzw. przemoc bezpośrednia. Kobiety krzyczą rozpaczliwie do tych funkcjonariuszy, czy to tzw. Wojenkomatu, czy Policji, aby zostawili tego mężczyznę, krzyczą, że one nie chcą by mąż, brat, chłopak szedł na śmierć! On też czasem krzyczy. Czasem się broni. Czasem ucieka. Ale to się udaje tylko nielicznym. Najczęściej obrona przed tą łapanką jest bezskuteczna! Te filmiki, nagrane z telefonu, przez rodziny, albo przez przypadkowych najczęściej świadków tej łapanki, tych łowów, są dość krótkie. Kończą się po chwili.

Te akcje przypominają łowy na dziką zwierzynę.

Drzwi vana się zatrzaskują. Zwierzę już jest w klatce. Dosłownie! Tylko, kto tu jest dziki? Myśliwi czy zwierzyna łowna? Najbardziej dzicy są ci, którzy te polowania organizują. Ci, w których interesie jest ta wojna. Ci „panowie szlachta”.

Polowanie skończone. Pojechali! Był człowiek. I nie ma człowieka. Filmik się kończy. Życie się kończy. Ci, którzy dostali się potem do rosyjskiej niewoli opowiadają, że od momentu ich „odłowienia” z ulicy, z drogi do pracy, spod domu, minęło często tylko kilka dni i już znaleźli się na pierwszej linii tzw. działań wojennych. Szkolenie wojskowe? Zapomnij! Jesteś wtedy surowcem. A wojenna maszynka do mielenia mięsa czeka na ciebie! Na żadne tam szkolenia nie ma czasu. Wbiją cię w mundur i na wojnę.

Podobno masowo dezerterują teraz, ci przymusowo wzięci do armii Ukraińcy. UA dezerterzy… Przyznam się, że czegoś tu nie rozumiem. Mianowicie, w dotychczasowych wojnach dezercję karano śmiercią. Sąd wojenny i pluton egzekucyjny. Znamy to z wielu filmów. Tylko taka brutalna reakcja trzymała w ryzach ludzi, którzy już nie chcieli walczyć. Nie chcieli brać udziału w bezsensownej rzezi. Chcieli wracać do żon, dzieci, rodzin. Do życia. I tu coś mi się nie zgadza! Ukraińcy, tak przecież zapisani w historii, już od XVII wieku, przez kolejne wieki, jako bezwzględni, okrutni ludzie, nie stosują kary śmierci dla swoich dezerterów? Oni, którzy w 1943 roku zgotowali Polakom Wołyń? Mieliby się łagodniej obchodzić ze swoimi dezerterami? Przecież nie wszystkim UA Dezerterom udaje się zbiec za granicę, do Mołdawii na przykład, czy też uciec w rosyjską niewolę. Może czegoś o tej wojnie nadal nie wiemy? Nie ma takich egzekucji, czy też nie wolno o nich mówić, pisać? Niewątpliwie bowiem, gdyby opinia publiczna dowiedziała się o takich egzekucjach, to sympatii by to Ukrainie nie przysporzyło.

Niech ta wojna wreszcie się skończy. Co daj Boże! Amen!

Polska, grudzień 2024

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry