Proszę mi wybaczyć ten tytuł słynnego dzieła światowej literatury. Moje tu pisanie jest jedynie skromnym przyczynkiem:
Przeciwko wojnie, a za pokojem.
Gdy dziś mówimy o wojnie, to prawdopodobnie wszystkim przychodzi w pierwszej kolejności na myśl aktualna wojna ukraińsko-rosyjska. Moje pokolenie, wychowane na telewizyjnych serialach „Czterej pancerni i pies”, „Stawka większa niż życie” i licznych polskich „wojennych” filmach fabularnych, których sporo jeszcze powstawało w latach 70-tych ubiegłego wieku, jednoznacznie kojarzyło, że jak ktoś opowiadając o przeszłości używał określeń „przed wojną” czy „po wojnie”, to odnosiły się te słowa do II. wojny światowej. Pierwsza wojna światowa była już jakoś zapomniana. Prowadzano nas na te wojenne filmy do kina. Całą szkołą się na nie „chodziło”. Dużo było na ekranie strzelania, wybuchów, dużo bohaterskich czynów. Ale śmierć i rany pokazywane były raczej oględnie, z daleka. A czasem wręcz symbolicznie, gdy reżyser lub scenarzyści mieli zacięcie artystyczne. Ale prawda jest inna.
Wojna to jatka, to „maszynka do mielenia mięsa”.
Dopiero chyba od lat 90-tych te wojenne filmy zawierają sceny bardziej, niestety, prawdziwe: rozszarpane ciała, kalectwo. Przypomina mi się tu „Szeregowiec Ryan” („Saving Private Ryan”, 1997 r.), gdzie w początkowej części – obszernej scenie batalistycznej odtwarzającej desant Aliantów w dniu 6 czerwca 1944 r. na plaży Omaha w Normandii – widać przez moment amerykańskiego żołnierza jak, nieprzytomny w środku pola walki, biegnie trzymając w jednej już tylko swojej ręce tę drugą, którą mu właśnie przed chwilą jakiś pocisk oderwał od ciała. Film zdobył 5 nagród Oscara, 33 inne nagrody, 47 nominacji. Przyniósł prawie 500 mln USD wpływów z dystrybucji na całym świecie i wciąż oglądają go kolejni widzowie w telewizjach oraz w różnych systemach VOD. Zatem miliony ludzi to widziało. I co? Ten film nie ma jednoznacznej antywojennej wymowy: koncentruje się na walce o słuszną sprawę, na patriotyzmie. Obraz kończy się ujęciem na amerykańską flagę. Ale też rozpoczyna się i kończy sceną z cmentarza w Normandii. Setki grobów. Setki identycznych skromnych nagrobków żołnierzy, którzy tam zginęli. Młodych ludzi, którzy nie mieli tyle szczęścia, co szeregowiec Ryan. I co, jakaś refleksja, typu „Nigdy więcej wojen?”. Raczej nie. Raczej gloryfikacja wojennego czynu.

Mają Amerykanie już wielu tych swoich bohaterów z kolejnych wojen USA ze światem: weterani z Korei, Wietnamu, Iraku, Afganistanu. Z dziesiątek innych miejsc, gdzie „marines” bronili demokracji. Czyżby? Mniejsza o politykę, chociaż nie ucieknie się od niej, gdy mowa o wojnie. Wojna bowiem, jak to powiedział Claus von Clausewitz, pruski teoretyk wojny, generał i pisarz, jest jedynie kontynuacją polityki innymi środkami. A pokój to zawieszenie broni pomiędzy dwiema wojnami. A my dalej powtarzamy te XIX-wieczne sentencje. Także tę wcześniejszą „Si vis pacem, para bellum” (dosł. „Jeśli chcesz pokoju, przygotuj się do wojny”), będącą sparafrazowanym zdaniem z prologu do dzieła „O sztuce wojennej” Wegecjusza, historyka rzymskiego z IV w. n.e.
Powtarzamy bezrefleksyjnie, skoro widok tych wojennych cmentarzy nic nas nie nauczył.
Ja wolę te inne sentencje, np. że zasada „oko za oko, ząb za ząb” pozostawia po dwóch stronach bezzębnych ślepców. Także, jako prawnik, wolałem zawsze tę maksymę, że lepsza chuda ugoda od tłustego wyroku. Czyli: nie starajmy się wygrać za wszelką cenę. Za cenę tysięcy poległych. I właśnie o historii związanej z takim skromnym, zapomnianym cmentarzem żołnierzy, którzy zginęli w
dziś już zapomnianej wojnie, chcę tu krótko opowiedzieć.
W Dusznikach-Zdroju, moim rodzinnym mieście, na ścianie kamienicy przy Rynku nr 9, znajduje się tablica pamiątkowa poświęcona Paulowi Denglerowi. Ufundowana została 24 maja 1997 roku. Na tablicy znajduje się jego wizerunek oraz napisy w języku polskim i niemieckim. Paul Dengler był burmistrzem miasta przez 36 lat, Było to w latach 1867-1903. Dzięki jego zaangażowaniu Duszniki stały się jednym z najbardziej znanych kurortów w Europie. A Paul Dengler, zapewne świetny zarządca, znalazł też czas na napisanie broszurki poświęconej zapomnianej wojnie prusko-austriackiej i poległym w niej żołnierzom. Jej tytułowa strona zawiera taki tekst:
„Sprawozdanie z odsłonięcia i poświęcenia pomnika, który został wzniesiony dla 142 Prusaków i 132 Austriaków spoczywających na cmentarzu wojskowym w Reinerz (Duszniki-Zdrój) na podstawie łaskawie przekazanego rysunku Jej Cesarsko-Królewskiej Wysokości Pani Księżnej Koronnej Prus. Sporządzone przez Burmistrza, Porucznika w 3. Regimencie Gwardii Grenadierów Obrony Kraju Paula Denglera. Reinerz, dnia 3. września 1876 r.”
Rozpoczyna się to dzieło tak:
„W roku 1866 podczas wojny prusko-austriackiej miały miejsce w pobliżu Reinerz (Duszniki-Zdrój) bitwy obok Nachod, Stalitz (Ceska Skalice) i Schweinschädel (Jaromer). Około 10 000 rannych było transportowanych przez Reinerz. Lekko ranni byli
transportowani dalej na Śląsk, ciężko ranni pozostawali tutaj, gdzie urządzono różne lazarety polowe w mieście Reinerz i w położonym w pobliżu Bad Reinerz (uzdrowisku Reinerz). Niemal w każdym domu leżeli chorzy żołnierze, uzdrowisko ze swymi wielu pensjonatami, urządzeniami kąpielowymi i koloniami stało się jednym wielkim lazaretem! Mieszkańcy Reinerz dali wtedy wiele dowodów prawdziwie chrześcijańskiej postawy i samarytańskiego miłosierdzia i poświęcenia, za które najlepszą zapłatą było własne serce i świadomość wypełnionego obowiązku miłości.”
Jest to moje tłumaczenie z oryginału, który kiedyś udostępnił mi nieżyjący już pan Ryszard Grzelakowski, lokalny historyk, mieszkaniec Dusznik-Zdroju, który zaangażował sie też w ratowanie tego miejsca pamięci, zniszczonego po 1945 roku. Zachęcam do przeczytania całości, bo jest to, przynajmniej dla mnie, rzecz symptomatyczna. W ogromnej bitwie pod Sadovą (miejscowość pod Hradcem Králové, dzisiejsze Czechy) stanęło przeciw sobie około 400 000 ludzi. Ten smutny rekord pokonała w XIX wieku jedynie bitwa pod Lipskiem w 1813 r. Zginęło pod Sadovą 15 000 żołnierzy. A 10 000 rannych, jak czytamy wyżej, było transportowanych przez Reinerz (Duszniki-Zdrój). W 10 lat po tych krwawych walkach przedstawiciele obu wtedy walczących ze sobą stron, czyli Prusacy i Austriacy, spotykają się w Reinerz w najlepszej komitywie. Służę cytatami:
„Oddalony o 1/8 mili od miasta, położony na wzniesieniu cmentarz, był bogato i elegancko udekorowany. Wzdłuż zielonego żywopłotu, który go otacza, stały, połączone ukwieconymi wstęgami, potężne maszty z flagami w barwach Prus, Niemiec, Austrii oraz flagi Miasta. Pomnik, owinięty jeszcze w tym momencie dużymi pruskimi i austriackimi flagami, znajduje się w środku cmentarza, na wprost wejścia, które obramowane jest wysokimi zielonymi piramidami. Na każdym grobie leżał świeży wieniec, jako symbol tego, że wiecznie zielone, wierne wspomnienie o poległych, powinno pozostać na zawsze.”

Fragment mowy skierowanej do poległych żołnierzy:
„Jak Wy, którzy kiedyś stanęliście naprzeciw siebie w honorowym boju i poprzez Wasze pojednanie w śmierci staliście się mostem do pokojowego i przyjacielskiego przymierza, które teraz łączy dwa potężne państwa za przykładem ich wzniosłych monarchów, tak niech ten pomnik, wzniesiony na granicy niemieckiej i austriackiej ziemi, będzie także dla nas symbolem pokoju i przyjaźni! (…) Niech zatem odsłonięty teraz pomnik, otoczony przez powiewające flagi Prus i Austrii, stoi na zawsze jako znak pokoju – święte przesłanie. Daj Boże!”
A przedstawiciel strony austriackiej powiedział:
„Armia austriacka dziękuje ponadto zwycięskiemu narodowi Prus za uznanie ich czynów i znajduje w tym pocieszenie, widząc swych towarzyszy pod jednolitym mianem bohaterów.”
A miejscowy katolicki proboszcz z Reinerz, jako wstęp do poświęcenia pomnika, wypowiedział m.in. takie słowa:
„Pomnik jest znakiem pamięci i ten pomnik przed nami powinien nam przypominać o bohaterach Prus i Austrii, którzy w gorącym boju 1866 r., pomimo morderczych kul, nie drżeli przed śmiercią. Zasłużyli na honorowy pomnik, wiemy to wszyscy i udowadnia to tak liczny nasz udział, jakiż jednak piękniejszy pomnik moglibyśmy my im wybudować, jak ten, że my wszyscy będziemy działać w tym kierunku, że nasza droga Ojczyzna będzie jednością i takim pomnikiem, o którym przyszłe pokolenia powiedzą z dumą: „tu leżą założyciele naszego szczęścia i naszego pokoju”.
A sam autor tego opisu i jeden z głównych uczestników tego wydarzenia, Burmistrz Dengler zabrał głos podczas dalszych spotkań kontynuowanych w miejscowych restauracjach i powiedział:
„Chyba każdy będący tu dziś w tej uroczystej sali z ciepłem i sympatią usłyszał toast, który właśnie wybrzmiał, wzniesiony przez mojego przedmówcę, skierowany do naszego, umiłowanego przez wszystkich, niemieckiego Cesarza! Mówię to z pewnością w imieniu wszystkich serc, gdy do tego pierwszego toastu dodam drugi. Moi Panowie! Pozwólcie razem ze mną chwalić sprawdzonego przyjaciela naszego Cesarza, Jego Majestat Cesarza Austrii, ukochanego jako ojciec swojego narodu, czczonego jako twórca wielkiej ery, chwalonego i błogosławionego, gdyż jego kraj zawdzięcza mu tak wiele szczęścia i dobrobytu! Wznoszę mój kielich i wołam: Jego Majestat Franz Josef, Cesarz Austrii, niech żyje, niech żyje, niech żyje!”
Również ten toast został przyjęty entuzjastycznie, wraz z towarzyszącym mu hymnem austriackim. I tak bawiono się wtedy, w 1876 roku, do późnego wieczora, w atmosferze przyjaźni między dwoma jeszcze przed 10 laty skłóconymi ze sobą państwami i narodami.
O co była ta wojna Austrii i Prus w 1866 r.?
Niemcy dążyły w tym czasie do zjednoczenia rozporszonych księstw, landów. W kwietniu 1866 roku Austria, powołując się na zagrożenie wewnętrznego bezpieczeństwa ze strony nowo powstałego Związku Niemieckiego, doprowadziła do uchwalenia przez Bundestag mobilizacji sił zbrojnych. Prusy, w walce o prymat w Europie Środkowej, tylko czekały na ten krok, rozpoczynając działania zbrojne prowadzone głównie na terenie Czech. Siły pruskie rozlokowały się pomiędzy Jelenią Górą a Nysą i weszły do Czech przez przełęcze sudeckie. Decydująca bitwa miała miejsce właśnie pod Sadową w pobliżu miasta Hradec Králové. Prusy w zdecydowany sposób pokonały Austrię.
A za parę lat wszystko się unormowało.
Przypomina mi to dzisiejszy konflikt Rosji i Ukarainy. Jego dwie strony także mówią właściwie tym samym językiem: ukraiński jest z tego, co mi wiadomo, jedynie pewną wersją języka rosyjskiego. Łączą oba narody stulecia wspólnej historii, wspólnej kultury. Aktualnie front „na dalekim wschodzie Ukrainy” stoi już od wielu miesięcy. Ukraina jest wyczerpana a USA ma już następne problemy (Bliski Wschód, nadchodzące wybory prezydenckie) i coraz mniej woli politycznej, aby pomagać Ukrainie. Załóżmy, że dojdzie teraz między Ukrainą a Rosją do zawieszenia broni, a może i do zakończenia konfliktu jakimś pokojem, pod międzynarodowymi auspicjami. Czego zresztą powinniśmy sobie wszyscy życzyć. Czy za niewiele lat nie powtórzy się jednak historia z tej dawno zapomnianej XIX-wiecznej wojny? Historia lubi się powtarzać. Dawni wrogowie staną się komilitonami. Czyli staną po tej samej stronie barykady. A my, którzy, jako Państwo polskie tak pomagamy teraz Ukrainie i jako Państwo polskie tak wrogo odnosimy się teraz do Rosji, będziemy niewygodni wtedy dla obu stron. Pogodzone strony nie lubią tych, którzy im kiedyś pomagali, zachęcali do boju, albo odwrotnie: pomagali stronie wtedy im przeciwnej. Tę prostą, psychologiczną zależność, bywa, wiele osób mogło zaobserwować w swoim kręgu towarzyskim, w tzw. zwykłym życiu. Już dziś Ukraina jako Państwo nie okazuje Polsce, należnej nam (jak nam się wydaje) wdzięczności. A Rosja z pewnością nie zapomni tak łatwo naszego zaangażowania przeciwko niej. I co wtedy, gdy dziś zwaśnione z sobą Ukraina i Rosja dojdą do porozumienia?
Czy ktoś przewiduje taki scenariusz?
Bo ja go wcale nie wykluczam. Dlaczego zatem nie prowadzą nasze rządy mądrej polityki zrównoważonego rozwoju? Także w aspekcie stosunków międzynarodowych. Dlaczego polskie władze skłócają nas ze wszystkimi naszymi sąsiadami tak, że dobre relacje mamy już tylko, jak to ktoś zażartował, z Morzem Bałtyckim?


