Myślałem do tej pory, że ostatnim romantykiem, przynajmniej dla mnie, jest mój ulubiony pisarz Erich Maria Remarque.
Najbardziej znany ze swojej słynnej, kilkukrotnie już filmowanej, antywojennej powieści „Na Zachodzie bez zmian”. Ta książka to realistyczny, a momentami drastyczny, opis wojny. Z jej okropnościami. I o jej, wojny, każdej wojny, bezsensie. Jednak w innych powieściach Remarque jest już często wybitnie liryczny, uczuciowy. Opisuje miłość. Miłość w trudnych czasach prześladowań i wojen. Lub powojennej biedy. Jest w tych opisach właśnie romantyczny. Mam nawet jego biografię, przetłumaczoną na język polski, która ma taki tytuł: „E.M. Remarque – ostatni romantyk”.
Ale ostatnio obejrzałem na kanale TVP Kultura film dokumentalny pod tytułem „Antoine de Saint-Exupéry – Ostatni romantyk”. I o nim chcę dziś trochę napisać.
I skoro o romantykach mowa, to jeszcze o innym… Jest piękna piosenka o Marku Hłasce – naszym, polskim romantyku. Dziś już raczej zapomnianym, a w latach 50-tych ubiegłego wieku niezwykle popularnym. Był młodą, wtedy wschodzącą, gwiazdą naszej literatury.
Piosenka ma tytuł „Fragment pewnego artykułu o Marku Hłasce” i są tam w ostatniej zwrotce takie słowa:
Za wcześnie odszedłeś panie Hłasko
w jakimś obcym, złym hotelu,
a przecież twoje niebo i tak wciąż nad nami
i głupich marzycieli wciąż jeszcze tak wielu
Dawno nie śpiewałem tej piosenki, a bardzo ją lubię.
Ale wracam do Antoine de Saint-Exupéry’go – on też za wcześnie odszedł. Ale tak to jest. W ten sposób powstają legendy. Zostają z nami ich historie niedokończone, przerwane: Marylin Monroe, J.F. Kennedy, Krzysztof Komeda, inni… Można by ich wymieniać długo, przedwcześnie zmarłych, czasem zabitych: krótkie ich okresy twórczości, czy też działań, a jednak wielki dorobek. I są niezapomniani. Antoine de Saint Exupéry też odszedł za wcześnie. Miał tylko 44 lata, gdy zginął.
Dokumentalny film o Antoine de Saint-Exupery, który obejrzałem pokazuje przepięknego człowieka!
Co za człowiek, co za życie!
Kończy się ten film informacją, że jego najsłynniejsza książka, „Mały Książę”, została przetłumaczona na 159 języków i dialektów świata. Poczekałem na napisy końcowe, aby zobaczyć, w którym roku ten dokumentalny film powstał. W 2016 roku. No, to mogę powiedzieć, z całą pewnością, że nie 159, ale co najmniej 160 języków! Bo, będąc w Zakopanem, a wcześniej czytając już o tym, widziałem tę książeczkę, z tą słynną na cały świat okładką: z Małym Księciem – chłopczykiem stojącym na małej planecie. Leżała w witrynach tamtejszych księgarń. „Mały Książę” został przetłumaczony przez jakąś panią na gwarę góralską. Będąc następnym razem w Zakopanem, na pewno kupię „Małego Księcia” po góralsku… Wtedy się tak chwilę zastanawiałem, ale teraz wiem, że kupię.
Coś czytałem jeszcze, kiedyś, tego pisarza. „Ziemia planeta ludzi” i „Nocny lot”. To dwa tytuły, które mi pozostały w pamięci. Ale w tej chwili nie potrafię wspomnieć tych dalszych, które były wymieniane w tym filmie. Pomagam sobie więc tutaj Wikipedią, ale nie będę przepisywał wszystkich tych tytułów (choć nie ma ich zresztą tak wiele). Jeszcze tylko jeden tytuł, taki romantyczny właśnie, tej pierwszej jego książki, która wydana została w 1928 roku: „Poczta na południe”. Dostawał nagrody. W 1939 roku Grand Prix Akademii Francuskiej.
Najważniejsze jednak to chyba przeczytać to, co pisał. Nie tylko „Małego Księcia”. Tę bajkę znamy chyba wszyscy. I to jest podstawa. Być może nie trzeba nic więcej, aby poczuć człowieczeństwo zawarte w tych utworach. Oraz docenić geniusz Antoine de Saint Exupéry’ego. Ale warto przeczytać i te inne jego dzieła. Bo pięknie pisał. I chciał nam przekazać jeszcze więcej, niż zmieściło się na niewielu stronach „Małego Księcia”. Chociaż można też zasadnie twierdzić, że treść tej książeczki jest bogatsza niż wielotomowe dzieła.
Całe życie tego pisarza było niesamowite.
Francja, Paryż, tamtejsza bohema artystyczna, lat 20-tych ubiegłego wieku, gdy on wkracza w dorosłe życie. Potem Afryka. Antoine de Saint Exupéry jest na razie tylko lotnikiem, jeszcze nie pisarzem, i lata w firmie przewozowej. Potem Argentyna. Loty nad Andami. Znowu Afryka. W 1935 roku dokonał próby pobicia rekordu świata. Z Paryża do Sajgonu. Wtedy był już doświadczonym lotnikiem. Był już też sławny jako pisarz. Chciał pobić rekord długości lotu bez odpoczynku. Jak najszybciej pokonać ten dystans. Oczywiście jednak, nie jednym lotem, lecz z przerwami. Ówczesne samoloty nie potrafiły pokonywać bez międzylądowań aż tak długich dystansów. Nie wiem, ile to było tysięcy kilometrów. Ale była to wielka odwaga.
Podczas tej próby długodystansowej wyprawy doleciał tylko do północnej Afryki i tam rozbił się gdzieś w piaskach libijskiej Sahary. Przeżył. Potem tę swoją przygodę uratowania się na pustyni oraz przygodę swego najlepszego przyjaciela, uratowania się w śniegach Andów, przeobraził w książkę, gdzie ujął te zdarzenia w dwa opowiadania. Książka stała się bestsellerem. Reminiscencje tego wypadku na pustyni są także zawarte w „Małym Księciu”.
Takie loty wiązały się z ogromnym ryzykiem. Zresztą Antoine de Saint Exupéry był jednym z pionierów latania, lotnictwa i wszystko wtedy było ryzykowne. Był pilotem, gdy technika lotnicza dopiero powstawała. I, jak wszystko, co nowo tworzone, była bardzo zawodna. A on sam był trochę też, może nie lekkomyślny, ale często rozkojarzony. Cóż, twórca… Zdarzyło mu się podobno lądować, zapominając o wysunięciu podwozia z kołami. Albo wzbudzał panikę na lotnisku, bo lądując wydawało się, że jego samolot się rozpada – a to tylko łopotały na wietrze niezamknięte przez niego drzwi od kabiny pilota. Ale to było raczej jego roztargnienie.
Nie szukał ryzyka. Szukał pełni życia.
Warto zapamiętać jego dewizę życiową: „Nie kocham niebezpieczeństwa. Wiem, co kocham. Życie”. Chociaż, trawestując znane powiedzenie można o nim też powiedzieć „Wypadki (lotnicze) to jego specjalność”.
Ale pomimo tego i innych „zdarzeń” Antoine de Saint Exupéry znów zapragnął dokonać wielkiego lotniczego wyczynu. Za odszkodowanie wypłacone mu przez ubezpieczyciela za zniszczony w Afryce samolot, kupił następną awionetkę i wystartował w USA z Nowego Jorku do lotu, który miał pokonać dystans obu Ameryk – celem była Ziemia Ognista na krańcach Argentyny. I znowu lot skończył się wypadkiem, gdzieś w Gwatemali. Długo się po tej katastrofie leczył, ale pewne skutki, między innymi niedowład ręki, miały już pozostać na stałe. Te upadki, te katastrofy swoje i przyjaciół lotników, te swoje niepowodzenia, słabość, zwątpienia, przetwarzał w powieściach w ogólną prawdę o człowieku – walczącym z przeciwnościami, podnoszącym się po doznanych klęskach. I to jest wielkość jego literatury – opowieść o człowieczeństwie. I jasne kierowanie się dyrektywami moralnymi: przyjaźnią, solidarnością z innym ludźmi, pragnieniem pokoju. Tego wciąż nam ludziom, na Ziemi, planecie ludzi, potrzeba.
Lataniem był zafascynowany od dzieciństwa. Jako chłopak skonstruował „rowerolot” – rower z przypiętymi do ramy skrzydłami z naciągniętych prześcieradeł. Potem to pragnienie latania konsekwentnie realizował. Został pilotem, gdy powołano go do wojska w roku 1921 i uzyskał skierowanie do jednostki lotniczej.
I te jego kobiety!
Nie był jakimś podrywaczem. Miesiące, bywało, może i lata, spędzał w samotności. Jak wtedy, gdy w Afryce Zachodniej, był kierownikiem placówki lotniczej w Cap Juby, między Oceanem a pustynią. Sam na sam z niekończącą się Saharą. Ale zakochiwał się w swoim życiu często. I był też kochany. Przez różne kobiety. Jego żoną, formalnie do końca życia, była Consuele. Pochodząca z Salwadoru – jest takie państwo w Ameryce Środkowej. Poznał ją jednak w innej części kontynentu – w Ameryce Południowej, w Buenos Aires. Co za życie! Paryż, Buenos Aires, Kair, Maroko, Casablanca, Dakar. Już same te nazwy są jak z oskarowych filmów, jak klasyka kina. Zresztą Antoine de Saint Exupéry miał też i to: jedną z jego powieści Hollywood zekranizowało. I to był kinowy sukces. W USA mieszkał w Nowym Jorku, a także w Los Angeles, właśnie w Hollywood, gdzie zaawansowane były rozmowy nad drugim filmem według jego prozy. A był też jego pobyt w Moskwie, epoki Stalina. Wciąż był ciekawy świata. Nie wiem, czy i tam też, ale wszędzie jakieś kobiety przy nim były. Chyba ostatnią była ta Sylwia, Amerykanka. Ona nie znała francuskiego, on nie znał angielskiego, ale spędzali z sobą mnóstwo czasu. Do USA wyjechał z okupowanej przez Niemców Francji, typową drogą ówczesnych emigrantów, uciekających z Europy zalanej przez nazistów – poprzez Portugalię. Opisywał te wojenne wędrówki ten inny, „mój” romantyk, E.M. Remarque („Noc w Lizbonie”).
Antoine de Saint Exupéry popłynął do USA na pokładzie transatlantyku z poczuciem misji.
To nie pierwszy raz, gdy jest on w istocie rzeczy przeciwko wojnie.
W latach 1936-1937 kilkukrotnie przebywał jako reporter w Hiszpanii, która była wtedy rozdarta wojna domową. Opowiadał się przeciwko generałowi Franco.
Tylko nie jest to ten rodzaj antywojenności, który byłby pacyfizmem. Dlatego nie jest to mój bohater. Taki bez żadnych zastrzeżeń. Szanuję jednak wielce tego pisarza za ogólnoludzkie wartości, które podkreślał w swoich powieściach. Ale też nie mylę się chyba, że był dzieckiem swojej epoki. Tej pierwszej połowy XX wieku, gdy ultrapatriotyczne wychowanie młodzieży Europy, czy byli to obywatele Prus Kajzera Wilhelma, czy sanacyjnej Rzeczypospolitej, czy jeszcze innego kraju, powodowało, że młodzi ludzie garnęli się do armii, by bronić swoich ojczyzn.
Swoich – tak im wmawiano. I w patriotycznym uniesieniu maszerowali do koszar. W rzeczywistości walczyli o czyjeś interesy. Nie swoje. Natomiast stawką tej walki było ich własne życie.
Historia się powtarza i w tych dniach, gdy to piszę, a Prezydent Donald Trump zaczął realizować właśnie swoją przedwyborczą obietnicę, iż zakończy wojnę na Ukrainie, wreszcie można się dowiedzieć, że tym razem też chodziło o pieniądze. A nie o jakiś patriotyzm.
Patriotyzm jest dobry, aby ukształtować społeczeństwa w ten sposób, by potem można było zarobić na wojnach, na które się te społeczeństwa wyśle.
Antoine de Saint Exupéry’emu wydawało się jednak, już tam na miejscu w USA, że mimo wszelkich starań, ta sprawa nie idzie naprzód. Był rozgoryczony. Do tego doszły też kłopoty zdrowotne. Ale nie zaniedbywał pisania. Wspomnianej już amerykańskiej przyjaciółce, Sylwii, gdy opuszczał Stany Zjednoczone, powierzył manuskrypt „Małego Księcia”.
Na napisanie „Małego Księcia” namówili go wydawcy jego książek. Był już wtedy słynny ze swoich powieści. Wiedzieli też, że pięknie rysuje. W szczególności lubił rysować często takiego ludzika w kombinezonie lotnika. I sądzono, że mógłby, na tę swoją depresję, na to swoje przygnębienie, bo takie były jego nastroje w ostatnich latach jego życia, napisać bajkę dla dzieci. Dobrze by mu to zrobiło. Zrobił to więc. Napisał jednak książkę dla wszystkich: dla dzieci, ale zarazem dla dorosłych.
W 1944 roku „Mały Książę” został wydany w dwóch językach w USA: po francusku i po angielsku. I stał się bestsellerem. A Francuzi mogli książkę przeczytać dopiero w 1946 roku. Wtedy Antoine de Saint Exupéry nie żył już od 2 lat.
Co mnie najbardziej w tej książeczce ujęło, teraz, gdy czytam to znowu? Takie uproszczenie, które jest niezwykłą syntezą: jedna planeta, ta Ziemia, a na niej w zasadzie jeden człowiek, Autor. Reprezentuje jednak nas wszystkich: nas ludzi. Ludzkość. Na planecie, którą w innej swej książce określił po prostu tak: „Ziemi, planeta ludzi”. Pojawiają się wprawdzie także inni oprócz Autora, ludzie, np. w opowiadaniu Lisa, którego Mały Książę oswoił, są myśliwi. Jest Zwrotniczy, który wysyła pociągi unoszące innych ludzi „w lewo i w prawo”. I jest człowiek prowadzący parowóz. Są też podmioty zbiorowe. Oprócz myśliwych, właśnie podróżni. A także dzieci. I jest też pewien Kupiec, sprzedający pigułki zaspokajające pragnienie – po połknięciu jednej przez tydzień nie chce się pić! Ale wobec Małego Księcia jesteśmy jednością.
Ciekawe, jak ten fragmencik o cudownych pigułkach odczytują dzisiejsze pokolenia czytelników, dla których pigułki są czymś tak codziennym, a zarazem niecodziennym – jak te pigułki szczęścia… Tak, ta książeczka z pewnością nie jest wyłącznie dla dzieci. I każda epoka może ją różnie interpretować.
Ale tych kilka postaci zarysowanych przez Autora jest tylko pewnym przybliżeniem, aby Mały Książę mniej więcej pojął, co to są ludzie i że zajmują się oni różnymi sprawami. Autor zamieszcza jednak też takie zdanie: „Wszyscy ludzie są do siebie podobni”. Odczytuję, pewnie większość z nas, tę książeczkę jako potraktowanie nas jak wielkiej ludzkiej rodziny. Z takimi samymi marzeniami, obawami, pragnieniami…
Odkrywcze – w tych naszych czasach, gdy dzielimy się coraz bardziej.
Gdy podziały idą nie tylko wzdłuż granic państw, ale także wewnątrz krajów. Gdy my, mamy w Polsce te dwa „plemiona”, umownie nazwane PIS i PO, ziejące do siebie wręcz organiczną nienawiścią. A nadto zauważamy już (kłania się tu nasze polskie przysłowie „Mądry Polak po szkodzie”), że mamy kilka milionów Ukraińców. Nikt nawet nie wie ile. Czy trzy, czy pięć milionów? Dane podawane są w przybliżeniu do jednego miliona… I już nie jesteśmy państwem jednolitym etnicznie. Co ja osobiście bardzo sobie w Polsce ceniłem. Z szacunkiem wobec resentymentów naszych Kresowian do ich stron rodzinnych, do Lwowa, do Wilna, myślałem jednak, gdy już zacząłem „politycznie” myśleć, że jest to niekoniecznie tylko przekleństwo Jałty i drugiej wojny światowej całej. Są i dobre strony: ta Polska w zwartym czworoboku, z szerokim dostępem do morza i jednolite narodowościowo społeczeństwo. Bo przecież Ślązacy i Kaszubi tylko pozytywnie ubarwiają naszą polskość. A mniejszość niemiecka na Opolszczyźnie to, umówmy się, to jedynie pamiątka po dawnym Dolnym i Górnym Śląsku. I przez dziesięciolecia nie wiedzieliśmy tutaj, nad Wisłą i Odrą, co to są problemy wielokulturowych narodów.
„Ale to już było…”, jak śpiewa nasz Królowa – królowa piosenki, Maryla Rodowicz. I teraz musimy nauczyć się żyć w kraju co najmniej dwunarodowościowym.
Zatem tym ważniejsze jest, aby spojrzeć na siebie, tak jak spoglądał na ludzi Antoine de Saint Exupéry: z życzliwością, przyjaźnie. Spróbować się nawzajem zrozumieć. A co najmniej życzliwie tolerować.
W ostatnim rozdziale „Ziemi, planety ludzi” Antoine de Saint Exupéry napisał tak:
Wojna oszukuje nas. Nienawiść nie dodaje niczego (…) Po co się nienawidzić? Jesteśmy solidarni, unoszeni przez tę samą planetę, jesteśmy załogą tego samego statku. I choć to dobrze, że cywilizacje przeciwstawiają się sobie, co sprzyja narodzinom nowych syntez, potwornością jest, że się wzajemnie pożerają. Skoro, aby nas wyzwolić, wystarczy dopomóc nam w uświadomieniu sobie wspólnego celu, szukajmy go tam, gdzie on nas wszystkich łączy.
Ten piękny cytat z wydanej w 1939 roku książki „Ziemia, planeta ludzi” nabiera dla mnie szczególnego znaczenia w przededniu trzeciej rocznicy rozpoczęcia przez ludzi wojny na tej części planety Ziemia, którą nazywamy Ukrainą. Zaznaczę tu dla precyzji datowania: początku, rozumianego jako jawne działania militarne, bo wojna ta, jak wiemy, trwa już od 2014 roku.
Antoine de Saint Exupéry zginął w czasie lotu bojowego. Już otyły, po operacjach, wielu zresztą, ze zszarganym zdrowiem, postarał się jednak, by przyjęto go do lotnictwa wojskowego. Dzięki jego szczególnej pozycji udało mu się to, chociaż przekroczył już limit wiekowy, wyznaczany dla lotników (35 lat). On po prostu chciał walczyć. Walczyć, aby wojna się skończyła. Ale chyba nie zamierzał strzelać. Unikał raczej służby w jednostkach stricte bojowych. Bombardujących, strzelających. Chciał być pomocny na swój sposób, latał samolotami zwiadowczymi, rozpoznawczymi. Stąd wnoszę, ale to tylko moje przypuszczenie, że chyba był, poniekąd, i przynajmniej po części, pacyfistą. Chociaż strzelał. Właśnie na tym filmie dokumentalnym obejrzałem takie, zachowane, raczej amatorskie, bez dźwięku, krótkie nagrania, gdy on i inni pasażerowie strzelają na pokładzie transatlantyku z broni, chyba myśliwskiej, dla rozrywki. Taka podróż trwała przecież około tygodnia.
Nie znam jego wypowiedzi na ten temat, ale myślę, że jego ideą nie był jednak czysty pacyfizm.
Ważne dla niego były przede wszystkim takie wartości jak przyjaźń, miłość.
Miłość do wszystkich ludzi i do tych osób najbliższych.
Potrafił kochać kobiety. I chyba nawet więcej jednocześnie niż jedną tylko. Zapamiętałem, że napisał do Sylwii takie zdanie: „Gdy kładę moje dłonie na twoją głowę, chciałbym, aby moje dłonie wypełniły się gwiazdami”. Romantycznie…
A swojej żonie, gdy ona raz znalazła jego list miłosny do jakiejś innej kobiety z ujmującym, wzruszającym uśmiechem, wyjaśnił: „Chcesz, żebym był wielkim pisarzem, więc pisze piękne listy”. Ale nie był bezwzględny. Po prostu jakoś na swój sposób kochał swoje kobiety, wszystkich ludzi dobrej woli, swoich przyjaciół. Cały świat. Przepiękne słowa skierował do dwóch pilotów. To byli jego dwaj przyjaciele. A zarazem jego mentorzy – piloci, którzy zaliczyli I. wojnę światową. Mistrzowie pilotażu. Obaj niestety zginęli.
A samolot, w którym zginął Antoine de Saint Exupéry, po wielu latach poszukiwań znaleziono w morzu u wybrzeży Marsylii. Doleciał stamtąd z Sardynii, skąd wystartował. To był lot rozpoznawczy, ale do dziś nie wiadomo, w jakich okolicznościach 31. lipca 1944 r. ten samolot spadł do morza. Co to było? Krążyły różne hipotezy, włączając w to samobójstwo. Piloci niemieckiej Luftwaffe, którzy tego dnia wykonywali loty w rejonie, gdzie zaginął jego samolot, przypisywali sobie to zestrzelenie. Jeżeli niektórzy podejrzewali samobójstwo (była mowa o nienajlepszym stanie psychicznym pisarza w latach wojny), to ja mogę zaryzykować twierdzenie, że nawet jeżeli miał na wyposażeniu swojego samolotu karabin maszynowy, to może nie chciał go użyć? Przecież nie chciał strzelać… Może zobaczył w tym nadlatującym samolocie człowieka? Pilota, takiego jak on. Ja też jestem romantykiem. Proszę mi zatem to fantazjowanie wybaczyć.
I piękny akcent związany z wyjaśnianiem okoliczności śmierci pisarz-lotnika: pierwsze, co wyłowiono z morza, to była bransoletka! Jakby perła po nim.
On przecież był taką naszą perłą – całej ludzkości.
Cytuje Wikipedię:
W 1998 r rybak wyłowił z Morza Śródziemnego w okolicy Marsylii bransoletkę należącą do pisarza, aczkolwiek podejrzewano fałszerstwo. W 2003 jednak odnaleziono na dnie morza części jego samolotu, zidentyfikowane w 2004 dzięki zachowanym numerom seryjnym.
Takie piękne życie. I romantyczna śmierć. Ostatni romantyk. Chyba naprawdę był tym romantykiem. Ale nie ostatnim. Na szczęście.
Jak już na początku cytowałem: „Głupich romantyków wciąż jeszcze tak wielu”.


