Hippie Van

Gdy wkraczałem w wiek młodzieżowy, w połowie lat 70-tych ubiegłego wieku era hippisów właśnie się skończyła. Nie załapałem się. W Polsce zresztą niewielu się „załapało”. Skuteczna blokada granic, zwana także „Żelazną kurtyną” oddzielała państwa i społeczeństwa bloku wschodniego od Europy Zachodniej i USA. Działała też w sferze informacji: mało co przenikało do nas z tzw. Zachodu. I o hippisach też nie chciano nam mówić.

Ale o hippisach się słyszało. Tak „hasłowo”: długie włosy, jeansy, gitara, luz – tyle! Gdy ktoś tak wyglądał, to bywało, że inni określali go „hippis”. Nie bardzo wiedząc, co to właściwie znaczy. Swoją drogą, pierwszy paradoks – hippisi odrzucali sztywne normy ubioru dotychczas obowiązujące, a sami wykreowali jednak nową modę, jak zwykle unifikującą wygląd znacznej części młodzieży. 

Z naszej prasy i telewizji, kontrolowanej w tych „słusznie minionych czasach” dokładnie przez Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk w Warszawie, można było się dowiedzieć się, że hippisi żyją dość próżniaczo, niezbyt przejmując się moralnością – co nijak nie wpisywało się w obowiązujący model młodego człowieka dążącego do wspierania rozwoju socjalistycznej Ojczyzny.

Definicje hippisów, ich społeczności, brzmią mniej więcej tak (definicja z Wikipedii): 

Ruch hippisowski, którego członkowie byli nazywani hippisami, hipisami, dziećmi kwiatami albo dziećmi LSD (ang.: hippie,-s; to be hip– żyć na bieżąco, dniem dzisiejszym) – kontrkultura kontestacyjna drugiej połowy lat 60. i początku lat 70. XX wieku.

Niewiele tylko można było się kiedyś w Polsce mojej młodości dowiedzieć o tym istniejącym na Zachodzie już od lat 60-tych ruchu hippisowskim. A jeśli już, to raczej złych rzeczy. Złych – w rozumieniu tych cenzorów. Choć zarazem, kilka cech tego ruchu miało niesamowitą siłę przyciągania. Dla młodych ludzi. Na przykład ta podobno powszechna wśród hippisów „wolna miłość”: nieskrępowane żadnymi dotychczasowymi normami społecznymi relacje wewnątrz młodzieżowej komuny. Gdzieś w Kalifornii na przykład, nad brzegiem oceanu. Niektórzy pewnie o tym wtedy marzyli…

W siermiężnej rzeczywistości PRL-u, z dr Michaliną Wisłocką jako jedyną bojowniczką o prawa narodu do seksu, ze sprzedawaną „spod lady” jej książką „Sztuka kochania”, gdzie samo rozmawianie o seksie było naruszeniem obowiązującego tabu, to co tam za granicą podobno robili hippisi, wykraczało poza obowiązujące tutaj normy społeczne. I mogło budzić pragnienia…

Ten aspekt ruchu hippisowskiego – ta wolna miłość – był zatem obecny w ówczesnej prasie, reportażach.

Dziś oceniam to sobie w ten sposób, że sprytni cenzorzy i ideolodzy moralności socjalistycznej (była taka, podobno..) woleli skierować ewentualne dyskusje na to, co raczej mogło się spotkać z potępieniem: bezładne stosunki seksualne plus wszechobecne wśród hippisów narkotyki. Liczono być może na to, że w sumie jednak były te nowe zjawiska czymś, co społeczeństwo, w swojej większości, oceni negatywnie. I pewnie się nie pomylili. 

Raczej nie poruszano natomiast w mediach tematu innego: antywojennej ideologii wokół której ten ruch powstał. I poważnego tematu pacyfizmu. A tymi zasadami – konkretnie pacyfizmem, w dużej mierze żyli ci hippisi – przynajmniej ci bardziej świadomi. To wtedy powstało słynne hasło: „Make love not war” – czyń miłość (albo po prostu: kochaj się), nie wojnę. 

Walczący ponoć o pokój na świecie blok socjalistyczny, z ZSRR na czele, powinien przecież to antywojenne hasło hippisów akceptować i propagować. Wolano je jednak przemilczeć: młodzi ludzie, którzy za bardzo by sobie je wzięli do serca, zaczęliby naśladować hippisów i też odmówiliby służby wojskowej. Jak ci w USA, którzy protestowali przeciwko wysyłaniu ich do Wietnamu. Służba wojskowa w krajach socjalistycznych była wtedy obowiązkowa i powszechna. I długa. W PRL to były „dwa lata z życiorysu”. A jak ktoś miał pecha i trafił do Marynarki Wojennej – to tych lat było trzy. Dla studentów: tylko rok, po studiach. I na lepszych warunkach. Bo do 1980 roku, po trzymiesięcznym przeszkoleniu wstępnym kwalifikowano ich tam od razu jak oficerów.

Nie rozpisywano się zatem w mediach o hippisach i trudno było nawet w tamtych czasach dotrzeć do takiej choćby wiedzy, czym była ta słynna „pacyfa”. Jeśli już, to kojarzono ten symbol życia w Pokoju z jakimś tajemnym znakiem hippisowskiej wspólnoty, po którym można poznać „upalonego” jak to się dziś nazywa, osobnika, który odmawia społeczeństwu służyć mu swoją pracą od godz. 7 do 15. I zamiast tego, włóczy się po świecie bezproduktywnie, z podobnymi do siebie indywiduami płci obojga.

Rozszyfrujmy sobie zatem po latach, ba, po dziesięcioleciach, te skróty, te mity, te legendy!

Może to tylko historia już. Ale może to znowu wróci? 

I wiecie co? Dobrze, gdyby wróciło!

Dobrze, gdyby powróciło to pragnienie Pokoju na świecie. Gdyż „na dziś” gołąbków pokoju, na tle błękitu nieba, już nie ma. Jastrzębie i orły drapieżne szybują po naszym pochmurnym niebie, gotowe zaatakować w każdej chwili, lotem nurkowym, jak Stuka’sy „Luftwaffe” (niemieckie bombowce nurkujące Junkers JU 87 Stuka z okresu II wojny światowej, zwane „ptakami śmierci” ). 

W imię czego mamy się bić? Patriotyzm, obrona granic, jakieś wartości?

Właśnie przerabiamy krótki kurs dezinformacji. Przez trzy lata ukraińskiej wojny wmawiało się nam, że trzeba bronić wolności i demokracji – dlatego Ukraińcy walczą! Walczą także za nas, a my im pomagamy. Tak nam wmawiali politycy i polskie media. By nagle teraz, po trzech latach, gdy zginęły setki tysięcy ludzi (nikt nie chce powiedzieć, ilu…) stwierdzić, że już nie trzeba więcej się bić – czas już zawrzeć pokój. Czas przystąpić do rozmów. To po co to było, przez trzy lata? Tysiące trupów i kalek. Nie można było od razu usiąść do tego stołu? Zamiast tkwić w okopach… Jeszcze raz wmówiono społeczeństwom wielką wojenną głupotę. Jeszcze raz się udało.

Zestarzeli się hippisi. Niektórzy nawet chyba, wbrew młodzieńczym ideałom, siedzą teraz w tych europejskich i amerykańskich rządach, które równie niefrasobliwie jak te sprzed tamtych wojen, np. tej w Wietnamie, prą do tej obecnej wojny na Ukrainie.

Marzę, by młodzi ludzie na całym świecie ocknęli się i znowu zapragnęli żyć w pokoju! Aby pokazali to światu, tak jak kiedyś zrobili to hippisi. Aby zademonstrowali to znowu tym aktualnym, zgłupiałym już do cna politykom, którzy zapomnieli o tym, że za wszelką cenę to należy strzec pokoju – a nie finansowych interesów oligarchów, czy innych krezusów tego świata.

Pacyfa, to znak pokoju. I taka ironia: a może ten symbol powinien, jako znak pokoju, zastąpić nam chrześcijański krzyż? Jakoś bowiem ten krzyż przez 2000 lat Znakiem Pokoju się nie stał. Czy może się mylę? Uczcijmy twórcę tego znaku: jest nim brytyjski projektant Gerald Holtorn, który do opracowania symbolu wykorzystał alfabet semaforowy używany dawniej przez marynarzy. W obwodzie okręgu, na tak stworzonym kole, umieścił on litery N i D tego alfabetu. Oznaczać one mają: Nuclear Disarmament (ang.: nuklearne rozbrojenie).

Myślałem, że zażartowałem o tym konflikcie pacyfka – krzyż. Ale czytam dalej o pacyfce i czego się dowiadujemy? Otóż faktycznie Kościół z tym symbolem walczy! Był niejaki Anton Szandor LaVey – twórca Kościoła Szatana (Church of Satan). I on widział w pacyfie odwrócony do góry nogami i złamany chrześcijański krzyż (określany jako krzyż Nerona) Stąd też przez niektórych symbol pacyfki kojarzony jest z satanizmem. Taka interpretacja jest głoszona również przez Kościół Katolicki. Ach tak! Teraz przypominam sobie ten plakat, który widywałem w przedsionkach różnych polskich kościołów. Wielki nagłówek na tym plakacie – żółtymi, dużymi literami głosił: NIEBEZPIECZNE ZNAKI. I na plakacie był stylizowany znak drogowy ostrzegawczy (ten z wykrzyknikiem ! – czyli: „Inne niebezpieczeństwa”). A na nim napis: „Katoliku uważaj!”

I tak zamiast pokoju i pokojowej symboliki mamy wojnę religijną. Kolejną…

W tamtych czasach, gdy hippisi jeszcze byli młodzi (bo są ci ludzie i dziś wśród nas, ale już w moim wieku i starsi), pacyfka nie wzbudzała jednak większych emocji. Jeżeli hippisi byli z czymś kojarzeni, to przede wszystkim z narkotykami. Z pewnością, może i większość z nich, cały czas była na lekkim, lub i na mocnym „haju”. I nie specjalnie się chyba troszczyła o te wielkie ideały, w szczególności o Pokój. Ale sama odmowa służby wojskowej przez hippisów jakimś wkładem w pokój na świecie była!

Z mojego obecnego punktu widzenia, to było w tym ruchu najistotniejsze: ten antywojenny sprzeciw młodego pokolenia. Ale jak to generalnie wyglądało? Tego nie wiem. Cała moja wiedza to tylko te opowieści w czytanych czasopismach, hollywoodzkie filmy i trochę tych filmów dokumentalnych, gdzie próbowano opisać to zjawisko. Stąd wiadomo mi, że w USA ten ruch wiązał się z odrzucaniem przez młodych służby wojskowej – nie chcieli iść na wojnę do Wietnamu, gdzie w tym czasie, chyba przez ponad dekadę USA prowadziły wojnę. To chyba też była proxy – war, z ZSRR. Tak, jak ta teraz, na Ukrainie – proxy war z Rosją. Tylko, że teraz USA zrobiły to sprytniej. Amerykańscy chłopcy, dzielni Marines, zostali w bazach. A w okopach, w tym ukraińskim błocie, giną za nich Ukraińcy. I nie powstał być może dlatego nowy ruch hippisowski. Taki Hippi 2.0. 

A tak ich widzę, tych hippisów mojej młodości:

Dzieci kwiaty w hawajskich koszulach, a często bez. Dziewczyny w bikini. Wszyscy raczej wciąż plażowo ubrani. Miejsce akcji: Kalifornia, Floryda lub Morze Śródziemne. Wieczne wakacje. „Pacyfki” jako wisiorki na szyjach. A w tle namiotów lub jakichś domków, tworzących hippisowską osadę (zwaną jako się rzekło komuną), stoją ich samochody. Pomalowane w kwiaty, a przynajmniej różnobarwne. Na dachach aut kolorowe deski surfingowe. 

I tu dochodzę do tematu, hippisowskich samochodów i wykorzystać chcę jako pretekst, by mówić o pacyfizmie. Auta takie przeszły do historii jako Hippie Van. Mają też inną specjalną nazwę: bus Flower-power. Najlepiej, aby właśnie był to bus. Symbolem hippisów stał się słynny Volkswagen Bus Model T1 lub T2, zwany przez Niemców pieszczotliwie Bulli.

To jakiś fenomen. Volkswagen Garbus, samochód, którego ojcem chrzestnym, tak to można powiedzieć, był Adolf Hitler, niesławnej pamięci monstrum, które wywołało najstraszniejszą z wojen – II. wojnę światową, staje się, po latach, podstawą dla zaprojektowania samochodu, który będzie symbolem największego ruchu pokojowego świata – ruchu hippisowskiego lat 60—tych i 70-tych ubiegłego wieku.

Można by, patrząc na tę metamorfozę przedmiotu, powiedzieć: na tym świecie wszystko jest możliwe!

Gdy Adolf Hitler w 1934 roku akceptował słynny projekt Volkswagena – samochodu dla ludu, autorstwa konstruktora Ferdynanda Porsche – samochodu, który miał uczynić III Rzeszę mobilną, podobno wszystko w tym aucie miało nawiązywać do 1000-letniej Rzeszy. Taki był plan Hitlera, aby jego Państwo trwało wiecznie. Według założeń konstrukcyjnych tego samochodu wszystko miało się mieścić w liczbach 10, 100 i 1000. Spalanie benzyny: poniżej 10 litrów na 100 km (wtedy: super oszczędny pojazd!). Prędkość maksymalna: około 100 km na godzinę (wtedy: bardzo szybko!). No i cena: poniżej 1000 Marek. To miał być samochód dla niemieckiej rodziny. Prosty silnik typu bokser chłodzony powietrzem – a więc zbędna była chłodnica i cały układ chłodzenia. Umieszczony z tyłu silnik i napęd na tylne koła – a więc zbędny był wał napędowy na całej długości auta. 

Ale miał też ten samochód dawać radość! Fabrykę, w której zaczęto go produkować nazwano Kdf-Wagen (Kraft durch Freude-Wagen). „Siła przez radość” – taki to był slogan. Gdzieś ta radość plątała się przy narodzinach konstrukcji Volkswagena. Ale wkrótce rozpoczęła się wojna i radości nie było. Nazwa, nadana mu podobno przez samego Hitlera: „niemiecki samochód ludowy” (Volkswagen) przyjęła się jednak. A sam lud niemiecki nazwał to auto „Käfer”, czyli chrabąszcz. Z wyglądu bardzo podobne było do jakiegoś chrząszcza. W Polsce nazwę miał ten samochód niezbyt elegancką, ale pasującą do linii nadwozia: garbus. A Amerykanie, gdy już do nich, po wojnie, dotarł, nazwali go Beetle (żuk).

Najpierw jednak ten późniejszy starszy brat samochodu pacyfistów poszedł na wojnę. Ludzie z fabryki przerobili go na różne wersje samochodów wojskowych. A ludzie z Wehrmachtu i SS nazwali go Kübelwagen („wiadro, pudło” – taki terenowy „łazik”), a inną jego wersję nazwali Schwimmwagen (bo mógł w tej wersji i pływać – amfibia).

Choć najpierw po wojnie powrócono do idei popularnego samochodu osobowego, dla niebogatych wtedy Niemiec i dla całej, tak samo biednej Europy – i Volkswagen wciąż zwiększał produkcję „garbusów”, to pewien Holender, importer tych samochodów, miał pomysł, jak się okazało, biznesowo fantastyczny. Aby wykorzystać ten silnik i całą tę konstrukcję, ale zrobić inne nadwozie. I według jego inspiracji skonstruowano w Volkswagen AG pierwszego na świecie mini-busa. Ciekawostka: nazwano go wtedy „kombi”. Był to też pewien przełom; samochody tego typu nie kojarzyły się wtedy najlepiej. Samochód, był wciąż symbolem prestiżu, zamożności i pojazdy z wyraźnie zaakcentowaną powierzchnią ładunkową były kojarzone z rzemieślnikami – a to wykluczało ten wyższy status społeczny. 

Określenie – kombi – miało oddawać różnorodność możliwych zastosowań. VW Kombi, późniejszy VW Bus, przewieźć mógł do 8 osób, albo przetransportować ileś tam skrzyń, pakunków i co tam, jeszcze kto, chciał przewieźć. Taki pojazd dla tych, co chcą wykorzystać auto w pracy, a w niedzielę pojechać z rodziną na wycieczkę. Albo do kościoła (wtedy na Zachodzie jeszcze tak było). Zaczynał się w Niemczech Zachodnich „Wirtschaftswunder” (cud gospodarczy) lat powojennych.

I gdy w 1950 roku pierwszy VW Transporter wyjechał z fabryki na ulice, zaczęła się era VW-Busa. 

Miał silnik o mocy 24 km i mógł załadować i przewozić nawet 750 kg! Czyż nie jest to piękne? Te skromniutkie 24 konie mechaniczne? Jak niewiele mocy trzeba było kiedyś, aby uszczęśliwić człowieka! Dziś 24 KM to często jest końcówka: samochód osobowy z silnikiem o mocy 124 KM to dość słaba wersja. A 224 KM to owszem, wystarczająco – ale tylko dla rodzinnego dużego SUV-a. Taki, rzec by można, standard – szału nie ma…

Prostokątne pudełko na kołach (tak wyglądały pierwsze rysunki techniczne projektu VW Busa) nie było może błyskawicą, ale było niesłychanie funkcjonalne. Trochę je zaokrąglono w fazie przedprodukcyjnej i gdy już doszło do seryjnej produkcji, nie było takie kanciaste. U nas, w Polsce, niektórzy nazywają ten model „ogórek”. Niemiecka nazwa „Bulli” nawiązywała podobno do pierwszych liter słów Bus i Lieferwagen (samochód dostawczy). A coś w niej jest też chyba z niemieckiego słowa „bullig”, czyli krępy, muskularny – bo taki ten pojazd był. Mały, ale mocny!

Nawet go tak reklamowano: „Nigdy nie możesz być pewnym, czy po drodze nie będziesz musiał zabrać ze sobą jakiegoś słonia”. I z busa wychodził słoń. No, może nie największy, ale jednak!

VW Bus przepracował już prawie 20 lat i raczej nie zadawał się z tymi, dla których codzienna praca, wydajność, materialny sukces i tego typu sprawy nie znaczyły zbyt wiele. Ale, gdy w drugiej połowie lat 60-tych ubiegłego wieku hippisi odczuli potrzebę podróżowania, okazało się, że to idealny pojazd „rodzinny” dla nich. Ich „rodzinom” nie wystarczał klasyczny 4-5 miejscowy samochód osobowy. Za to bus mieścił większe rodziny hippisowskie. A na dachu jeszcze cały ich dobytek (bo niewiele tego było…). I można było w nim nawet mieszkać. Były jeszcze inne auta, które w Europie Zachodniej uzyskały wśród hippisów status „kultowych”: francuskie Renault R4 i słynna „cytryna” – Citroen 2CV. Tylko, że one nie nadawały się do stworzenia tej „wspólnoty na kołach”. Za to w USA chyba w tym czasie wyboru nie było: wielkie amerykańskie „krążowniki szos” absolutnie nie „wpisywały” się w styl luzu, i minimalizacji potrzeb życiowych. A wielkie amerykańskie pick-up’y już wcześniej „zarezerwowali” sobie farmerzy i współcześni cowboy’e.

Fabryka Volkswagena czuła, że ludzie po latach bezbarwnej powojennej szarości potrzebują do życia więcej barw i taką, turystyczną wersję swojego VW Busa nazwała „tanecznie”: Samba. Miał w dachu rząd podłużnych okienek, co pasażerom hippie van’a, ukojonym tym, co akurat zażyli, pozwalało oprzeć głowę na piersi koleżanki i patrzeć przez te okienka w niebo. Przedsmak raju. „Turn on, tune in, drop out” (włącz się, dostrój, odleć) – to były hasła hippisów odnośnie codziennych wspomagaczy. 

Zaczęto lakierować busiki w w wesołe kolory. A nawet pojawiły się już fabryczne, sympatyczne, dwukolorowe wersje. Ale dla hippisów to było za mało. Kolorowe wizje, jakie z pewnością mieli po LSD i innych drugach, zaowocowały cudowną sztuką „street art”. Można tak powiedzieć, bo przecież te pomalowane w abstrakcyjne wzory, kwiaty, czy napisy samochody przemieszczały się po europejskich i północnoamerykańskich drogach i ulicach. A wyruszały też i na kontynentalne wyprawy. Najczęściej po bezdrożach Azji, do Indii, w poszukiwaniu absolutu w religii hinduizmu. A może u Dalaj Lamy w Tybecie? To były wtedy popularne kierunki eksploracji świata, ucieczki od kapitalizmu i poszukiwania drogi do swojego wnętrza. 

Hej ludzie, którzy wsiadacie dzisiaj do swoich samochodów w kolorach nadwozia: szary, czarny, srebrny, ew. jeszcze biały – żałujcie! Rano, w garażu lub na ulicy, przed domem zlewają się wam te barwy z szarością dnia. Na korporacyjnym parkingu są szarym wstępem do kolejnego etapu w korporacyjnym wyścigu szczurów. 

A hippisi? Wychodzili sobie koło południa z kolorowego busa. A jeśli z namiotu, bungalowu – to od razu patrzyli na swoje autko i ta paleta barw na ich busie „robiła im dzień”.

Nota bene: dzień się hippisom nie zaczynał tak jak wam. Czyli o świcie, by po godzinnym dojeździe do pracy (czasem po drodze jeszcze przedszkole, czy szkoła – latorośle trzeba przygotować do kolejnych „sezonów wyścigowych”), zdążyć, na zaczynający się niemal gongiem, jak na giełdzie finansowej, dzień pracy w waszej spółce z o.o. czy S.A. Tak… Oni wstawali pewnie koło południa… I patrzyli na te śliczne wzorki: w kwiat słonecznika, obramowane wyłupiaste reflektory na masce VW Busa, naokoło na nadwoziu kwiaty, kwiatki, słoneczka, wzorki serduszek, gołąbki pokoju, pacyfki duże i małe, tęcza i napisy „Love”, „Flower Power”, „Peace”. To trzeba zobaczyć! Zajrzyjcie do internetu. Wystarczy wpisać: vw bus hippie van.

Peace, pokój – to mnie zainspirowało. Dlatego piszę ten artykuł. Aby przypomnieć, że był taki szczęśliwy dla świata czas, że młodzież chciała pokoju. Czy dzisiaj chce?

Wolność zgromadzeń, wolność słowa – podobno to wszystko jest. I co? I nic! Czy od początku wojny na Ukrainie młodzież wyszła na ulice by protestować przeciwko tej bezsensownej masakrze? Nie. A tam giną ich koledzy. Młodzi Ukraińcy i młodzi Rosjanie. Czy przeczytać gdzieś można artykuły o tym, że młodzi chcą żyć w miłości, w pokoju? Nie. Temat jest inny: czy już wprowadzić obowiązkową służbę wojskową, czy najpierw udawać, że zrobimy „dobrowolne szkolenia”. To ostatni pomysł polskiego rządu. W ostatniej chwili chyba zmodyfikowany, aby stopniowo chwycić tych młodych. Bo o ile dobrze słyszałem, to w pierwszej wersji to miały być przeszkolenia obowiązkowe. Dla wszystkich. Przeszkolenia – żeby nie nazwać tego „po imieniu”. Czyli? Służba wojskowa. Bo, jak zwał, tak zwał, ale dzielnym politykom (spadkobiercom tych co to przez Zaleszczyki jako „My pierwsza brygada” wiali we wrześniu 1939 roku z Polski) chodzi o przywrócenie obowiązkowej służby wojskowej. Tyle, że metodą „gotowania żaby”. Pojęcie znane. Kto nie wie, o co w tej metodzie chodzi, niech zapyta Googla. Tak to się robi.

Sięgnąłem jeszcze do Wikipedii, aby poczytać o hippisach. Cytuję fragmenty:

Była to rewolucja proklamująca bunt młodych przeciwko światu dorosłych (nie wierzcie nikomu po trzydziestce) i jego instytucjom: rodzinie, kościołowi, szkole, zakładowi pracy, szefom, rywalizacji, pieniądzowi, wojsku, wojnie, normom, przymusom, zakazom (zakazuje się zakazywać), hipokryzji, konwencji ubioru, własności prywatnej (życie w komunach). Przejaw kontrkultury odrzucające normy społeczne oparte na konsumpcji, rywalizacji i materializmie.

(…) Konsekwencjami istnienia tego ruchu stało się rozszerzenie zasięgu ruchów pacyfistycznych i ideologii ekologicznych, zainteresowanie duchowością Wschodu, krytyka tzw. wyścigu szczurów, konformizmu, wszelkiego konsumpcjonizmu.

(…) Nadbudową ideologiczną ruchu hippisowskiego był skrajny pacyfizm, co wyrażają hasła Make love, not war (czyń miłość, nie wojnę), Non violence (bez przemocy) i Peace and love (pokój i miłość). Wszyscy ludzie są braćmi, a świat jest na tyle duży, że starczy na nim miejsca dla każdego (co wiązało się z odrzuceniem wartości własności prywatnej). Mężczyźni nosili długie włosy, co było wyrazem wolności oraz sprzeciwu wobec konieczności odbywania służby wojskowej. Hippis żyje dniem dzisiejszym, żyje każdą chwilą, nie martwi się o to, co będzie jutro, nie nosi zegarka, bo czas dla niego jako taki nie istnieje. Chodzi boso, gdyż jest dzieckiem ziemi, nie depcze matki natury, stara się żyć z nią w zgodzie i ją rozumieć. Unika kontaktów z wszelkimi instytucjami, zarówno świeckimi (jak szkoła, wojsko, praca), jak i kościelnymi, a zawsze robi swoje. Hippis prowadzi życie w drodze, tzn. nie ma stałego domu, ciągle się przemieszcza. Wolność dla niego to brak przymusu, rodziny, norm moralnych. Żyje w zgodzie z naturą i odrzuca normy, które obowiązywały w świecie dorosłych, a zastępuje je własnymi kryteriami moralnymi, które cechowała daleko posunięta swoboda obyczajów, przejawiająca się wolnym stosunkiem do seksuzamiast wojować, lepiej uprawiać seks. Rodziną dla hippisa jest cała społeczność hippisowska, składająca się z jego braci i sióstr. Miejscem spotkań hippisów są różne festiwale, zarówno muzyczne, jak i manifestacje, protesty antywojenne.

(…) Hippis zwykle jest wegetarianinemzwierzęta to moi przyjaciele, a ja nie jadam przyjaciół. Często żyje w tzw. komunie hippisowskiej, gdzie wszystko jest wspólne, nawet dzieci. Stara się być samowystarczalny, uprawia ziemię, szyje ubrania, wykonuje drobne sprzęty codziennego użytku. Zazwyczaj nie posiada stałego zatrudnienia. Hasła te były aktualne zwłaszcza w obliczu prowadzonej przez USA wojny w Wietnamie, na którą prowadzono przymusowy pobór do wojska. W USA i krajach Europy Zachodniej ruch był proklamowanym sprzeciwem wobec rosnącego dobrobytu, skutkującego brakiem wolności, miłości oraz „braterstwa”. Hippisi swoje zasady życia zgodnego z sobą samym znajdują w Dezyderatach.

„Dezyderata” – wiersz manifest z 1927 roku, spisany jako litania ze wskazówkami „jak żyć?”, przez amerykańskiego poetę Max’a Ehrmanna. W roku 1950 opublikowano go w gazetce parafialnej Starego Kościoła pod wezwaniem Św. Pawła w Baltimore. W ten sposób trafił do kultury masowej. A na skutek pewnego nieporozumienia długo uważano, że jest bardzo, bardzo starym tekstem, anonimowego autora, z 1692 roku, gdyż pierwsza strona gazetki, na której znajdował się tekst Dezyderaty, posiadała stopkę z tą datą i informacją: „Stary kościół św. Pawła” (była to data powstania parafii oraz budowy pierwszego kościoła). 

Dezyderata przetrwała.

Jest nawet dość popularna wśród ludzi wykształconych – ujmuje piękne zasady życia. Można się nią kierować. Jednak stała się tylko indywidualnym świeckim katechizmem.

Co jeszcze pozostało nam po hippisach? Muzyka. Bob Dylan i jego najsłynniejszy chyba song „Blowing in the Wind”, który stał się hymnem ruchu antywojennego. Pozostało wspomnienie festiwalu muzycznego, który odbył się w Woodstock w sierpniu 1969 roku i jest do dziś uważany za największe święto ludzi wolnych. Wystąpili tam m.in. Janis Joplin i Jimi Hendrix, którzy swój hippisowski styl bycia przepłacili życiem. W Polsce, jak zwykle z opóźnieniem, mieliśmy swój Festiwal w Jarocinie a także „Przystanek Woodstock” przemianowany potem na „Pol’and’Rock Festival”, które wyrosły z atmosfery hippisowskiej kultury „dzieci kwiatów”, ale nie stanowiły raczej żadnego już protestu antywojennego i dawały jedynie wyraz młodzieżowym frustracjom i szeroko rozumianej kontrkulturze oraz były sceną dla muzyki alternatywnej.

Wydaje się, że współczesna młodzież pogodziła się z faktem, że się idzie na wojnę.

Ruch hippisowski nie przetrwał. Jak śpiewał w Polsce zespół „Perfekt” w piosence „Nie płacz Ewka” z 1981 roku:

Hej prorocy moi z gniewnych lat, obrastacie w tłuszcz.
Już was w swoje ręce dopadł szmal, zdrada płynie z ust”. 

Hippie Van – czyli VV Bus z tamtych „gniewnych lat” – przetrwał. 

Ale tylko na fotografiach i w samochodowych muzeach. 

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Ta tresc jest chroniona przed kopiowaniem
Przewijanie do góry